<<< Dane tekstu >>>
Autor Mieczysław Piotrowski
Tytuł Złoty robak
Wydawca Czytelnik
Data wyd. 1968
Druk Drukarnia Wydawnicza w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Instytut

Na skrzypcach, tak jak zapowiedziano, grał Stanisław Kuzio wykonując utwór pod tytułem „Mój największy błąd”. Głośniki były wszędzie. Orkiestra fałszowała. Niemuzykalność tych, co tu napłynęli, była oczywista. Nadawano fałsz głębokości minimum pięciu kilometrów. Nikt nie widział, że obrzeżenie bulwaru kruszy się z dnia na dzień.
Po drugiej wojnie światowej Paweł się postarzał. Z przyjemnością. Nie miał już zdrowia na dawne irytacje. Odszedł mu gniew, który odbierał kiedyś przytomność i graniczył ze śmiercią. Irytowali się inni.
Młodość uznano za stan nieśmiertelny i za gatunek. Wkrótce gatunek się postarzał i już go nie było. W latach sześćdziesiątych ukazali się nowi młodzi ludzie, nowa fala, już po wyższych studiach. Prezentowali się dobrze, było ich coraz więcej, obejmowali stanowiska, stawiali żądania. Powinien być z nimi kłopot. Lecz nikt się już nie irytował.
Żądali wskazania celów wyższych, określenia wartości życia także w pojedynczym egzemplarzu, ustalenia typu „nowoczesnego” bohaterstwa. Żądali odpowiedzi serio, filozofii definitywnej, schludnej, świata gotowego i przystępnego, po cenie barów mlecznych. Ustrój — być może tak mówiono — podjął się zagwarantować wszystko, niechże więc zmusi tych, co dorabiają muzyką, aby była jasna i pożyteczna. Ustrój — dając za darmo wykształcenie, pracę i mieszkanie — winien jeszcze w kopercie wręczać przepisy na dobre poczucie. Była w tym już odpowiedź, z akcentem autoironii. Motyw ten płynął z dwoistego źródła — świadomości i nieświadomości.
Równocześnie jakieś niepojęte sprawy, w które trudno uwierzyć, rozgrywały się jak gdyby w powietrzu. Nikt się z nimi nie zetknął oko w oko, ale wszyscy twierdzili, że na pewno istnieją. Jakaś niewidzialna pompa pompowała — podobno — smutek, zagubienie i rozpacz. Powszechnie przewidywano, że „coś” stać się może, że „pęknie coś w powietrzu” — „coś” zostanie pokonane i przekroczone, ukaże się nowa strona świata. Rozpadnie się czas, dokona się czegoś takiego, co w pierwszej chwili będzie wyglądało niewinnie, a potem krew zmrozi.
Paweł milczał. Najbliższym jego współpracownikiem był inżynier Fryde. Miał lat dwadzieścia pięć. Był inteligentny, dobrze wychowany, z profesorskiego domu. Mógłby nawet przypominać Filipa, gdyby przy tym zechciał być lekkomyślny i przestał przychodzić do pracy. Wydawał się „synem”, a przypominał „ojca”.
Dobre pięć lat temu Małachowski zlikwidował pracownię konserwatorską, niewielką, jednoosobową, i pożegnał swój poprzedni okres. Zrobił to bez żalu, nadojedli mu klienci, kler, urzędy i Herodek z córką. Podjął pracę w Instytucie Automatyki, po raz drugi, znów jako majster, specjalista od materiałów twardych w dziale doświadczeń nad modelami sterującymi. Nie miał studiów wyższych. Kiedyś był w sytuacji wstecznej w porównaniu z tymi, którzy zrobili na tym karierę. Krótką; on pozostał. W okresie tamtym dowiedział się o swym szlacheckim pochodzeniu. Musiał się tym zainteresować, skoro do tego zmuszano. I zmuszony — z gniewu — poczuł się szlachcicem. Dostarczono mu powodów. Wydawało mu się wtedy, że określając siebie jako szlachcica, zachowuje przez to jakąś postawę godną, niby to śmieszną i przekorną, lecz już nie taką śmieszną, gdy się ją zestawi z brakiem chociażby słowa i czoła. A gdy okres ten minął, trudno mu było szlachectwo swe odwołać. Nie był szlachcicem.
Stanisław Kuzio grał i nie można się było od niego uwolnić. Głośniki umocowane na rozkraczonych stojakach. Więdły liście w parku, tynk jarmarcznego pawilonu zieleniał, muzyk kładł się na skrzypce i przeciągał strunę — wyolbrzymioną, jakby mucha nabawiła się rozmiarów kaczki i zamierzała w powietrzu pęknąć.
Księżyc stał się modny. Lunatyczne cechy spotykało się w ludziach. Zjawiało się coraz więcej postaci oddających się samouwielbieniu. Uliczni chłopcy przemieniali się w dziewczyny, już takiej ilości nieprawdy dawno nie było. Żeby bodaj naprawdę był ktoś głodny. Ci, którzy pracowali ciężko, nie pokazywali się na oczy. Stan urzędniczy stał się stanem synekury. Nikt niczego już nie pamiętał, ani wojny, ani okupacji, ani niewidzialnej bariery, która biednym pozwalała w śródmieściu spacerować jedynie wzdłuż rynsztoka.
Dziś rano Paweł przekroczył swe wewnętrzne przepisy i pozwolił sobie — można by tak powiedzieć — na kilka słów dyktowanych niepotrzebną irytacją.
Fryde zapytał zdumiony:
— Pan?
Małachowski wiedział, że budzi więcej szacunku niż sympatii. Podtrzymywał to nawet.
Przyjechał dziennikarz z Warszawy z japońskim magnetofonem na rzemyku. Fryde był przydzielony, aby mu towarzyszyć. Dziennikarz uważał się za artystę. Dużo ludzi, nie będąc, łącznie z artystami, poszukuje tej namiastki arystokracji. Powiedział bez wahania: „Ludzie, którzy już nie żyją, mówili: nastały czasy pary i elektryczności. Tak jak przedtem mówiono: knota i lampy naftowej. Knot nie doczekał się poematu, samolot doczekał się złej poezji. Zawsze królowały raczej pochodne schorowanych nerek i zapomnienia. Strychu i zakłóceń w instalacji zwojów mózgowych”. Nagrywał to, co mówił. Mówiąc korzystał z kartki. Gdy kończył, natychmiast przykładał mikrofon do ust Frydego i ani razu o tym nie zapomniał. Fryde, jak się zdaje, dał się nabrać. Była już butelka wina, dużo słów, czekano na kawę, przedtem Paweł miał zademonstrować działanie aparatu segregującego światło. Gdy włączył, maszyna działała poprawnie, lecz równocześnie poczuł, że w nim samym działa coś nieprawidłowo. I jakby detonuje. Po chwili stracił przytomność.
Gdy się ocknął, leżał na posadzce. Musiało to trwać kilka sekund.
Fryde trzymał w ręce metalowy kubek, z którego widocznie chlusnął na niego zimną wodą. Twarz Pawła była mokra. Metalowy kubek skojarzył mu się ze śmiercią. Nie był jeszcze zupełnie przytomny, a już oblewała go fala wstydu.
Dziennikarz siedział i notował. Zdobył pierwszorzędny materiał — to nie maszyna, człowiek zemdlał. Na magnetofonie być może nagrał łoskot przewracającego się pracownika.
— W Polsce, panie Małachowski — powiedział ktoś — koniecznie trzeba cokolwiek przeczytać z literatury obcej. A pan nic, na przykład z Gogola. To zobowiązuje. A pan bez tego chce sobie dać radę i w końcu zostanie uznany za okrutnika, będąc tylko punktualny.
Kto to powiedział?




Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.