Wśród lodów polarnych/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.
Rozprawa o nazwach.

Podczas przygotowań do zimowania Altamont powrócił do zdrowia i powoli odzyskiwał siły. Silny organizm jego zwyciężył; bladość powoli znikać poczęła z jego twarzy. Ze zdrowiem powracała i dawna energja.
Pomiędzy amerykaninem a Hatterasem było pewne podobieństwo charakterów, sympatji jednak nie było widać, dla tego trudno było przypuścić aby wytworzyła się pomiędzy nimi szczera przyjaźń.
Doktór przejrzał niebawem skryty charakter Altamonta i słusznie przeczuwał blizką niechęć, a nawet otwartą nienawiść pomiędzy obydwoma kapitanami.
Czy to przez prostą politykę, czy też wiedziony instynktem, amerykanin okazywał doktorowi wiele sympatji, wprawdzie ocalił on mu życie, lecz sympatja więcej niż wdzięczność ciągnęła go ku temu zacnemu człowiekowi. Takie było naturalne następstwo charakteru doktora.
Po zupełnem ukończeniu budowy domu, doktór postanowił otwarcie jego uczcić biesiadą, zwyczajem przyjętym w świecie cywilizowanym Europy.
Bell upolował właśnie kilka ptarmigonów i białego zająca, pierwszych zwiastunów zbliżającej się wiosny.
Uroczystość odbyła się w niedzielę, 14 kwietnia. Uczta była wspaniała. Na deser podano likiery.
Przy wnoszeniu toastu na cześć Ameryki, Hatteras zachował najgłębsze milczenie.
Wówczas doktór poruszył kwestję bardzo zajmującą.
— Moi przyjaciele, nledosyć żeśmy przebyli cieśniny morskie, ławice i pola lodowe i doszliśmy aż do tego miejsca; mamy jeszcze jedno zobowiązanie.
Proponuję, aby nadać nazwisko tej ziemi gościnnej, na której znaleźliśmy ocalenie i wypoczynek. Zwyczaj ten istnieje oddawna wśród żeglarzy całego świata.
— Doktór ma słuszność! zawołał Johnson.
— Nazwy — dodał Bell — upraszczają i ułatwiają wszelkie rozkazy. Może wyprawa jakaś lub polowanie zmuszą nas do rozstania, a wówczas, znając nazwę miejsca, najłatwiej się znów spotkać.
— Ponieważ wszyscy w tym względzie się zgadzają — rzekł doktór — porozumiejmy się jakie imiona nadać tym ziemiom, nie zapominając przytem o drogich nazwiskach naszej ojczyzny i przyjaciół.
— Masz pan słuszność, kochany doktorze — zauważył Amerykanin — a przytem sposób, w jaki tę rzecz przedstawiasz, nadaje jej jeszcze większą wartość.
— A zatem — odpowiedział doktór przystąpmy do dzieła.
Hatteras dotąd nie brał udziału w rozmowie, rozważał; gdy jednak zauważył, że oczy wszystkich zwróciły się na niego, powstał i rzekł:
— Wedle mego zdania, należałoby naszemu domowi nadać nazwę budowniczego, najlepszego między nami człowieka, i nazwać go: „Doctors — Hause“
— Zgoda — zawołał Bell.
— Będzie dobrze — rzekł Johnson.
— Lepszej nazwy nie można wynaleźć, dodał Altamont, niech żyje nasz doktór Clawbonny!
Potrójny okrzyk rozległ się jednomyślnie.
— Więc dom ten, zaczął znów Hatteras, nosić będzie nazwę swego twórcy, dopóki nie odkryjemy nowego lądu, któremu nadamy imię naszego przyjaciela.
— Ach! zawołał Johnson gdyby tak raj ziemski nie miał jeszcze nazwiska, to najlepiej by mu przystała nazwa Clawbonny.
Doktór, głęboko wzruszony, nie chciał przez skromność zgodzić się, nic mu to nie pomogło, musiał nareszcie przystać.
Postanowiono więc, że wspaniała ta uczta odbyła się w wielkiej bawialni „Domu doktora“, przygotowaną była w kuchni „Domu doktora“, że potem ułożono się do snu w sypialni „Domu doktora“.
— A teraz, rzekł doktór, przejdźmy już do ważniejszych naszych odkryć.
— Oto jest ogromne morze, otaczające nas, rzekł Hatteras, na którem napewno dotąd żaden jeszcze okręt nie szybował.
— Żaden okręt! wtrącił ironicznie Altamont, zdaje mi się, że nie trzeba zapominać o „Porpoise“, który przecież lądem się tu nie dostał.
— Możnaby to poniekąd przypuścić, sądząc po skałach, na których teraz pływa.
— Prawda, odrzekł Altamont nieco urażony, ale rozejrzawszy się w istocie rzeczy, zawsze to chyba lepiej, aniżeli wylecieć w powietrze, jak to uczynił „Forward“. Hatteras chciał już szorstko odpowiedzieć, lecz zaraz wmieszał się do rozmowy doktór.
— Moi przyjaciele, rzekł on, nie chodzi teraz o okręty, lecz o nieznane morze…
Nie jest ono już nieznanem, powiedział Altamont, jest ono nazwane na wszystkich kartach krajów biegunowych.
Nazywa się „Oceanem Lodowatym“ i nie sądzę, aby potrzeba było nazwy jego zmieniać; jeżeli później się przekonamy, że jest ono częścią morza, jakąś tylko zatoką, to wówczas będziemy mieli czas postanowić, co robić należy.
Niech i tak będzie, rzekł Hatteras.
Zatem w tym względzie zgadzamy się już, dodał doktór, który już zaczął żałować, że wywołał rozprawę, drażniącą próżność narodową.
— Zajmijmy się więc lądem, na którym obecnie się znajdujemy, przemówił znowu Hatteras, o ile wiem, na najnowszych kartach nazwa ta nie jest jeszcze oznaczoną.
To mówiąc, spoglądał na Altamonta, który, niezmieszany bynajmniej, odpowiedział.
— Może się pan w tym względzie myli?
— Ja mam się mylić? Ten ląd nieznany…
— Ma już nazwę, dodał spokojnie Amerykanin.
Hatteras milczał, ale wargi mu drżały.
— Trudno przecież zaprzeczyć, mówił dalej amerykanin, że okręt „Porpoise“ przybił do tego wybrzeża, przypuściwszy nawet, że dostał się tu lądem, nie zmienia to postaci rzeczy.
Jest to twierdzenie bezpodstawne. Ażeby módz nadać jakiemuś krajowi nazwę, trzeba go przedewszystkiem odkryć, a tego pan przecież nie dokonałeś. Zresztą, gdyby nie my, cóżby się stało z tobą, mój panie, który chcesz nam dyktować teraz przepisy? Leżałbyś 20 stóp pod śniegiem!
— A pan, gdziebyś się teraz znajdował, gdyby nie mój okręt? Umarłbyś z głodu i zimna!
— Moi przyjaciele, rzekł doktór, uspokójcie się, wszystko da się zrobić, posłuchajcie mnie!…
— Ten pan prawił dalej Altamont, wskazując na kapitana, może udzielać dowolnych nazw wszystkim lądom, które odkryje, ale ten ląd do mnie należy! Bezspornie, że ja przybyłem tu pierwszy! Żadna stopa ludzka nie dotknęła tego lądu przedemną, ja nadałem mu nazwę i taką też utrzyma.
— A jakaż to nazwa? — pytał doktór.
— Nowa - Ameryka.
Hatteras zacisnął pięści, ale jeszcze powstrzymał się od wybuchu.
— Czy możesz mi pan dowieść, pytał Altamont jeszcze raz, że Anglik jakiś wstąpił na ziemię tę wpierw, niż Amerykanin?
— Przyjaciele, odezwał się doktór najważniejszym prawem ludzkiem jest sprawiedliwość, bo zawiera w sobie wszystkie inne. Bądźmy więc sprawiedliwi.
Pierwszeństwo Altamonta zdaje się tu być niezaprzeczonem, tembardziej, że Anglja nic na tem nie straci. Pozostawmy zatem tej ziemi nazwę Nowej-Ameryki, lecz za to nazwiemy zatokę, w której się znajdujemy, Zatoką Wiktorji.
— Zgadzam się, o ile ten oto przylądek, zachodzący w morze, nazwany będzie Przylądkiem Waszyngtona, odpowiedział na to amerykanin.
— Mogłeś pan był przecież wybrać nazwę mniej wstrętną dla ucha anglika, zawołał Hatteras.
— Nie mogłem jednak znaleźć droższej dla amerykanina, odpowiedział Altamont z dumą.
— Nie macie się o co sprzeczać, rzekł doktór, geniuszów winniśmy czcić wszyscy, bez względu na ich pochodzenie. Może teraz ty kapitanie..
Doktorze, rzekł kapitan, ponieważ to ziemia amerykańska, nie chcę aby imię moje zostało tu uwiecznione.
— Teraz więc kolej na nas, rzekł doktór, zwracając się do starego marynarza i cieśli, pozostawmy tu parę śladów naszej bytności. Proponuję aby wyspę, którą widać stąd, w odległości trzech mil, nazwać Wyspą Johnsona, ku czci naszego sternika.
— O panie Clawbonny.
— Górę, którą widzimy na zachodzie, nazwiemy Górą Bella…
— Za wiele dla mnie zaszczytu, powiedział Bell.
— To tylko sprawiedliwość, odparł doktór.
— Pozostaje więc tylko ochrzcić nasz szaniec, zauważył doktór, a ponieważ ocalenie nasze zawdzięczamy Opatrzności, przeto nazwiemy go Szańcem Opatrzności.
— Jeżeli więc powrócimy z wycieczki na północ, przejdziemy przez przylądek Waszyngtona, aby dotrzeć do zatoki Wiktorji, a ztamtąd do Szańca Opatrzności, celem wypoczęcia w Domku Doktora.
— Zgoda, rzekł doktór, później i w miarę ważności odkryć, znajdziemy inne jeszcze nazwy, które, mam nadzieję, nie dadzą powodu do sprzeczek. Kto wie, jakie czekają nas jeszcze niebezpieczeństwa zanim powrócimy do kraju ojczystego. Pozostawmy na uboczu zazdrość, będącą tu mniej jeszcze, aniżeli gdziekolwiek na miejscu. Pan mnie rozumiesz? panie Altamont, i ty, kapitanie Hatteras?
Słowa te pozostały bez odpowiedzi.
Mówiono potem o innych sprawach, o urządzeniu polowania celem powiększenia zapasów żywności, a także o urozmaiceniu czasu.
Z nadejściem wiosny powrócić musiały białe zające, kuropatwy, lisy i niedźwiedzie; postanowiono więc codziennie robić wycieczki po lądzie Nowej - Ameryki.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.