<<< Dane tekstu >>>
Autor Gilbert Augustin Thierry
Tytuł Za Drugiego Cesarstwa
Podtytuł Powieść
Wydawca Biesiada Literacka
Data wyd. 1892
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Łazarz.

Stanęli przed pięciopiętrową kamienicą, nędznéj powierzchowności, prawdziwą norą nędzarzy.
Ecco! — rzekł nieznajomy, wyskakując z powozu — jesteśmy na miejscu. Zapytaj pan o pokój pani Julii Negri, u niéj mieszka Łazarz.
Zniknął, jakgdyby go ziemia pochłonęła. Marceli śmiało zapuścił się w długi i brudny korytarz, oświetlony łojową świeczką; na samym jego końcu mieściła się izdebka stróża.
— Gdzie mieszka pani Julia Negri? — zapytał.
Stróż, zajęty zszywaniem gałganów, żywo podniósł głowę.
— Zapewne pan przychodzisz do tego jegomości, co u niéj mieszka? Spóźniłeś się, podobno już nie żyje... W każdym razie możesz pan zajrzeć: piąte piętro, trzecie drzwi na prawo.
Marceli Besnard wszedł na wązkie i kręte schody, które chwiały się za każdym jego krokiem. Na pierwszém piętrze paliła się cuchnąca lampka, ale daléj nieprzejrzane panowały ciemności. Wkrótce zatrzymał się zdyszany, nogi chwiały się pod nim, posępne myśli nie dawały pokoju.
Poco on tu przyszedł? Ażeby zbadać tajemnicę. Co za szaleństwo! Nieinaczéj, ale chce raz dowiedzieć się o wszystkióm. Kto przysłał te kwiaty, z któremi wiązało się tyle wspomnień? Co znaczyła ta pamiątka niepowrotnéj przeszłości? Ona może żałowała swój zdrady, pragnęła go widzieć, przebłagać...
Marceli dostał się nakoniec na piąte piętro ale na korytarzu było tak ciemno, że nie mógł do drzwi trafić. Na odgłos jego kroków skrzypnęły drzwi i w nich ukazała się stara kobieta, z lichtarzem w ręku. Sądząc po czerwonéj spódnicy, aksamitnym gorsecie i białéj chusteczce na głowie, musiała być włoszką.
— Do kogo pan idziesz? — zapytała.
— Do pani Julii Negri.
— Ja nią jestem.
— Mogę się widzieć z panem Łazarzem?
Kobieta złożyła ręce.
— Ach! on już niedługo stanie przed sądem Bozkim... Spiesz się pan... albo nie, poczekaj, zapytam się.
Zamknęła drzwi za sobą, zostawiając wicehrabiego Besnard’a w ciemnościach.
Ogarnął go wstyd i trwoga; stał jak wryty.
Stara włoszka otworzyła nakoniec drzwi i skinęła na Marcelego.
— Chodź pan, padrone chce się widzieć z tobą. Poverino! jemu już niewiele się należy na tym świecie.
Usunęła się, żeby przepuścić gościa.
Marceli wszedł do nizkiéj izdebki, ciasnéj i brudnéj. Przez popękany sufit widać było wiązanie dachu; podczas burzy woda musiała tu przeciekać. Wszystko świadczyło o najwyższéj nędzy: ściany zapleśniałe od wilgoci, okienko zalepione papierem zamiast szyby, siennik porzucony w kącie. Lokatorowie téj nory nieraz musieli obywać się bez chleba. Jedynym przedmiotem zbytkownym był spłowiały dywan, rozpostarty na ceglanéj podłodze. Łóżko orzechowe, przykryte podartą kołdrą, musiało być własnością chorego; pani Negri sypiała zapewne na ohydnym barłogu, w najciemniejszym kącie izdebki. Powietrze było ciężkie i duszne, przesiąknięte wstrętnemi wyziewami; mała lampka słabe rzucała światło na starca, spoczywającego w fotelu przy piecu. Był to istotnie człowiek blizki śmierci, wynędzniałe jego oblicze miało barwę szarą, z piersi dobywał się oddech urywany, świsczący.
Na widok gościa starzec podniósł głowę i rzekł słabym głosem:
— Proszę bliżéj, panie wicehrabio, piękny kawalerze.
Marceli pospieszył ku niemu, spojrzał i krzyknął: poznał księcia Carpegna.
Chory rozśmiał się.
— Tak, to ja... Zabawne zdarzenie, nieprawdaż? Umarły zmartwychwstał. „Łazarzu wstań!” i książę Carpegna wyszedł z grobu... Siadaj, kochany panie, mamy z sobą do pomówienia... Patrzysz na mnie Lakierni oczyma, jak Loperello na posąg Komandora.
Zakaszlał głucho i sięgnął ręką po szklankę z napojem.
— Istny balsam, przyrządzony podług recepty sławnego Vergi z Medyolanu. To jego wynalazek. Może pan spróbujesz?
Rozśmiał się znowu, a śmiech ponuro rozległ się po nędznéj izdebce.
— Wybacz, panie wicehrabio, że cię przyjmuję w tak lichym apartamencie, ale nie mogłem znaleźć lepszego. Zacna kobieta, która mię przytuliła, jest moją rodaczką, i, jak ja, kocha gorąco nasze biedne Włochy. Wygnańcy, po całym świecie rozsiewać będziemy nasze kości, ale duch nasz na skrzydłach wichru powróci do ziemi włoskiéj... Przebacz, piękny kawalerze, ten napad liryzmu, jak wy to nazywacie, ale kto cierpi, skłonny jest do takich napadów... Co ja chciałem powiedzieć? Już wiem... Książę Carpegna bardzo żałuje, że nie może cię przyjąć w swoim pałacu, ale musi się ukrywać, gdyż nie należy już do liczby żyjących.
Odetchnął z trudnością i, pochylając się ku Marcelemu, szepnął:
— Nasza piękna Rozyna jest w Paryżu. Czy chcesz ją widzieć?
Marceli wzruszył ramionami, ale nic nie odpowiedział.
— O! zgaduję co myślisz, czytam w twojém serca — ciągnął daléj starzec. — Mówisz sobie: jakże podłym jest książę Carpegna! Otóż mylisz się, honor jest mi równie drogim jak tobie, a co do mojéj moralności, mało mię obchodzi zdanie waszych mieszczuchów. Nie byłbym cię trudził tak wcześnie, ale śmierć na mnie woła, dusi mnie już, ciągnie... To są skutki pewnéj rany, o któréj wiesz dobrze; to twoje dzieło, młodzieńcze... Ale ja za złe chcę się dobrém odpłacić i uszczęśliwić ciebie... Nasza Rozyna jest w Paryżu, czy chcesz ją, widzieć?
Znowu kaszel go napadł i nie ustępował, pomimo balsamu sławnego Vegri. Marceli milczał uparcie.
Starzec chciał poufale ująć rękę młodzieńca, ale ten cofnął się ze wstrętem.
— Rozyna to istna czarodziejka — mówił książę Carpegna. Przytém jaka bystra, mówi prześlicznie, a pisze nieporównanie, jedném słowem, to cudo!... Jaka szkoda, że nie ma majątku! Kto daje teraz jéj na zbytki i osypuje klejnotami? Nie ja, z pewnością. A może pan?... Połóż pan tę rękawiczkę, wszelki czyn gwałtowny, względem umierającego człowieka, byłby nikczemnością, a pan nie jesteś nikczemnym, tak się przynajmniéj spodziewam... Powiedz, kogo teraz kocha Rozyna?
Marceli wzdrygnął się; ten starzec konający, który w ostatniéj chwili życia bluzgał jadem, budził w nim wstręt i grozę. Książę Carpegna zebrał ostatek sił i mówił chrapliwym głosem: Mnie wszyscy od roku mają za umarłego, hańba mojéj wdowy nie może mię dotykać i mój honor żadnego nie ponosi szwanku. Ale pan, który od roku byłeś jéj narzeczonym, co zamierzasz uczynić dla ukarania niewiernéj?
Marceli zerwał się wzburzony.
— Dosyć tego! Nie chcę pana rozumieć.
Starzec pochwycił go za ramię.
— Nie chcesz mię zrozumieć?... Nie wiesz, że twoje imię jest okryte śmiesznością, że cały Paryż drwi z ciebie... Ty ją kochasz, a ona kocha także, ale nie ciebie.
— Jego nazwisko?
— Sam go poszukaj. Gdybyś wiedział, jak oni urągają twemu szaleństwu! Gdybyś to był niedołężnym starcem, jak ja, aleś ty młody i piękny... Jakże jesteś blady! Co tobie, panie wicehrabio?... Więc nie chcesz jéj widzieć? Czyżbyś się bał jego?
Marceli pochwycił starca za ramiona.
— Nędzniku! nędzniku! — wołał — prawdziwy włoch z ciebie: sam nie śmiesz się zemścić, używasz więc innych do tego.
Starzec nie odpowiedział na tę zniewagę, tylko urągał:
— Są teraz, słyszysz? w téj saméj willi, w Passy, którą znasz dobrze... Biegnij tam, ale nie zapomnij wziąć z sobą broni... Zabij, bo inaczéj oni zabiją ciebie...
Nagle przerwał i padł na ziemię; łoskot przywołał starą Negri, która czuwała na korytarzu.
— Nie żyje! — krzyknęła — nie żyje szlachetny książę.
Marceli wybiegł z izdebki przejęty zgrozą i wściekłością; idąc po schodach słyszał jękliwy głos sataréj włoszki, powtarzającéj ostatnie słowa litanii:
„Królowo anielska, módl się za nami!”





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gilbert Augustin Thierry i tłumacza: anonimowy.