Święto »Wulid«

<<< Dane tekstu >>>
Autor Esteja
Tytuł Święto „Wulid“
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ŚWIĘTO »WULID«.

Cywilizacja ma dużo dobrego w sobie: niepodobna temu zaprzeczyć, pomimo sofizmatów Jana Jakóba i wielu innych. Ma jednak i wiele stron ujemnych, o czem nie wątpił nawet ś. p. Monsieur de la Talisse.
Pomiędzy stronami najbardziej ujemnemi cywilizacji, jest jej dążność do zacierania barw, kolorytu miejscowego krajów, cech oryginalnych, indywidualności tak narodowej, jak osobistej. Pod jej niwelacyjnym wpływem, wszystko staje się tuzinkowem, banalnem, pospolitem.
Pod jej wpływem świat dąży do umundurowania ogólnego. Architektura, stroje, zwyczaje, natura nawet w swej roślinności, w parkach, ogrodach, w ujętych w karby rzekach, obdarzonych szosami górach, wszystko dąży do wzorowania się na jeden model. A wszystkiemu winna para i druk.
Gmach ambasady niemieckiej w Konstantynopolu jest ostatnim wyrazem cywilizacji. Kulturkampf wysoko podniósł chorągiew swoją: panuje ona na najwyższem wzgórzu, przegląda się w falach Złotego Rogu i wskazuje, czem malowniczy Bosfor będzie kiedyś.
Może to i lepiej. Manja zwiedzania krain niedostępnych przestanie kiedyś trapić awanturniczą ludzkość. Gdy się okaże wtedy, że wszystkie wydoskonalone sposoby mobilizacji nie mają racji bytu, to nawet najwygodniejszym balonem nie będzie się miało ochoty wznosić w obłoki, aby spaść o tysiące mil w oddali, gdzie?... w Japonji? na wyspach Tahiti? czy na Madagaskarze?
Na co? po co? kiedy tak Japonja, jak Tahiti i t. d. zupełnie ten sam charakter będą miały, co n. p. Berlin.
Mężczyźni już teraz w tych malowniczych krajach zaczynają nosić cylindry; cóż będzie później? W cylindrach i „cache-poussierach“ nie będą przecież ciekawi. Kobiety w kapeluszach przerażająco brzydkich, pochodzących z fabryki niemieckiej i w sukniach z łódzkich perkali też interesujące nie będą.
Ulice proste, na kwadraty podzielone, kamienice podobne do strasznych rekrutów na mustrze, rzędem ustawione, równe, proste i niezgrabne, to miasta przyszłości od wschodu do zachodu.
Tygrysów i lwów nawet do zoologicznych ogrodów nie stanie; agawy, banany, palmy kokosowe i bambusy tylko jako karłowate praprawnuki dawnych, na wolności żyjących roślin, w cieplarniach będziemy oglądać.
Ach, ta cywilizacja!
Gdybym była szachem perskim, kazałabym wszystkim cudzoziemcom i cudzoziemkom na wstępie do ziemi mojej przybrać strój perski; a tym, którzyby się osiedlili w moim kraju i domy budować chcieli, rozkazałabym budować je tylko w stylu krajowym. Tak samo w Japonji, w Indjach, u Zuluan, u Hotentotów, w Algierze, w Arabii, wszędzie!
Możeby się zapobiegło wtedy banalności, tej banalności, która przygniata, zamęcza, zanudza, zabija fantazję, sztukę, natchnienie, zmysł estetyczny, która nas wypędza ostatecznie i nieubłagalnie „z krainy marzeń, snów“.
Ani wiemy, ani umiemy ocenić szczęścia naszego, że należymy do dzisiejszego pokolenia.
Żyć za sto lat?... Nie!
Gdyby mnie Opatrzność w XXI stuleciu znowu zesłać chciała na ten świat, to błagałbym Ją na kolanach, aby mnie raczej na umarły księżyc posłała. Wracać do ludzi? tylko jeszcze o cały wiek zeszpeconych, nudniejszych i mniej estetycznych? Wracać do świata, z którego wymazano wszystko, co mogło stanowić urok albo niespodziankę dla oka? Do strzyżonych parków? Do cywilizowanych łabędzi, krów i psów? Do sztywno zarysowanych, naśladujących dywany, klombów? Do tej natury, którą nożycami i grabiami zmuszają, by imitowała nasze, ludzkie pomysły? Do altanek? Do żywopłotów? do festonów na drutach?
Imitacja! Imitacja!
„Królestwo moje“ za oryginalność, za indywidualizm!
Ale dokąd ja to zajechałam?
Tak daleko od przedmiotu, o którym chciałam pisać, że już doprawdy nie wiem, jak skleić całość, bo tego, co mam powiedzieć, niepodobna związać z tem, co już powiedziano.
Przy bardzo dobrej woli, gdy naciągnę nitkę i bardzo ją wyprężę, to może mi się uda jako tako zeszyć wszystko razem.
Obawa skutków niwelujących cywilizacji pochodzi stąd, że mogłabym już nie widzieć tych cudnych rzeczy, które widziałam, a które tak napełniły umysł mój, tak wspomnienia moje niemi przesiąkły, tak żywo je widzę, gdy oczy zamknę, a tak lubię oczy zamykać, aby je widzieć.
Roztargniona dziś jestem; ale gdy o Wschodzie opowiadać przychodzi, to tyle obrazów staje naraz w oczach, że zanim jeden naszkicować potrafię, już widzę i drugi i dziesiąty i setny; a wszystkie urocze!
Choćby tylko owo bambusowe drzewo i te listki lekkie, kołyszące się bez wytchnienia, przegarniające promienie słoneczne. Tyle światła w tych smukłych gałązkach, a tyle marzeń, złotych marzeń, niewyraźnych, półsennych, zawieszonych na tych delikatnych prątkach! Choćby ów wachlarz z bananów, przyczepionych półkolem do jednej łodygi, jak palec do dłoni.
Ich zapach, to wspomnienie Wschodu; ich złota, jasna barwa, to wspomnienie słońca południowego!
Co rano drzwi do mego buduarku się otwierały i wsuwał się po cichu czarny Ali, niosąc na tacy, bananowym liściem pokrytej, ten złoty owoc Wschodu, a strój szafranowy i turban żółtawy Alego co rano godny był pędzla, i uśmiech jego od ucha do ucha i zęby białe i oczy czarne aksamitne. Tak mu ładnie w fałdzistej sukni, z bananami w ręku, z turbanem na głowie.
Gdy ostatni turban na cylinder zamienią, to przyjdzie się powiesić.
A Wulid? Właśnie o święcie Wulid opowiadać dziś chciałam.
Wieczorem pozapalano tysiące kolorowych lampek na placu Esbekich, a Ałłah zapalił najpiękniejszą na szafirowem niebie, w kształcie złotego różka; aby ucieszyć wiernych, obchodzących święto narodowe, Mahomet wyprosił u Ałłaha, że im zawiesił godło narodowe na gwiaździstym stropie.
Namioty wznoszą się dokoła Esbekich, jeden obok drugiego, a każdy piękniejszy od ambasady niemieckiej nad Bosforem. Namioty wielkie jak pałace, jeszcze większe, niż świątynie, złotem i srebrem tkane, ze szkarłatu ściany, a ze świateł sufity.
Na cześć Ałłaha dzwonią wierni w cymbałki i w dzwonki, przygrywają na piszczałkach i przyśpiewują w takt; a w tej muzyce tęsknota bezbrzeżnej pustyni i poezja Wschodu; tylko cywilizacji w niej niema, ani metody, ani rutyny: takiej za sto lat nie będzie!
Na cześć Ałłaha tańczą wierni w kółko, a jasne ich suknie fruwają w powietrzu, niby nocne motyle, które się do tylu świateł zleciały.
Na cześć Ałłaha skaczą w takt wierni, klaszcząc w ręce, skaczą bez końca, biją pokłony do ziemi bez miary, aż się ćmi w oczach, aż się w głowie mąci i krzyczą ponurym głosem do taktu: „u-hu, uhu!“ aż się straszno robi.
W innym namiocie siedzą dzieci Wschodu, skupione, jedno obok drugiego. Długie, czarne brody, zielone, żółte i białe suknie, albo złociste i srebrzyste kaftany i szarfy wzorzyste. Obok poważnych bród czarnych, cudne, najczystsze profile arabskie, a wszyscy mają oczy wlepione w siwego starca, który im opowiada w języku ojczystym dzieje z czasów Harun Al-Raszyda. Oblicza wschodnie grają tysiącem wrażeń, które w nich budzi starzec o zielonym turbanie.
Zielony turban! snadź stary z Mekki powraca. Z zazdrością i szacunkiem patrzą wierni na niego. Mówi; raptem szmer cichy, potem głośniejszy, zamienia się nareszcie w okrzyk tryumfalny: „El Kahira! El Kahira“.
Miasto zwycięskie Kair!
Może im starzec o zdobyciu miasta tego na cześć Ałłaha opowiada.
Każdy namiot pełen, tętni w nim życie; zgiełk, ruch, wrzawa, ale nie ta nasza uliczna, trywialna, połączona z turkotem powozów na bruku; to życie Wschodu, pełne uroku, malowniczości, zapachu kwiatów cytrynowych i magnolji.
Znowu namiot przepyszny; na wstępie, na nizkim stole, wykładanym kością słoniową, bukiet. W bukiecie, wszystko co Ałłah stworzył, by oczy wiernych rozkoszować. Wszystkie barwy i zapachy i kształty. Schylam głowę, by mu się lepiej przyjrzeć; prawie równocześnie Nubijczyk, w zielonych, złotem haftowanych szarawarach i złocistym kaftanie, wyjmuje bukiet z wazonu, mnie go podając. Tak mu pan jego Hassan-basza rozkazał.
Trudno mi było unieść bukiet tych rozmiarów, a jednak nie chciałam się dać wyręczyć. Nie wiedziałam, co mi było milszem: nosić ten czarujący pęk kwiatów, czy spotkać się z jednym z tych bajecznych baszów, których cywilizacja i emancypacja kobiet wkrótce ze świata wytępi, z jednym z tych, dla których dość jest, by kobieta rzuciła okiem zachwytu na cokolwiek, żeby to jej oddanem było.
Uśmiech podłużnych, rozmarzonych oczu arabskich, ręka w ukłonie zdjęta z czoła i na sercu położona, to wszystko codzienne, wschodnie, konieczne, a takie piękne!
Dalej wielki namiot wojskowy; tam pusto, choć od świateł także jasno, jak we dnie. Tylko młody porucznik angielski, Mister Prinsep, honory w mm robi. Ma na sobie mundur albjoński i fez wschodni; umundurowani „czarni“ gotują dla nas kawę i inne delicje.
Trzymam w ręku filiżaneczkę bardzo małą, ale bardzo piękną; czarny w niej napój; pewnie kawa. Gdzie tam! Coś, czego stanowczo połknąć nie mogę. To ekstrakt cynamonowy. To także wschodnie; dowód, że co wschodnie, to piękne, ale nie zawsze dobre.
Inaczej utrzymuje Miss Munroe. (O Ałłahu, czemuż w tym wschodnim obrazku zakłócają harmonją „miss“ angielskie!)
Miss Munroe wypiła do dna, do ostatniej kropli napój cynamonowy i dowodzi, że to delicje, naturalnie, z ręki pięknego oficera, Mister Prinsepa. Wszyscy o tem wiedzą, że urocza Miss Munroe niezwyciężone dotąd serce zostawi w zwycięskiem mieście „El Kahira“, gdy wróci do mglistej ojczyzny.
A on, porucznik Prinsep? On tylko flirtuje: flirt „for ever“...
On się też kocha, ale we Wschodzie, mianowicie w wielbłądach, i lubię go za to. Komenderuje całym bataljonem wielbłądów, t. j. „czarnej artylerji“. Za każdym czarnym żołnierzem do garbu wielbłąda armatka błyszcząca przyczepiona. A tak czarni, jak ich garbate wierzchowce, bardzo godną mają minę.
Mister Prinsep, to pierwszy Anglik, który pasuje do obrazu, kwadruje z wielbłądem, nie detonuje na tle wschodniem, na czele czarnej artylerji. Kocha swego wielbłąda, na nim wizyty składa, przywiązuje go do sztachet, a sam flirtuje we wnętrzu willi.
Wille europejskie w Kairze! Horrendum!! Samo wspomnienie mieszkań zachodnich przecięło widzenie Wschodu.
Szkoda! tak mi tam dobrze było.
Ale też po co mieszać poruczników angielskich i młode „miss“, gdy się święto Wulid opisywać chciało?

Lwów.Esteja.



Upominek - ozdobnik str. 203.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józefa Kisielnicka.