Z lat nadziei i walki 1861 — 1864/Pomyłka

<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Anc
Tytuł Pomyłka
Pochodzenie Z lat nadziei i walki 1861 — 1864
Wydawca Księgarnia Feliksa Westa
Data wyd. 1907
Miejsce wyd. Brody
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IX.
Pomyłka.

Kto zna Kraków takim, jak on się przedstawia codziennie, to jest Kraków spokojny i poważny, z wyglądem smutnym a nawet trochę ponurym, ten wyobrazić sobie nie jest w stanie, jak ten staruszek nasz potrafił się ożywić i rozruszać w czasie powstania 1863 roku.
Były wtedy chwile, że ludność Krakowa nietylko W dwój- ale i w trójnasób się zwiększała a hotele i domy prywatne od piwnic aż do strychu przepełnione były. — Place i ulice roiły się od tłumów młodzieży, często jak na maskaradę przebranych w różne rycerskie szaty. — Nietylko teatr, restauracye, kawiarnie, cukiernie przepełnionemi były, ale i w 40-tu kościołach krakowskich pełno było.
Wszędzie rozprawiano głośno o potyczkach i bitwach stoczonych, a gdybyśmy byli odnieśli w rzeczywistości dziesiątą część zwycięstw, jakie na ulicach Krakowa językiem odniesiono, to z pewnością nie zostałoby było i na nasienie u nas Moskali!
Wszyscy zwyciężali w Krakowie, a „Czas“ wyraźnie „Czas“ w tem przodował! „Niezdrowa agitacya rewolucyonistów-konspiratorów“ dziś by o tem „Czas“ powiedział, lecz to tylko potwierdza przysłowie łacińskie „tempora mutantur“ co znaczy, że „Czasy“ się zmieniają.
Wysoka polityka i dyplomacya także kwitły pod przewodnictwem „Czasu“, i pamiętam jak 2. grudnia czuwało miasto całe, w oczekiwaniu depeszy o mowie Napoleona III przy otwarciu „Ciała prawodawczego”. Wraz z innymi i ja się znalazłem w restauracyi, Hotelu Saskiego, gdzie prezydował ówczesny główny redaktor „Czasu“ Leon Chrzanowski.
Około północy odebrał on depeszę oczekiwaną i przeczytał znaną blagę Napoleona III. o „zdeptaniu traktatów w Warszawie” i o „różnych czarnych punktach na horyzoncie europejskim“ a kończącą się górno-brzmiąco: „wierzę, że usłyszanym, będę bo mówię to w imieniu Francyi“.
„Mamy więc interwencyę“ zakonkludował pan Leon, którego nie wiem dlaczego, wówczas „Kogucikiem” w Krakowie zwano; a wszyscy z wielką radością się rozeszli.
Ileż to projektów mniej więcej fantastycznych, a mających zbawić Ojczyznę, na bruku krakowskim się urodziło!!
Wszak tam także w owym czasie, a nawet podobno na linii A — B, spotkało się dwóch znakomitych polityków naszych, a z wymiany ich zdań, opartych na historycznych przykładach Radziejowskich i Radziwiłłów z XVII-go wieku a Targowiczan z XVIII. wykłuła się „wielka myśl poddania się losowi“ ubrana w formy „trójlojalizmu i trójpatryotyzmu“.
„Wiekopomna“, „sławna“, „niezrównana“ „idea ta polityczna“ objawioną została później narodowi w „Rzeczy o roku 1863.“ Szkoda tylko, że autor tego „głęboko politycznego dzieła“ nie oznacza dokładnie epoki poczęcia jego przewodniej myśli. Mnie bo się zdaje, że tak tryumf dyktatorski w Goszczy jak i zniknięcie dyktatora po zwycięstwie pod Grochowiskami, były już następstwem i zastosowaniem logicznem tejże samej „wielkiej idei“

O! tak zaiste: Kraków to Panteon naszej przeszłości, Kraków, jak mówią Warszawianie, to Mekka polska, ale ja dodam, że Kraków, to była Capua powstania z 1863/4 roku!

Demoralizowaliśmy się tam pod każdym względem, a wszystko temu sprzyjało.
Wielcy dygnitarze powstania przesiadywali zbyt często w Krakowie, dając z bezpiecznego swego schronienia rozkazy tym, którzy mienie i życie swoje w każdej chwili narażali.
Rozentuzyazmowane kobiety, psuły niedorosłych bohaterów, których większość o zwycięstwach na polu Amora a nie Marsa myślała. Uciekinierzy pasowani na rycerzy, fotografując się w najfantastyczniejszych pozach i kostiumach, zapisywali się do coraz to innego nowo formującego się oddziału. Żołd pobierali, a za to bawili się, romansowali i politykowali do syta, cała zaś energię, którą za kordon przenieść należało, zużywała nietylko młodzież ale i policya narodowa, na walki partyjne, na naganki za „mierosławczykami“.
Policya austryacka długi czas trzymała się zupełnie na boku, a w czasie mojego pobytu w Krakowie t. j. w Listopadzie 1863-go odbywała niby to rewizye tu i owdzie, ale jeszcze naprawdę przez palce na to co się działo, patrzała. — Nic więc nie nagliło młodzieży, do opuszczenia Krakowa, bo do duszy i serca lenistwo i zniewieściałość się wkradły.
W czasie mojego trzytygodniowego pobytu w Krakowie, byłem świadkiem dwóch rewizyj politycznych. — Raz w nocy przy ulicy Floryańskiej, w domu pana Derycha, w którego mieszkaniu na drugiem piętrze kwaterowałem, zbudzono mię i wyprowadzono na strych a ztamtąd i na dach, gdzie wlazłszy przez dymnik ze trzy godziny za kominem siedziałem. — Szukano ponoś na pierwszem piętrze powstańców.
Drugi raz we dnie, byłem w Saskim hotelu w jakiemś biurze organizacyjnem, gdy dano znać, iż idzie rewizya. Wpakowano mi w kieszenie kilka paczek banknotów, tak jak i innym obecnym, wyszedłem drugiemi schodami, a po dwóch godzinach banknoty na toż samo miejsce odniosłem.
Po trzech tygodniach tak bezczynnego a wprost nielicującego życia z zadaniem powstańca, nie mogłem dłużej wytrzymać. — Jak doświadczyłem mój wzrok krótki nie pozwolił mi wojować, — w Krakowskie niebezpiecznie było wracać, postanowiłem więc udać się w Lubelskie, gdzie mię wcale nie znano.
Uzbrojony w paszport narodowy, od komisarza pełnomocnego, województwa krakowskiego, jakoteż w jakiś „pas“ austryacki, wyjechałem koleją, 3. Grudnia według wskazówek do Rzeszowa. — Tam nocowałem w hotelu „pod zielonym dębiem“ a nie pamiętam kto, udzielił mi wskazówek i adresów w Łańcucie i Tarnogrodzie.
Do Majdanu, ostatniej wioski przed miasteczkiem dojechałem po zachodzie słońca, przez granicę już nie przepuszczano, więc w brudnem karczmisku żydowskiem nocować musiałem. Nocleg ten uprzyjemnili mi dwaj oficerowie austryaccy, zaprosiwszy do siebie na preferansa.
Nazajutrz bez przeszkód granicę przebyłem i zajechałem do pana Newe w Rożannie, o pół mili od Tarnogrodu, nad samą granicą. Po śniadaniu pan N. odesłał mię do państwa Śliwińskich o jakie dwie mile dalej, tam miałem otrzymać informacye, co do miejsca pobytu komisarza pełnomocnego, województwa Lubelskiego.
Państwo Śl. młodzi oboje, gościnnie i uprzejmie mię przyjęli, a dowiedziawszy się o celu mego przybycia, dalszy wyjazd pod jakimś pretekstem do jutra odłożyli. — Znalazło się tam jeszcze dwóch młodych ludzi, a czas na gawędce i opowiadaniu nowin krakowskich zeszedł. — Uważałem tylko, że na punkcie objaśnień organizacyjnych, wszyscy ci państwo byli bardzo ostrożni.
Nazajutrz znaleziono znowu jakiś pretekst w ruchach moskiewskich, czy coś podobnego, aby mój wyjazd odłożyć, a ostrożność poprzednia względem mnie, w prawdziwe niedowierzanie się zmieniła. — Zauważyłem półsłówka tajemniczo na ucho sobie powtarzane, a położenie moje coraz przykrzejsze się stawało. — Gdy wspomnę o potrzebie wyjazdu, — to mi powiadają, że drogi niebezpieczne, że dla pewności, ci dwaj młodzi panowie mają mię odprowadzić.. ale... ale... zawsze jeszcze coś na przeszkodzie stało.
Tak nadszedł i wieczór a na moje nastawanie, wyjazd z pewnością nazajutrz obiecano. — Gospodarstwo stawali się coraz chłodniejsi dla mnie, a ja przyczyny tego nic a nic nie rozumiałem.
Nadszedł i ranek przeznaczony do wyjazdu. — Z chmurną, zafrasowaną panią domu siedziałem przy kawie, a starając się o ile możności podtrzymać rwącą się rozmowę, przerzucałem machinalnie album z fotografiami, jaki mi się nawinął pod rękę. — Naraz spostrzegłszy fotografię jednego z mych petersburskich kolegów, zawołałem:
— Czy Stanisław Przewuski jest państwu znanym? — gdzie on jest? — co się z nim dzieje?
Oblicze pani domu nagle się rozjaśniło i rzekła z radosnym uśmiechem.
— Jakto, pan zna pana Stanisława? Po wyjaśnieniu stosunku, jaki nas łączył, pani Śl. sprowadziła męża i dwóch młodych panów a z rozmowy wszystkich widziałem, iż lody przełamane zostały.
Przeproszono mnie za niedowierzanie mi okazywane, i proszono bym został na obiedzie, bo dla mego bezpieczeństwa, sama pani domu chce mię odwieźć. — Naturalnie, że się zgodziłem a dwaj młodzi panowie tymczasem odjechali; państwo Śl. zupełnie już inni dla mnie byli.
Po obiedzie pani domu odwiezła mię kilka mil i oddała w pewne ręce, a tak znalazłem się u bram Zamościa we wsi Chomęciskach u zacnego Antoniego Różyckiego, naczelnika narodowego, powiatu Zamojskiego, który mię do pułkownika Żaczka, ówczesnego komisarza pełnomocnego województwa w Starym Zamościu doprowadził.
Gdyśmy się tak zaznajomili i rozgadali, opowiedziałem im, dziwne postępowanie ze mną państwa Śl. a poczciwy pan Antoni śmiejąc się powiedział:
— Dobrze ci się kochany kolego udało, bo wziąwszy cię za szpiega, którego przyjazd mieli zaanonsowany z Galicyi, chcieli cię w drodze ni mniej ni więcej tylko w pierwszym lesie powiesić, a owi dwaj młodzieńcy wszystko ku temu przygotowali. — Fotografia Stanisława, który z nami pracuje, zbawiła cię!
Bóg cię więc ocalił, a tym uczciwym ludziom oszczędził zbrodni przez „pomyłkę!!...“
Ileż to podobnych pomyłek fatalny miało koniec??...

Marzec 1900 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bolesław Anc.