Wiérszyki moralne/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Jachowicz
Tytuł Wiérszyki moralne
Data wyd. 1856
Druk Alexander Gins
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WIÉRSZYKI MORALNE


przez


STANISŁAWA JACHOWICZA.







WARSZAWA.
W DRUKARNI ALEXANDRA GINS, ULICA ELEKTORALNA N. 755.
1856.


Wolno drukować, z warunkiem złożenia w Komitecie Cenzury, po wydrukowaniu, prawem przepisanéj liczby exemplarzy.
Warszawa dnia 22 Czerwca (4 Lipca) 1856 r.
p. o. Starszego Cenzora, Radca Honorowy A. Broniewski.







Kto z Bogiem to Bóg z nim.

Kto z Bogiem, mówi przysłowie,
Kto go ma w sercu i mowie,
W Nim żyje o Nim pamięta;
Tego téż każda myśl święta.
Wszystko mu płynie jak z Nieba,
Z Bogiem bydź z Bogiem potrzeba.
Czy w gwarze świata, czy w ciszy,
Wszędzie Bóg widzi i słyszy;
Kto o tém zawsze pamięta,
Z niebem go łączy myśl święta.

Czy płaczesz, czy się weselisz,
Czy się z ubogim podzielisz,
Pamiętaj zawsze i wszędzie:
Gdyś z Bogiem, Bóg z tobą będzie.
Czy cię świat kocha, czy ludzie
Żyć każą w pracy i trudzie;
Pracę święć Bogu, znoś troski,
Bo taki wyrok jest boski.
Kto z ludzi o tém pamięta,
Z Bogiem go łączy myśl święta,
Powiedziéć sobie on może:
»Jam z Tobą, Tyś ze mną Boże!«




Kowal na nieszporach.

Każdy ma swoje chwile, co mu wspomnieć miło,
I mnie nie tak jak teraz, żywiéj serce biło;

Jednak choć’em był młody, ale nieszalałem;
Po karczmach, po gospodach, nigdy niebywałem:
Dzień powszedni przy młocie, a święto w kościele.
Schludny był przyodziewek, było groszy wiele,
Bo się ich nietrwoniło na próżne wydatki;
Człowiek się tam niewstydził ni céry, ni łatki.
Świętéj pamięci majster mawiał nam czeladzi:
Ubogiemu naprawka na sukni niewadzi,
Byle dziury niebyło: schludność to ozdoba,
Łatka to nieponiża, nieraz się podoba.
»Coś śród trudu zarobił, niestracisz na stroje.«
Lubię, mówił, oszczędność i staranność twoję;
Ale plamy niecierpię, plamią się niechluje,
Na połatanéj sukni, to wiele buduję.
Elegant wystrojony rękojmia niewielka,
U niego tylko w głowie, tańce i butelka.
Starałem się podobać mojemu majstrowi:
Gdy się zeszli u niego w niedzielę domowi;
To zachęcał wymownie słowem i przykładem,
Aby dawnych kowalów postępować śladem,

Co to pod ich razami stękało kowadło,
A pomagali chętnie, jak tam komu padło.
Chwalili Pana Boga, o złem niewiedzieli,
Chętniéj na nabożeństwie, niż w karczmie siedzieli.
Było-to, Panie, pomnę, czwartego augusta:
Młodzież się na przechadzkę wybierała pusta;
O fiu! fiu! było w głowach, Majstra idąc torem,
Niechciało mi się wtedy rozstawać z nieszporem.
Więc do Panny Maryi na processyę spieszę,
Śliczną nauką wiary młode serce cieszę,
A tak mi wtedy błogo, tak roskosznie było,
Tak się wszystko pobożnie w kościele modliło,
Że do dziś jeszcze mile wspominam ten czwarty.
Nieżal mi, żem się wtedy oddalił od kwarty:
Bo ja dotąd nielubię, gdzie szklankami dzwonią;
W kościele, mówią, ludzi aniołowie bronią,
I tak się właśnie stało. Moi przyjaciele
Wtedy cóś pogubili, natracili wiele,
Ja grosza niestraciłem; wróciłem do pracy,
Jeden grosz położywszy w kościele na tacy.

Grosz, to datek maleńki. Ale ksiądz Wincenty
Mówił do mnie w ten sposób: grosz ubogich święty,
Bóg taki grosz przyjmuje jak gdyby dukaty,
Niech hojną ręką sypie ten, co jest bogaty;
Ale biédny rzemieślnik, niechaj się ogląda.
Pan Bóg od ciebie większéj ofiary nieżąda.
A gdy późniéj kochaną dostałem Dorotę,
To mówił ksiądz Wincenty: to za twoję cnotę.
Wierz mi, to grosz na tacy ten ci klejnot kupił.
Cóż, lepiéj-by-to było, gdybyś się był upił?
I albo czapkę zgubił, albo przegrał w karty?
Pamiętaj o tém, synu! kościół to nieżarty.
Z modlitwy święty żywot i dobry byt płynie;
A co dasz ubogiemu, to nigdy niezginie.




Tamka.

Jest ulica w Warszawie, nad Wisłą, w ustroni,
Choć uboga i cicha, miło zajrzeć do niéj.

Choć się tam dumne gmachy, pałace niewznoszą,
Możesz serce rozrzewnić, napełnić rozkoszą.
Tam ubogi lud mieszka, wielu trud przyciska;
A jednak Boga chwalą i znoszą ludziska,
Znoszą, tak jak przystoi na wyznawców Chrysta;
Jeżeli łzę uronią, to ta łza tak czysta!
Niezbrudzona rozpaczą, z skargą niezmięszana,
Łza to świętéj pokory, łza to Chrześcijana.
Gdy idę tą ulicą, przed oczy mi staje
Ojciec, co krzewi w sercu święte obyczaje.
Co od ust odejmuje chléb oblany łzami,
A wysyła chłopczynę do szkoły z książkami.
Ta poczciwa dziewica, co ma ufność w Niebie,
Pracuje w obcym domu, mogąc bydź u siebie:
Tém niesie swym rodzicom pomoc i ulżenie.
O! wysoko ja kładę takie poświęcenie.
Tu mieszkaniec nad Wisłą, jak wróbel na dachu:
W czasie strasznéj powodzi umiéra ze strachu.
A czemu? bo go tanie komorne znęciło,
A o trwodze natenczas ani mu się śniło.

Dziś miał tylko na oku, dziś mu było trzeba
Poddasza, przyodziewku i kawałka chleba.
Z tej myśli, płynie druga: jak Tamką zajęci.
Chléb łódką rozwozili, jakby jacy Święci —
Któż to byli ci ludzie? bez wspomnień zniknęli:
Nam byli oni równi, im byli Anieli.
O znałem ja tych ludzi; niewspomnę z imienia,
Pan tam już na swym sądzie, zasługi ocenia.
Tu mieszka biédny szczotkarz, Bóg dał dziatek wiele:
On je wszystkie wychował, dał cnotę w podziele.
A sam jak może żyje, pracą Boga chwali,
Cieszą się ci poczciwi, co mu pomoc dali.
No, i przyznajcież sami, czy Tamka niemiła?
Co za śliczna ulica, gdzie się cnota skryła,
A każdy niski domek, taką cnotę mieści.
Tam Katarzyna szuka wątku swych powieści.
Nie takich, jakie snuje Paryż obłąkany:
Ale gdzie miejscem działań ubożuchne ściany.

Cnota, praca, pobożność, to powieści dzieje.
W bohaterach iskierka świętych uczuć tleje.
A choć je głód, pragnienie i zimno przygasza,
Umie z nich piękno wysnuć ta pisarka nasza.
Są tu piękne przykłady zamożności, cnoty:
Wyszukują upadłych, chowają siéroty,
Jakby matki rodzone zajmują się niemi,
I dzielą się jak z dziećmi dostatkami swemi.
Tu pomoc dla ubogich jak z źródła wytryska;
Niesmućcie się znękani, bo pomoc tak bliska.
Kapłan, pełen poświęceń daje za grosz wdowi
Chléb, który tak potrzebny codzień człowiekowi.
I strawę gotowaną za zapłatę lichą
I bez szumnych rozgłoszeń pełni cnotę cichą.
On tu nawet święcone rozdzielał w pokorze:
Patrzcie, co dobra wola, co pobożność może!
Sam nietaki zamożny, przy pomocy Boga
I głód niedokuczliwy i zima niesroga.
I cóż to za kościołek ulicy ozdoba?
To zakład, co się Bogu tak bardzo podoba.

Tu sieroty ubogie, bez ojca bez matki,
Tu siostry, co zdeptały znikome dostatki,
Jak strażnice zbawienia, przed światem zamknięte,
Cicho, z pokorném sercem pełnią cnoty święte.
Kiedy moje mieszkanie na chwilę porzucę,
I wyjdę na przechadzkę, tu me kroki zwrócę,
Tu mam pokarm dla duszy. Niepłaczcie wśród troski
Ludzie biedni! opieki doznajecie boskiéj.
Już się wami zajmują serca godne chwały,
Już te serca prawdziwe dobro ukochały,
Bóg, cnota, to ich godło. Przy takim sztandarze
O szczęściu mojéj ziemi już zawczasu marzę,
Nieznęka jéj przeciwność, Bóg chęci nagrodzi,
I czyste obyczaje uniesie z powodzi.




Kropla i ziarnko.

Kropla, tak jak i morze, od Boga wypływa,
Niegardźcie kroplą, ludzie! Ta dusza szczęśliwa,

Co pojmuje: co ziarnko, co kropla, co pyłek;
Z tych pojęć tysiącami na świecie omyłek.
Kropla, która z obłoku w kształcie deszczu spada,
Tak jak morze, Opatrzność Boga rozpowiada,
Jego dobroć maluje; jednak ludzie mali,
W téj kropelce wielkości boskiéj niepoznali.
Widzisz deszcz, co użyznia cudem nasze niwy,
A niejesteś weselszy, ni bardziéj szczęśliwy:
Ani ci na myśl przyjdzie, że kropelki rosy
Są to drogie kropelki, co ronią niebiosy,
Nie aby strój balowy świetnością odziały,
Ale by powszedniego chleba ludziom dały.
Aby ciało wzmocnione posiłkiem nielada,
Podniosło ci i duszę, co już już upada.
O kropelka to święta z krynicy niebianów,
Tylko się nad nią z sercem pobożném zastanów,
Takie zastanowienie wielką myśl ustali,
Poznasz: każda najmniejsza Pana Boga chwali.
I my Jego chwalimy przy kropelce wody,
Gdy w pragnieniu, w upale, doznajem ochłody.

Nie kropla nas ochładza, nie kropla pokrzepia,
Ale tam się cudownie kropla z kroplą zlepia,
I bliskiego już skonu do życia przywraca.
Próżna-by najuczeńszych, próżna była praca
Rozumem wytłomaczyć, jak w téj kropli małéj
Powstał balsam ożywczy, pełen bożéj chwały.
Kropelka, rzecz tak mała, lekce jéj niebierzcie,
Ale czołem w pokorze o ziemię uderzcie,
Kropla, tak jak i gwiazdka, co ledwie widzicie,
A w téj gwiazdce wspaniałość i mądrość i życie.
W téj kropelce żyjątka: niedojrzysz ich okiem;
Ale w szkiełko się uzbrój, zdumiész się widokiem,
Światy ujrzysz w kropelce, światy pełne cudu,
Co Pan ukrył w jéj głębi przed oczami ludu. —
Kropelka przeźroczysta, trudno wierzyć temu. —
Nietrzeba, prawda, ufać oku omylnemu.
Ale jest wielkie światło; Bóg tém światłem świeci,
Wierzcie temu, prostaczki, wierzcie temu, dzieci!

Wierzcie na proste słowo, a Pan Bóg to sprawi,
Że was wiérszyk serdeczny nauczy, zabawi:
Tego niewytłomaczysz, jak cudów kropelki,
Dosyć: że Bóg w ziarneczku i w kropelce wielki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Jachowicz.