Wśród lodów polarnych/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI.
Ślady na śniegu.

W nocy z 26 na 27 kwietnia temperatura znacznie się obniżyła. Śpiąc, uczuli podróżni dokuczliwe zimno, pomimo że będący na straży przy piecu Altamont podsycał wciąż ogień, starając się utrzymać temperaturę 10° ciepła.
Nazajutrz wszyscy wstali bardzo wcześnie i zajęli się oczyszczaniem domu z otaczających go brył lodu i śniegu, który leżał na 15 stóp wysoko.
Doktór zajął się oczyszczaniem drogi do latarni. Przewidywał on że burze śnieżne skończyły się i będzie można wyruszyć na polowanie, chciał więc aby jego sygnał świetlny był w porządku.
Pomimo, że był to prawie koniec kwietnia, podbiegunowa wiosna nie rozpoczęła się jeszcze. Należało czekać na nią prawie 6 tygodni, słońce bowiem grzało jeszcze zbyt słabo aby mogło spowodować odwilż.
Postanowiono jednak wybrać się na polowanie, aby nieco odświeżyć zapasy spiżarniane i użyć rozrywki.
Na wycieczkę myśliwską wybrali się więc doktór, Altamont i Bell. Nie uszli więcej nad 2000 kroków, kiedy spostrzegli na śniegu liczne ślady, które ich poprowadziły na brzeg zatoki Wiktorja.
Po dokładnem rozejrzeniu się w śladach, myśliwi doszli do wniosku, że są na tropie 5 niedźwiedzi.
Wygłodzone, skutkiem surowej zimy, mogły stać się one groźnemi, dla tego należało być ostrożnym i bacznym w dalszym postępowaniu.
Dlaczego jednak ślady te widoczne są tylko w tem miejscu i nie giną w dali, rzekł Altamont, rozejrzmy się dokładnie po śniegu. Patrzcie, zwierzęta przyszły z południo-wschodu, tu się zatrzymały i z tego miejsca rozpoczęły poszukiwania.
— Ma pan słuszność, a nawet stanowczo twierdzić można, że nadeszły tu tej nocy.
— A może były tu i poprzedniej nocy, tylko śnieg zatarł ich ślady?
— Nie, należy raczej przypuszczać, że oczekiwały tu one przejścia burzy i wtedy nas zwietrzyły.
— Zdaje się że tak było w istocie, powiedział Altamont, możemy wreszcie przekonać się, czy powrócą znów następnej nocy.
— W tym celu zatrzemy ślady na pewnej przestrzeni, jeżeli jutro znajdziemy świeże, to już napewno będziemy wiedzieli, że to my jesteśmy celem, do którego dążą te zwierzęta.
Trzej myśliwi niezadługo zatarli wszystkie ślady na przestrzeni 600 stóp.
— Dziwne to jest jednak, że zwierzęta zwietrzyły nas z tak wielkiej odległości, powiedział Bell.
— Niedźwiedzie mają wzrok bardzo bystry węch nader delikatny, a przytem są niezwykle zmyślne, rzekł doktór.
— Kto wie, zauważył Bell, czy zwierzęta te podczas burzy nie doszły do naszego domku?
— To możliwe, lecz po cóź zatrzymywałyby się w tem miejscu?
— Na to nie mam odpowiedzi, rzekł Clawbonny, musimy przypuszczać, że będą one ciągle ścieśniać obręb poszukiwań.
— A teraz idźmy dalej i zachowujmy się ostrożnie!
Napróżno natężali myśliwi wzrok i bacznie badali bryły lodu, czy nie ukrywa się pod jaką z nich niedźwiedź; często duże bryły brali za niedźwiedzia, lecz ku wielkiemu ich zadowoleniu było to przywidzenie.
Nareszcie doszli do wzgórza, skąd mogli dojrzeć przylądek Waszyngtona i wyspę Johnsona.
Nie zauważyli nic, najmniejszego nie usłyszeli nawet szelestu. Przybyli wreszcie do domku lodowego i zaraz też opowiedzieli swą przygodę Hatterasowi i Johnsonowi. Postanowiono czuwać jak najbaczniej.
Nic jednak nie zakłócało spokoju, noc przeszła bez żadnego wypadku.
Nazajutrz ledwie dnieć zaczęło, Hatteras i jego towarzysze, dobrze uzbrojeni, wyszli celem obejrzenia śniegu; odkryli ślady, podobne do tych, które wczoraj zauważyli, z tą tylko różnicą, że były one bliżej; widocznie nieprzyjaciel gotował się do oblężenia szańca.
— Patrzcie na te ślady, stwierdzają one niedźwiedzia olbrzymiej wielkości.
— Tak, rzekł Johnson, z tego zbliżenia się można wnosić, że niedźwiedzie zamierzają urządzić napad na nas.
— Nie ulega to wątpliwości, oparł doktór, dlatego też nie pokazujmy się im. Nie jesteśmy dostatecznie silni, aby otwarcie z nimi walczyć.
— Lecz gdzież się ukrywają te przeklęte niedźwiedzie?
— Prawdopodobnie pod jakąś bryłą lodu, w stronie wschodniej, skąd nas śledzą; nie narażajmy się na nierozważne przygody.
— A polowanie? zapytał Altamont.
— Odłożymy na parę dni, znowu ślady zatrzemy i jutro się przekonamy, czy się ukażą; w ten sposób poznamy dokładnie zamiary naszych nieprzyjaciół.
Trzeba było znosić nieprzyjemności zamknięcia, ale czy można było inaczej postąpić? W tak nierówną walkę nie można się było wdawać, a życie każdego było tak drogiem, że byłoby nierozsądnem je ryzykować. Jeżeli niedźwiedzie nic nie zauważą, zaprzestaną śledzenia; a może napotka się ich pojedyńczo wówczas walka będzie miała szanse powodzenia.
Przez cały dzień, 20 Kwietnia, nieprzyjaciel nie dał znaku życia.
Nazajutrz szukano znowu poprzednio zatartych śladów, ku wielkiemu jednak zdziwieniu, nowych nie znaleziono.
— Wybornie, zawołał Altamont, niedźwiedzie zniecierpliwiły się i opuściły nas. Teraz ruszajmy na polowanie!
— Powoli! zawołał doktór. Dla większej pewności, domagam się jeszcze jednego dnia obserwacji; tymczasem jest pewność, że nieprzyjaciel ubiegłej nocy nie powrócił.
— Obejdziemy wokoło całą płaszczyznę, rzekł Altamont, wówczas będziemy wiedzieli czego się trzymać.
— Bardzo chętnie! rzekł doktór.
Daremnie jednak przeszukano przestrzeń w odległości dwóch mil, nie znaleziono żadnego śladu.
— A więc idziemy na polowanie? zapytał amerykanin.
— Czekajmy do jutra, odpowiedział doktór.
— A zatem do jutra, rzekł niezadowolony Altamont.
Wszyscy powrócili do szańca i każdy naprzemian, jak dnia poprzedniego, miał przez godzinę stać na straży.
Gdy przyszła kolej na Altamonta, który zastąpił Bella, Hatteras zawołał wszystkich swych towarzyszów.
Doktór zaprzestał pisać w notatniku, Johnson zaś wstał od pieca.
Można było przypuścić, że Hatteras chciał z nimi pomówić o niebezpiecznem ich położeniu, lecz on nie o tem myślał.
— Moi przyjaciele, rzekł on, skorzystam z nieobecności tego amerykanina, aby raz móc pomówić o naszych sprawach; są rzeczy, które jego wcale nie obchodzą i do których pragnąłbym aby się nie mieszał.
Wszyscy spojrzeli po sobie, nie wiedząc jeszcze o co mu właściwie chodzi.
— Chcę, mówił dalej, porozumieć się z wami względem projektów na przyszłość.
— Owszem, odpowiedział doktór, korzystajmy z tego, póki jesteśmy sami.
— Za miesiąc, rzekł Hatteras, a najpóźniej za 6 tygodni, nastanie znów pora do robienia dalszych wycieczek. Czy pomyśleliście o tem, co będziecie robili w lecie?
— A pan czy myślałeś? zapytał Johnson.
— Ja? ja mogę powiedzieć, że niema godziny, w którejbym zapomniał o mej głównej myśli; przypuszczam, że nikt z was już nie ma zamiaru cofania się?
Na zapytanie to, żadnej nie było odpowiedzi.
— Co się mnie tyczy, mówił dalej Hatteras, chociażby mi przyszło pójść samemu, pójdę do bieguna północnego, od którego jesteśmy oddaleni najwyżej o 300 mil. Jeszcze nigdy ludzie nie byli tak blizko tego upragnionego celu, a ja nie myślę opuszczać takiej sposobności, bodajby mi przyszło użyć rzeczy nawet niepodobnych! Jakież jest wasze zdanie w tym względzie?
— Takie same, jak i twoje, odpowiedział doktór.
— A twoje, Johnsonie?
— Takie, jak doktora, odparł stary marynarz.
— A ty, Bellu, co myślisz o tem?
— Kapitanie, odpowiedział cieśla, nas nie oczekuje w Anglji rodzina, to prawda, ale ojczyzna pozostaje zawsze ojczyzną! Czy pan nie myślisz już o powrocie?
— Powrócić będzie można także i po odkryciu bieguna północnego, odpowiedział kapitan, nawet łatwiej jeszcze, bo przy powrocie oddalamy się coraz bardziej od najzimniejszych punktów kuli ziemskiej.
Paliwo i zapasy żywności wystarczą nam jeszcze na czas długi. Nic więc nie może nas powstrzymać i samibyśmy winę musieli sobie przypisać, gdybyśmy nie dotarli do celu.
— Wszyscy zgadzamy się ze zdaniem pańskiem, kapitanie!
— Nigdy nie wątpiłem o was, rzekł Hatteras. Zwyciężymy, moi przyjaciele, a Anglii przekażemy sławę wielkiego odkrycia!
— Lecz pośród nas znajduje się amerykanin — rzekł Johnson.
Hatteras z gniewem poruszył się na tę uwagę.
— Wiem o tem, odparł poważnie.
— Nie możemy go tu przecież zostawić, zauważył doktór.
— Nie, tego zrobić nie możemy, odpowiedział machinalnie Hatteras.
— On napewno pójdzie z nami.
— Tak, on pójdzie, ale kto będzie dowódcą?
— Pan, kapitanie!
— I gdy wy mnie słuchać będziecie, miałżeby ten jankes być nieposłusznym?
— Nie przypuszczam, odpowiedział Johnson, lecz gdyby się nie chciał poddać rozkazom?…
— Wówczas miałby ze mną do czynienia!
Milcząco przyglądali się trzej Anglicy Hatterasowi.
Po chwili doktór zaczął znów mówić:
— W jakiż sposób będziemy podróżowali?
— O ile możności wzdłuż wybrzeża.
— A gdy, co jest prawdopodobne, natrafimy na morze wolne od lodów?
— To je przepłyniemy.
— A to w jaki sposób?
Hatteras nie odpowiedział, widocznie był zakłopotany.
— Być może, zauważył Bell, udałoby się zbudować szalupę ze szczątków „Porpoise“.
Nigdy, zawołał gniewnie Hatteras.
Szalupa zbudowana z okrętu amerykańskiego byłaby również amerykańską…
— Ależ kapitanie!… zaczął znowu Johnson.
Doktór powstrzymał starego marynarza znakiem, aby nie nalegał.
Kwestję tę najlepiej było odłożyć do odpowiedniejszej pory.
Chociaż doktór pojmował uprzedzenia Hatterasa, ale ich nie podzielał i miał nadzieję, że zdoła odwieść od nich przyjaciela.
Tak zakończył się dzień, noc przeszła również spokojnie. Niedźwiedzie znikły widocznie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.