Wśród lodów polarnych/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.
Wycieczka na północ.

Następnego dnia doktór wdrapał się na stromą skałę, do której przylegał domek lodowy. Skała ta kończyła się spłaszczonym, jakby ściętym wierzchołkiem.
Clawbonny, dotarłszy do wierzchołka, ujrzał, jak okiem sięgnąć, białą płaszczyznę natury wulkanicznej, pokrytą wyniosłościami.
Płaszczyzna ta była tak jednolita, że nie dawało się rozróżnić, gdzie kończy się ląd, a gdzie rozpoczyna morze.
Ponieważ doktór zauważył, że punkt ten panował nad całą płaszczyzną, powziął projekt wielce oryginalny.
Przyszło mu na myśl urządzić latarnię morską na wierzchołku skały, wznoszącej się ponad płaszczyzną.
Po powrocie do domu doktór opowiedział towarzyszom o swoim projekcie i o celu do jakiego chce on zbudować latarnię.
— Latarnię elektryczną, mówił doktór, zbudujemy z łatwością. Na „Porpoise“ mamy baterję Bunsena i latarnię okrętową; należy tylko na szczycie góry ustawić słup i przymocować doń latarnię, którą połączymy z baterją, umieszczoną w naszym domku, będziemy mieli wyborne światło, widoczne zdaleka.
Posłuży ono nam do oświetlania płaszczyzny, oraz jako drogowskaz podczas nocnych wycieczek. Światło to nic nas nie będzie kosztowało.
Myśl rzucona przez doktora, podobała się wszystkim.
Bezzwłocznie zabrano się do roboty i po upływie dwóch godzin, na szczycie, u słupa 10 stóp wysokiego, umocowana już była wielka latarnia.
Doktór umieścił w niej druty przewodnie, które drugimi końcami połączył z baterją, ustawioną w pokoju bawialnym, domu lodowego.
Kiedy zmrok zapadł, piękne światło elektryczne, zajaśniało na szczycie góry.
Tryb życia mieszkańców domu lodowego został ściśle unormowany.
Od 15 do 20 kwietnia, powietrze było zmienne, temperatura ulegała często zmianom, atmosfera zaś, darzyła ciągłemi niespodziankami, to dął wiatr, to padał śnieg, to znów cisza nastawała i tak wielki mróz, że o wyjściu na powietrze myśleć nie było można.
Nareszcie w sobotę wiatr ustał i można było zrobić wycieczkę.
Postanowiono udać się na polowanie.
Rano, Altamont, doktór i Bell puścili się w drogę, zaopatrzeni w broń, amunicję, siekiery i noże.
W czasie ich nieobecności miał Hatteras zbadać wybrzeże.
Myśliwi szli w kierunku przylądka Waszyngtona, z łatwością posuwając się po zmarzniętym śniegu.
W ciągu półtorej godziny przeszli myśliwi trzy mile. Duk towarzyszył wyprawie.
Wybrzeże pochylało się ku wschodowi, wysokie zaś szczyty zatoki Wiktorja zdawały się skłaniać ku północy, co naprowadzało na domysł, że Nowa Ameryka mogła być jedynie wyspą.
Myśliwi, trzymając się wybrzeża, szybko posuwali się naprzód, krocząc przez okolicę, po której nie stąpała jeszcze noga ludzka.
W ciągu trzech godzin przeszli prawie 15 mil, nie napotkawszy nigdzie zwierzyny.
Celem ominięcia głębokich przepaści, wyrw i ostro wystających skał, musieli trzej myśliwi nakładać dużo drogi.
Pomimo, że lody jeszcze były mocne, to jednak ślady fok wskazywały, że zwierzęta te ukazywały się już na polu lodowem.
— Zapamiętajmy sobie dobrze to miejsce, rzekł doktór, być może, że napotkamy w tem miejscu, w lecie, całe stado fok, do których z łatwością podejdziemy, o ile przedtem nie będą spłoszone, bo wówczas nie wracają w to miejsce.
— Czy na foki poluje się jedynie dla skór i tłuszczu? pytał Bell.
Europejczycy tylko dla tego, eskimosi zaś żywią się niemi, choć mięso ich nie bardzo jest apetyczne, mógłbym jednak i z takiego mięsa zrobić smaczne kotlety, o ile przezwyciężylibyście wstręt do tego czarnego mięsa, którego grenlandczyk może zjeść 15 funtów w ciągu dnia.
— 15 funtów! zawołał Bell, a to ci ma żołądek!
— Są to żołądki podbiegunowe, które potrafią znieść zarówno nadmiar, jak i brak pożywienia. Rozpoczynając obiad, eskimos jest chudy, wstając zaś od stołu jest gruby i prawie nie do poznania.
Zdarza się nieraz, że obiad jego trwa przez dzień cały.
— Widocznie więc, rzekł Altamont, żarłoczność ta jest właściwą mieszkańcom zimnych krajów?
— Tak sądzę, odparł doktór, w krajach podbiegunowych trzeba jeść wiele, nie tylko dla nabrania siły, lecz i utrzymania się przy życiu.
— Panie Clawbonny, kiedy słyszę opowiadanie pana, czuję jak mi apetyt rośnie, mówił Bell.
— Ja zaś przeciwnie, zauważył Altamont, tracę apetyt, nabierając wstrętu do mięsa foki. Zdaje mi się, że zaraz przekonać się będziemy mogli o naszych gustach, bo jeśli się nie mylę, to widzę na lodzie jakąś poruszającą się ciemną masę.
— To koń morski, zawołał radośnie doktór, idźmy ostrożnie naprzód.
Olbrzymi okaz konia morskiego posuwał się po lodzie w odległości 200 metrów.
Trzej myśliwi rozeszli się w ten sposób, że odcięli zwierzęciu odwrót, a ukrywając się za wzgórkami lodowemi, zbliżyli się doń i dali ognia.
Ranione zwierzę usiłowało zdruzgotać bryły lodu i uciec, lecz Altamont zbliżył się i przeciął mu płetwy na grzbiecie.
Zwierzę próbowało bronić się rozpaczliwie, ale kilka kul powaliło je na pole lodowe. Ubite zwierzę było wielkości niezwykłej, wydałoby ono niezawodnie kilka beczek tranu.
Doktór odciął najsmaczniejsze części mięsa, pozostawiając resztę na pastwę krukom, ukazującym się już gdzieniegdzie.
Noc zbliżała się gdy pomyślano o powrocie. Jasne niebo usiane było gwiazdami. Aby skrócić sobie drogę powrotną, myśliwi omijali wygięcia brzegu i szli wprost w kierunku zatoki.
Po kilku godzinach drogi, mały oddział zabłąkał się w zupełności; zatrzymano się przeto celem naradzenia się, co czynić dalej.
Altamont radził zanocować, lecz doktór oparł się temu stanowczo, nie chcąc niepokoić kapitana i Johnsona.
— Najlepiej będzie jeżeli poprowadzi nas Duk, rzekł doktór, instynkt jego więcej wart jest teraz, aniżeli busola i gwiazdy.
Duk, zachęcony, ruszył naprzód a za nim sunęła gromadka myśliwych; wkrótce oczom ich ukazało się, zdaleka widoczne, światło latarni. Po upływie dwóch godzin byli w domu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.