Wśród lodów polarnych/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.
Porpoise.

Dnia 24 marca przypadała palmowa niedziela, święto, nader uroczyście obchodzone w Europie.
Jednak ponure milczenie panowało w tym pustym kraju! Huczał tylko ostry, dokuczliwy wiatr, nigdzie liścia, choćby uschłego, nigdzie odrobiny trawki.
Pomimo to niedziela ta była dniem wielkiej radości dla naszych podróżnych; przyspieszali kroku, psy ciągnęły z większą energją.
Niebawem ujrzano okręt amerykański.
„Porpoise“ był całkiem zasypany śniegiem, nie widać było ani lin, ani masztów i rei, wszystko było zniszczone.
Okręt gwałtownem wstrząśnieniem przewrócony na bok, zdawał się być niezdatnym do zamieszkania.
Przekonali się o tem niebawem kapitan, doktór i Johnson, dostawszy się z trudnością do wnętrza statku.
Aby dojść do pomieszczenia z żywnością musieli uprzątnąć lody, grubości blizko 15 stóp, lecz ku ogólnej radości przekonano się, że dzikie zwierzęta, nie naruszyły ważniejszych prowiantów.
— Mamy tu dostateczną ilość żywności i paliwa — rzekł Johnson — lecz mieszkać na tym okręcie niepodobna.
— Zbudujemy więc dom z lodu — odpowiedział Hatteras — i urządzimy się na tym lądzie jak można najwygodniej.
— Zapewne — odezwał się doktór — lecz nie spieszmy się. Od biedy możnaby czasowo umieścić się na okręcie, póki nie stanie dom trwały, któryby nas zabezpieczył od zimna i napadu dzikich zwierząt. Podejmuję się być architektem i zobaczycie zaraz, jak się wezmę do roboty.
— Nie wątpię o twych zdolnościach panie Clawbonny — rzekł Johnson — lecz sądzę że należałoby naprzód dobrze obejrzeć wszystko, co się na tym okręcie znajduje; ze smutkiem jednak widzę, że niema tu ani dużego, ani małego czółna, a pozostałości są w tak złym stanie, że nie nadadzą się do zbudowania chociażby najmniejszego statku.
— Kto wie! — powiedział doktór — może da się co zrobić. W tej chwili wszakże nie chodzi nam o to, na czem żeglować będziemy, ale o znalezienie bezpiecznego schronienia. Radzę więc o tem myśleć jedynie i robić wszystko w swoim czasie.
— Mądrze mówisz; — rzekł Hatteras, zacznijmy od tego, co najpilniejsze.
Trzej towarzysze opuścili statek i powrócili do sań, by o postanowieniu swem uwiadomić Bella i amerykanina. Bell był zaraz gotów do pracy, Amerykanin potrząsał głową na wiadomość, że okręt jego na nic się nie przyda, lecz ponieważ rozprawy w tym względzie na nic by się obecnie nie zdały, przeto zgodzono się na czasowe zamieszkanie okrętu „Porpoise“ i budowanie obszerniejszego pomieszczenia na wybrzeżu.
O 4 godzinie po południu pięciu podróżnych jak mogło, tak się pomieściło na dolnym pomoście okrętu. Ze szczątków masztów i belek Bell ułożył podłogę. Altamont, wsparty na ramieniu doktora, bez trudności przeszedł do kącika dlań przeznaczonego. Przy wstępowaniu na swój okręt, odetchnął z zadowoleniem, z czego sternik nie był zbyt zadowolony.
Czuje się w domu — rzekł stary marynarz do siebie — ma minę jakby nas jako gości zaprosił.
Resztę dnia poświęcono na wypoczynek.
Wiatr z zachodu zapowiadał właśnie zmianę powietrza, termometr wskazywał 32° zimna.
Wieczorem spożyto sporą ilość mięsa niedźwiedziego wraz z sucharami i herbatą, znalezionemi na okręcie amerykańskim, poczem strudzeni głęboko zasnęli.
Nazajutrz towarzysze niedoli zbudzili się trochę później, a myśli ich na nowe weszły tory; nie trwożyła ich już niepewność jutra, zajmowali się tylko urządzeniem się w sposób jak można najwygodniejszy.
Rozbitki uważali się za kolonistów, przybyłych do miejsca swego przeznaczenia, a wspominając o cierpieniach długotrwałej podróży, myśleli teraz tylko o znośniejszej przyszłości.
— Ach! — zawołał doktór, przeciągając się — co to za przyjemna rzecz nie myśleć o tem, gdzie się będzie dziś nocowało i co się jutro będzie jadło.
— Ale trzeba zrobić inwentarz — rzekł Johnson.
„Porpoise“ był dostatecznie zaopatrzony na daleką wyprawę.
Inwentarz wykazał: 6.150 funtów mąki, kilkaset funtów sadła i rodzynków na pudyngi, 2.000 funtów solonej wołowiny i wieprzowiny, 1.500 funtów pemikanu; 700 funtów cukru i tyleż czekolady; 96 funtów herbaty; 500 funtów ryżu, kilka baryłek owoców i jarzyn zakonserwowanych, znaczną ilość soku cytrynowego, 300 galonów rumu i wódki, wielki zapas prochu, kul, szrutu, ołowiu, oraz drzewa i węgla. Doktór z wielkiem zajęciem przyglądał się znalezionym instrumentom do żeglugi i, ku wielkiej swej radości odnalazł silną baterję Bunsena, zabraną w celu robienia doświadczeń elektrycznych.
Wogóle ta ilość zapasów mogła dla 5 ludzi najmniej na dwa lata wystarczyć, wobec czego znikała wszelka obawa o śmierć z zimna lub głodu.
— Skoro więc istnienie nasze jest zapewnione — rzekł doktór do kapitana — możemy więc teraz myśleć o dostaniu się do bieguna.
— Do bieguna! — powtórzył Hatteras radośnie.
— Bezwątpienia — dodał doktór — podczas letnich miesięcy możemy urządzać wyprawę lądem.
— Lądem, zapewne, ale czy i morzem?
— Czyż nie potrafimy z części „Porpoise“ zbudować jakiejś łodzi?
— Szalupy amerykańskiej, nieprawdaż? — z pogardą odrzekł Hatteras.
Doktór domyślał się powodu tej odmowy i dlatego uważał za właściwe zakończyć tę drażliwą kwestię, zwracając rozmowę na inny przedmiot.
— Teraz, gdy już wiemy, jakie są nasze zapasy — powiedział on — trzeba zbudować składy i mieszkanie dla nas.
Materjału w tym celu nie brak, będziemy więc mogli wygodnie się urządzić. Bell zechce zapewne popisać się, a ja z mej strony służyć mu będę dobrą radą.
— Gotów jestem, panie Clawbonny — odpowiedział cieśla.
— A więc, przyjaciele, zacznijmy od wyboru miejsca.
— Polegam w zupełności na tobie, doktorze — odrzekł kapitan.
Powietrze było pochmurne, temperatura była znośna, bo nie było wiatru.
Sądząc z ukształtowania wybrzeży, wnosić było można, iż na zachodzie rozciągało się rozległe morze, zamarznięte w tej chwili.
Na wschodzie było zaokrąglone wybrzeże, poprzerzynane głębokiemi odnogami, tworzyło ono tu dość obszerną zatokę, otoczoną skałami, na których właśnie rozbił się okręt „Porpoise“.
Dalej widać było górę, której wysokość doktór obliczał na 1.800 stóp.
Tuż w pobliżu wybrzeża zauważył doktór okrągłą płaszczyznę, o średnicy około 200 stóp, wznosiła się ona ponad zatoką z trzech stron, a z czwartej była zamknięta ostro sterczącą ścianą, wysoką na 120 stóp.
Na szczyt tej ściany można się było dostać gdyby wykuto schody w lodzie. Miejsce to wybornie nadawało się pod budowę.
Wkrótce doktór, Bell i Johnson wyrąbali schody i stanęli na płaszczyźnie.
Przekonawszy się, że miejsce jest dobrze wybrane, postanowiono usunąć warstwę śniegu, pokrywającą skałę, aby dostać się do gruntu stałego.
Pracowano usilnie przez trzy dni zanim dotarto do granitu, twardego jak szkło, zawierającego kryształy i granaty.
Następne pięć dni pracowano nad budową domku, który miał 40 stóp długości, 20 szerokości i 10 wysokości, zawierał zaś trzy przedziały: sypialnię, bawialnię i kuchnię. Po ukończeniu budowy, zaopatrzono jego cztery okna w tafle z cienkiego lodu, zastępujące szyby. Wejście zamknięto mocnemi drzwiami, przyniesionemi z okrętu.
Ściany domu miały po pięć stóp grubości, a otwory okienne podobne były do luf działowych.
Wreszcie sprowadzono z okrętu umeblowanie. Łóżka ustawiono na około pieca, ławki, krzesła, fotele, stoły i szafy, ustawiono w bawialni, służącej również za pokój stołowy, a w kuchni umieszczono ognisko okrętowe oraz sprzęty gospodarskie. Płótna zastępowały dywany i portjery.
Po ukończeniu domu przystąpiono do budowy magazynów i prochowni, na co zużyto tydzień czasu, wraz z wyładowaniem okrętu. Nareszcie, 8 kwietnia, wszystkie zapasy znajdowały się już w bezpiecznem miejscu.
W blizkości domu wybudowano schronienia dla psów.
Po ukończeniu budowy, doktór zajął się obwarowaniem siedziby, aby zabezpieczyć ją od wszelkiej napaści.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.