Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.
POLITYKA MAZARINIEGO.

Zamiast wahania, z jakiem król przed kwadransem przedstawił prośbę swą kardynałowi, obecnie w oczach monarchy można było wyczytać silną wolę, przeciwko której można walczyć, którą można nawet złamać, lecz która w głębi serca zachowa na zawsze wspomnienie poniesionej porażki.
— Tym razem, panie kardynale, rozchodzi się o rzecz o wiele łatwiejszą, niż o miljon.
— Tak sądzisz. Najjaśniejszy Panie — rzekł Mazarini, spoglądając na króla wzrokiem chytrym, przenikliwym, czytającym w głębi duszy.
— Tak sądzę, i gdy poznasz, kardynale, przedmiot mej prośby...
— I myślisz, Najjaśniejszy Panie, że jej nie znam?..
— Jakto?.. wiesz, o co chcę prosić?
— Jeśli Wasza Królewska Mość pozwoli, mogę powtórzyć własne słowa króla Karola.
— Słucham.
— Gdyby zaś ten Włoch, ten tchórz, ten sknera...
— O!.. panie kardynale.
— Jeżeli nie powiedział stów takich, miał je pewno na myśli... zresztą... Boże kochany... nie mam do niego najmniejszej urazy... Każdy patrzy oczyma własnych namiętności... A więc mówił on: „gdyby ten sknera odmówił miljona, jakiego żądamy, Najjaśniejszy Panie, gdybyśmy z powodu braku pieniędzy, musieli wyrzec się sposobów dyplomatycznych, w takim razie poprosimy go o pięciuset szlachty“.
Król zadrżał. Kardynał omylił się tylko co do liczby.
— Nieprawdaż, Najjaśniejszy Panie, że tak mówił?.. — zawołał minister z miną triumfatora — później zaś przybrał to wszystko w pięknie brzmiące słówka: „mam przyjaciół po drugiej stronie cieśniny, przyjaciołom tym brak tylko wodza i chorągwi. Gdy mnie ujrzą, gdy ujrzą chorągiew Francji, połączą się ze mną, gdyż przekonani będą, iż mam wasza pomoc za sobą. Barwy mundurów francuskich warte będą w mem otoczeniu przynajmniej tyle, co milion, którego pan Mazarini z pewnością nam odmówi... wiedział on bowiem zgóry, że odmówię owego miljona... Z owymi pięciuset szlachty zwyciężę, a zaszczyt tego zwycięstwa na ciebie spadnie, Najjaśnieiszy Panie...“ Oto co powiedział król Karol, lub w każdym razie coś bardzo podobnego... nieprawdaż?.. Być może. iż przyozdobił swa mowę wspaniałemi przenośniami, świetnem obrazowaniem... o!.. bo oni lubią gadać... lubią!.. Ojciec gadał nawet na szafocie.
Czoło Ludwika zrosiło się gęstemi kroplami potu. Czuł, że godność jego nie pozwala mu słuchać podobnych obelg, miotanych przeciwko krewnemu. Nie wiedział jednak jak postąpić sobie z tym, przed którym wszystko się uginało, nawet królowa matka.
Nareszcie zdobył się na wysiłek.
— Ależ, panie kardynale... nie o pięciuset szlachty się rozchodzi, ale o dwustu...
— Więc widzisz Najjaśniejszy Panie, że zgadłem, czego żądał.
— Nie zaprzeczam ci, panie kardynale, przenikliwości... i właśnie dlatego myślałem, iż nie odmówisz bratu memu Karolowi rzeczy tak prostej, tak łatwej do spełnienia, o którą proszę w jego imieniu a raczej we własnem.
— Najjaśniejszy Panie — odrzekł Mazarini — oto trzydzieści lat upływa, jak zajmuję się polityką... Z początku pracowałem z panem kardynałem Richeulieu, później sam... Polityka moja nie zawsze była zbyt uczciwa... trzeba to przyznać... lecz nigdy nie była niezręczna. Ta zaś, jaka mi Wasza Królewska Mość proponuje, jest nieuczciwa i niezręczna równocześnie.
— Nieuczciwa?.. jakto?...
— Najjaśniejszy Panie... wszakże zawarłeś traktat z Kromwellem.
— Tak jest... nawet na traktacie tym Kromwell podpisał się nade mną.
— Ha... dlaczegóż Najjaśniejszy Pan podpisywał tak nisko?... Pan Kromwell znalazł dobre dla siebie miejsce, zabrał je, jak swoje... To już taki jego zwyczaj. Powracam więc do Kromwella. Zawarłeś, Najjaśniejszy Panie, traktat z nim, to jest z Anglią; bo w chwili podpisywania traktatu, pan Kromwell reprezentował Anglję.
— Kromwell umarł.
— Czy naprawdę?...
— Bezwątpienia... przecież nastąpił po nim syn jego, Ryszard... a nawet i ten już abdykował.
— Właśnie!... Ryszard dziedziczył po śmierci Kromwella, Anglia po abdykacji Ryszarda. Traktat jest częścią spadku, bez względu na to, czy spadek ów znajduje się w rękach Ryszarda czy Anglji... i wartość zawsze ma jednakową, tak dobrą dziś jak i dawniej... Pocóż go łamać?... Czy się dzisiaj co zmieniło?... Jesteś, Najjaśniejszy Panie, sprzymierzeńcem Anglji, a nie Karola... Być może, iż z punktu widzenia rodzinnego nie było to bardzo uczciwe sprzymierzać się z ludźmi, co ścięli głowę wujowi Waszej Królewskiej Mości, ale było to bardzo zręczne, bo nas uwolniło od kłopotów wojny zewnętrznej, która w czasie frondy byłaby bardzo niepożądana. Dziś, wysyłając posiłki, narazilibyśmy się także najniepotrzebniej, zawikłalibyśmy się tylko... i dlatego to nazywam zmianę obecnego naszego trzymania się na uboczu niezręczną i nieuczciwą.
— Nie mogę przecież zabronić szlachcie mojej, aby udała się do Anglji, gdy taka będzie jej wola!..
— Przeciwnie!... należy zabronić... a przynajmniej zastrzec się, iż podobny wypadek stał się pomimo woli, a nawet wbrew woli twojej, Najjaśniejszy Panie!...
— Ależ wreszcie... panie kardynale... ty, genjusz tak wielki, mógłbyś znaleźć sposób dopomożenia biednemu Karolowi, nie kompromitując się otwarcie.
— Ależ właśnie... ja tego nie chcę, Najjaśniejszy Panie... Pomagać Karolowi?... po co?... W Anglji dzieje się teraz wszystko jak najlepiej dla nas... Pod rządem obecnym jest ona dla Europy gniazdem wszelkich rozterek... a tego nam właśnie potrzeba!... Holandja proteguje Karola. Owszem!... niech go proteguje. Pogniewają się... pobiją... Doskonale!... To jedyne dwie potęgi morskie. Niechaj sobie wzajemnie zniszczą całą marynarkę... my ze szczątków, pozostałych po ich okrętach, zbudujemy naszą własną, i to kosztem kupienia gwoździ na zbicie desek, rozrzuconych po morzu.
— Jakież to wszystko niskie i podłe, panie kardynale!...
— Być może!... ale za to jakie prawdziwe!... Idźmy dalej... Przypuszczam, że słowo i traktat zostały złamane... Trafia się to często, iż wypada złamać dane stówo i traktat podpisany, należy to jednak robić wówczas, gdy ma się jakiś świetny interes na widoku, lub gdy się ma traktat, zanadto krępujący... Przypuszczam tedy, iż Najjaśniejszy Pan zgodzisz się na żądanie Karola II-go... Francja, czy tam jej chorągiew w otoczeniu kilkuset lub kilkunastu ludzi, bo to zresztą wszystko jedno... Francja więc przekracza granicę i bije się... no i Francja zostaje zwyciężoną!...
— Dlaczego?...
— Dlaczego?.. Znakomity dowódca... ten Karol II-gi... a bitwa pod Worcester także daje nam wyborną gwarancję!..
— Ale zabraknie też i Kromwella, panie kardynale...
— Tak... lecz za to będzie Monk, a ten jest jeszcze niebezpieczniejszy, choć w innym rodzaju. To nie jest wódz, to nieprzenikniony polityk. Od lat dziesięciu ma on oczy zwrócone na jeden cel, a nikt nie może odgadnąć, na jaki. A gdy plan swój, powoli obmyślony i dojrzały należycie, rozwinie, może być najpewniejszy zwycięstwa. Wasza Królewska Mość oświadczył sam, iż oddałem pewne przysługi koronie francuskiej; otóż oświadczam, że gdybym na drodze mej spotkał był Monka zamiast panów, de Beaufort, de Retz lub Kondeusza, bylibyśmy zgubieni i nie pomogłyby moje zdolności, zręczność lub spryt, o których to przymiotach tak wiele opowiadają. Monk to głowa, przed którą ja się chylę, Najjaśniejszy Panie.
— Cóż powinienem — według pana, panie kardynale — odpowiedzieć memu bratu, Karolowi II?
— Jedno tylko, Najjaśniejszy Panie, że traktatem zobowiązaliśmy się nie dozwolić mu pobytu we Francji.
— Dosyć, panie kardynale — rzekł Ludwik, podnosząc się z krzesła. — Gdy odmawiasz miljona, masz prawo... sprawy skarbowe do ciebie należą. Odmawiasz mi dwustu szlachty... jeszcze masz prawo, bo jesteś pierwszym ministrem, i w oczach Francji jesteś odpowiedzialny za pokój i wojnę. Ale zabraniać mnie, królowi, bym udzielił gościnności wnukowi Henryka IV-go, mojemu krewnemu, towarzyszowi mych zabaw dziecięcych... daruj pan... tu już kończy się twoja władza... tu się zaczyna wola moja!...
— Najjaśniejszy Panie — odparł minister, zachwycony, że pozbędzie się Ludwika tak tanim kosztem, — przed wolą króla mojego zawsze chylę głowę. Niech Wasza Królewska Mość zatrzyma w którym z zamków króla Anglji... Mazarini może o tem wiedzieć, lecz niechże się nigdy nie dowie minister.
— Dobranoc, monsiniorze; odchodzę zrozpaczony...
— Ale przekonany, a o to mi tylko chodziło.
Król nic nie odrzekł i wyszedł zamyślony, przekonany nie o tem, czego mu dowodził Mazarini, lecz o tem, czego sam strzegł się powiedzieć, a mianowicie, iż należy mu pilniej badać sprawy własne i Europy, bo dokoła widzi tylko ciemności i trudności. Ludwik XIV zastał króla Anglji na tem samem miejscu, gdzie go pozostawił.
Spostrzegłszy Ludwika, Karol podniósł się i jednem rzutem oka odczytał wyrok na siebie, ponurami literami wypisany na czole kuzyna.
Aby ułatwić mu smutne wyznanie, odezwał się pierwszy:
— Cokolwiek bądź się stanie, nie zapomnę nigdy dobroci twojej, Najjaśniejszy Panie, życzliwości, jaka względem mnie okazałeś.
— Niestety — odrzekł głucho Ludwik — nie na wiele zda się dobra wola, mój bracie.
Karol II-gi pobladł nadzwyczajnie, otarł zimna ręką spotniałe czoło i z wyraźnym wysiłkiem odrzekł:
— Serdeczne dzięki składam ci, Najjaśniejszy Panie. Prosiłem daremnie o pomoc największego z królów ziemi, teraz będę prosił Boga, aby raczył zlitować się nade mna.
I, nie chcąc słyszeć więcej, wyszedł, z czołem dumnie wzniesionem, z ręka drżącą, a na jego bladej twarzy malowała się rozpacz.
Oficer muszkieterów, ujrzawszy te bladość, skłonił mu się, przyklękając prawie na kolano.
Wziął następnie pochodnie, przywołał dwóch muszkieterów i sprowadził nieszczęśliwego monarchę ze schodów, trzymając w prawem ręku kapelusz, którego pióro wlokło się po kamiennych stopniach.
Przybywszy do bramy, oficer spytał króla, w którą stronę udaje się, aby mógł tam wysłać przodem muszkieterów.
— Panie — odrzekł Karol II-gi półgłosem — ty, co znałeś mojego ojca, może czasem modliłeś się za niego. Jeżeli tak, nie zapomnij i o mnie w swych modlitwach. Obecnie idę sam i proszę, aby mi nie towarzyszono.
Oficer skłonił się i odesłał muszkieterów do pałacu.
Sam jednak pozostał jeszcze przez chwilę pod sklepieniem przedsieni, dopóki Karol II-gi nie zniknął mu z oczu na zakręcie ulicy.
— Do tego, tak samo jak dawniej do jego ojca — mruknął — Athos, gdyby tu był, odezwałby się słusznie: „Cześć upadłemu majestatowi!“
Później zaś, idąc po schodach:
— A!... podła służba — powtarzał na każdym stopniu. — Znikła już wspaniałomyślność, niema energji!... Mordioux!...
już tego nie wytrzymam!... No!... — mówił dalej, wchodząc do przedpokoju. — Czegóż się tak na mnie gapicie?... zagaście pochodnie... zajmijcie swe stanowiska!... Niech się dzieje, co chce!... jutro rzucam mój mundur pomiędzy pokrzywy — zakończył cicho.
Potem, jakby ożywiając się:
— Nie!... — dodał. — Jeszcze nie!... jeszcze zrobię jednę próbę... ale ta będzie ostatnia... Mordioux!...
Jeszcze nie skończył tych słów, gdy z pokoju królewskiego głos się odezwał:
— Panie poruczniku!...
— Jestem.
— Król chce z panem pomówić.
— Służę. — I dodał pocichu: — Czyżby odgadł moje myśli?... kto wie?...
I wszedł do króla.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.