Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część trzecia/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
JOZUE VAN DAEL.

Jozue von Dael, przemysłowiec holenderski, korespondent Rodina, urodził się w Batawji, stolicy wyspy Jawy.
Rodzice oddali go na nauki do Pondichery, do kolegjum Jezuickiego. Tam przyjęty został do zakonu, wykonawszy potrójne śluby, czyli, jak pospolicie mówią, został „koadjutorem świeckim“.
Uczciwość Jozuego uchodziła za nieskazitelną; nadzwyczaj rzetelny w interesach, zimny, przezorny, zręczny, ostrożny, niepospolicie przenikliwy, w operacjach handlowych prawie zawsze szczęśliwy, jakby władza jaka cudowna dostarczała mu potrzebnych wiadomości, pozwalała przewidywać wypadki, mogące korzystnie wpłynąć na umowy handlowe.
Dom handlowy Jezuitów w Pondichery brał udział w jego czynnościach; powierzał mu wywóz i zamianę produktów, otrzymywanych z rozległych dóbr, jakie rzeczone przedsiębiorstwo posiadało w kolonjach.
Van Dael mało mówił, wiele słuchał, nigdy nie spierał się, był niezmiernie uprzejmy. W braku sympatji, wzbudzał dla siebie zimny szacunek, jaki okazuje się zwykle skrupulatnym przestrzegaczom obyczajności. Nie dał się uwieść wpływom swobodnego, często rozwiązłego życia, prowadzonego na kolonjach, i pozostało w jego powierzchowności coś poważnego, czem jednał sobie poszanowanie wśród gminu.
Był to właśnie ten sam wieczór, w którym Dżalma udać się miał do zwalisk Tschandi, w nadziei, że tam zastanie jenerała Simon.
Jozue wszedł do swego gabinetu, gdzie widać było kilka szafek z półkami i drobnemi przegródkami, a w nich pełno papierów, wielkich ksiąg kasowych, pootwieranych na pulpitach i ogromne biurko, sprowadzone niegdyś z Europy.
Jedno tylko było okno w tym gabinecie i mocno zewnątrz żelazną kratą opatrzone, wychodziło na małe puste podwórko.
Jozue, postawiwszy na biurku świecę ze szklanną latarnią, spojrzał na zegar ścienny.
— Godzina dziewiąta, — rzekł. — Wkrótce Mahal powróci...
To mówiąc, wyszedł, minął przedpokój, otworzył drugie potężne drzwi, okute wielkiemi gwoździami na sposób holenderski, przeszedł cicho dziedziniec, aby go właśni ludzie nie spostrzegli i odsunął sekretną zaporę, która zamykała na sześć stóp szerokie podwoje bramy, przerażająco najeżone żelaznymi kolcami. Potem, zostawiwszy tę bramę otworem, wrócił do swego gabinetu i starannie pozamykał za sobą wszystkie drzwi. Tu Jozue usiadł przy swem biurku, wyjął z szufladki o podwójnem dnie długi list albo raczej pamiętnik od niejakiego czasu zaczęty i dzień za dniem pisany.
Wspomnieć tu nie zawadzi, że list pisany do Rodina, wcześniejszym był, niż uwolnienie Dżalmy i przybycie jego do Batawji.
Pamiętnik, o którym się wspomniało, również adresowany był do Rodina; w następujący sposób pisał go dalej Jozue: „Jak powiedziałem wczoraj, w obawie powrotu jenerała Simon, o którym dowiedziałem się, przejmując jego listy, które po przeczytaniu kazałem oddawać nienaruszone Dżalmie, zmuszony czasem i okolicznościami, musiałem chwycić się ostatecznych środków, nie zaniedbując przecież nadać rzeczom dobrego pozoru.
„A wreszcie nowe niebezpieczeństwo nakazywało mi koniecznie tak postąpić.
„Parostatek Ruyter wczoraj tu zawinął.
„Statek ten odpływa stąd wprost do Europy, udając się do Suezu, gdzie pasażerowie, wysiadłszy, jadą do Aleksandrji. tam wsiadają na inny statek i płyną do Francji.
„Przeprawa ta, prosta i szybka, tylko siedem do ośmiu tygodni czasu zajmuje; teraz mamy koniec października; książę Dżalma mógłby więc stanąć we Francji około początku stycznia, czemu właśnie, według twych instrukcyj, przeszkodzić należy wszelkiemi sposobami; gdyż, jak raczyłeś mię zawiadomić, jeden z najważniejszych interesów towarzystwa naszego wieleby ucierpiał, gdyby książę Dżalma stanął w Paryżu dnia 13 lutego przyszłego roku.
„Jeżeli, jak się spodziewam, uda mi się przeszkodzić mu w korzystaniu ze statku Ruytera, przybycie Indjanina do Francji przed kwietniem, stanie się niemożliwem, gdyż jeden tylko Ruyter odbywa podróż prostą drogą, inne statki potrzebują najmniej czterech do pięciu miesięcy na podróż do Europy.
„Nim ci powiem o nadzwyczajnym środku, do którego musiałem uciec się, a o którego skutku nie wiem jeszcze do tej chwili, dobrze będzie, abyś wiedział o niektórych okolicznościach.
„Przed niedawnemi czasy odkryto w Indjach angielskich pewien rodzaj stowarzyszenia, którego członkowie nazywają się pomiędzy sobą bracią dobrego uczynku, lub Phansegars, co znaczy dusiciele, gdyż ci zabójcy nie rozlewają krwi, duszą ludzi nie w celu rabowania ich, lecz raczej idą za zabójczem powołaniem, posłuszni prawom piekielnego bóstwa, która nazywają Botwania.
„Ażeby ci dać lepsze wyobrażenie o tej obmierzłej kaście, przytoczę kilka ustępów z raportu pułkownika Fleeman, który z niezmordowaną gorliwością ścigał to tajne stowarzyszenie; raport ten ogłoszony został drukiem przed dwoma miesiącami. Oto z niego wyjątek; są to słowa pułkownika...
„Od 1822 do 1824 r., kiedy sprawowałem obowiązki sądowe i administracyjne w okręgu Nersinpour nie zostało popełnione zabójstwo, ani najmniejsza kradzież przez zwyczajnego złoczyńcę, o których bym nie miał natychmiast wiadomości; ale gdyby mi kto powiedział w owej epoce, że dziedziczna banda morderców z profesji zamieszkiwała miasto Kundelin, ledwo o czterysta kroków odległe od mego sądu i mojej administracji: że rozkoszne gaje miasta Mundescen, o dzień drogi od mej siedziby, były miejscem zamieszkania sprawców najokropniejszych morderstw w całych Indjach; że liczne bandy braci dobrego uczynku, przybywające z lndostanu i Dekanu, miewały schadzki pod cieniem tych drzew; że się tam zbierali jak na jakie uroczystości, aby dopełniać swego okropnego powołania na wszystkich drogach, które krzyżują się w tych okolicach; gdyby mi kto coś podobnego mówił, wziąłbym go za warjata; a przecież nie było nic prawdziwszego: podróżni setkami grzebani byli co rok w owych gajach Mundesów, i całe pokolenie zabójców żyło przed niemi drzwiami wtedy, kiedy ja byłem głównym rządcą tej prowincji, i szerzyło zbrodnie aż do okolicy Poonach i Hyddcabadu. Nie zapomnę nigdy, jak, dla przekonania mnie, jeden z pomiędzy dowódców tych dusicieli, zostawszy donosicielem, w tem samem miejscu, na którem stał mój namiot, odkopał trzynaście trupów i ząpewniał mnie, że naokoło tegoż namiotu wydobędzie ich nieskończoną liczbę.
„Te kilka słów pułkownika Fleeman dadzą ci wyobrażenie o tem okropnem stowarzyszeniu, które ma swe prawa, swe obowiązki, swe zwyczaje odrębne od wszelkich praw boskich i ludzkich.
„Poświęcając się jedni dla drugich aż do heroizmu, „synowie dobrego uczynku“ uważają za nieprzyjaciół wszystkich, którzy do nich nie należą. I przez straszny prozelityzm wszędzie sobie werbują członków; ci apostołowie religji zabójstwa opowiadają wszędzie w ukryciu swoje szkaradne nauki.
„Trzech z pomiędzy ich głównych naczelników i jeden uczeń, uciekając przed zawziętym pościgiem Anglików, gdy się im udało wymknąć, przybyli na północny brzeg Indji aż do cieśniny Malakka, leżącej niedaleko od naszej wyspy; pewien kontrabandzista, poniekąd również rozbójnik morski, nazwiskiem Mahal, zabrał ich na swój nadbrzeżny statek i tu przywiózł; spodziewają się oni, że przez jakiś czas będą mieli tu bezpieczne schronienie. Idąc za radą kontrabandzisty ukryli się w gęstym lesie, gdzie są zwaliska świątyń, których liczne podziemia dobremi będą dla nich kryjówkami.
„Pomiędzy tymi trzema przebiegłymi naczelnikami, jeden odznacza się nadzwyczajną dzielnością i dlatego najniebezpieczniejszym jest człowiekiem; jest to metys, czyli urodzony z białego i Indjanki; mieszkał on długo w miastach, gdzie, są kantony Europejskie, mówi bardzo dobrze po angielsku i po francusku; dwaj inni hersztowie to Murzyn i Indjanin; nowo-przybrany jest Malajczykiem.
„Kontrabandzista Mahal, spodziewając się znacznej nagrody, gdyby wydał tych trzech hersztów i ich ucznia, przyszedł do mnie, wiedząc, jak to wszyscy wiedzą, że jestem w ścisłych stosunkach z osobą, wywierającą wielki wpływ na naszego gubernatora; trzy dni temu więc, pod pewnymi warunkami, ofiarował mi się wydać Murzyna, Metysa, Indjanina i Malajczyka...
„Oto są jego warunki: dosyć znaczna suma, tudzież najspieszniejsze odesłanie go do Europy, w przeciwnym bowiem razie nie uszedłby nieubłaganej zemsty dusicieli.
„Przyobiecałem mu być pośrednikiem u gubernatora, ale również pod pewnymi warunkami, zupełnie niewinnymi, dotyczącymi Dżalmy; doniosę ci, jakie to były warunki, jeżeli się mi zamiar mój uda; wkrótce o tem będę wiedział, gdyż Mahal przybędzie tu za chwilę. List ten odejdzie statkiem parowym Ruyter, gdzie zamówiłem miejsce dla Mahala, i wyślę go, jeżeli wykona, jak należy, moje polecenie.
„Tymczasem pomówię cokolwiek o interesie, wprost mnie dotyczącym.
„W tym samym liście, w którym donosiłem ci o śmierci ojca Dżalmy i o uwięzieniu ostatniego przez Anglików, żądałem wiadomości o stanie interesów barona Tripeaud, bankiera i rękodzielnika w Paryżu, który ma kantor w Kalkucie.
„Teraz wiadomości te już nie są mi potrzebne, i proszę działać stosownie do okoliczności.
Kantor jego w Kalkucie winien nam, to jest mnie i domowi naszemu w Pondichery znaczne sumy; mówią, że stan jego interesów jest bardzo niebezpieczny.
Założył on fabrykę, aby przez nieubłaganą konkurencję zgubić ogromny od dawna istniejący, zakład przemysłowy Franciszka Hardy, człowieka wielce przedsiębiorczego.
„Zapewniają mnie, że ten zamiar pochłonął już baronowi Tripeaud, bez nadziei zwrotu, znaczne kapitały.
„Bezwątpienia, wiele on zaszkodził Franciszkowi Hardy; ale, jak mówią, nadwyrężył również majątek własny, jeżeli zbankrutuje, ja i nasi stracić możemy na tem bardzo wiele.
„Czyżby nie można w takim stanie rzeczy, potężnymi wszelkiego rodzaju, jakie mamy w swem ręku, środkami, zniszczyć zupełnie kredyt i przywieść do upadku przedsiębiorstwo Franciszka Hardy, chwiejące się już skutkiem zawziętej rywalizacji barona Tripeaud; gdyby się to udało, baron odzyskałby wkrótce to, co stracił, a upadek jego rywala zapewniłby mu powodzenie i zabezpieczył wypłatę naszych należności.
„Bezwątpienia, smutną jest, nadzwyczaj bolesną rzeczą uciekać się do podobnych środków ażeby nie tracić swego mienia; ale cóż czynić?
„Mimowoli chwytać trzeba niekiedy za oręż, jakiego codziennie używają przeciw nam. Zmusza nas do tego niesprawiedliwość i złość ludzka i nic nam innego nie pozostaje, tylko poddać się swojemu losowi.
„Wreszcie, jest to tylko pokorne przedstawienie, które ośmielam się zanieść, jeślibym i sam mógł to uczynić, nie odważyłbym się, gdyż wola moja nie należy do mnie; moja wola i wszystko, co posiadam, należy do tych, którym wykonałem przysięgę na nieograniczone i nieodmienne posłuszeństwo“.
W tej chwili lekki szelest da dworze zwrócił uwagę Jozuego.
Wstał pośpiesznie i zbliżył się do okna.
Natychmiast słyszeć się dało trzykrotne pukanie w okiennicę.
— Czy to ty, Mahalu? — zapytał Jozue zcicha.
— Ja, — odpowiedziano zewnątrz również cicho.
— A Malajczyk?
— Doskonale mu się udało...
— Doprawdy! — zawołał Jozue, z wyrazem zadowolenia. — Czy aby pewny jesteś?
— Bardzo pewny; sam djabeł nie mógłby być zręczniejszym i odważniejszym.
— A Dżalma?
— Poszedł do zwalisk Tchandi...
— Gdzie się spodziewa zastać jenerała Simon? A gdzie znajdzie Murzyna, Metysa i Indjanina?
— Zapewne, gdyż tam wyznaczyli miejsce schadzki Malajczykowi, który utatuował księcia Dżalmę, gdy tenże spał.
— Byłem tam... jeden kamień postumentu u posągu odsuwa się... schody są szerokie... dosyć będzie.
— A ci trzej hersztowie nie mają na ciebie najmniejszego podejrzenia...
— Żadnego... widziałem ich rano... a wieczorem Malajczyk powiedział mi wszystko, wprzód nim udał się do nich do zwalisk Tchandi.
— Mahal!... jeżeli powiedziałeś prawdę, jeżeli wszystko się uda, możesz być pewnym łaski i nagrody. Już zamówiłem dla ciebie miejsce na okręcie Ruyter; wyjedziesz jutro i tym sposobem unikniesz zemsty dusicieli; tu nie miałbyś spokoju... Opatrzność wybrała cię, abyś wydał wielkich zbrodniarzy w ręce sprawiedliwości... Bóg cię pobłogosławi... Idź natychmiast i zaczekaj na mnie przed drzwiami gubernatora... wprowadzę cię; o ważne idzie rzeczy, a ja nie będę się wahał obudzić go, choćby o północy... Idź prędko, ja zaraz pójdę za tobą.
Słychać było zewnątrz, jak Mahal śpiesznie odchodził, i znowu cicho było w całym domu...
Jozue wrócił się do swego biura i dopisał jeszcze do pamiętnika następujące słowa:
„Teraz Dżalma już nie wyjedzie z Batawji... Cokolwiekby zaszło, nie stanie on w Paryżu na dzień trzynasty lutego. Bądź spokojny...
„Jak przewidziałem, muszę być na nogach całą noc; biegnę do gubernatora, jutro dopiszę nieco jeszcze do tego pamiętnika, który na okręcie Ruyter powędruje do Francji“.
Zamknąwszy biuro, Jozue mocno zadzwonił i, ku wielkiemu zdziwieniu domowników, że wychodzi wśród nocy, udał się śpiesznie do mieszkania gubernatora wyspy.
Przejdźmy teraz do ruin Tchandi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.