Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom VI/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom VI
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1894
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IX.

Nadeszło Boże Narodzenie. Nie przyniosło jednak z sobą żadnej odmiany pożądanej. Wszystko odbyło się w zwykłym porządku, zabijająco nudno i monotonnie! Pompy religijne, życzenia składane jak każdego roku przez sąsiadów, suknie nowe dla panienek, z Moskwy zapisane, mróz trzaskący, słońce olśniewające, noc księżycowa, powtórzyły się, jak zwykle.
Po obiedzie w trzeci dzień Świąt, każdy wrócił do swojego kąta, i życie popłynęło trybem codziennym. Goście się rozjechali, w całym zaś domu zrobiło się naraz cicho i... nudno, ah! jak nudno! Mikołaj wróciwszy z objażdżki po sąsiedztwie, chrapał aż miło w salonie na szezlongu. Ojciec poszedł za syna przykładem, urządzając sobie słodką drzemkę w gabinecie. Sonia w pokoju bawialnym, siedząc przy okrągłym stoliku, coś przerysowywała. Hrabina kładła z kart pasjanse na innym stole. Stary trefniś, przezwany na żarty Anastazją Iwanówną, z miną nader kwaśną, usiadł w okna framudze, ani pary z ust nie wypuszczając. Nataszka wszedłszy, zatrzymała się chwilę przy Sonii, patrząc bezmyślnie na jej rysunek. Następnie pochyliła się nad matki pasjansem rozłożonym szeroko na stole i ciężko westchnęła:
— Czegóż tak błądzisz z kąta do kąta, ni to dusza pokutująca? — spytała hrabina niechętnie. — Czego chcesz?
— Jego chcę! jego zaraz, natychmiast!... — Nataszka wybuchnęła gwałtownie, z oczami rozpłomienionemi, z wypiekami gorączkowemi na twarzy, wyrzucając słowa urywane, z piersi ściśniętej.
Matka spojrzała na nią badawczo, jakby chciała ją na wskroś przeniknąć.
— Proszę się tak na mnie nie patrzyć, bo się w głos rozpłaczę!
— Usiądź przy mnie Nataszko, i staraj się uspokoić.
— Mamo, ja go mieć muszę!... Mnie go potrzeba, zaraz, koniecznie! Dla czegóż mam tak usychać z nudów i tęsknoty?...
Głos jej łkanie stłumiło, łzy trysły z ócz i nagle wybiegła z salonu.
Z chustką na oczach powlekła się do garderoby. Tu zastała starszą pokojowę burczącą młodą dziewczynę, która teraz dopiero wracała z jakiejś hulanki, spocona zziajana, nie mogąc na razie tchu złapać:
— Jest pora na wszystko! — mruczała gniewnie staruszka. — Ale hulać trzy dni i trzy noce, to się nie godzi!...
— Daj jej spokój Kondratiewna! — wdała się w tę sprawę Nataszka, broniąc młodej dziewczyny. — Trzeba używać świata, póki służą lata!... Kiedyś odpoczniemy dość długo, gdy nas złożą do grobu! — dodała melancholijnie. — Baw się, baw Mawruszka, póki możesz!
Snuła się dalej po domu, bez celu i myśli, aby czas zabić. Z kolei wstąpiła do przedpokoju. Stary lokaj, z dwoma młodymi hajdukami grali w karty. Na jej widok przestali grać, zrywając się na równe nogi:
— Jakąby im zadać robotę? — spytała się w duszy Nataszka. — Nikita, proszę też ciebie... (ale gdzież go mam posłać?) wystaraj mi się i przynieś natychmiast... pięknego koguta. No! i trochę pszenicy, żebym miała go czem nakarmić.
— Pszenicy? — Nikita oczy wytrzeszczył.
— Pszenicy dla koguta! Cóż? nie rozumiesz?
— A idź że prędzej gamoniu! — ofuknął chłopaka stary lokaj — skoro każe ci panna hrabianka!
— Ty zaś Fedor — zwróciła się do staruszka, — daj mi kawałek... kawałek... czegóż bo ja to chciałam?... Aha! kawałek kredy!
Wpadła jak bomba do kuchni. Rozkazała nastawić samowar, chociaż miał być potrzebny dopiero za dwie godziny. Miała ochotę spróbować swojej władzy, na starym szafarzu Foce, najgorszym burczymuchą z całego dworu. Nie mógł uwierzyć własnym uszom i spróbował zaprotestować nieśmiało przeciw tak niezwykłemu rozporządzeniu:
— Teraz? Ależ to za wcześnie pannuńciu!
— Kiedy ja ci mówię nastaw, to nastaw! — krzykną impetycznie Nataszka.
— Ha! cóż robić, toć i nastawię!
I stary jak niepyszny, nalał wody w olbrzymi samowar, zaczął sypać węgle i rozdmuchiwać ogień butem dziurawym, niby mieszkiem improwizowanym.
Nikt nie dawał tyle do roboty służbie, nikt ich tak nie rozsyłał na wszystkie strony, jak Nataszka. Skoro spostrzegła któregokolwiek, wysiliła umysł, aby go czemś zatrudnić i pchnąć po to, lub po owo. Czyniła to prawie bezwiednie, nie mogąc się wstrzymać od tego. Możnaby było posądzić ją, że próbuje swojej siły i wpływu, czy się też kiedy kto nie zbuntuje przeciw jej tyranji, i nie wypowie ślepego jak dotąd posłuszeństwa. Rzecz dziwna jednak, że niczyich rozkazów nie spełniano tak szybko i ochotnie, jak właśnie wszelkie zachcianki najkapryśniejsze ukochanej pannuńci!
— A teraz gdzie pójdę? Co mam robić? — pomyślała idąc długim, ciemnym korytarzem. W nim zetknęła się ze starym trefnisiem.
— Anastazjo Iwanówno — spytała żartobliwie. — Co ja też wyszedłszy za mąż na świat wydam?
— Ty hrabianeczko? Pchły, świerszcze i polne koniki. To rzecz pewna!
— Dziękuję za przepowiednią! — dygnęła mu ironicznie. — Boże! Boże! — następnie ręce załamała rozpaczliwie. — Gdzie się ukryć przed tą nudą zabijającą? Wiecznie jedno i to samo! Można na prawdę oszaleć!
Przeskakując po dwa schody na raz, weszła na drugie piątro do państwa Joghel. Tam zastała całą inteligencją zebraną i zajadającą wety, złożone z różnych bakalji. Sprzeczano się zawzięcie, gdzie jest większa drożyzna? W Moskwie, czy w Odessie? Nataszka usiadła na chwilę przysłuchując się rozmowie głęboko zadumana. Nagle zawołała: — Madagaskar!... Wyspa Ma-da-ga-skar! — powtórzyła, dzieląc z naciskiem sylaby. Wyszła natychmiast, nie wytłumaczywszy nikomu, mimo pytań ze wszech stron, co miał znaczyć, ten jej wykrzyknik tajemniczy? Na schodach spotkała Pawła, z jego kozaczkiem nieodstępnym Jurkiem. Obydwaj byli zajęci wyłącznie ogniami sztucznemi, które na wieczór przygotowywali:
— Pawłóniu! znieś mnie na dół! — krzyknęła wskakując mu na grzbiet na barana i obejmując za szyję ramionami. Tak zjechali pędem aż na dół, Nataszka ma się rozumieć wlokąc nogami po stopniach drewnianych.
— Dość tego!... dziękuję... Ma...da...ga...skar! — mruknęła stając na podłodze w sieniach.
Wróciła niebawem do wielkiego salonu, po szczegółowem zwiedzeniu swego państwa, przekonawszy się naocznie i namacalnie, że jej poddani są zawsze ślepo posłuszni, gotowi na jej skinienie, więc i tam wszystko idzie po staremu... nudno.... nieznośnie! Usiadła w kąciku najciemniejszym, za serwantką oszkloną i wyłożoną taflami źwierciadlanemi. Zaczęła dobierać akordów na gitarze. Szukała melodji i akompaniamentu do niej, którą słuchali razem z Andrzejem, w sali opery, pewnego wieczora w Petersburgu. Tych kilka akordów nieokreślonych, wziętych nieśmiało i ręką niewprawną, musiałyby uderzyć ucho i najmniej muzykalne, brakiem harmonji. W jej duszy jednak, dzięki fantazji podnieconej gorączkowo, budziły cały szereg wspomnień najsłodszych. Oparta o mur plecami, z wzrokiem wlepionym, w wąski promień światła padający ukośnie z przedpokoju przez szparę w drzwiach, słuchała z rozkoszą melodji niedokończonej, która jej nie mniej błogą przeszłość przypominała.
Sonia przeszła przez salon z szklanką pełną wody:
— Soniu, co ci to przypomina? — spytała, biorąc kilka akordów.
— Jakto, siedzisz w tym ciemnym kącie? — Sonia drgnęła nerwowo, przysuwając się bliżej. — Niewiem... nie poznaję... Czy nie ustęp z Burzy? — odezwała się wahająco, w przekonaniu że się myli.
— Tak jest — pomyślała Nataszka. — Wiedziałam naprzód co zrobi... Drgnie przestraszona, a potem odpowie mi słodko jak zawsze... Nie inaczej... posiada ona te wszystkie nieocenione przymioty, których mnie brakuje najzupełniej... — Źleś zgadła! — dodała głośno. — To był chór z naszej opery narodowej: Wodonosz... posłuchaj tylko uważniej — zaczęła nucić melodję pół głosem. — Gdzie dążysz?
— Chciałam przynieść sobie czystej wody, aby skończyć zaczętą akwarelę.
— Wiecznieś zajęta, zapracowana, a ja nigdy niczem! Gdzie Mikołcio?
— Zdaje mi się że spi.
— Idź go obudź. Powiedz mu niech zaśpiewa co z nami.
Odeszła Sonia, a Nataszka utonęła na nowo w głębokiej zadumie. Radaby była przypomnieć sobie, jak przyszło do tego, co się z nią stało? Nie mogła rozwiązać tej zagadki. Owiały ją znowu wspomnienia rozkoszne, upajające! Stanął przed nią Andrzej, czuła na sobie jego wzrok namiętny i miłością rozpromieniony.
— Byle wracał już raz! Tak się lękam, żeby go jeszcze co nie zatrzymało!... Zresztą, nie ma co owijać w bawełnę... starzeję się z dniem każdym... nie będę już taką jak byłam... Któż wie?... Może przybędzie?... I jest tam... w salonie?... Czyż nie zapomniałam przypadkiem, że bawi od wczoraj w Otradnoe?...
Wstała, zawiesiła na ścianie gitarę i przeszła do sali obok. Tu zastała już wszystkich domowników zgromadzonych przy długim stole herbacianym. Służba uwijała się raźno w około... Andrzeja atoli nie było między nimi!...
— Otóż i Nataszka! — zawołał ojciec. — Chodź usiądź przy mnie „duszinko!“ — Ona nie usłuchała jednak serdecznych zaprosin, przysunęła się do matki, a tuląc się do jej piersi szepnęła, zaledwie wstrzymując się od płaczu rzewnego:
— Mamo... mateczko!... Gdzie on? Dajcie mi go, prędzej, prędzej!... — załkała głucho, ale uspokoiła się niebawem wysiłkiem nadludzkim i usiadła na swojem miejscu:
— Boże! Boże! wiecznie jedno i to samo! — pomyślała. — Tatko jak zwykle wylewa herbatę na miseczkę, i dmucha aby prędzej ostygła... jak wczoraj... pozawczoraj... jak będzie dmuchał jutro!
Irytowało ją całe towarzystwo. Nie mogła im przebaczyć, że są tacy nudni i jednostajni.
Po herbacie, trójka nierozłączna, Nataszka, Sonia i Mikołaj, ukryli się w rogu salonu, na swojej kozetce ulubionej, ocienionej klombem roślin egzotycznych. Tam jedynie szła im od serca gawędka; tam nie mieli żadnych tajemnic jedno dla drugiego.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: anonimowy.