Wspomnienia z wygnania 1865-1874/XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Wielhorski
Tytuł Wspomnienia z wygnania 1865-1874
Wydawca Zygmunt Wielhorski
Data wyd. 1875
Druk Ludwik Morzbach
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XIII.
Jakiém okiem patrzeli na nas Moskale?

Rosyjskie towarzystwo przyjmowało nas dobrze, szczególniéj osoby poważniejsze i kobiety były dla nas bardzo uprzejme. Nie lubili oni Polaków w ogólności, za to, że buntują się, jak oni mówili, przeciwko carowi i Rosyi, ale to nie wpływało na uczucia ich względem pojedyńczych osób. Młodzież była nam widocznie nieprzychylna, nie z żadnych powodów politycznych, ale dla tego, że wyszość nasza ukazywała się na każdym kroku. Nie chęć podniesienia siebie i swoich dyktuje mi te wyrazy, ale rzeczą jest oczywistą, że trudno im było równać się z nami, którzyśmy pokończyli uniwersyteta lub wyższe zakłady naukowe i posiadali lbycie ucywilizowanego świata, gdy oni przeszli zaledwie trzy lub cztery klasy szkółki powiatowéj i nie jeździli daléj jak do Wołogdy. Zazdrościli oni mam, więcéj powiem, nienawidzili nas; garnęli się jednak do nas wszelkiemi siłami, i chcieli koniecznie wejść z nami w zażyłość. Oczywiście, nigdy do tego nie doszli. Zawsze byli bardzo grzecznie przyjmowani, gdy przyszli z wizytą, ale jeżeli mieliśmy jakąkolwiek swoją zabawę, lub zebranie, nielitościwie ich zawsze wykluczaliśmy. Żyliśmy w bardzo dobrych stósunkach z Moskalami, lecz w poufałych nigdy. W późniejszych czasach były, co prawda, wyjątki, jednakowoż bardzo rzadkie. Co szczególniéj draźniło nieprzyjazne ku nam uczucie owéj młodzieży, to utrata wszelkiéj u kobiet wziętości. Do naszego przybycia do Solwyczegodzka, byli oni uważani za coś! lecz z naszym przyjazdem gwiazda ich znacznie pobladła, nam było przeznaczone zająć ich miejsca. Zaręczyć mogę, żeśmy się o nie nie ubiegali, ale to samo u siebie przyszło.
Panie tamtejsze, z wyjątkiem kilku, były bardzo mało ukształcone, ledwie pisać i czytać umiały. W ogóle przecież każda kobieta przenosi istoty wyższe. Przeczuwają one własną słabość i wiedzą, że potrzebują podpory. Nie przyznają się do tego, ale tak jest w istocie. Dla kobiety nie dość przystojnéj twarzy, bo ona koniecznie pragnie czegoś więcéj: bądź to rozumu, bądź męztwa, bądź szlachetności, bądź wreszcie awanturniezwj reputacyi. Każda jest wiotką — i tak jak bluszcz; potrzebuje dębu, aby mógł ją zasłonić od wichrów przeciwnych. Reputacya Polaków w Rosji jest ustaloną. Wszyscy ich mają za ludzi pełnych honoru i odwagi. Odziedziczyliśmy przeto tę spuściznę, po naszych poprzednikach. Z naszéj strony byliśmy młodzi, weseli, a przytém uważani za coś znaczniejszego. Cóż więc dziwnego, żeśmy zajęli pierwsze szczeble, a innych niżéj zepchnęli.
Przypomina mi się zdarzenie, które da poznać, jak nas widziano w tamtejszém towarzystwie.
Kupiec H. dawał ucztę, nie pamiętam już u jakiego powodu, i sam do każdego przyjechał z zaproszeniem; obiecaliśmy przybyć. A trzeba wiedzieć, że czterech z nas było nierozdzielnych, tj. Gl, Kl, St. i ja; na wszystkich zebraniach bywaliśmy razem, tańcowaliśmy vis-á-vis, w tych samych bywaliśmy domach, i nikomu pewno nie przyszłoby na myśl, prosić jednego, a drugich nie. Kupiec jednak H. nie zaprosił Gl.; dowiedzieliśmy się o tém dopiero pod wieczór. Na prędce stanęła decyzya, że żaden z nas na zabawę nie pójdzie, ja zaś wezwałem ich do siebie dla przepędzenia czasu razem, na co wszyscy się zgodzili.
Koło 9 przychodzi służący od kupca H. z zawiadomieniem, że już wszyscy się zjechali i że nas bardzo prosi, byśmy przybyli; odpowiadamy, że żaden z nas nie pójdzie, nie tłómacząc Się wszelako z powodu. Po kilku minutach zajeżdżeją sanki isprawnika, a furman jego przychodzi mi oznaimić, że pan jego ma do mnie ważny interes, że sam nie może przybyć, bo jest na balu, więc żebym ja się pofatygował. Siadłem w sanki i jadę. Skorom przyjechał, wprowadza mnie służący do gabinetu kupca, gdzie isprawnik już czekał.
— Dla czegóż to panowie nie raczyli, rzekł do mnie tonem bardzo zimnym i szyderczym, zaszczycić swoją bytnością dzisiejszego wieczoru u kupca H.
— Woleliśmy w domu zostać, odpowiedziałem.
— A jabym sobie bardzo życzył, żeby panowie tu byli, i przybrał ton groźny.
— Wy jako isprawnik macie wiele władzy nad nami, ale nie tyle, żeby zmusić nas tańcować, jeśli się nam to nie podoba.
— Proszę mi powiedzieć — A ton jego złagodniał — cóż może być za przyczyna takiego postanowienia? Wszak wszędzie bywacie z ochotą.
— Zapewne, że jest przyczyna. — Tak, bądźcie tak łaskawi mi ją powiedzieć, rzekł już dobrodusznie.
— Jeżeli wy w ten sposób do mnie mówicie, już nie jako isprawnik, ale jako Iwan Leońtiewicz Judycki, to zaraz całą rzecz wyjaśnię.
— Pan H. nie prosił Gl., a jak wam dobrze wiadomo Iwanie Leońtiewiczu i jemu także, my zawsze w towarzystwie bywamy razem.
— Tak, tak, prawda.
— Obraził nas zatém, że naszego towarzysza wykluczył i dlatego nie przyszliśmy.
— Dureń! Już ja się domyślałem, że musi w tém być jego wina.
Krzyknął: Eh! zaraz zjawił się służący. — Przywołaj gospodarza.
Gospodarz wszedł natychmiast.
— Ah ty świnia, suki ty syn! zawołał isprawnik, ty śmiesz się żalić, że oni do ciebie nie przyszli na zabawę, a dla czego nie prosiłeś ich towarzysza Gl.
— Winowat (winien) Iwan Leońtiewicz, odpowiedział miłosiernym głosem H.
— Jedź zaraz po niego.
— Słuszaju (dobrze), Iwan Leońtiewicz.
— Przeproś go.
— Słuszaju, Iwan Leońtiewicz.
— Żebyś bez niego nie wracał.
— Słuszaju, Iwan Leońtiewicz.
— No i czegoż jeszcze stoisz bałwanie, kiedy już byś powinien być w drodze.
— Biegu (lecę), Iwan Leońtiewicz.
— Spodziewam się, że wszyscy panowie przybędziecie.
— O teraz to i owszém, stawiemy się najdaléj za dziesięć minut.
W istocie w przewidywaniu tego, co się stanie, każden z nas był ubrany i tylko wypadało frak włożyć. Kupiec zaraz zemną do mego domu przyjechał, nietylko Gl., ale wszystkich czterech ze łzami prawie przepraszał, przyznawszy się, że do tego był namówiony przez kilku młodych ludzi.
Na nie wiele co im się to zdało. Z początku sądzili, że gdy nas nie będzie, oni znowu zajmą swoje dawne położenie, ale damy wcześniéj przez nas zamówione, nie chciały z nimi tańcować, spodziewając się co chwila naszego przybycia i obawiając się jakiéj awantury, o którą u nas nie bardzo było trudno.
Tak więc początek wieczora zaczął się bardzo smutno. Rezolutniejsze udały się do isprawnika który postąpił sobie tak, jak opowiedziałem.
Około 10 dopiero, jako tryumfatorów prawie, wprowadzili nas: isprawnik i gospodarz do sali. Jedni się radowali, drudzy gryźli wargi i przeklinali, w każdym jednak razie, dopiero wtedy zaczęła się ochocza zabawa, a kupiec H. chcąc nas jeszcze bardziéj udobruchać, postawił w swoim gabinecie, tylko dla nas i isprawnika dostępnym, wino szampańskie.
Wiedział on, że my wódki nie pijemy; my téż, żeby mu pokazać, że uraza zapomniana, wysuszyliśmy z dziesięć butelek szampana.
Wiejski lud miał dla nas wielkie współczucie. Włościanie nie upatrywali w nas wrogów, widzieli tylko nieszczęśliwych. Chłopi z dalszych osad szczególnie nas żałowali.
Stare kobiety często powtarzały:
— Wy biedne ditiatka (dziatki), tak daloko od swojéj rodinuszki (swojéj strony), wy, przepadiotie śdieś na czużbinie (wy przepadniecie tu w cudzéj ziemi), i nuż wypytywać się: czyśmy żony i dzieci w domu zostawili, czy rodzice żyją, czy nam majątki zabrano? aż lżéj się na sercu robiło, gdyśmy napotykali takie proste, szczere, nie udane uczucie. Poczciwi ludzie, oni nie wiedzieli, ile ulgi przynoszą naszemu cierpieniu kilku serdecznemi słowy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Wielhorski.