Wśród lodów polarnych/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.
Niedźwiedź i foka.

Hatteras z doktorem wrócili do schroniska, po drodze kapitan wtajemniczył doktora w swoje plany. Niedźwiedzie polarne ze szczególnem upodobaniem polują na foki. Często czatują one na nie po całych dniach, przy otworach, przez które foki wydostają się na lód. Hatteras więc, miał zamiar skorzystać z tego i przebrany w skórę foki, jak najbliżej podejść do niedźwiedzia.
Kiedy podeszli do sań doktór wydostał skórę foki, Hatteras ubrał się w nią, a otrzymawszy z rąk doktora nabitą strzelbę, począł posuwać się w kierunku niedźwiedzia. Doktór wziął dwa topory i udał się do Johnsona.
— I cóż — zapytał tenże.
— Trochę cierpliwości — odpowiedział doktór — Hatteras ryzykuje życie, żeby nas ocalić.
Doktór był bardzo wzruszony, widział niedźwiedzia, poruszającego się niespokojnie.
Po upływie niespełna kwadransa niby foka pełzała po lodzie, a dla większego oszukania niedźwiedzia kryła się często po za wielkiemi bryłami, teraz znajdowała się w odległości 300 stóp od zwierza.
Hatteras zręcznie naśladował ruchy foki, i choć mu się to często nie zupełnie udawało, to jednak nieprzyjaciel tego nie zauważył.
Foka, która zachodziła pomału z boku niedźwiedzia, udawała wciąż, iż go nie spostrzega; szukała niby otworu na lodzie, przez który mogłaby powrócić do wody.
Niedźwiedź znowu ze swej strony skradał się do niej z największą ostrożnością.
Zaledwie o 10 kroków foka była oddalona od swego nieprzyjaciela, ten podniósł się nagle i jednym olbrzymim skokiem posunął się naprzód. Przerażony jednak, stanął o trzy kroki przed Hatterasem, który zrzuciwszy z siebie skórę, przykląkł i mierzył doń w samo serce.
Strzał rozległ się i olbrzym runął na lód.
Clawbonny pobiegł wraz z Johnsonem na miejsce walki.
Olbrzymie zwierzę powstało i jedną łapą machało w powietrzu, a drugą chwytało śnieg, zapychając nim swą ranę.
Hatteras, nieporuszając się, czekał z nożem w ręku na nieprzyjaciela, widać jednak wymierzył dobrze i strzelił pewną ręką, bo zanim przybyli jego towarzysze już zatopił swój długi nóż w gardle zwierzęcia, a teraz stał spokojnie ze skrzyżowanemi na piersiach rękami, patrząc na olbrzymie jego cielsko.
Johnson zaczął niezwłocznie zdejmować skórę z potwornego zwierzęcia, które wielkością dochodziło rozmiarów sporego wołu; miało ono 9 stóp długości i 6 stóp obwodu; z dziąseł wystawały dwa ogromne zęby, na 3 cale długie.
Rozpłatawszy brzuch nożem, Johnson w żołądku jego nic nie znalazł, prócz wody; widocznie niedźwiedź nie jadł od dłuższego czasu, pomimo to był bardzo tłusty, a ważył przeszło 1.500 funtów.
Rozrąbano go na cztery części, z których każda wydała 200 funtów mięsa. Strzelcy zaciągnęli do domku lodowego, ogromny zapas żywności, nie zapominając zabrać i serca niedźwiedzia.
Towarzysze doktora chętnie by się rzucili na to surowe mięso, lecz on nie pozwolił na to do chwili, aż będzie upieczone.
Łatwo pojąć jak uroczyście obchodzono tę ucztę; doktór zalecał jednak wstrzemięźliwość, dając przykład ze siebie i zachęcał do natychmiastowej, dalszej podróży.
Altamont, coraz lepiej władający głosem, zapewniał, że odległość od okrętu nie wynosi więcej jak 48 godzin drogi.
Pokrzepieni i weseli ruszyli podróżni w dalszą drogę na północ.
W drodze doktór badał amerykanina, pragnąc dowiedzieć się o celu jego podróży lecz odpowiadał on wymijająco.
— Mamy więc teraz dwóch ludzi, nad którymi czuwać musimy, powiedział doktór do Johnsona.
— Od chwili gdy yankes powrócił do życia mina jego wcale mi się nie podoba, odpowiedział sternik.
— Jeżeli się nie mylę, to odgaduje on zamiary Hatterasa.
— Sądzisz więc doktorze, że amerykanin miał te same zamiary co i my?
— Ja nic nie sądzę, położenie jednak jego statku na tej drodze daje wiele do myślenia.
— Do licha! panie Clawbonny, nie miłą by było rzeczą współzawodnictwo ludzi takich jak oni.
— Daj Boże, abym się mylił, Johnsonie, gdyż współzawodnictwo mogłoby wywołać poważne zawikłania i smutne, a nawet straszne następstwa.
— Panie Clawbonny, pan wszystkiemu zaradzi!
— Mam nadzieję, Johnsonie!
Podróż odbywała się bez wypadku, mięsa było dosyć, jedzono go więc dowoli.
W sobotę, widok płaszczyzny lodowej począł się zmieniać. Coraz częściej napotykano bryły lodu, utworzonego z wód słodkich, co zwiastowało blizkość wybrzeża.
Nazajutrz, to jest w niedzielę, rano po zjedzeniu śniadania z łap niedźwiedzich, podróżni skierowali się nieco ku zachodowi.
Droga stawała się uciążliwszą. Altamont siedząc na saniach, przypatrywał się okolicy z gorączkowym zajęciem, niepokój ogarnął i pozostałych wędrowców.
Nareszcie około drugiej, Altamont wstrzymał pochód donośnym okrzykiem, wskazując ręką białą masę, widoczną w oddaleniu a trudną do rozpoznania i zawołał:
— „Porpoise






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.