<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z życia awanturnika
Podtytuł obrazki współczesne
Wydawca Tygodnik Wielkopolski
Data wyd. 1872
Druk Drukiem J. I. Kraszewskiego (Dr. W. Łebiński)
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Pani prezesowa już była zrzuciła żałobę po mężu. Zatem rok i sześć niedziel od zgonu nieodżałowanego w obywatelstwie człowieka upłynęło — ku pięknéj a majętnéj wdowie wielu już nie tylko wdowców, lecz nawet złotéj młodzieży i starszych ichmościów słało ogniste westchnienia.
Doktorowa pielęgnowała swe kwiatki, Kudełka pieścił się z książkami, których piękności już mu oczy dobrze nawet przez lupę oglądać nie dozwalały, a piękna panna Tola pozostała jeszcze nie zamężną i p. Teodor Murmiński, który sobie wioskę kupił w sąsiedztwie, — zajęty ogrodem i kwiatami, rzadko ją nawet widywać miał pozwolenie.
Zdaniem doktorowéj kochali się oboje szalenie — ale miłość ich była jakaś oryginalna... nie spieszącą się — któréj zacna wdowa wcale zrozumieć nie mogła....
Wprawdzie jawném było, iż zawsze hr. Maurycy stał na zawadzie, ale z pewnością kochankowie by go mogli pominąć i po ślubie dopiero prosić o błogosławieństwo.
Tymczasem przy najczulszych stosunkach, oboje byli zagadką dla widzów, a przedmiotem niemego podziwu i prawie oburzenia dla szanownéj przyjaciółki. Gniewała się na nich, czasem nawet bardzo mocno...
Próbowała wybadywać Tolę, ale się nic nigdy rzeczywistego od niéj dowiedzieć nie mogła — dawała do zrozumienia Teodorowi, iż powinien był naglić i przyspieszać ślub — o którym nawet mowy nie było jeszcze. — Tola śmiała się, Teodor milczał.
— Niezmierniem téż ciekawa, jak się to skończy! mówiła doktorowa.
Widywały się z Tolą bardzo często, czasem bywały razem po kilka tygodni — przyjaciółka szpiegowała, widziała biegające listy — asystowała odwiedzinom długim Murmińskiego i nie mogła się dowiedzieć, co ich wstrzymywało od ślubów.
— No, cóż wy myślicie? co wy robicie? czemu się już raz nie pobierzecie? mówiła Toli. — Wierz mi, moje serce, że ten wasz romans do niczego nie podobny. — Cały świat wie, że się kochacie.
Tola ruszyła ramionami.
— Ale, niezawodnie...
— Zatém czegóż czekacie...
— Jakoś się nie składa...
— No? i kiedyż się to raz skończy?
— A! musi się przecie skończyć, uśmiechała się Tola... bądź spokojną...
— Jakże? czy to on się namyśla? nagliła pytaniami.
— I ja — i on... tak... on!
Tola śmiała się.
— I ty to znosisz? Przyznam ci się, moja droga, że gdyby o mnie kto w ten sposób slamazarny się starał a kazał mi na siebie czekać — no! na złość mu, poszłabym za mąż za kogo innego!
Wesołe, spokojne — wejrzenie Toli, zupełnie zmięszało doktorową.
— Słowo ci daję, że was — obojga nie rozumiem... łaski Bożéj nadużywacie.
Za drugim razem doktorowa napadła na Teodora...
— Panie Teodorze! co waćpan najlepszego myślisz? co to jest? do czego to podobne?
— Co pani? co takiego?
— A! no — ta twoja miłość flegmatyczna dla Toli... To nie do zniesienia. Któż kiedy słyszał coś podobnego? Żenisz się czy nie?
A! pani! byłbym najszczęśliwszym?
— Dla czegoż nie chcesz być tym najszczęśliwszym... pytała przyjaciółka.
— Wie — pani? dla tego że ja i tak jestem już bardzo szczęśliwy...
— A wiesz! że to oszaleć z wami można! kto to zrozumie!
— Czyż może być większe szczęście nad tę spokojną kontemplację tak cudnéj istoty! tego ideału! nad jéj towarzystwo poufałe... rozmowy...
Doktorowa rozśmiała się ironicznie.
— Bałamucisz, zawołała — cała rzecz, że waćpan jéj nie kochałeś, nie kochasz a sam nie wiesz co robisz! Starzejesz się — stygniesz! Najcierpliwszą kobietę taka miłość kontemplacyjna może rozgniewać.
— Przecież panna Tola dosyć jest dla mnie łaskawą...
— Rzeczywiście jest nadto dobrą, odpowiedziała przyjaciółka — znosi jakieś teorje bez sensu! Młodość, życie, których jednéj godziny szkoda, poświęcacie dla marzeń jakichś bałamutnych... Ja panu tylko powiem, że już z was ludzie się śmieją, a ja was łaję... Ot tak drogie lata mijają... na kontemplacjach — to nie ma sensu! Będziecie mieli dość czasu na starość żyć marzeniami i wspomnieniami.
Teodor nic nie odpowiedział.
Ile razy doktorowa przyjeżdżała na wieś, zawsze prawie zastawała Murmińskiego, grającego rolę niewyczerpaną kawalera starającego się, przywożącego bukiety, przesiadającego przy niéj, wzdychającego okrutnie i odjeżdżającego do domu tak samo jak przybył — bez oświadczenia i przyrzeczenia.
— Cóż, czy ci się jeszcze twój bohdan nie miał odwagi oświadczyć? — śmiała się przyjaciółka.
— Zbliżamy się ku temu! — żartobliwie odpowiadała Tola.
Raz na to pytanie odrzekła:
— Oświadczył mi się....
— No — więc kiedyż ślub?
— Prosiłam go o czas do namysłu...
Doktorowa nazajutrz wyjechała z gniewem wielkim. — Trzy miesiące znowu upłynęło... nie chciała się już nawet dowiadywać.
Nagle Tola przybyła sama do miasta. Przy piérwszém widzeniu się, gdy już ani pytała doktorowa o nic, pani baronowa Teresa wydała się z tém, że jadą do Włoch...
— Jak to? same? jedziecie do Włoch? na długo? zapytała oburzona.
— Nie wiem, szepnęła baronowa — Tola nigdy nie mówi, ile zabawi, ale po wyborze i kasie uważam, że zabawimy pewnie kilka miesięcy.
Zgorszona tém niezmiernie przyjaciółka badała daléj baronową na stronie.
— Dawno jak był u was Teodor?
— Ale wczoraj na najczulszém w świecie pożegnaniu.
— Cóż oni? powarjowali czy co?
— Nic nie wiem nad to — mówiła pocichu Teresa — że to jest podobno dziwactwo Toli; — kilka razy prosił, błagał — odkładała... odciągała, wypraszała się pod różnemi pozorami, a jednak puścić go nie myśli i trzyma przykutym na łańcuchu.
— A! więc to jéj wina?
— O! z pewnością!
— I on to tak cierpliwie znosi?
— Pani wie — dodała Teresa, że z moją kochaną Tolą trudno się spierać, albo ją przełamać, gdy sobie co raz powie. — Nie wiem co powiedziała sobie, ale kazała czekać, a pan Teodor musi.
— I nie nagli?
— Owszem, ale to nic nie pomaga?
Doktorowa bardzo zgorszona, zamilkła sama już nie wiedząc co sądzić.
Trzeciego dnia ze łzami przecie żegnając ją, prosząc o błogosławieństwo na drogę, Tola wyruszyła w podróż zamierzoną.
W parę tygodni potém, stary poczciwy Kudełka przeniósł się do wieczności, jak sam zwykł był żartobliwie powiadać, na bibliotekarza do patryarchy Abrahama. Na dwa dni przed zgonem, czuł się bardzo już niedobrze, drzemał ciągle. — Najrzadsze książki spadały mu z kolan — oczy się zamykały na najśliczniejsze druki — czuł jakąś niewysłowioną spoczynku potrzebę. Chodził jednak uparty, nie chcąc się kłaść w łóżko. — Ostatniego dnia nawet ubrał się z pomocą chłopaka, siadł w fotelu — potém zasnął i już się nie obudził...
Wezwany na pogrzeb przybył Murmiński, zająć się ostatnią posługą.
Z doktorową spotkali się na cmentarzu, gdy już wychodzili od świeżo zasypanéj mogiły.
Za bramą odezwała się do niego.
— Cóż, mój biedaku, straciłeś przyjaciela i owdowiałeś po bogdance? — gdzie się ona podziewa.
Teodor westchnął tylko.
— Jakże bo ją mogłeś opuścić tak samę jednę. Temu posłuszeństwu, przyznaję się, wydziwić się nie mogę. Zarazem téż i w miłość waszą zobopólną wierzę coraz mniéj. Waćpan jesteś ciemięga, a ona dziwaczka. Dziewczynie, sierocie, może to jeszcze do pewnego stopnia być wybaczone, ale wam...
Ruszyła tylko ramionami.
— Wystawiony jestem na próbę, droga pani, odparł Teodor — Toli tyle o moich szałach, awanturach, niespokojnym charakterze i dziwactwach naopowiadano, iż — choć dla mnie jest łaskawa — sądzę, że trochę może kocha, a daleko więcéj się boi.
Hrabia Maurycy z kollaboratorami odmalował mnie przed nią w ten sposób, iż ja sam nawet nie mogę zatrzeć wrażenia tego obrazu mistrzowską skreślonego ręką.
W szkalowaniu człowieka, jak w robieniu karykatur, jest wielka sztuka i umiejętność — potwarz będzie tak do twarzy podobna, iż jednéj od drugiéj trudno potém oddzielić. Z taką sztuką odmalowano mnie przed Tolą; — schwycono prawdziwe fakta mego życia, wykrzywiono je tylko i dziś odprostować trudno.
Wyrazy te Teodor rzekł smutno, ale z rezygnacyą.
— Ale pókiż u licha myśli cię tak trzymać na téj nieszczęśliwéj próbie — przerwała oburzona doktotorowa — podziwiam bezprzykładną pańską cierpliwość — a raczéj nie wiem już jak to nazwać.
— Nazwij to pani miłością i — nic więcéj — dodał Teodor — ja z pewnością wytrwam na próbie.
— No — a Toli i nie rozumiem i gniewam się na nią — mruknęła doktorowa. Wiesz pan, że ona do Rzymu i Neapolu wyjechała, bodaj na kilka miesięcy.
— Tak — pani — miewam nawet listy.
— A jechać ci zakazano — czy co?
— Nie śmiem — posądzonoby mnie u zbytnią niecierpliwość.
— A no, rób że już sobie co chcesz — z niecierpliwością dokończyła doktorowa — słyszeć o was nie chcę!
W tydzień potém zjawił się Teodor, ale z bardzo wesołém obliczem na progu pani doktorowéj.
— A! znowu waćpan w mieście?
— Po drodze — łaskawa pani — jadę...
— Dokąd że?
— Pozwolono mi naostatek do Neapolu gonić! zawołał ucieszony — pędzę więc na złamanie karku i sadzę, że trzeciego dnia tam będę.
Zatrzymać go już nie mogła ani godziny doktorowa — tak się spieszył, aby pierwszego odchodzącego pociągu nie stracić.
— Najpiękniéjsze ukłony Toli — dodała ściskając jego rękę — i powiedz ode mnie, że się nawet prezesowéj wyprzedzić dała, choć tamta miała żałobę i srogi żal do przenoszenia, a w tych dniach idzie za mąż za pułkownika. Czasby więc, aby i ona się rozmyśliła.
Prezesowa miała z pięciu pretendentów do wyboru, między nimi byli chłopcy młodzi i śliczni, jak z igły; rozumna kobieta wzięła starszego adoratora, który się szczęściem domowém zadowolni i — do wspólnéj skarbony przynosi z piękném imieniem najmniéj piętnaście tysięcy talarów dochodu. — Jest za co siwiejące trochę włosy poczernić.
Teodor wyjechał.
Doktorowa zapomniała trochę o obojgu, gdy pocztą odebrała list bardzo pięknie sztychowany oznajmujący urzędownie, iż ślub w Neapolu u św. Kajetana się odbył. Tola dołożyła kilka słów oznajmujących, że w Castellamare przebędą jeszcze parę miesięcy nim do kraju powrócą.
Pod cieniami więc starych tych kasztanów, na zgliszczach Stabii, w ciszy uroczystéj przerywanéj tylko szumem fali rozbijającéj się gdzieś o nadbrzeżne skały, młode małżeństwo przedumało pierwsze dni szczęścia swojego. Piękniéjszego kątka na to gniazdko trudno wybrać.
Naostatek jednego dnia ujrzała ich oboje poczciwa przyjaciółka i ciekawemi oczyma zmierzyła Tolę, która wypiękniała i odmłodniała, zrzuciwszy z siebie szatę tego poważnego smutku, która do jéj wieku nie przystawała. Teodor zmienił się więcéj może i co najdziwniejsza, odzyskał prawie trzpiotowatość młodzieńczą. Przypominał on tym, co go znali dawniéj, pierwsze lata wyjścia na świat, gdy był pieszczoném dziecięciem ś. p. prezesowéj.
Gdy na chwilę pozostały same, doktorowa jeszcze nie mogąc przebaczyć Toli jéj zwłoki wahania, napadła na nią z wymówkami, — ta zamknęła jéj usta uściskiem.
— Droga moja... rzekła — musiałam Teodora nie wypróbować, bom w niego wierzyła, ale dać mu czas ostygnąć, pojednać się ze światem, zrzucić z serca gorycz nagromadzoną laty długiemi.... Byliśmy ciągle razem... mogę powiedzieć, żem podjęła na nowo wychowanie człowieka.... Musiałam pamiętać o tém, że go raz już rozpacz doprowadziła na skraj samobójstwa... a tylko traf szczęśliwy mi go uratował.... Wierz mi droga moja, że najtrudniéj uleczyć duszę zatrutą nienawiścią dla ludzi i świata. Na uroczystą godzinę naszego wesela musiałam czekać, aż się ze światem przejedna, aż ludziom przebaczy, aż wnijdzie duchem na te wyżyny, z których już chmur nie widać tylko jasne słońce.... Krok w krok szłam za nim, gdy z tego wygnania i tułactwa sercowego, w które był wtrącony, powracał.... Czekałam — płakałam — cierpiałam — lecz i dla mnie i dla niego potrzeba było, ażeby mój Teodor się odrodził. Przez ten rok nowicjatu, wśród ciszy wiejskiéj, oboje pracowaliśmy nad tém... ani on, ani ty — nie rozumieliście mnie, nie wiedzieliście wiele łez wylałam, gdym wśród pięknéj jego duszy znajdowała jeszcze narzucone w nią błoto — i niestarte przeszłości plamy....
Miłość była lekarstwem....
Wiészże, ludzie sądzili mnie dziwnie i potwarzać mogli, że ty nawet, droga moja — nie chciałaś téj dziwaczki Toli zrozumieć — wszystko to znieść trzeba było... musiałam....
Doktorowa ucałowała ją czule....
— Wiesz Tolu droga, rzekła — ja bym nigdy w świecie rozumu tego nie miała — a miłosierdzie byłoby mi nie dopuściło rachuby.... Podziwiam cię tém bardziéj, że naśladować bym nie potrafiła.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.