Wśród lodów polarnych/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX.
Zimno i ciepło.

Pozostali w domu, z niepokojem oczekiwali powrotu myśliwych, tembardziej, że temperatura znacznie opadła i dochodziła do 33 stopni poniżej zera.
Po powrocie, doktór natychmiast zabrał się do przygotowania wieczerzy. Kotlety z konia morskiego smakowały wszystkim, zajadano je więc z apetytem.
Na deser przygotował doktór, jak zwykle, kawę ugotowaną na maszynce spirytusowej.
Twierdził on, że kawa wówczas jest dobra, jeżeli parzy w język. Tego wieczora pił ją tak gorącą, że towarzysze nie mogli go naśladować.
— Doktorze, pan się poparzysz, rzekł Altamont.
— To mi się nigdy nie zdarza.
— Chyba masz pan podniebienia miedzią podkute?
— Wcale nie, przyjaciele, i radzę wam pójść za moim przykładem. Pijam kawę gorącą na 55 stopni.
— 55 stopni! taką temperaturę ręka zaledwie może wytrzymać!
— Ręka nie znosi temperatury wyższej ponad 50 stopni, ale podniebienie i język są o wiele wytrzymalsze.
— Zadziwiasz mnie, doktorze, rzekł Altamont.
— Dobrze więc przekonam pana.
Wziąwszy termometr pokojowy, doktór zanurzył go w swej kawie i czekał dopóki takowy nie wskaże 50 stopni gorąca, wówczas wypił z prawdziwą przyjemnością swój ulubiony napój. Bell chciał go naśladować, lecz poparzył sobie usta.
— Czybyś nam nie mógł powiedzieć panie Clawbonny, jaka jest najwyższa temperatura, którą znieść może ciało człowieka? pytał amerykanin.
— I owszem, mamy w tym względzie szczegóły stwierdzone, niektóre z nich pamiętam. Opowiadają, że dziewczęta, zajęte w piekarni w mieście Rochefoucauld, we Francji, mogły pozostawać przez 10 minut w piecu, skoro ten ogrzany był do temperatury 132 stopni C., a wokoło nich piekły się jak najlepiej jabłka i mięso.
Drugi nie ulegający zaprzeczeniu przykład. Dziewięciu naszych rodaków: Fordyce, Banks, Solander, Blagdin, Home, Noot, lord Seafort, kapitan Philips znieśli w 1774 r. temperaturę gorącą na 128 stopni C., w której gotowały się jaja i piekł rostbeuf.
— I to byli Anglicy? z dumą zapytał Bell.
— Tak jest.
— O! Amerykanie byliby to jeszcze lepiej zrobili, zauważył Altamont.
— Boby się popiekli, odpowiedział śmiejąc się doktór.
— A to dla czego? zapytał amerykanin.
— Przedewszyskiem dla tego, że żaden dotąd nie próbował tego. Ale oto przypomniałem sobie jeszcze jeden przykład, który mógłby być uważany za nieprawdopodobny, gdyby nie naoczni świadkowie, którzy go stwierdzają.
Książę Raguzy i doktór Jung, to jest Francuz i Austryjak, widzieli pewnego Turka, kąpiącego się we wodzie, mającej 78 stopni ciepła.
— I cóż w tem dziwnego, rzekł Johnson, wobec temperatury, jaką wytrzymały dziewczęta w mieście Rochefoucauld i nasi rodacy!
— Przepraszam, wielka istnieje różnica pomiędzy pozostawaniem w powietrzu gorącem, a w wodzie gorącej. Powietrze gorące wywołuje transpirację, zabezpieczającą ciało, podczas gdy we wodzie gorącej ciało nie transpiruje, a tylko się parzy.
Najwyższa temperatura dla kąpieli jest 42 stopnie, Turek więc ów musiał być człowiekiem niezwykłym, jeśli mógł znieść taki stopień gorąca.
— Wszystko to bardzo piękne, odezwał się Hatteras, dotąd milczący, dziękuję doktorowi za udzielone nam wiadomości, ale uważam, że do tej pory rozprawy tyczyły się tylko ciepła, jakby nas czekać miały wielkie upały.
Czy nie byłoby właściwszem pomówić o zimnie, dowiedzieć się, na co jeszcze możemy być narażeni i jaka jest najniższa dotąd zaobserwowana temperatura?
— Nic nadto łatwiejszego, odpowiedział doktór, służę chętnie objaśnieniami.
— Wierzę, rzekł Johnson, bo przecież pan wie o wszystkiem.
— Moi przyjaciele, ja wiem to tylko, czego się od innych nauczyłem, a gdy wam to powiem, będziecie tyle wiedzieli, co i ja. O mrozach i zaobserwowanej w Europie temperaturze, mogę wam tylko to powiedzieć, że była dość znaczna ilość zim z silnymi mrozami i zdaje się, że takie srogie zimy powracają perjodycznie co 41 lat; odpowiada to epokom ukazywania się najliczniejszych plam na niebie. Wspomnę tu zimę 1344 roku, kiedy Rodan zamarzł aż do Arles, zimę 1408 roku, w której Dunaj pokrył się lodem na całej swej długości, zimę 1509 roku, podczas której morze Adrjatyckie i Śródziemne zamarzły pod Wenecją, Ceutą i Marsylją, a morze Bałtyckie jeszcze 10 kwietnia nie było do przebycia; zimę 1608 roku, podczas której wyginęło wszystko bydło w Anglii, zimę 1789 roku, kiedy Tamiza pokryła się lodem aż do Gravesend, zimę 1813 roku, która tak strasznie dała się we znaki Francuzom, wreszcie zimę 1829 roku, najsroższą i najdłuższą ze wszystkich zim XIX stulecia.
— Powiedz nam jednak doktorze, do jakiego stopnia może dojść tu zimno? pytał Altamont.
— Zdaje mi się, żeśmy sami przebyli największe mrozy, jakie były kiedykolwiek obserwowane na świecie, gdyż termometr wskazywał pewnego dnia 58 stopni poniżej zera, a jeśli mnie pamięć nie myli, największe obserwowane w tych stronach mrozy były 56 stopni.
— A zatem, rzekł Altamont, najwyższy i najniższy stopień temperatury, jaką człowiek znieść może, waha się między blizko 200 stopniami Far.
— Tak jest, odpowiedział doktór, termometr, umieszczony na wolnem powietrzu, nie podnosi się nigdy i nigdzie wyżej, jak na 57 stopni, a w czasie największego mrozu nie opada niżej jak do 58 stopni.
— A gdyby, zapytał Johnson, słońce nagle zagasło, czyby na ziemi nie zapanowały jeszcze większe mrozy?
— Słońce wprawdzie nie zagaśnie ale gdyby się to nawet stało, mrozy nie byłyby większe jak te, o których poprzednio mówiliśmy.
— To zadziwiające.
— Wiem, mówił doktór, że dawniej przypuszczano, iż w przestrzeniach, znajdujących się po za atmosferą, zimno może dochodzić do tysięcy stopni, lecz po badaniach, dokonanych przez francuskiego uczonego Fourrier’a, teorja ta nie ma już żadnej podstawy; doszedł on w swych badaniach do rezultatów, że gdyby ziemia znajdowała się w przestrzeni, pozbawionej wszelkiego ciepła, to natężenie zimna, jakie teraz obserwujemy pod biegunem, byłoby o wiele większem i byłaby też znaczna różnica pomiędzy temperaturą dnia i nocy; stąd moi przyjaciele wniosek, że w odległości nawet milionów mil nie może być zimniej, niż tutaj.
A teraz, kochani przyjaciele, zdaje mi się, że dobrze zrobimy, jeżeli udamy się na spoczynek.
— Bardzo chętnie, odpowiedzieli wszyscy obecni.
— A kto zostaje na straży przy piecu?
— Ja, odpowiedział Bell.
— Czuwaj więc przyjacielu, ażeby ogień nie wygasł, bo mróz jest siarczysty.
— Bądź pan spokojny, panie Clawbonny, ja sam czuję mróz potężny, a jednak, patrz pan, niebo stoi w płomieniach.
— Istotnie, odpowiedział doktór, zbliżając się do okna, zorza północna w całej swej okazałości! Co za wspaniały widok, napatrzeć się nie mogę!
Doktór nieraz podziwiał to zjawisko kosmiczne, na które towarzysze jego małą zwracali uwagę; zauważył on, że zaburzenia igły magnesowej zawsze poprzedzały te zjawiska i notował swe spostrzeżenia w oddzielnej książeczce.
Wkrótce wszyscy udali się na spoczynek, z wyjątkiem Bella, który pozostał na straży przy piecu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.