Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.
KRÓL I PORUCZNIK.

Gdy król ujrzał wchodzącego porucznika, skinieniem głowy pożegnał pokojowca.
— Kto będzie jutro rano na służbie?... — zapytał.
Porucznik skłonił się po żołniersku i odrzekł:
— Ja, Najjaśniejszy Panie.
— Jakto?.. jeszcze pan?
— Zawsze ja.
— Jakimże to się dzieje sposobem?...
— Najjaśniejszy Panie... w czasie podróży muszkieterowie zajmują wszystkie stanowiska służbowe około Waszej Królewskiej Mości.
— A zastępstwa?...
— Niema zastępstwa, Najjaśniejszy Panie. Na stu dwudziestu muszkieterów odpoczywa trzydziestu. W Luwrze co innego... gdybym był w Luwrze, mógłbym zdać służbę na mego brygadiera... ale w drodze, Najjaśniejszy Panie, niewiadomo, co się stać może... dlatego też wolę sam pełnić służbę.
— W takim razie jesteś pan na straży po całych dniach.
— I po całych nocach, Najjaśniejszy Panie!...
— Nie mogę na to pozwolić, chcę, abyś pan cokolwiek odpoczął.
— Bardzo dobrze... ale ja nie chcę, Najjaśniejszy Panie...
— Co?... — zawołał król, nie mogąc zrozumieć oporu muszkietera.
— Mówią, Najjaśniejszy Panie, iż nie chcę narażać się na jakikolwiek wypadek. Gdyby djabeł chciał mi wyplatać figla, to, wiedząc, z kim ma do czynienia, wyszukałby naumyślnie chwili, gdy mnie nie będzie. Służba moja przedewszystkiem zadawalnia moje własne sumienie.
— Ależ w takim razie ta służba pana zabije.
— Najjaśniejszy Panie, od lat trzydziestu pięciu pełnię służbę i jestem najzdrowszym człowiekiem we Francji i Nawarze. Zresztą proszę, Najjaśniejszy Panie, nie kłopotać się o mnie. Wydałoby mi się to dziwnem, tem bardziej, iż nie jestem do tego przyzwyczajony.
Król przerwał rozmowę innem pytaniem.
— Więc jutro rano będziesz pan także na służbie?... — zapytał.
— Tak samo, jak i teraz, Najjaśniejszy Panie.
Król kilka razy przeszedł się po pokoju. Łatwo można było dostrzec, iż chciał koniecznie coś powiedzieć, a jednak powstrzymywała go jakaś niewytłomaczona obawa.
Porucznik stał nieruchomy z kapeluszem w jednej ręce, drugą oparłszy na biodrze, przyglądał się tym wszystkim obrotom monarchy i pomrukiwał, przygryzając wąsa.
— Nawet za pół pistola niema w nim stanowczości!... doprawdy, do rozpaczy może człowieka doprowadzić... Słowo honoru... Gotówbym się założyć, że nie przemówi ani słowa.
Król chodził wciąż, rzucając od czasu do czasu spojrzenie na porucznika.
— Ojciec!... wykapany ojciec!... — monologował dalej porucznik tajemniczo — i dumny... i skąpy... i bojaźliwy... wszystko razem... Powiesić się chyba przy takim panu!...
Ludwik zatrzymał się.
— Poruczniku!...
— Do usług Waszej Królewskiej Mości.
— Dlaczego dziś wieczorem zawołałeś: „Służba Jego Królewskiej Mości!...“?
— Dlatego, że Najjaśniejszy Pan dał mi taki rozkaz.
— Ja?
— Tak jest, Najjaśniejszy Panie.
— O ile sobie przypominam, nic podobnego nie mówiłem.
— Najjaśniejszy Panie... rozkazy wydaje się tak samo znakiem, ruchem, skinieniem, mrugnięciem oka, jak i słowami, pomimo to niemniej są jasne i zrozumiałe. Nietęgi to byłby służący, któryby jedynie uchem słuchać umiał rozkazów.
Król odwrócił się, chcąc ukryć uśmiech, mimowolnie cisnący się na usta.
Po chwili skierował wzrok swój na te twarz tak śmiałą, tak inteligentną, a tak zarazem stanowczą.
— Dobrze już, dobrze!... — odezwał się po chwili milczenia, w czasie której usiłował nadaremnie zmusić oficera do spuszczenia oczu, wpatrując się w niego uporczywie.
Porucznik, widząc, że król nic więcej nie mówi, wykręcił się po żołniersku na pięcie i cofnął się ku drzwiom trzy kroki mrucząc:
— Nie powie nic... mordioux!... nic nie powie!...
— Dziękuję — dorzucił król raz jeszcze.
Oficer, skłoniwszy się monarsze, zwrócił się ku drzwiom.
Stanąwszy jednak na progu, uczuł, że wzrok Ludwika ściga go, że król chciałby, aby się zatrzymał.
Odwrócił się więc raz jeszcze.
— Czy Wasza Królewska Mość wszystko już mi powiedział?... — zapytał tonem trudnym do określenia, bo, nie wdzierając się w granice poufałości, ton ów brzmiał tak szczerze, tak serdecznie, że król odrzekł natychmiast:
— Istotnie... nie wszystko jeszcze... Zbliż się, poruczniku.
— No... nareszcie — mruknął oficer.
— Proszę słuchać uważnie.
— Nie tracę ani słowa, Najjaśniejszy Panie.
— Jutro koło piątej zrana siądziesz na koń, poruczniku i każesz osiodłać dla mnie wierzchowca.
— Ze stajni Waszej Królewskiej Mości?...
— Nie... muszkieterskiego.
— Dobrze, Najjaśniejszy Panie... Czy to już wszystko?
— Będziesz mi towarzyszył.
— Sam?
— Sam.
— Czy mam przyjść po Najjaśniejszego Pana, czy zaczekać?
— Zaczekasz na mnie, poruczniku.
— Gdzie, Najjaśniejszy Panie?
— Przy małej furtce w parku.
Porucznik skłonił się, zrozumiawszy, iż król powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia.
Ludwik XIV-ty pożegnał go uprzejmym ruchem reki.
Oficer opuścił pokój królewski i zasiadł znów w swoim fotelu.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.