Życie Buddy/Część pierwsza/XIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor André-Ferdinand Hérold
Tytuł Życie Buddy
Podtytuł według starych źródeł hinduskich
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1927
Druk Drukarnia Concordia Sp. akc.
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



*   XIX.   *

Światłość, bijąca od ciała bohatera dotarła aż do państwa szatana Mary, który doznał olśnienia, i wydało mu się, że słyszy głos, który mówi doń:
— Oto bohater, syn Sudhadany, porzucił królestwo swoje i, siadłszy pod drzewem, skupia cały umysł, czyni wysiłek ostateczny i niezadługo da wszystkiemu, co żywię, pomoc niezbędną. Inni pójdą drogą przezeń odkrytą. Wyzwolony, wyzwoli innych. Ukojony, innych ukoi. Wstąpi do nirwany i wprowadzi tam ludzi. Otrzymawszy mądrość i szczęście, da je bliźnim swoim. Przezeń napełnione zostaną niebiosy, a opustoszeje kraina szatana. Ty sam, Maro, wodzu bez wojsk, królu bez poddanych, nie będziesz wiedział dokąd się schronić.
Wielki niepokój ogarnął Marę, a gdy zasnął, zbudziły go straszliwe zjawy. Przywołał tedy służbę swą i wojowników, którzy się przerazili, spojrzawszy nań, a syn jego Sarthavaha spytał:
— Czemuż jesteś, ojcze, tak smutny i blady? Czemu serce bije ci tak mocno i drżą członki? Co zobaczyłeś i usłyszałeś, mów!
— O synu mój, — zawołał. — Smutne nastały czasy. Głos jakiś wychodzący ze światłości rzekł mi, iż syn Sakjów zasiadł pod drzewem świadomości. Miałem sen okropny. Mieszkanie moje napełniło się czarną kurzawą, w ogrodach pospadały liście, kwiaty i owoce, wyschły stawy, a łabędziom i pawiom obcięto skrzydła. Byłem sam pośród tych ofiar niedoli, gdyż opuściliście mnie wszyscy. Zona moja biła głową i wyrywała włosy sobie, jakby ją trapiły wyrzuty sumienia, córki krzyczały z bólu, a wy, synowie moi, biliście pokłony człowiekowi pod drzewem siedzącemu. Chciałem walczyć z nieprzyjacielem, napróżno jednak dobywałem miecza z pochwy. Wszyscy poddani uciekli w popłochu, otoczyły mnie niezmierne ciemności i usłyszałem huk walących się murów miasta,
— Smutna to rzecz, ojcze, zostać pokonanym w walce! — rzekł Sarthavaha. — Jeśli widziałeś takie znaki, bądź cierpliwy i nie narażaj się na klęskę poniżającą.
Atoli nabrał Mara otuchy na widok wojsk licznych i odparł:
— Wynik tej walki pomyślnym być musi dla odważnych. Jestem dzielny, wy także, przeto odniesiemy zwycięstwo. Czyż tak silnym jest ów człowiek samotny? Nastąpić nań z licznem wojskiem i pod samem jeszcze drzewem pokonać.
— Liczba wojowników nie stanowi siły! — rzekł Sarthavaha. — Jeden bohater, obdarzony potęgą mądrości, pokonać może niezliczonych wrogów. Słońca starczy, by zaćmić wszystkie robaczki świecące.
Nie słuchając słów syna, rozkazał Mara wyruszyć wojskom, a Sarthavaha pomyślał:
— Nic nie uleczy ogarniętego pychą.
Groźnie wyglądały wojska Mary. Zbrojne były w lance, strzały i miecze, ogromne siekiery i ciężkie maczugi. Żołnierze mieli miny srogie. Mieli twarze czarne, błękitne i żółte, czerwone, miotali oczyma złowrogie błyski, a z ust im buchała krew. Niektórzy posiadali uszy capów, inni uszy świń i słoni. Ciała wielu miały kształt dzbana, inni stąpali na łapach tygrysich, mieli grzbiet wielbłąda, a głowę osła. Nie brakło też istot z grzywą lwa, rogiem nosorożca i ogonem małpy. Dwu-, cztero- i pięciogłowe, oraz dziesięcio-, dwunasto- i dwudziesto-ręczne zdarzały się często, a strój ich zdobiły naszyjniki z wyschłych palców ludzkich, szczęk i czaszek. Szli, wstrząsając włosami, śmiejąc się dziko i wydając ohydne krzyki:
— Rzucam po sto strzał naraz! Ja to posiądę ciało mnicha! — Ja go przeniknę i spalę! — Dłoń moja grąży słońce, księżyc i gwiazdy, czemże tedy będzie dla niej zadławić tego siedzącego pod drzewem człowieka? — Oczy mam trujące, schnie od nich morze! Spojrzę więc tylko, a on zamieni się w garstkę popiołu.
Sarthavaha wraz z kilku przyjaciółmi trzymał się na uboczu i mówili idącym:
— O nieszczęśni! Uważacie go za szalonego dlatego, że rozmyśla, i za tchórza, z powodu, że jest spokojny? Wy to właśnie straciliście zmysły i nie macie odwagi. Nie wiecie, zaprawdę, iż mądrością swoją wszystkich was pokona. Będąc nawet liczni, jak ziarna piasku Gangi, nic zdołalibyście poruszyć mu jednego włosa, sądzicie zaś, że go zabić jesteście w stanie? Ach, dajcież pokój i złóżcie mu hołd, nie walcząc wcale. Nastaje królestwo jego na ziemi. Szakale wyją po lesie, gdy niema lwa, umykają atoli na głos ryku jego. O ślepii[1] głupi! Wydajecie okrzyki pychy, gdy mistrz milczy, atoli, zaprawdę mówię wam, pierzchniecie, skoro jeno lew ludzi wypowie słowo.
Wojownicy przyjęli wzgardą jeno mądre przestrogi Sarthavahy i jego przyjaciół, a armja kroczyła dalej.
Przed napaścią na bohatera chciał go przestraszyć Mara i wzbudził przeciw niemu wichry. Burze groźne nadciągnęły od skraju widnokręgu, wyrywając drzewa, zmiatając wioski i wstrząsając podwalinami gór. Ale bohater zachował spokój i nie drgnął nawet jeden fałd szaty jego.
Rozkazał Mara siec deszczom nawalnym, które rozrywały łono ziemi, zatapiając miasta. Ale bohater zachował spokój i nie zmókł ani jeden fałd szaty jego.
Stworzył Mara skały rozżarzone i ciskał je w świętego męża. Przelatywały one w powietrzu, ale, zbliżając się ku drzewu, przybierały postać kwiatów i padały bohaterowi pod stopy.
Mara rozkazał tedy wojsku, by nań miotało strzały, ale i one zmieniały się w kwiaty. Nakoniec rzucili się tłumnie wojownicy, ale światłość, promieniejąca z bohatera, stała się dlań tarczą, na której pękały miecze i szczerbiły się topory, a padając na ziemię, przybierały postać kwiatów.
Na widok tych cudów uczuli wojownicy strach wielki i uciekli.
A Mara wołał, łamiąc ręce:
— Cóż uczyniłem tak złego, by mnie zwyciężał ten człowiek? Wszakże spełniłem pragnienia mnóstwa ludu! Często byłem dobry i hojny! Ci nikczemnicy, co uciekają, mogliby dać temu świadectwo.
Niektórzy z uciekających wojowników, będący w pobliżu, odpowiedzieli:
— Tak, to prawda! Byłeś dla nas nieraz dobry i hojny! Zaświadczamy to!
— A jakiż on dał dowód dobroci i hojności? — spytał Mara. — Jakież poniósł ofiary? Kto zaświadczy dobroć jego?
Nagle głos wyszedł z pod ziemi:
— Ja zaświadczę o hojności świętego męża!
Mara umilkł zdumiony, a głos mówił dalej:
— Tak, ja to, ziemia, rodzicielka wszystkiego, co żywię, dam świadectwo hojności jego. Sto razy, tysiąc razy w ciągu bytów poprzednich dawał za innych swe ręce, swe oczy, swą głowę i całe ciało. W ciągu tego wcielenia, które będzie ostatniem, obali starość, chorobę i śmierć. Podobnie jak siłą, pokonał on cię hojnością, Maro!
Ujrzał szatan kobietę wielkiej piękności, wychyloną wpół ciała z ziemi. Pochyliła przed bohaterem głowę, złożyła ręce i rzekła:
— O ty, najczystszy z pośród ludzi, ja daję świadectwo hojności twojej!
Potem znikła.
A szatan Mara zapłakał, iże został pokonany.






  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ślepi i.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: André-Ferdinand Hérold i tłumacza: Franciszek Mirandola.