Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


EUGENJUSZ SUE
Żyd
wieczny tułacz
POWIEŚĆ
TOM I

WARSZAWA
NAKŁADEM BIBLJOTEKI RODZINNEJ
1929


DRUKARNIA WŁ. ŁAZARSKIEGO. WARSZAWA ZŁOTA 7/9








PROLOG
DWA ŚWIATY.

Ocean Północny Lodowaty otacza pasmem wiecznych lodów bezludne wybrzeże Syberji i Północnej Ameryki, te najbardziej na Północ wysunięte krańce światów, które przegradza wąska cieśnina Beringa. Miesiąc wrzesień ma się ku schyłkowi. Porównanie dnia z nocą przywróciło pomrokę i burze, właściwie północnej strefie; noc wkrótce zastąpi jeden z owych dni polarnych, tak krótkich, tak żałobnych... Niebo o posępnej fjoletowej barwie, jest słabo oświecone przez słońce bez ciepła, którego tarcza zaledwo wznosząca się nad horyzont blednieje w zestawieniu z oślepiającym blaskiem śniegu, pokrywającego cały obszar stepowy, jak daleko oczy sięgają...
Na północ pustynia ta kończy się pobrzeżem, najeżonem czarnemi, odbrzymiemi skałami: u stóp owej tytanicznej gromady uwięziony jest skamieniały ocean, nieruchome jego fale składają ogromne pasma gór odwiecznego lodu, którego modrawe szczyty giną daleko w śnieżnej mgle... Na wschodzie pomiędzy dwoma klinami przylądka Oliikińskiego, wschodniego krańca Syberji, można dostrzec ciemno-zieloną smugę, gdzie posuwają się powoli ogromne bryły lodu... To cieśnina Beringa. Wreszcie, dalej za cieśniną, i górując nad nią, piętrzą się granitowe masy przylądka Galjii, ostatniego krańca Ameryki Północnej. Te samotne przestrzenie nie należą już do świata zamieszkałego; wskutek straszliwego zimna, które tu panuje, kamienie pękają, drzewa rozszczepiają się. Żadna istota ludzka nie może, jak się zdaje, wkraczać w samotność owych krain mgły i burz, głodu i śmierci.... A przecież... rzecz dziwna, widać ślady stóp na śniegu, który okrywa granice dwóch lądów, przegrodzonych cieśniną Beringa...
Od strony amerykańskiego brzegu, ślad stopy drobnej i lekkiej, świadczy o przejściu kobiety. Cóż to za stopy, które wśród wstrząśnięć i zawichrzeń natury przemierzają krokiem równym, spokojnym te bezludne przestrzenie? Dążyła ona ku skałom, skąd poprzez cieśninę spostrzec można śnieżyste stepy Syberji. Od strony Syberji ślad większy, głębszy, świadczy, iż szedł tędy mężczyzna. Szedł on również ku cieśninie. Traf, wola lub fatalność zrządziły, iż pod podkutem obuwiem mężczyzny siedem wydatnych gwoździ utworzyło krzyż.
Wszędzie ten ślad zostawia na swej drodze...
Ale wkrótce noc bez zmierzchu zastąpiła ponury dzień... Okropna noc... Uroczyste milczenie... lecz oto koło cieśniny Beringa miga na widnokręgu słabe światełko, łagodne, błękitnawe jakby poprzedzające wejście księżyca... potem jasność zwiększa się i przybiera różową barwę. Na horyzoncie rysują się półkola ogromnej światłości. Ze środka tego jaśniejącego ogniska wytryskają ogromne słupy światła, które, rozjaśniają niebo, ziemię, morze... Wówczas płomieniste odblaski, niby łuny pożaru, ślizgają się po śniegu pustyni, odziewają purpurą błękitnawe wierzchołki lodowych gór i barwią posępną czerwonością wysokie, czarne skały obu lądów. Dasięgnąwszy tak przepysznego promienistego stanu, zorza północna zaczęła blednieć powoli, żywa jej jasność roztopiła się zwolna w połyskliwej mgle.

W tej chwili, dzięki osobliwszemu działaniu mirażu, częstego w owych krainach, brzeg Amerykański, chociaż oddzielony od Syberji szerokością cieśniny morskiej, zdawał się być tak bliskim, iż możnaby zarzucić most z jednego świata na drugi. Wówczas wśród przezroczystej, lazurowej mgły, rozpościerającej się nad dwoma lądami, ukazały się duże postacie ludzkie. Na przylądku Syberyjskim... człowiek klęczący wyciągał ręce ku Ameryce, z wyrazem nieskończonej rozpaczy. Na cyplu Amerykańskim, młoda, piękna kobieta odpowiadała na beznadziejny gest mężczyzny, wskazując na niebo... W ciągu kilku sekund, te dwie wielkie postacie rysowały się blade i mgliste przy ostatnich blaskach zorzy północnej. Lecz gdy mrok gęstniał zwolna, zniknęły one wśród ciemności. Skądże pochodzą te dwie istoty, które spotkały się z sobą na lodach podbiegunowych, na krawędzi światów? Co to za dwie postacie, zbliżone na chwilę przez złudny miraż, lecz zdające się być rozdzielonemi na wieczne czasy?

CZĘŚĆ PIERWSZA.
OBERŻA POD BIAŁYM SOKOŁEM.
ROZDZIAŁ I.
MOROK.

Październik 1831 roku zbliża się ku końcowi.
Chociaż jeszcze dzień, miedziana lampka oświeca odrapane ściany obszernego poddasza, którego jedyne okno zamknięte jest d!a światła; drabina, której koniec sterczy ponad otwór wnijścia, służy za schody. Tu i ówdzie leżą, porozrzucane bez ładu ma podłodze, kajdany, żelazne ostrokanciaste obręcze, zębate wędzidła, gwoździami najeżone kagańce, długie stalowe laski z drewnianą rękojeścią. W kącie stoi mała przenośna fajerka, podobna do tych, jakich używają konwisarze do topienia cyny; węgle ułożone tam są na suchych wiórach, dość jednej iskry, żeby w ciągu sekundy rozpaliło się wszystko. Niedaleko owego zbioru strasznych narzędzi, podobnych do sprzętów kata, znajduje się broń z wieków dawno minionych, żelazna koszula w oczka tak giętkie, tak delikatne i tak gęste, że robi wrażenie tkaniny ze stali, leży na kufrze, obok naramienników i nagolenników, dobrze zachowanych, przybranych rzemieniami; czekan, duże, długie, trójgraniaste włócznie o jesionowem drzewcu, mocne a lekkie, na których widać ślady świeżej krwi, dopełniają owej zbrojowni, nieco odmłodzonej dwoma tyrolskiemi karabinami, nabitemi, gotowemi do strzału.
Z takim zbiorem morderczego oręża, barbarzyńskich narzędzi, dziwnie mieszały się nader rozmaite przedmioty, jako to: pudełka oszklone, zawierające koronki, różańce, medaliki, Agnus dei, kropielnice, i ujęte w ramy obrazy świętych.
Jedno z owych malowideł na płótnie, jakiemi kuglarze przyozdabiają przód swych bud jarmarkowych, zawieszone było u poprzecznej belki dachu, prawdopodobnie dlatego, żeby się obraz nie psuł będąc zwiniętym przez długi czas.
Płótno to nosiło taki napis:
„Prawdziwe i pamiętne nawrócenie się Ignacego Moroka, przezwanego Prorokiem, w roku 1828 we Friburgu“.
Niedaleko od tych obrazów znajduje się kilka paczek z książkami, które opisują jakim to osobliwym cudem bałwochwalca Morok, nawróciwszy się, nabył naraz nadprzyrodzonej władzy, której oprzeć się nie mogą najdrapieżniej sze zwierzęta, o czem świadczą przedstawienia, dawane przez pogromcę, a będące najlepszym dowodem prawdziwości tego cudownego faktu.
Przez otwór w poddaszu bucha woń przykra, ostra, mocna i przenikająca. Niekiedy słychać głośne i mocne chrapanie, głęboki oddech, po którym następuje głuchy łoskot, jakby wielkich ciał przewalających się i wyciągających ciężko na podłodze. Jeden tylko człowiek znajduje się na poddaszu. Człowiekiem tym jest Morok, pogromca dzikich zwierząt, przezwany Prorokiem.
Liczy on lat przeszło czterdzieści; jest średniego wzrostu, nadzwyczajnie chudy i cienki, długie futro krwawo-czerwonego koloru, podbite czarnem, otula go całkowicie; cerę, białą z natury, powlekło barwą miedzianą życie wędrowne, jakie od dzieciństwa prowadzi, włosy jasno żółtawe, bez połysku, właściwe niektórym ludom krain podbiegunowych, spadają szorstkie i twarde, na ramiona; nos mały, ostry, zadarty; długa — nie jasna już, lecz prawie biała broda otacza wypukłe policzki.
Fizjognomję tego człowieka czynią osobliwszą jeszcze powieki bardzo rozwarte, bardzo podniesione, tak, iż dziką jego źrenicę, okrąża zawsze biała obrączka... Wzrok ten, nieruchomy i nadzwyczajny, wywierał na zwierzęta fascynujące wrażenie. Siedząc przy stoliku, otworzył on podwójne dno małego pudełka, pełnego koronek i innych podobnych drobiazgów, używanych przez osoby pobożne; w tem dnie podwójnem, pod skrytym zameczkiem, znajdowały się listy zapieczętowane, oznaczone jedynie numerem, tudzież, literą alfabetu. Prorok wziął jeden list, włożył do kieszeni futra, potem zamknąwszy tajemnicze podwójne dno, postawił pudełko na półce.
Scena ta odbywa się o godzinie czwartej po południu, w oberży pod Białym Sokołem, jedynej gospodzie w miasteczku Möckern, niedaleko Lipska. Po kilku chwilach ryk chrapliwy i podziemny wstrząsnął poddaszem.
— Judaszu! cicho bądź! — rzekł prorok groźnym tonem, obróciwszy głowę ku otworowi.
Drugie warczenie, głuche, ale równie straszne jak grzmot oddalony, dało się słyszeć znowu.
— Kainie! cicho bądź! — krzyknął Morok, podnosząc się.
Nagle ozwał się trzeci ryk, niewypowiedzianie dziki, straszliwy.
— Śmierć! czy ty nie umilkniesz! — zawołał Prorok i skoczył ku otworowi, przemawiając do trzeciego niewidzialnego zwierza, które nosiło ponure imię śmierci.
Pomimo zwykłej powagi swego głosu, pomimo powtarzanych pogróżek, pogromca zwierząt nie może nakazać milczenia; przeciwnie, wkrótce szczekanie kilku brytanów dołączyło się do tego ryku drapieżnych zwierząt.
Morok, schwyciwszy włócznię, zbliżył się ku drabinie, chciał zejść na dół, lecz wtem ujrzał kogoś wchodzącego przez otwór. Nowoprzybyły miał cerę śniadą i ogorzałą; kamasze skórzane, pyłem okryte, świadczyły, iż długą odbył drogę; na plecach miał torbę przywiązaną rzemieniem.
— Do licha zwierzęta! — zawołał stając na podłodze — możnaby powiedzieć że mnie nie poznają, po trzech dniach mej nieobecności...
Judasz wysunął łapę z klatki... a Śmierć skoczyła jak wściekła... czyż nie poznaje mnie już?
Było to powiedziane po niemiecku. Morok odpowiedział w tymże języku z lekkim okcentem obcym.
— Dobre czy złe nowiny, Karolu? — zapytał niespokojnie.
— Dobre nowiny...
— Spotkałeś ich więc?
— Wczoraj, o dwie mile od Wittenberga.
— Bogu dzięki! — zawołał Morok, składając ręce, z wyrazem wielkiej radości. — A rysopis, czy zgodny?
— Najzupełniej! dwie dziewczyny w żałobie, koń biały, starzec ma długie wąsy, furażerka granatowa, płaszcz szary... i pies sybirski za nim z tyłu.
— Zostawiłeś ich?
— O pół mili... za półgodziny tu staną.
— Czy mówiłeś ze starym?
— Niepodobna... Szedłem za nim aż do wczorajszego noclegu, udając, że spotkałem ich przypadkiem; odezwałem się do wysokiego starca po niemiecku, mówiąc to, co zwykle mówią do siebie piesi wędrowcy: Dzień dobry! i szczęśliwej podróży, kolego!“. Za całą odpowiedź, spojrzał na mnie z ukosa, i końcem kija pokazał mi drugą stronę drogi.
— A na noclegu... nie próbowałeś znowu wdać się w rozmowę?...
— Raz jeszcze... ale tak mnie po grubijańsku przywitał, że nie chcąc popsuć wszystkiego dałem mu pokój. Mówiąc między nami winienem cię ostrzec, że ten człowiek ma minę djablo złą, wierz mi, pomimo siwych wąsów, wygląda na tak krzepkiego jeszcze i tak śmiałego, że, chociaż wychudły jest jak szkielet, nie wiem kto: czy on czy mój towarzysz, Goliat, wziąłby pierwszeństwo w zapasach... Nie znam twoich zamiarów, ale strzeż się, mój panie.. strzeż się...
— Czy przez cały dzień szedłeś za starcem i dwiema dziewczętami? zapytał prorok po chwili milczenia.
— Tak ale z daleka; Wreszcie ponieważ szli wielkim gościńcem, a noc już nadchodziła, przyspieszyłem kroku, żeby ich wyprzedzić i przynieść ci to, co nazywasz dobrą nowiną.
— Bardzo dobrą... tak... bardzo dobrą... i będziesz wynagrodzony, bo gdyby ci ludzie mi się wymknęli...
Prorok zadrżał i nie skończył swych słów. Z wyrazu jego twarzy z tonu mowy, można się było domyślić jak wielką wagę miała dla niego nowina, którą mu przyniesiono.
— Rzeczywiście — podjął Karol — to musi być godne uwagi, przecież ów kurjer rosyjski przybył aż z Petersburga, aby cię, panie, odnaleźć.
Zapewne w celu.
— Któż ci powiedział, że przybycie kurjera ma związek jakiś z tymi podróżnikami? Mylisz się, zresztą jak ci już mówiłem, nie powinieneś się tem interesować!
— Słusznie, panie, wybacz mi. Nie mówmy już o tem.
A teraz muszę zrzucić moją torbę i pójść pomagać Goljatowi karmić zwierzęta, bo już zbliża się pora ich wieczerzy, a może nawet już minęła. Czy nie zapomniał o tem panie, mój gruby olbrzym?
— Goljat wyszedł, nie powinien wiedzieć, że już powróciłeś, nadewszystko nie trzeba, żeby wysoki starzec i młode dziewczęta widzieli cię tutaj, to obudzićby w nich mogło podejrzenia.
— Gdzie chcesz, abym poszedł?
— Idź do małej izdebki w głębi stajni, tam czekaj na moje rozkazy, bo może jeszcze tej nocy wyjedziesz do Lipska.
— Jak chcesz, mam w torbie resztę żywności, posilę się przeto w izdebce przez czas odpoczynku.
I Karol, wszedłszy na drabinę, zniknął powoli. Skinąwszy przyjaźnie swemu słudze na znak pożegnania, prorok przechadzał się czas jakiś w głębokiem zamyśleniu, potem, zbliżywszy się do pudełka z podwójnem dnem, gdzie znajdowały się papiery, wziął stąd dość długi list i przeczytał go kilkakrotnie z największą uwagą.

Od czasu do czasu wstawał, szedł do zamkniętej okiennicy, wychodzącej na zewnętrzne podwórze oberży, i z niepokojem nadstawiał ucha: niecierpliwie bowiem wyglądał przybycia trzech osób, o zbliżaniu się których odebrał wiadomość.

ROZDZIAŁ II.
PODRÓŻNI.

W czasie gdy opisana poprzednio scena odbywała się w oberży pod „Białym Sokołem“ w Möckern, trzy osoby, których przybycia Morok, pogromca zwierząt dzikich, tak gorąco oczekiwał, zbliżały się spokojnie do tejże oberży, mijając zwolna powabne łąki.
Ścieżką, wydeptaną wśród trawy na łące, jechały zwolna na białym koniu, dwie młode dziewczyny, prawie dwoje dzieci, bo liczyły piętnasty rok, siedząc na szerokiem siodle z łąkiem, gdzie obie trzymały się wygodnie. Wysoki mężczyzna o smagławej twarzy, z długiemi siwemi wąsami, prowadził konia za cugle, i często obracał się ku dziewczętom z wyrazem troskliwości iście rodzicielskiej i pokorą wiernego sługi; podpierał się on długim kijem, na krzepkich jeszcze ramionach miał żołnierski tornister; zakurzone obuwie, chód nieco powolny, świadczyły, iż oddawna wyruszył w drogę. Pies, z rodzaju takich, które ludy północne zaprzęgają do sanek, mocne zwierzę, wzrostu, kształtu i sierści wilka, szedł pilnie za przewodnikiem małej karawany, nie odstępując ani na krok swego pana.
Zwano go Ponurym.
Dwie te siostry bliźnięta, dzięki słodkiemu kaprysowi matki, nosiły imiona Róży i Blanki; były teraz sierotami, o czem świadczyło ich smutne żałobne ubranie, dość zniszczone już. Nadzwyczajnie podobne do siebie, jednego wzrostu: trzeba było stale na nie patrzeć, aby rozróżnić jednę od drugiej. Jedna tylko zachodziła między niemi różnica w dniu, w którym je poznajemy: Róża czuwała nad siostrą, i pełniła dzisiaj obowiązki Starszej, obowiązki dzielone pomiędzy niemi, według pomysłu ich przewodnika; stary żołnierz z czasów cesarstwa, fanatyk karności wojskowej, uważał za stosowny kolejny rozdział między dwiema sierotami, subordynacji, i zwierzchnictwa. Greuze‘a natchnąłby widok tych dwóch ślicznych twarzyczek dziewcząt, w aksamitnych czarnych czapeczkach, z pod których wymykały się obficie duże kędziory jasno-kasztanowatych włosów, spływając na szyję, i na ramiona, i otulając okrągłe, rumiane, atłasowe, świeże ich twarze; czerwony goździk, zwilżony rosą, nie miał bardziej aksamitnego szkarłatu, nad ich kwitnące usta, błękit pierwiosnka wydawałby się ciemnym, obok wilgotnego lazuru ich dużych oczu, czyste i białe czoło, mały, kształtny nos, dołek na brodzie, nadawały tym powabnym twarzyczkom przedziwny wyraz niewinności i miłej dobroci.
Przewodnik sierot, mężczyzna lat około pięćdziesięciu pięciu, o wojskowej postawie, należał do nieśmiertelnego typu żołnierzy Republiki i Cesarstwa, tych dzielnych dzieci narodu, które w ciągu jednej kampanji przekształciłyby się w najdzielniejszych żołnierzy świata; niegdyś grenadjer konny gwardji cesarskiej, przezwany był Dagobertem; poważne i surowe jego oblicze, nosiło wydatne cechy; siwe, długie, gęste wąsy, całkiem zakrywały dolną wargę i łączyły się z brodą; chude policzki, ce-glastego koloru, zgrubiałe jak pergamin były starannie wygolone; gęste brwi, jeszcze czarne, prawie zakrywały jasne, błękitne oczy; złote kolczyki spadały aż na wojskowy kołnierz z białą wypustką; skórzany pas obwiązywał płaszcz wojskowy z szarego grubego sukna, a granatową furażerka z czerwoną obwódką, przechylona na lewy bok, okrywała mu łysą głowę.
Niegdyś obdarzony Herkulesową siłą, ale zawsze ze dwiem sercem, dobry i cierpliwy, ponieważ był odważny i silny, Dagobert, pomimo surowego oblicza, odnosił się do sierot z niezwykłą troskliwością, uprzedzając ich chęci z osobliwą, prawie macierzyńską czułością...
Kiedy niekiedy, nie zatrzymując się wszakże, obracał się, aby pogładzić lub powiedzieć dobre słowo białemu konikowi, dźwigającemu sieroty, a którego kresy nad oczyma i długie zęby zdradzały wiek podeszły; dwie głębokie blizny, jedna na boku, druga na piersiach, świadczyły, że koń ten znajdował się w gorącym ogniu, dlatego też nie bez pewnej dumy potrząsał niekiedy starym wojskowym munsztukiem; chód jego był regularny, uważny i pewny; maść gładka; nie był chudy, obfita piana, pokrywająca wędzidło, świadczyła o zdrowiu, jakiego nabywają konie przez ciągły, ale umiarkowany trud, długiej, lecz nie śpiesznej podróży; chociaż był w drodze od sześciu miesięcy, dzielny konik niósł wesoło, jak przy wyjściu, dwie sieroty i dość ciężki tłómoczek, przywiązany do siodła.
Konik ten nosił imię: Jowialny, był też istotnie krotochwilny i popisywał się żarcikami, których ofiarą był pies.
Ten ostatni, zapewne dla kontrastu, nazwany Ponurym, nie odstępując na krok swego pana, szedł blisko Jowialnego, który czasem brał go zlekka za grzbiet, podnosił w górę i tak trzymał przez chwilę; pies opatrzony gęstemi kudłami, i oddawna zapewne nawykły do żartów swego towarzysza, poddawał się temu ze stoicyzmem; niekiedy tylko, gdy zabawa trwała zbyt długo, Ponury obracał głowę, warcząc. Jowialny wówczas natychmiast spuszczał go na ziemię. Mała karawana postępowała niecierpliwie pragnąc zdążyć przed nadejściem nocy do miasteczka Möckern, które widniało na górze.
Dagobert kiedy niekiedy spoglądał wokoło siebie, i zdawało się, że coś sobie przypominał; powoli jego oblicze zasępiło się, gdy już znajdował się blisko młyna, którego łoskot zwrócił jego uwagę, zatrzymał się pokilkakroć kręcąc długie wąsy, dwoma palcami, wielkim i małym: był to jedyny znak, którym objawiał wzruszenie mocne i ukryte.
Jowialny zatrzymał się nagle za panem, Blanka uniosła głowę; spojrzenie jej zwróciło się na siostrę, do której słodko się uśmiechnęła, potem obie spojrzały po sobie z zadziwieniem, widząc Dagoberta nieruchomego, z rękami założonemi na długim kiju, wzruszonego boleśnie i głęboko...
Sieroty znajdowały się wówczas u stóp małego pagórka, którego wierzchołek ginął śród gęstych liści ogromnego dębu, posadzonego w połowie tego wzgórza. Rózia, widząc Dagoberta nieruchomego i zamyślonego, pochyliła się z siodła, i oparłszy drobną białą rękę o ramię żołnierza, stojącego tyłem, rzekła mu łagodnie:
— Co ci jest, Dagobercie?
Weteran obrócił się; z wielkiem zadziwieniem obie siostry spostrzegły dużą łzę, która skreśliwszy wilgotną brózdę po zgrubiałej twarzy, zniknęła w ogromnych wąsach. Po chwili wahania, żołnierz przeciągnął spracowaną ręką po oczach, i rzekł do sierot głosem wzruszonym, pokazując dąb, przy którym zatrzymał się.
— Zasmucę was, biedne moje dzieci... ale, to rzecz tak święta... to co wam powiem... A więc! lat osiemnaście minęło... od dnia przed wielką bitwą pod Lipskiem, kiedy to zaniosłem ojca waszego pod to drzewo... dwa razy szablą cięty był w głowę... kulą raniony w ramię... tutaj, on i ja, co także dwie rany piką odebrałem, zostaliśmy wzięci do niewoli, i przez kogóż jeszcze, przez renegata... tak, przez francuza, zdrajcę, markiza, emigranta, pułkownika w nieprzyjacielskiej służbie... a który później... Wreszcie kiedyś... dowiecie się o wszystkiem...
Słysząc to dwie sieroty, jedną myślą przejęte, zsunęły się z konia, trzymając się za ręce, poszły ku staremu dębowi i uklękły. Potem, tuląc się jedna do drugiej, zapłakały, a stojący za niemi żołnierz, założywszy ręce na kiju, opierał na nich obnażone czoło.
— Pójdziemy... pójdziemy, nie trzeba martwić się — rzekł łagodnie po chwili — może też odnajdziemy generała Simon, w Paryżu — dodał; — powiem wam o tem dzisiejszego wieczora na noclegu... Umyślnie odkładałem dotąd opowiedzenie wam wielu rzeczy o waszym ojcu; miałem przyczynę po temu... bo dzień dzisiejszy jest niejako rocznicą.
— Płaczemy, bo myślimy także o naszej matce — rzekła Rózia.
Żołnierz podniósł sieroty, wziął je za rękę, i patrząc kolejno to na jednę to na drugą, z wyrazem najszczerszego przywiązania:
— Nie smućcie się moje dzieci — rzekł. Matka wasza była najpoczciwszą kobietą, to prawda... Gdy mieszkała w Polsce, nazywano ją Perłą Warszawy, nazwać ją należało perłą świata całego... Bo na całym świecie trudno znaleźć coś podobnego... Cóż wam matka zaleciła umierając? Abyście często o niej myślały, lecz nie martwiły się, na to wam nie pozwoliła.
— Masz słuszność, Dagobercie. — Nie będziemy się już smuciły.
Sieroty otarły łzy. Stary żołnierz, widząc je mniej smutne, odrzekł:
— Dobrze, moje dzieci, wolę widzieć was szczebiocące, jak dziś rano i wczoraj... śmiejące się ukradkiem, kiedy niekiedy nie odpowiadałyście na to, co mówiłem... takeście się zagawędziły...
Tak, tak, moje panienki... Ha tak, odpocznijcie jeszcze przez kilka chwil, a potem w drogę, bo już późno, a musimy być w Möckern przed nocą... abyśmy jutro bardzo rano wybrali się w dalszą podróż.
— Mamy jeszcze daleką, bardzo daleką drogę? — zapytała Rózia.
— Żeby dostać się do Paryża?... Tak, dzieci moje, ze sto popasów... Nie jedziemy szybko — ale przecież postępujemy naprzód, i odbywamy podróż tanim kosztem, boć nie mamy wiele pieniędzy; dla was izdebka, dla mnie siennik u waszych drzwi, Ponury na moich nogach, trochę świeżej słomy na podściółkę dla starego Jowialnego, otóż nasze koszta podróży; o jedzeniu nie wspominam, bo razem jecie tyle, co jedna mysz, a ja nauczyłem się w Egipcie i Hiszpanji być głodnym wtedy tylko, kiedy sobie mogę na to pozwolić...
W drodze każdy grosz oszczędzony jest zyskiem, zwłaszcza dla ubogich, jak my, ludzi, bo trzeba przecież, abyśmy mieli za co dostać się do Paryża... dla pokazania waszego medaljonu, strzeżcie go więc, z największą pilnością, od czasu do czasu spojrzyjcie, czy go macie przy sobie.
— Święta to dla nas rzecz, boć dostałyśmy go od umierającej matki.
— Słusznie, i powtarzam, strzeżcie go pilnie, aby go nie zgubić przypadkiem.
— Oto jest!
I Blanka wyjęła z zanadrza bronzowy medalik, który miała zawieszony na szyi na łańcuszku z takiegoż metalu.
Medalik ten nosił na dwóch stronach następujące napisy:


Ofiara
L. G. D. J.
Módlcie się za mnie
Paryż
dnia 13 lutego
1682



W Paryżu
ulica Ś-go Franciszka Nr. 3
będziecie
po upływie półtora wieku
dnia 13 lutego
1832
Módlcie się za mnie


— Co to znaczy, Dagobercie? — rzekla Blanka. — Matka nam tego nie mogła powiedzieć.

— Pomówimy o tem wszystkiem dziś wieczór na noclegu — odpowiedział Dagobert — już późno, jedziemy: schowaj dobrze medaljon i w drogę; mamy blisko godzinę drogi do Möckern... Nuże, biedne moje dzieci, raz jeszcze rzućcie okiem na ten pagórek, gdzie waleczny wasz ojciec upadł... a potem na koń! na koń! Dwie sieroty rzuciły ostatnie, pobożne spojrzenie na miejsce, które obudziło tak smutne wspomnienia w ich przewodniku, i przy jego pomocy wsiadły znowu na konia.
Wkrótce przybyli do miasteczka.
Wszedłszy do Möckern Dagobert zapytał o najtańszą oberżę, odpowiedziano, że jest jedna tylko: oberża pod Białym Sokołem.

— Idźmy więc do oberży pod Białym Sokołem — rzekł żołnierz.

ROZDZIAŁ III.
PRZYBYCIE.

Już kilkakrotnie pogromca zwierząt niecierpliwie otwierał okiennicę w okienku swego poddasza, wychodzącego na dziedziniec oberży pod Białym Sokołem, wyglądając przybycia dwóch sierot i żołnierza; nie widząc ich, chodził znowu powoli, z rękami założonemi na piersiach, ze spuszczoną głową, obmyślając środki wykonania planu, jaki sobie ułożył.
Pomimo dzikiej powierzchowności, nie zbywało temu człowiekowi na pojętności; odwaga, jakiej dowód składał w czasie swych przedstawień, mowa niekiedy mistyczna i uroczysta, surowa hipokryzja nadawały mu pewien rodzaj wpływu na mieszkańców okolic, które często odwiedzał podczas swych wędrówek.
Niema wątpliwości, że na długo przed swem nawróceniem się Morok oswoił się z obyczajami dzikich zwierząt... Urodzony w północnej Syberji, był za młodu jednym z najśmielszych myśliwych na niedźwiedzie i renifery; później, w roku 1815 zostawszy przewodnikiem inżyniera rosyjskiego, wysłanego na zwiedzenie krain podbiegunowych, towarzyszył mu potem do Petersburga; tu przeżywszy różne zmiany losu zaliczony został w poczet kurjerów carskich. Dla tych ludzi nie istnieją niesprzyjające pory roku, ani przeszkody, ani trudy, ani niebezpieczeństwa, mają oni do wyboru dwie tylko rzeczy: paść w drodze, lub spełnić otrzymane i rozkazy przybyć tam dokąd ich wysłano, łatwo więc pojąć śmiałość wytrwałość i rezygnację ludzi, nawykłych do podobnego życia.
Marok ciągle się przechadzał po poddaszu.
Noc nadeszła, a trzy osoby, na które z taką niecierpliwością oczekiwał, jeszcze nie przybyły. Chód jego stawał się coraz bardziej niespokojny i przerywany.
Wtem zatrzymał się niespodzianie, pochylił głowę ku oknu i słuchał. Miał słuch tak wrażliwy jak człowiek dziki.
— Otóż są!... zawołał.
I źrenice jego zabłysły szatańską radością. Posłyszał stąpanie człowieka i konia.
Podszedł do okienka poddasza, ostrożnie uchylił okiennicę i ujrzał wjeżdżające konno na podwórze oberży dwie dziewczyny, i prowadzącego je żołnierza. Będąc pewnym zdobyczy, zamknął okno.
Pomyślawszy jeszcze przez kwadrans, zapewne dla ostatecznego zdecydowania swych projektów, wychylił się przez otwór, gdzie stała drabina zamiast schodów, i zawołał:
— Goljat!
— Jestem... Przychodzę z jatek, niosę mięso.
Szczeble drabiny zachwiały się, i ogromna głowa pokazała się wkrótce narówni z podłogą.
Goljat, słusznie tak nazwany (miał przeszło sześć stóp wzrostu, a barczysty był jak Herkules), był szkaradny; zezowate oczy kryły się pod niskiem, a wvdatnem czołem, w szerokich szczękach, opatrzonych zębami podobnemi do kłów, trzymał kawał surowego mięsa wołowego, wagi dziesięciu łub dwunastu funtów; uważał zapewne, iż wygodniej tak trzymać mięso, aby móc rąk używać do przytrzymywania się podczas wejścia na drabinę, która chwiała się pod jego ciężarem.
Stanąwszy, Goljat rozwarł swoje kły, otworzył upuścił na ziemię ćwiartkę wołu i oblizał skrwawione wąsy. Potwór ten, łącząc przyjemne z pożytecznem, występował podczas przedstawień Moroka, pożerając w oczach widzów kilka funtów surowego mięsa.
— Porcja Śmierci i moja są tam na dole, ta zaś będzie dla Kaina i Judasza — rzekł... a gdzie nóż? Zamiast odpowiedzieć, Morok zaczął go zapytywać:
— Czy byłeś na dole, kiedy ci nowi podróżni przyjechali do oberży?
— Tak, powracałem z jatek.
— Czy wiesz... gdzie dano mieszkanie tym podróżnym?
— Gospodarz zaprowadził dziewczyny i starego w dziedziniec, do budynku co wychodzi na pole! Straszliwe wycie, wstrząsnąwszy poddaszem, przerwało mowę Goljata:
— Czy słyszysz? — zawołał — zwierzęta z głodu aż wściekają się. Nigdy nie widziałem Judasza i Kaina tak złych, jak tego wieczora, skaczą po klatce, aż strach żeby nie podruzgotali... A oczy Śmierci iskrzą się bardziej niż kiedykolwiek... rzekłbyś dwie świece!
Czy stary został z dziewczętami? — zapytał Morok.
Goljat zdumiony, że bez względu na jego nalegania pan nie myśli o wieczerzy zwierząt, patrzył na Moroka ze wzrastającem zadziwieniem.
— Pytałem się, czy stary został z dziewczętami?
— Nie, zaprowadziwszy konia do stajni, prosił o szaflik, wodę, i w sieni, przy świetle latarni... pierze... Teraz, kiedy odpowiedziałem, mistrzu, pozwól mi się zająć wieczerzą zwierząt.
Po chwili milczenia, Morok rzekł:
— Nie będziesz dzisiaj wieczorem karmić zwierząt.
Goljat nic nie odpowiedział, wytrzeszczył zezowate ogromne oczy, złożył ręce, i cofnął się o dwa kroki.
— No, cóż, czy słyszysz? — rzekł Morok z niecierpliwością. Czy powiedziałem wyraźnie?...
— Nie dać im jeść? Kiedy mięso jest tutaj, kiedy ich wieczerza już o trzy godziny spóźniła się!... Zawołał Goljat z coraz większem przerażeniem. — Chcesz więc, żeby stało się nieszczęście dziś wieczorem... zwierzęta poszaleją z głodu!
— Tem lepiej!
— Ależ do djabła ja też jestem głodny!
— To jedz, któż ci przeszkadza? Jadasz surowe mięso — więc masz tutaj gotową kolację!
— Nigdy nie jem, jeżeli moje zwierzęta nie jedzą.
— A ja powiadam ci, że, jeśli nakarmisz zwierzęta, to cię wypędzę.
Goljat wydał coś w rodzaju ryku niedźwiedzia, spoglądając na Moroka wzrokiem osłupiałym i zagniewanym. Morok, wydawszy te rozkazy, przechadzał się się wzduż i wszerz poddasza, pogrążony w zadumie. Potem obróciwszy się do Goljata, zatopionego wciąż jeszcze w głębokiem zdumieniu, rzekł:
— Czy pamiętasz dom burmistrza, gdzie byłem wieczorem dla pokazania mego pozwolenia, i którego żona kupiła książeczki i różaniec?
— Tak — odpowiedział olbrzym opryskliwym tonem.
— Idź, i zapytaj się służącej, czy mogę być pewny, iż zastanę burmistrza w domu jutro wczesnym rankiem. Może będę miał mu powiedzieć coś ważnego, a w każdym razie proszę, żeby nie wychodził z domu, nim się ze mną zobaczy.
— Dobrze... ależ zwierzęta... czy nie mógłbym dać im jeść, nim pójdę do burmistrza? Przynajmniej rysiowi... ten najgłodniejszy... No, mistrzu, przynajmniej Śmierci?
— Ależ właśnie rysia specjalnie zabraniam ci karmić, specjalnie jego.
— Na rogi djabelskie! — krzyknął Goljat. — Nie rozumiem nic a nic. Szkoda, że Karola tu niema, on taki dowcipny, pomógłby mi zrozumieć, dlaczego nie pozwalasz mi karmić głodnych zwierząt.
— Czy prędko Karol powróci?
— Już powrócił... i odjechał... po raz drugi.
— Cóż się więc tu dzieje? Jest w tem coś, Karol przyjeżdża, wyjeżdża... i...
— Nie o Karola tu idzie, lecz o ciebie; ty jesteś dowcipny, kiedy chcesz... tak dowcipny, jak on. — I Morok poufale poklepał po ramieniu olbrzyma, zmieniając nagle wyraz twarzy i sposób mówienia. Ot naprzykład można zarobić dziesięć florenów tej nocy a ty będziesz tyle dowcipny, że je dostaniesz... pewny tego jestem.
— W takim interesie, tak, jestem dowcipny — rzekł olbrzym, uśmiechając się z głupowatą i zadowoloną miną. — Cóż trzeba uczynić, żeby zarobić te dziesięć florenów?
— Zobaczysz... Naprzód pójdziesz do burmistrza, lecz pierwej jeszcze rozpalisz tę fajerkę (wskazał ją gestem Goljatowi).
— Tak, mistrzu... — rzekł olbrzym z głupowatą pokorą, wyrzekłszy się chęci zbadania przyczyn dziwnego postanowienia Moroka względem zwierząt, które głód mógł doprowadzić do szaleństwa.
— Włożysz w fajerkę te laskę stalową, aby się rozpaliła do czerwoności, — dodał Morok.
— Tak, mistrzu.
— Zostawisz ją tam, pójdziesz do burmistrza i powróciwszy będziesz czekać tu na mnie.
— Tak mistrzu.
— Ciągle utrzymywać będziesz ogień w fajerce.
— Tak, mistrzu.
Morok miał iuż wychodzić; lecz obróciwszy się zapytał:
— Powiadasz, że stary pierze bieliznę w sieni?
— Tak, panie.
— Nie zapomnij niczego, laska staowa w ogniu, do burmistrza, wrócisz tu czekać na moje rozkazy.

To rzekłszy, prorok wyszedł z poddasza i zostawił oszołomionego zdumieniem Goljata.

ROZDZIAŁ IV.
DAGOBERT I MOROK.

Goliat nie mylił się... Franciszek Beaudoin, znany pod imieniem Dagoberta, prał bieliznę z niezachwianą powagą, jaką zachowywał we wszelkich okolicznościach. Zastanowiwszy się nad zwyczajami żołnierza podczas kampanji, nie będziemy dziwić się, że ten starzec sam wykokonywał pracę, tak rzadko wykonywaną przez mężczyzn; zresztą, Dagobert myślal jedynie o oszczędzeniu chudej sakiewki sierot i uwolnieniu ich od wszelkiej pracy, wszelkich kłopotów; wieczorem przeto na noclegu, oddawał się różnym kobiecym czynnościom.
Dagobert prał więc bieliznę w sieni oberży, ku wielkiemu zdziwieniu kilku popijających piwo, którzy z dużej izby, gdzie siedzieli, spoglądali na niego z ciekawością.
W istocie, było to dość pocieszne widowisko.
Morok w tej chwili wszedł do sieni; spostrzegłszy żołnierza, przez kilka sekund nader bacznie wpatrywał się w niego; potem, zbliżywszy się, rzekł po francusku, żartobliwym tonem:
— Jak widać, kolego, nie macie zaufania do praczek Möckernskich?
Dagobert, nie przestając prać, zmarszczył brwi, obrócił trochę głowę, spojrzał przelotnie na Moroka, i nic nie odpowiedział.
Zdziwiony milczeniem, Morok mówił dalej:
— Nie mylę się... jesteś Francuzem, mój waleczny, zresztą świadczą o tem słowa, wykłóte na twojem ramieniu, a po wojskowej postawie zgadnąć łatwo, żeś stary żołnierz z czasów cesarstwa. Uważam przeto, żeś bohater... kończycie jednak na wrzecionie...
Dagobert milczał, ale przygryzł wąsa i z większą jeszcze szybkością mydlił bieliznę, bo twarz i słowa pogromcy zwierząt zrobiły na nim wrażenie przykszejsze, niżeli chciał pokazać. Nie zrażając się bynajmniej, Morok znowu się odezwał:
— Pewien jestem, mój waleczny, że nie jesteś ani głuchy, ani niemy; dlaczegóż więc nie chcesz odpowiadać?
Dagobert straciwszy cierpliwość, prędko odwrócił głowę, spojrzał na Moroka i rzekł grubjańskim tonem:
— Ja was nie znam! i znać nie chcę: dajcie mi pokój!
I wziął się znowu do roboty.
— Ależ zawiera się znajomość... przy kieliszku reńskiego wina pogadamy o naszych wyprawach... bo ja także widziałem wojnę, i ja... ostrzegam was i to może was uczyni trochę grzeczniejszym...
Na łysem czole Dagoberta żyły mocno nabrzmiały; w spojrzeniu i głosie upartego natręta upatrywał, że szuka zaczepki; ale jednak się wstrzymał.
Naigrawanie się było już otwartem; zuchwałość i chęć zaczepki dawały się widzieć w bezczelnem spojrzeniu Moroka. Sądząc, że z podobnym przeciwnikiem przyjść może do poważnej kłótni, Dagobert postanowił unikać jej wszelkiemi sposobami, wziął szaflik w ręce i przeszedł na drugi koniec sieni, spodziewając się tem zakończyć scenę, która na tak ciężką próbę narażała jego cierpliwość. Radość zabłysła w dzikiem oku pogromcy zwierząt. Biała obrączka otaczająca jego źrenicę, zdawało się, iż się rozszerzyła; zapuścił dwa lub trzy razy rękę swą w długą żółtawą brodę, na znak zadowolenia, potem zbliżył się powoli do żołnierza, w towarzystwie kilku ciekawych, którzy wyszli z izby gościnnej. Pomimo całej flegmy, Dagobert, zdziwiony i obrażony bezczelnem natręctwem Moroka, chciał zrazu palnąć go w łeb deską, na której prał bieliznę; lecz pomyślawszy o sierotach, pohamował się. Założywszy ręce na piersi, Morok rzekł mu suchym i pogardliwym tonem:
— Doprawdy, niegrzeczny jesteś... panie mydlarzu? Potem zwróciwszy się do widzów, mówił po niemiecku: — Powiadam temu Francuzowi z długiemi wąsami, że jest niegrzeczny... Zobaczymy, co odpowie; może wypadnie dać mu nauczkę: strzeż mię Boże, żebym miał być kłótnikiem — dodał ze skruszoną miną — ale Pan mię oświecił, Jego dziełem jestem, i przez cześć ku Niemu, winienem nakazać szacunek dla jego dzieła...
Ta mistyczne i urągliwa mowa wielce przypadła do smaku ciekawym: odgłos imienia Moroka doszedł aż do Moeckern. Spodziewali się jutro widowiska, a ten wstęp mocno ich bawił. Na tę zaczępkę przeciwnika, Dagobert nie mógł się wstrzymać od odezwania się po niemiecku:
— Rozumiem po niemiecku... mów po niemiecku, zobaczymy!
Nadeszli nowi widzowie i przyłączyli się do pierwszych; awantura stawała się coraz ciekawszą; otoczono dokoła rozmawiających, a Morok rzekł po niemiecku:
— Powiedziałem, że jesteś niegrzeczny, teraz powiem, że jesteś bezczelny grubjanin; cóż na to odpowiesz?
— Nic... rzekł Dagobert, biorąc się do drugiej sztuki bielizny.
— Nic... mówił dalej Morok — to niewiele, ja będę mniej krótkim, i powiem, że jeżeli uczciwy człowiek ofiaruje grzecznie kieliszek wina obcemu, ten obcy nie ma prawa odpowiadać po grubjańsku... albo...
— Albo? — przerwał Dagobert, nie patrząc na Moroka.
— Albo, winien mi jesteś dać satysfakcję... Powiedziałem już, że i ja znam wojnę; dziś wieczorem znajdziemy tu gdziekolwiek dwa pałasze, a utro rano, o świcie, za murem, możemy zobaczyć jakiego koloru jest nasza krew... jeżeli ona płynie w twoich żyłach!...
To wyznanie trwożyć nieco zaczęło widzów, którzy nie spodziewali się tragicznego rozwiązania.
— Bić się? Otóż śliczna myśl — zawołał jeden... aby was obu wzięto do kozy; prawa o pojedynkach są bardzo srogie.
— Zwłaszcza kiedy rzecz idzie o biednych ludzi — odezwał się drugi. — Gdyby was przydybał z bronią w ręku burmistrz, posadziłby obu do kozy, i dwa lub trzy miesiące czekalibyście w więzieniu, nim wyrok zapadnie.
— Czyżbyście chcieli mas zaskarżyć? — zapytał Morok.
— Nie, bynajmniej! — rzekli widzowie — Pogódźcie się... dajemy wam przyjacielską radę... korzystajcie z niej, jeżeli chcecie...
— Mniejszać o więzienie, nie dbam o to! — zawołał Morok. — Niech tylko znajdę dwa pałasze... a zobaczymy, czy jutro rano ja pomyślę o tem, co zechce powiedzieć lub zrobić burmistrz?
— A cóż będziesz robił z dwoma pałaszami? — zapytał flegmatycznie Dagobert.
— Kiedy mieć będziesz jeden w ręku, a ja drugi, wtedy zobaczysz... Pan nakazuje bronić swego honoru.
Dagobert wzruszył ramionami, związał bieliznę w chustkę, otarł mydło, staranie zawinął je w ceratę, potem gwiżdżąc przez zęby ulubioną swoją piosnkę: „De Firlemont“, postąpił krokiem naprzód.
Morok zmarszczył brwi i zaczął lękać się, aby zaczepka nie skończyła się niczem. Posunął się ku Dagobertowi, stanął naprzeciw niego, jakby chcąc mu zamknąć drogę, a złożywszy ręce na piersiach, mierząc go okiem, rzekł z największą pogardą:
— Tak więc, stary żołnierz tego rozbójnika Napoleona zda się tylko na praczkę, a bić się nie chce!...
— Nie chce bić się... odpowiedział Dagobert mocnym głosem, ale okropnie bledniejąc.
Nigdy może żołnierz nie okazał sierotom, powierzonym swojej opiece, większego dowodu przywiązania i poświęcenia. Dla człowieka jego charakteru, dać się bezkarnie znieważać, i nie przyjmować wyzwania, było nadzwyczajnie wielką ofiarą.
— A więc, jesteś podły... jesteś tchórz... sam się przyznajesz...
Na te słowa Dagobert zacisnął pięści i już miał rzucić się na Moroka, gdy obezwładniła go myśl o dwojgu dzieciach, i o smutnych przeszkodach, jakie pojedynek, szczęśliwy lub nieszczęśliwy, mógłby nasunąć ich podróży.
Ale uniesienie gniewu żołnierza, lubo chwilowe, tak było znaczącem, wyraz jego surowej twarzy, bladej i oblanej potem, tak straszny, że Morok i ciekawi widzowie cofnęli się.
Głębokie milczenie panowało przez kilka sekund, a przez nagłą odmianę, życzliwość powszechna obecnych przechyliła na stronę Dagoberta. Jeden z widzów rzekł do otaczających:
— Nie, ten człowiek nie jest tchórzem...
— Nie, doprawdy — powtórzył drugi.
— Więcej mu potrzeba odwagi do odrzucenia wyzwania, niżeli do przyjęcia... Zresztą Morok niedobrze postąpił, szukając z nim kłótni; wszak to cudzoziemiec...
— I jako cudzoziemiec, gdyby się pojedynkował i został złapany, posiedziałby długi czas w więzieniu...
— A oprócz tego — dodał inny — on podróżuje z dwiema panienkami. Czyliż w takiem położeniu wypada mu bić się za lada fraszkę? Gdyby był zabity lub uwięziony, cóżby się stało z biednemi dziećmi?...
Dagobert obrócił się ku mówiącemu te słowa. Był to gruby mężczyzna, o szczerem i otwarłem obliczu; żołnierz podał mu rękę i rzekł wzruszonym głosem:
— Dziękuję ci, panie!
Niemiec uścisnął serdecznie rękę Dagoberta.
— No, panie — dodał, trzymając ciągle w swoich rękach rękę żołnierza — uczyń jednę rzecz... wypij z nami wazę ponczu, a zmusimy tego djabelskiego proroka, aby wyznał, że zanadto cię rozgniewał i abyście się stuknęli szklankami.
Pogromca zwierząt, straciwszy teraz nadzieję pożądanego rozwiązania sceny, spodziewał się bowiem, iż żołnierz przyjmie wyzwanie, z dziką pogardą patrzył na tych, którzy nie chcieli go popierać; powoli złagodziły się rysy jego twarzy, a uważając za przydatne do swych zamiarów ukrycie gniewu, zbliżył się ku żołnierzowi i rzekł dość grzecznie:
— No, posłuszny jestem tym panom, wyznaję, że zawiniłem, wasze złe przywitanie obraziło mnie, nie byłem panem siebie... powtarzam, iż zawiniłem — Pan nakazuje pokorę... Przepraszam was... rany, jakie tu widzę... na waszem ramieniu, przekonywują dostatecznie, że nie jesteście tchórzem... Raz jeszcze przepraszam.
Taki dowód umiarkowaniu i żalu zyskał poklask i pochwałę widzów.
— On was przeprasza, nie możecie zaprzeczyć, mój waleczny — rzekł jeden z widzów do Dagoberta — pójdźmy, wypijmy razem, zapraszamy was z całego serca, przyjmijcie to takiem sercem...
— Tak, przyjmijcie, prosimy was, w imieniu waszych pięknych panienek — rzekł gruby mężczyzna, chcąc tem nakłonić Dagoberta.
Ten, rozrzewniony serdeczną uprzejmością Niemca, odpowiedział:
— Dziękuję, panowie... jesteście zacni ludzie. Lecz kto przyjmuje zaprosiny do picia, musi także sam zapraszać zkolei...
— No! zgoda... ma się rozumieć... każdy po kolei... rzecz sprawiedliwa. My zapłacimy za pierwszą wazę ponczu, a wy za drugą.
— Bieda nie hańbi nikogo — rzeki Dagobert. — Otwarcie przeto powiem, że nie jestem w stanie zaprosić was po kolei; długą jeszcze drogę mamy przed sobą, i nie powinienem czynić niepożytecznego wydatku.
Żołnierz rzekł te słowa z godnością tak szczerą, ale przytem tak mocną, iż Niemcy nie śmieli wznowić zaprosin, pojmując, że człowiek o charakterze Dagoberta przyjąć ich nie może bez poniżenia się.
— No, szkoda... — rzekł gruby mężczyzna. — Chętniebym wypił razem z wami. Dobranoc, mój waleczny żołnierzu!... dobranoc... Już późno, gospodarz pod Białym Sokołem wypchnie nas za drzwi.
— Dobranoc, panowie — odpowiedział Dagobert, idąc do stajni, aby dać koniowi drugą porcję owsa.
Morok zbliżył się ku niemu i rzekł pokornym głosem:
— Przyznałem się do winy, przeprosiłem was... Nic mi nie odpowiedzieliście... czyliż jeszcze gniewacie się na mnie?
— Jeżeli kiedy spotkam się z tobą... gdy już dzieci moje potrzebować mnie nie będą — rzekł weteran głuchym i przytłumionym głosem — powiem ci dwa słowa, a te będą nie długie. — Potem obrócił się tyłem do Moroka, który powoli opuścił dziedziniec.
Oberża Pod Sokołem tworzyła równoległobok. W jednym jego końcu wznosił się główny budynek; w drugim oficyna, gdzie znajdowało się kilka tanich stancyj dla ubogich podróżnych; korytarz sklepiony prowadził stąd w pole; po obu stronach dziedzińca ciągnęły się stajnie i szopy, a nad niemi poddasza i składy.
Dagobert, wszedłszy do stajni, wziął porcję owsa przygotową dla swego konia; wsypał w kosz i potrząsnął, zbliżając się do Jowialnego.
Ku wielkiemu jego zdziwieniu, stary towarzysz drogi nie odpowiedział wesołem rżeniem na szelest owsa potrząsanego w koszu; niespokojny Dagobert zawołał przyjaznym głosem na Jowialnego; ale ten nie zwracając bynajmniej ku panu pojętnego oka i nie kopiąc przedniemi nogami z niecierpliwością, stał nieruchomy.
Coraz mocniej zdumiony żołnierz postąpił jeszcze bliżej: przy słabym blasku stajennej latarni ujrzał biedne zwierzę w stanie największej trwogi, nogi podkurczone, głowa zadarta do góry, uszy stulone, nozdrza wydęte; napinał postronek, jakby chcąc zerwać, aby móc się oddalić od przegrody, o którą opierał się żłób i drabinka na siano: obfity, zimny pot oblewał go sinawą barwą, zamiast lśniącej się i srebrzystej, sierść była najeżona; kiedy niekiedy konwulsyjny dreszcz przebiegał po nim.
— No!... no! stary Jowialny... — rzekł żołnierz, stawiając kosz na ziemi, aby pogładzić konia — jesteś więc, jak twój pan... boisz się? — dodał z goryczą, wspomniawszy na obrazę, jaką musiał znieść dla dobra sierot. — Boisz się... ty, który przecież nie jesteś tchórzem...
Bez względu na pieszczoty i głos pana, koń ciągle okazywał przestrach; mniej wszakże napinał postronek, posunął nozdrza ku ręce Dagoberta z wahaniem, i wąchając głośno, jakby powątpiewał, czy to on.
— Nie poznajesz mnie więc! — zawołał Dagobert — dziać się tu musi coś nadzwyczajnego!
I poglądał wkoło siebie z niepokojem. Stajnia była obszerna, ciemna, ledwie oświecona przez latarnię wiszącą u pułapu, zasnutego pajęczyna; w drugim końcu, oddzielone od Jowialnego tylko kilkoma przęsłami, stały trzy karę konie pogromcy zwierząt... o tyle spokojne, o ile Jowialny był drżący i przelękniony.
Dagobert, uderzony tak osobliwą sprzecznością, której rozwiązanie wkrótce miał znaleźć, pogłaskał swego konia, ten uspokoiwszy się powoli obecnością pana, polizał mu rące, oparł głowę swoją koło niego, zarżał zcicha i okazywał mu jak zwykle tysiączne dowody przywiązania.
— Dobrze dobrze... Takim lubię cię widzieć, mój stary Jowialny — rzekł Dagobert, biorąc koszyk i wsypując owies do żłobu. No, jedz... dobrego apetytu, długą mamy drogę przed sobą w dniu jutrzejszym. A nadewszystko nie lękaj się niewiadomo czego... Gdyby twój towarzysz, Ponury, tu się znajdował... byłbyś spokojniejszy... ale on tam na górze z dziećmi; to ich stróż w mojej nieobecności... No, jedz-że... a nie przypatruj się mnie. — Ale koń poruszywszy owies końcem ust, jakby przez posłuszeństwo dla pana, nie dotknął się więcej i zaczął przygryzać rękaw płaszcza Dagoberta.
— Ach! mój biedny Jowialny... Co się stało tobie, co zwykle spożywasz owies tak ochoczo... teraz go nie tykasz... Pierwszy to raz jemu się zdarza od czasu naszego wyjazdu — rzekł sam do siebie żołnierz, mocno niespokojny, bo pomyślny koniec podróży zależał po większej części od czerstwości i zdrowia konia.
Ryk okropny i tak bliski, iż zdawało się, że powstał w samej stajni, do tego stopnia przeraził Jowialnego, iż, zerwawszy nagle postronek, przeskoczył poręcz zagradzającą jego miejsce, i przez otwartą bramę uciekł na dziedziniec.
Dagobert nie mógł wstrzymać się od drgnięcia na ów ryk niespodziewany, potężny, dziki, który mu wytłumaczył przyczynę strachu konia.
Sąsiednia stajnia, zajęta przez wędrowną menażerję pogromcy zwierząt, oddzielona była forsztowaniem, o które żłób opierał się; trzy konie Moroka, przywykłe do owych ryków, stały spokojnie.
— Dobrze, dobrze — rzekł żołnierz, ochłonąwszy z obawy — teraz rozumiem; bez wątpienia, Jowialny usłyszał podobny ryk, poczuł zwierzęta tego bezczelnego hultaja; czegóż więcej trzeba, żeby się przestraszył — dodał żołnierz, wybierając starannie owies ze żłoba: — w drugiej stajni, a pewno znajdzie się tu jaka, nie zostawi swego obroku, i będziemy mogli wybrać się w drogę jutro bardzo rano.

Strwożony koń, wybiegłszy i pohasawszy na dziedzińcu, wrócił na głos żołnierza, i ten bez trudności wziął go za uzdę; stajenny, którego Dagobert zapytał, czy nie ma innej próżnej stajni, pokazał mu taką, gdzie tylko jeden koń mógł się pomieścić. Jowialny wygodnie tu stanął; uwolniwszy się od strasznego sąsiedztwa, uspokoił się, wesoło nawet bawił się kosztem płaszcza Dagoberta, który z powodu tych żarcików mógł dzisiejszego jeszcze wieczora, popisać się z talentem do krawiecczyzny; lecz podziwiał jedynie szybkość, z jaką koń jego pożywał obrok. Zupełnie przeto spokojny zamknął drzwi od stajni, prędko zjadł wieczerzę, aby udać się do sierot, które już tak dawno zostawił same, co go mocno martwiło.

ROZDZIAŁ V.
RÓZIA I BLANKA.

Sieroty zajmowały małą nędzną izdebkę, w najodleglejszym budynku oberży. Jedyne okienko wychodziło na pole: łóżko bez firanek, stolik i dwa krzesła, stanowiły umeblowanie, więcej aniżeli skromne, tego zakątka, oświeconego jedną lampą; na stoliku, stojącym u okna, leżał tornister Dagoberta.
Ponury, duży, płowy pies sybirski, leżał u drzwi, i dwa razy już zawarczał, zwracając głowę ku oknu, lecz dalej nie posuwał oznak niechęci.
Dwie siostry, do połowy leżąc na łóżku, owinięte były w długie białe szlafroczki zapięte guziczkami u szyi i rękawów. Nie miały czepeczków; szeroka taśma opasywała ich kasztanowe włosy nad skronią, aby się w nocy nie rozrzuciły. Ten biały ubiór, ta biała przepaska na czole, nadawały charakter tem większej niewinności ich świeżym i ładnym twarzyczkom.
Sieroty śmiały się i rozmawiały, bo pomimo wielu zbyt wczesnych zmartwień, zachowrały niewinną wesołość swego wieku; jeżeli wspomnienie matki zasmucało je niekiedy, smutek ten nie miał w sobie goryczy, była to raczej słodka i czuła melancholja, której nietylko nie unikały, lecz nawet szukały; ta zawsze ukochana matka, nie była dla nich umarłą, lecz tylko nieobecną.
Prawie również nieświadome jak Dagobert zwyczajów pobożnych, bo na pustyni, gdzie żyły, nie było, ani kościoła, ani księdza, wierzyły jedynie, bo im powiadano, że Bóg sprawiedliwy i dobry, tyle był litościwym dla biednych matek, których dziatki zostawały na ziemi, że za jego łaską mogły one, z wysokości niebios, widzieć je zawsze, słyszeć zawsze, i że zsyłani są niekiedy na ich obronę aniołowie Stróże.
W tak szczerem przekonaniu, sieroty wierzyły, że oczy matki ciągle zwrócone są na nie, że źle czynić, byłoby ją zasmucać, i nie zasługiwać na opiekę dobrych aniołów.
Tego wieczora sieroty rozmawiały ze sobą czekając na Dagoberta; rozmowa mocno je zajmowała, bo od kilku dni posiadały tajemnicę, wielką tajemnicę, na wspomnienie której często biły ich dziewicze serca, wzdymała się zakwitająca pierś, rumieniec ich jagód w szkarłat się zamieniał, a niekiedy ćmiły się niespokojną i zadumaną tęsknotą duże błękitne, piękne ich oczy.
Rózia zajmowała dzisiaj brzeg łóżka, pulchne jej ręce założone za głowę, którą pochyliła ku siostrze; ta zaś wsparta na łokciu, patrzyła na nią z uśmiechem i mówiła:
— Czy myślisz, że przyjdzie i tej nocy?
— Tak, bo wczoraj... nam obiecał.
— On taki dobry... dotrzyma obietnicy.
— Czy nie uważasz, że on ma coś w swoich oczach? Coś podobnego do oczu naszej matki.
— Nieprawdaż?
— Tak, to mnie właśnie naprzód uderzyło... A głos jego, jaki przyjemny!
— A jaki przytem ładny, jakie długie i jasne ma włosy.
— A jego imię... jakie śliczne...
— Co za dobry uśmiech, jak on rozrzewnia, kiedy nas bierze za rękę... mówiąc czułym i poważnym głosem. „Dzieci moje, błogosławcie Boga, że dał wam duszę jednostajną... To, czego szukają gdzieindziej, znajdziecie w sobie samych... ponieważ macie jedno serce“... dodał.
— Jakżeśmy szczęśliwe, że pamiętamy wszystkie jego słowa! siostro moja.
— My jesteśmy tak uważne... ot!... jak ty go słuchasz, zdaje mi się, że sama słucham, moje iube zwierciadełko? — rzekła Rózia, śmiejąc się i całując siostrę w czoło.
— A kiedy mówi, twoje oczy, a raczej nasze oczy są duże, otwarte, usta poruszają się, jak gdybyśmy powtarzały pocichu każde jego słowo... Nie dziw więc, że nic nie zapominamy z tego, co on mówi.
— A to, co mówi, jest tak piękne, tak szlachetne, tak wspaniałe.
— A przytem, nieprawdaż siostro moja, w miarę jak mówi, ileż dobrych myśli w nas się rodzi! Bylebyśmy tylko zawsze pamiętały o nich...
— Bądź spokojna utkwią one w naszem sercu, jak małe ptaszyny w gniazdeozku; wynajdziemy je, kiedy będzie potrzeba.
— Czy wiesz, Róziu, że to wielkie szczęście, że on kocha nas obie razem.
— Nie mógłby inaczej uczynić, bo obie mamy jedno tylko serce.
— Jak można kochać Rózię, nie kochając Blanki?
— Cóżby się stało z biedną opuszczoną?
— A potem, bardzo trudno byłoby mu wybierać! Tak jesteśmy do siebie podobne.
— Żeby więc oszczędzić sobie kłopotu — rzekła Rózia, śmiejąc się — wybrał nas obie...
— Czyliż tak nie lepiej? on jeden nas kocha... my dwie jego lubimy...
— Byleby tylko nie opuszczał nas aż do Paryża.
— I żebyśmy w Paryżu... także go widywały...
— Nadewszystko w Paryżu... dobrze będzie mieć go przy sobie... w takiem wielkiem mieście... Mój Boże, Blanko, jak tam musi być pięknie...
— Nic nam on jeszcze nie mówił o Paryżu.
— Nie pomyślał widać o tem... A przytem zdaje się niekiedy, że bardzo lubi patrzeć na nas długo, nic nie mówiąc, mając oczy wlepione w nasze oczy.
— Tak, wtedy właśnie uważam, że jego spojrzenie bardzo jest podobne do spojrzenia naszej kochanej matki.
— A ona... jak się musi cieszyć z tego, co nas spotkało... bo widzi nas.
— Tak, bo jeżeli nas tyle kocha, to dlatego, że zasługujemy na to...
— O! jakaś chełpliwa... — rzekła Blanka, bawiąc się gładzeniem włosów siostry, rozdzielonych na jej czole.
Po chwili namysłu, rzekła Rózia:
— Czy nie uważasz, że powinnyśmy opowiedzieć wszystko Dagobertowi?
— Kiedy tak myślisz... opowiedzmy...
— Powiemy mu wszystko, jakeśmy wszystko matce mówiły; dlaczegóż przed nim taić?...
— A zwłaszcza to, co dla nas tak jest mile, bo od czterech dni tylko mówimy o naszem szczęściu.
— A przytem, czy nie uważasz, że serce nasze bije mocniej i prędzej?
— Tak jakby było pełniejsze.
— Rzecz bardzo prosta, nasz przyjaciel zajmuje tam dobre miejsce.
— Dlatego też dobrze uczynimy, opowiadając Dagobertowi, jakie nas szczęście spotkało.
— Masz słuszność, siostro.
W tej chwili pies zawarczał znowu.
— Siostro — rzekła Rózia, tuląc się do Blanki. — Otóż znowu pies warczy, co mu się stało?
— Ponury... ciszej!... pójdź tu — odezwała się Blanka, uderzając rączką po brzegu łóżka.
Pies wstał, znowu zawarczał, i położył na kołdrze swą wielką, pojętną głowę, ciągle spoglądając z ukosa na okno; dwie siostry nachyliły się ku niemu, dla pogładzenia szerokiej głowy, znacznie wypukłej w pośrodku, co dowodzi niepospolitej czystości rasy.
— Czego ty tak warczysz, Ponury? — rzekła Blanka, zlekka pociągnąwszy go za uszy — no, mój dobry psie?
— Biedne zwierzę, zawsze tak niespokojne, kiedy Dagoberta niema.
— Prawda, zdaje się, że wie o tem, iż więcej jeszcze pilnować nas wtedy powinien.
— Siostro, Dagobert spóźnił się powiedzieć nam dobranoc.
— Pewno karmi Jowialnego.
— No! to mi przypomniało, żeśmy nie powiedziały dobranoc naszemu staremu Jowialnemu.
— Mocno mnie to martwi...
— Prawda, taki wesoły, kiedy nam liże ręce... Zdaje się, że dziękuje za nasze odwiedziny...
— Szczęście, że Dagobert powie mu dobranoc za nas.
— Dobry Dagobert! zawsze nami zajęty; jak on nas psuje... My sobie próżnujemy, a on ciągle kłopocze się...
— Lecz jakże temu zaradzić?
— Jakie nieszczęście, że nie jesteśmy bogate, mogłybyśmy zapewnić mu nieco odpoczynku!
— Bogate!... my... niestety! moja siostro... zawsze tylko będziemy biednemi sierotami.
— Ale przecież ten medalik?
— Zapewne, jakaś nadzieja przywiązuje się do tego; inaczej nie wybrałybyśmy się w tak daleką podróż.
— Dagobert obiecał nam wszystko siejszego wieczora. — I dziewczyna mówić dalej nie mogła.
Dwie szyby w oknie strzaskały się z wielkiem łoskotem.
Sieroty, krzyknąwszy przestraszone, rzuciły się w objęcia jedna drugiej, a pies szczekając ze wściekłością rzucił się ku oknu...
Blade, drżące, bezwładne z przestrachu, objąwszy się nawzajem, dwie siostry stłumiły oddech; zdjęte trwogą, nie śmiały rzucić okiem w stronę okna.
Ponury, oparszy przednie łapy o okno, nie przestawał szczekać zajadle.
— Niestety!... cóż się stało? zcicha rzekły sieroty — a tu Dagoberta niema...
Potem Rózia nagle schwyciwszy siostrę za rękę:
— Słuchaj... słuchaj... ktoś idzie po schodach.
— Mój Boże!... zdaje mi się, że to nie Dagoberta chód, czy słyszysz jak ciężkie stąpanie?
— Ponury, pójdź tu... zaraz tu, bronić nas — zawołały sieroty w największym przestrachu.
Rzeczywiście, nietylko, że nadzwyczaj ciężkie stąpanie rozległo się głośno po drewnianych schodach, ale szczególnego rodzaju szelest słyszeć się dawał wzdłuż cienkiej ściany, dzielącej izdebkę od sieni.
Nareszcie coś ciężkiego, upadłszy u drzwi, mocno niemi wstrząsnęło.
Dziewczęta najsilniej przerażone, spojrzały na siebie nie rzekłszy ani słowa.
Drzwi się otworzyły.
Był to Dagobert.
Na jego widok, Rózia i Blanka uścisnęły się z radością jakgdyby uniknęły wielkiego niebezpieczeństwa.
— Co wam jest? czego się tak lękacie? — zapytał żołnierz mocno zdziwiony.
— Oh! gdybyś wiedział! — rzekła Rózia drżącym głosem, bo serce jej i siostry biło gwałtownie!
— Gdybyś wiedział, co tu się działo.
— A potem nie poznałyśmy twego chodu... Wydał się nam tak ciężki... a potem ten szelest... za ścianą...
— Ależ, moi mali tchórze, nie mogę iść po schodach nogami piętnastoletniemi, niosąc swoje łóżko na plecach, to jest siennik, który położyłem u waszych drzwi, jak zwykle...
— Mój Boże! jakieśmy płoche, siostro, że nie pomyślałyśmy o tem! — rzekła Rózia, spojrzawszy na Blankę.
I obie te śliczne twarzyczki odzyskały świeży rumieniec. Tymczasem pies, ciągle stojąc u okna, nie przestawał szczekać.
— Czego Ponury tak szczeka w tamtę stronę, moje dzieci? — zapytał żołnierz.
— Nie wiemy... ktoś wybił szybę w oknie, i to nas z początku tak przestraszyło.
Nie odpowiedziawszy ani słowa, Dagobert podbiegł ku oknu, otworzył prędko i wychylił się.
Noc była ciemna, nic nie widział.
Słucha... nic nie słyszał, tylko szum wiatru.
— Ponury! — zawołał na psa, pokazując mu okno... — skocz no tu mój stary i szukaj!
Śmiały pies skoczył rączo i zniknął za oknem.
Dagobert, wychyliwszy się, pobudzał swego psa głosem i gestem.
— Szukaj, mój stary, szukaj... Jeśli tam kto jest, rzuć się na niego, dobre masz zęby... i nie puszczaj, póki nie przyjdę.
Ale Ponury nie znalazł nikogo, słychać było jak biegał tu i owdzie szukając śladu w różnych stronach, skomląc niekiedy przytłumionym głosem, jak pies tropiący zwierzynę.
— Niema więc nikogo, mój tęgi psie, bo gdyby był ktokolwiek, juiżbyś go chwycił za gardło... Potem zwracając się do dziewcząt, które z niepokojem patrzyły na niego, zapytał:
— Jakim sposobem szyby te zostały wybite? Czy uważałyście na to, moje dzieci?
— Nie, Dagobercie, rozmawiając z sobą, usłyszałyśmy wielki łoskot, a potem szyby wypadły na podłogę.
— Zdawało mi się, — dodała Rózia — że jakby okiennica nagle stuknęła o okno.
Dagobert obejrzał okiennicę i spostrzegł dość długi ruchomy kruczek, służący do zamykania wewnątrz.
— Bardzo wietrzno — rzekł — wiatr musiał zerwać okiennicę... a kruk ten rozbił szyby... Tak, tak... Wreszcie, coby za powód kto miał do podobnej swawoli? — Potem obracając się do Ponurego:
— No... mój stary, niema więc tam nikogo?
Pies odpowiedział szczekaniem, które żołnierz wytłumaczył zapewne w sposób przeczący, bo rzekł:
— A więc powracaj... bież wokoło... znajdziesz drzwi otwarte... nie będziesz w kłopocie...
Ponury usłychał rady i poskomliwszy trochę u okna, cwałem pobiegł wokoło na dziedziniec.
— No, uspokójcie się, moje dzieci... — rzekł żołnierz do sierot; — to był tylko wiatr... powiadam wam.
— Bardzośmy się przestraszyły — rzekła Rózia.
— Wierzę... ale myślę, że będzie przeciąg i pozazię — biacie mi się — rzekł żołnierz, powracając do okna ogołoconego z szyb.
Obmyślając środek zaradzenia tej niedogodności, wziął z krzesła futro reniferowe, zawiesił na zasuwce od okna, a połami zatkał możliwie dokładnie, dwie stłuczone szyby.
— Dziękujemy, Dagobercie... Jaki jesteś dobry, byłyśmy niespokojne, nie widząc ciebie...
— Prawda... zabawiłeś dłużej, niż zwykle; — potem, spostrzegłszy dopiero bladość i zmienioną twarz żołnierza, który jeszcze się nie pozbył przykrego wrażenia sceny swojej z Morokiem, Rózia dodała z niepokojem.
— Ale co ci jest?... Tak jesteś blady!...
— Ja, nie, moje dzieci... Nic mi nie dolega...
— Ależ tak, ja ci powiadam... Twarz zupełnie masz zmienioną... Rózia ma słuszność.
— Ręczę wam... niema nic — odpowiedział żołnierz dość zakłopotany, bo kłamać nie umiał; potem znalazłszy wyborne tłómaczenie swojego wzruszenia, dodał: — Jeżeli tak wyglądam, jakby mi się co złego przytrafiło, tego przyczyną wasz strach, bo wszakże z mojej to winy pochodzi.
— Z twojej winy?
— Tak, gdybym nie stracił tak wiele czasu na wieczerzę, przyszedłszy tutaj, nim się szyby potrzaskały... I oszczędziłbym wam chwili strachu.
— Jesteś już tu... teraz wcale o tem nie myślimy...
— A czemu nie siadasz?
— Owszem, moje dzieci, mamy z sobą trochę do pomówienia — rzeki Dagobert, biorąc krzesło i przysunąwszy je do łóżka dwóch sióstr, usiadł. — A więc! czy już jesteście, wesołe — mówił, usiłując uśmiechać się. aby je uspokoić. Pokażcie, czy wasze duże oczy nie zamykają się do snu.
— Patrz, Dagobercie — rzekły dziewczęta śmiejąc się i roztwierając jak najszerzej duże błękitne oczy.
— Dobrze, dobrze — odezwał się żołnierz, — będziecie miały dość czasu do ich zamknięcia, bo dopiero dziewiąta godzina.
— My też chcemy coś powiedzieć, Dagobercie — rzekła Rózia, porozumiawszy się z siostrą oczyma.
— Doprawdy?
— Tak, mamy ci powierzyć tajemnicę.
— Tajemnicę?
— Mój Boże! tak!
— Ale bardzo ważną tajemnicę — rzekła Rózia nader poważnie.
— Tajemnicę, która nas obie obchodzi — dodała Blanka.
— O dla Boga!... bardzo wierzę... co jednę z was obchodzi, zawsze i dla drugiej jest bliskie. Czyliż nie jesteście zawsze prawie, jak to powiadają, niby dwie głowy w jednym czepku?
— Kiedy nas obie okryjesz wielkim kapturem swego futra, wtedy tak być musi... — rzekła Rózia, śmiejąc się.
— Patrzcie, żartownisie, nigdy z wami nie można trafić do końca; no, mówcież panienki, niech usłyszę tę ważną tajemnicę, kiedy to jest tajemnica.
— Mów, droga siostro — rzekła Blanka.
— Nie, panienko, tobie wypada mówić, dzisiaj masz honor być starszą, a rzecz tak ważna, tajemnica, jak powiadacie, z prawa należy do starszej... Słucham, bardzo jestem ciekawy, co mi macie powiedzieć.
To mówiąc, żołnierz starał się uśmiechnąć, aby ten: lepiej ukryć przed dziewczętami zmartwienie, jakiego jeszicze doświadczał z powodu nieukaranej obrazy ze strony pogromcy zwierząt.

Blanka, dziś Starsza honorowa, jak Dagobert nazywał, tak za siebie i za siostrę swoją mówić zaczęła.

ROZDZIAŁ V.
ZWIERZENIE.

— Nasamprzód, mój dobry Dagobercie — rzekła Rózia z powabną pieszczotą — musisz obiecać, że nas nie będziesz łajać.
— Nieprawdaż... Nie będziesz łajał swoich dzieci? — dodała Blanka, równie słodkim, przymulającym głosem.
— Zgoda — odpowiedział Dagobert poważnie — bo nie wiem, jakbym nawet to zaczął... Ale za cóżbym miał was łajać?
— Za to, że może powinnyśmy były wcześniej ci powiedzieć to, co powiemy teraz...
— Słuchajcie, moje dzieci — rzekł Dagobert z powagą, zastanowiwszy się przez chwilę nad tym przypadkiem — z dwóch rzeczy jedna: albo miałyście słuszność, albo nie miałyście słuszności, zatajenia przede mną jakiejś rzeczy... Jeżeli miałyście słuszność, to bardzo dobrze; jeżeli nie miałyście słuszności, to się już stało, nie mówmy więc o tem. No, mówcie, słucham.
Zupełnie uspokojona tak trafną decyzją, Rózia zaczęła mówić, uśmiechem porozumiawszy się z siostrą:
— Wystaw sobie, Dagobercie, że już dwiie noce z kolei, odbieramy odwiedziny...
— Odwiedziny!
I żołnierz wyprostował się na krześle.
— Tak, bardzo miłe odwiedziny, bo on blondyn.
— Co u djabła, blondyn! — zawołał żołnierz podskoczywszy.
— Blondyn... z błękitnemi oczyma — dodała Blanka.
— Co u djabła, błękitne oczy!
Dagobert znowu podskoczył na krześle, na twarzy jego widać było nieukontentowanie.
— Tak, błękitne oczy... takie duże... — rzekła Rózia, kładąc koniec wskazującego palca prawej ręki na połowie takiegoż palca ręki lewej.
— Ależ daj go katu! gdyby były tak duże... i — biorąc rzeczy na wielką skalę, wyciągnął żołnierz rękę aż po łokieć — gdyby były tak duże, nichym z tego jednak nie zrozumiał... blondyn i błękitne oczy... Ach! panienki, co to wszystko znaczy?
I Dagobert wstał zakłopotany i niespokojny.
— Ach! widzisz, Dagobercie, już się gniewasz.
— Na samym zaraz początku — dodała Blanka.
— Na początku? — powtórzył żołnierz przelękniony... — to będzie i dalszy ciąg? I koniec?
— Koniec? spodziewamy się, że nie... — rzekła Rózia, śmiejąc się do rozpuku.
— Życzymy tylko, żeby to mogło zawsze trwać.
I Blanka podzielała wesołość siostry.
Żołnierz spojrzał na obie dziewczęta zkolei, próbując rozwiązać tę zagadkę; lecz gdy ujrzał te ładne twarzyczki, ożywione niewinnym, szczerym śmiechem, pomyślał, że nie byłyby tak wesołe, gdyby się dopuściły jakiegoś ważniejszego uchybienia, i ucieszył się, że sieroty zapomniały o smutnem swojem położeniu.
— Śmiejcie się... moje dzieci... lubię bardzo widzieć was śmiejące się. — Wtem pomyślawszy, że nie w taki sposób wypada odpowiadać na osobliwsze zwierzenie się dziewcząt, dodał grubym głosem:
— Lubię bardzo widzieć was śmiejące się, ale nie wtedy, kiedy przyjmujecie odwiedziny blondyna z błękitnemi oczyma, panienki; — potem, po chwili milczenia, wzruszył ramionami i usiadł znowu.
— Patrzcie... jak głupi słucham, co bałamucicie przede mną... Chcecie ze mnie żartować... nieprawdaż?
— Nie, Dagobercie, to, co mówimy, to prawda... niezawodna prawda...
— Wiesz... żeśmy nigdy nie kłamały — dodała Rózia.
— Mają słuszność, nic prawdziwszego... nigdy nie kłamały — rzekł żołnierz, którego niespokojność powróciła znowu. — Ależ, do licha, jakim sposobem nastąpić mogły te odwiedziny. Ja śpię wpoprzek u samych drzwi; zewnątrz Ponury pod waszem oknem, a przecież błękitne oczy i wszyscy blondyni całego świata muszą wchodzić przez drzwi albo przez okno, a gdyby próbowali tego, to wy i Ponury i ja, co mamy słuch bardzo ostry, przyjęlibyśmy ich po naszemu... Ależ mówcież, dzieci, mówcie bez żartów... Wytłomaczcie się!
Kiedy obie siostry wyczytały z twarzy Dagoberta istotną niespokojność, nie chciały dłużej nadużywać jego dobroci. Spojrzały na się wzajem i Rózia rzekła, wziąwszy w drobne rączki szeroką i grubą rękę weterana.
— No i cóż, nie martw się; opowiemy ci odwiedziny naszego przyjaciela... Gabryela.
— Dobrze, znowu zaczynacie z początku?... Ma on imię?
— Tak, mówimy ci... Gabryel...
— Śliczne imię, nieprawdaż, Dagobercie? Och! zobaczysz, ty będziesz kochał pięknego naszego Gabryela, tak jak my...
— Ja będę kochał waszego pięknego Gabryela? — rzekł żołnierz, potrząsając głową. — Ja będę kochał waszego pięknego Gabryela? Zobaczymy to później, bo najprzód muszę wiedzieć... Potem przerywając sobie, dodał — szczególniejsza rzecz, to mi coś przypomina...
— Cóż takiego, Dagobercie?
— W ostatnim liście, jaki przed piętnastoma laty wasz ojciec, wracając z Francji przywiózł mi od żony, pisała do mnie, że chociaż sama biedna i chociaż małego naszego Agrykolę, co potem urósł, miała na karku, wzięła jednak do siebie chłopczyka, sierotę z anielską twarzyczką imieniem Gabryel... I niebardzo dawno odebrałem o nim wiadomość.
— A przez kogo?
— Dowiecie się zaraz.
— A widzisz, masz także swojego Gabryela, jedna więcej przyczyna, że naszego musisz kochać.
— Waszego... waszego? Zobaczmy waszego... Siedzę jak na rożarzonych węglach.
— Wiesz, Dagobercie — mówiła dalej Rózia — że ja i Blanka mamy zwyczaj zasypiać, trzymając się za ręce.
— Tak, tak, wiele razy widziałem was tak śpiące w kolebce... Nie mogłem się napatrzyć na was, tak byłyście miluchne.
— No dalej! Dwie noce temu, tylko cośmy zasnęły, aż wtem ujrzałyśmy...
— Więc to było we śnie... — krzyknął Dagobert, — kiedyście zasnęły, we śnie!
— Ależ tak, we śnie... Jakżebyś chciał inaczej!...
— Niechaj moja siostra mówi.
— Tak, to dobrze — rzekł żołnierz, odetchnąwszy spokojnie — tak to dobrze... zapewne, czy tak, czy inaczej, byłem zupełnie spokojny... ponieważ... ale w końcu to wszystko jedno... Sen! to lepiej mi się podoba.. Mówże dalej, kochana Róziu.
— Skorośmy zasnęły, imałyśmy jednakowy sen.
— Obie sen jednakowy?
— Tak, Dagobercie, nazajutrz rano obudziwszy się, opowiedziałyśmy sobie, cośmy śniły.
— I zupełnie toż samo...
— To nadzwyczajna rzecz, a ten sen, dzieci moje? Jakiż był?
— Siedząc obok siebie, Blanka i ja, widziałyśmy we śnie wchodzącego pięknego anioła; miał ma sobie długą białą suknię, włosy miał jasne, oczy błękitne, i tak piękne, tak dobre oblicze, żeśmy złożyły ręce, jak do modlitwy... Potem słodkim głosikiem powiedział, że nazywa się Gabryel, że matka nasza przysyła go do nas, aby był naszym Aniołem Stróżem, i że on nas nigdy nie opuści, bo kocha nas obie tak mocno, jak matka nas kocha...
— A potem — przerwała Blanka — wziął każdą z nas za rękę, i schyliwszy swe piękne oblicze ku nam, długo patrzył na nas z taką dobrocią... z taką dobrocią, że nie mogłyśmy oderwać naszego wzroku od jego spojrzeń.
— Tak — mówiła dalej Rózia — i zdawało się nam, że jego wzrokiprzyciąga nas do siebie, albo że serce nasze nawskroś przenika... Z wielkim naszym smutkiem Gabryel nas opuścił, ale powiedział, że następnej nocy powróci.
— I powrócił?
— Tak jest, a możesz sobie wyobrazić z jaką niecierpliwością czekałyśmy chwili zaśnięcia, żeby zobaczyć, czy nasz przyjaciel znowu nas we śnie odwiedzi.
— Hm... to mi przypomina, moje panienki, że zawczora wieczór mocnoście tarły sobie oczy — rzekł Dogobert, skrobiąc się w czoło — udawałyście, że sen was morzy... Wiem, chciałyście mnie corychlej odprawić, żeby tem prędzej sen przywołać?
— Tak, Dagobercie.
— Wprawdzie, nie mogłyście powiedzieć mi, jak Ponuremu: pójdź spać, Dagobercie. I wasz przyjaciel Gabryel powrócił znowu?
— Tak jest, ale tym razem długo mówił z nami, i w imieniu matki naszej tak czułe, tak szlachetne dawał nam przestrogi, że nazajutrz rano Rózia i ja cały czas zajmowałyśmy się przypominaniem najmniejszych słów naszego Anioła Stróża... tudzież jego spojrzeń... jego twarzy...
— To mi przywodzi na pamięć, panienki, żeście wczoraj przez całą drogę szczebiotały z sobą... i kiedy ja mówiłem: biało, odpowiadałyście mi: czarno.
— Tak, Dagobercie, myślalyśmy o Gabryelu.
— I odtąd obie kochamy go, tak jak on nas kocha...
— Lecz on jeden, a was dwie?
— Czyliż matka nasza nie była też jedną dla na? obu?
— To prawda!... Ach! ale, czy wiecie, że wkońcu ja będę zazdrościł temu hultajowi... moje panienki?
— Jesteś naszym przyjacielem we dnie, a on naszym przyjacielem w nocy?
— Zrozumiejmy się: kiedy we dnie o nim rozmawiacie, kiedy w nocy marzycie o nim, cóż więc dla mnie zostanie?
— Zostaną ci twoje dwie sieroty, które ty kochasz — rzekła Rózia.
— I które ciebie tylko jednego mają na świecie — dodała słodkim głosem Blanka:
— Hm! hm! to prawda, pochlebiajcie mi... Niech i tak będzie — dodał żołnierz z czułością. — Rad jestem z mojego losu, ustępuję wam waszego Gabryela, przekonałem się, że ja i Ponury możemy spać spokojnie... Zresztą, nic w tem nadzwyczajnego: wasz pierwszy sen mocno was uderzył, a żeście o nim dużo rozmawiały, znowu się powtórzył; nie będę się dziwił jeżeli zobaczycie trzeci raz tego pięknego nowego ptaszka...
— O Dagobercie, nie żartuj, są to wprawdzie sny... lecz zdaje się, że zsyła je matka nasza. Czyliż nam nie mówiła, że młode dziewczęta, sieroty, mają aniołów stróżów?... No otóż Gabrjel wraz z tobą opiekować się będzie nami.
— Mniejsza o to... dobrze... Wszelako, dzieci moje, dla waszej obrony niezły i Ponury... chociaż nie blondyn, ale za to pewniejszy.
— Ach jaki nudny jesteś z twojemi żartami, Dagobercie!
— Śmiejesz się ze wszystkiego.
— Tak, rzecz osobliwa, ja śmieję się nakształt starego Jowialnego, nie pokazując zębów. No, dzieci, nie tajcie mnie, chciałem wypłacić się tąż samą monetą, trochę z was zażartować, a rzeczywiście, źle postąpiłem, ponieważ myśl o waszej czcigodnej matce łączy się z tym snem; macie słuszność, gdy o tem serjo mówicie... A wreszcie — dodał z poważną miną, — jest trochę prawdy w snach... W Hiszpanji śniło się dwóm dragonom, kamratom moim, w nocy przed jesienią, że będą otruci... i rzeczywiście zostali otruci... że wam śni się ciągle o tym pięknym Gabrjelu... to stąd pochodzi... że... ponieważ... to stąd pochodzi... że, krótko mówiąc, to wam sprawia przyjemność... Niewiele macie przyjemności we dnie... miejcież przynamniej sen miły. Teraz, moje dzieci, mam wiele do powiedzenia wam, będzie mowa o waszej matce, przyrzeknijcie mi, iż nie będziecie się smuciły.
— Bądź spokojny, kiedy myślimy o niej, nie jesteśmy smutne, ale zadumane.
— Tak to dobrze! lękając się, abym cie sprawił wam smutku, odkładałem zawsze chwilę opowiedzenia tego, coby wam biedna matka wasza opowiedziała, jakbyście przestały już być dziećmi; ale umarła nagle, i zabrakło jej czasu na to, a przytem to, co wam miała powiedzieć, przeszywało jej serce równie jak mnie; odwlekałem opowiadanie, ile mogłem, i postanowiłem o tem nie mówić, nim staniemy na polu bitwy, gdzie ojciec wasz dostał się w niewolę... to mi dało czas... ale nadeszła chwila... nie można już teraz wykręcić się.

— Słuchamy cię, Dagobercie — odpowiedziały obie siostry, utkwiwszy weń oczy.

ROZDZIAŁ VII.
ZDANIE SPRAWY.

Po chwili milczenia, w ciągu którego zbierał swoje myśli, Dagobert tak mówić zaczął do dziewcząt:
— Wasz ojciec, Generał Simon, jest równie jak ja, synem rzemielśnika, który i pozostał rzemieślnikiem; bo cokolwiek bądź mówił lub czynił generał, dobry ojciec niezmiennie postanowił nie opuszczać swojego stanu; zupełnie jak syn, żelazną miał głowę, a złote serce; możecie sobie wyobrazić, moje dzieci, że kiedy wasz ojciec wszedłszy jako prosty żołnierz do wojska, został Generałem... i hrabią... nie bez trudów i nie bez chwały nastąpić to musiało.
— Hrabia? Co to znaczy, Dagobercie?
— Fraszka., tytuł, jaki Cesarz dawał wraz ze stop niem. Tak, ojciec wasz był hrabią: przytem najpiękniejszy, najodważniejszy w całej armji.
— Czy piękny był, Dagobercie?
— Oh, tak! Ale naprzykład, zupełnie był odmienny od waszego blondyna. Wystawcie sobie tęgiego mężczyznę z czarnemi włosami. W paradnym mundurze wszystkich zachwycał, za nim choć w sam ogień... Z nim możnaby uderzyć na samego djabła.
— A ojciec nasz był równie dobry, jak waleczny nieprawdaż, Dagobercie?
— Dobry!! dzieci moje! On? On zgiąłby podkowę w rękach, jak wy kartę łamiecie, i w dniu, kiedy dostał się w niewolę, zrąbał nieprzyjacielskich kanonierów przy ich armatach. Jakże chcecie, żeby przy takiej odwadze i takiej sile nie był dobrym? Jest temu około lat dziewiętnastu, gdy tu niedaleko... w miejscu, które wam pokazałem, spadł z konia niebezpiecznie raniony. Ja byłem tuż przy nim... Rzuciłem się ku niemu... Wzięto nas obu w niewolę. Do ojca waszego doskoczył jakiś pułkownik i cicho zawołał: „Poddaj się ziomkowi swemu“. Nie jest moim, odparł generał, ziomkiem, ten, kto służy w wojsku nieprzyjacielskiem, i oddał swój pałasz prostemu żołnierzowi. Ostatni koń generała zabity był pod nim: wsiadł więc na Jowialnego, który w tym dniu nie odniósł rany; i tak dostaliśmy się do Warszawy. Tu Generał zawierał znajomość z matką waszą, nazywano ją: „Perłą Warszawy“ to dosyć. Natychmiast w niej się zakochał; pozyskał wzajemność, ale rodzice obiecali jej rękę komu innemu... i komuż?... — Dagobert nie mógł dokończyć...
W tej właśnie chwili Rózia, wskazując na okno, przeraźliwie krzyknęła. Na krzyk sieroty zerwał się nagle Dagobert.
— Co ci jest, Róziu?
— Patrz... patrz... — odpowiedziała, pokazując na Okno. — Zdaje mi się, że widziałem, jak czyjaś ręka odsunęła tam futro na bok.
Zaledwie Rózia wyrzekła te słowa, Dagobert skoczył ku oknu; otworzył je nagle, zdjąwszy wprzód zawieszone na niem futro.
Noc była ciemna, świszczał wiatr gwałtowny.
Żołnierz przysłuchiwał się, ilecz gdy nic nie usłyszał, powrócił, wziął świecę, i świecił przez okno, zasłaniając ręką płomień.
Nic także inie widział.
Zamknąwszy znowu okno, pomyślał sobie, że wiatr poruszył i odsunął futro, próżny strach przeto omylił Rózię.
— Uspokójcie się, moje dzieci... Wiatr dmie gwałtownie, i, odsunął futro.
— Ależ, jestem prawie pewna, że widziałam palce, jaik odsuwały futro — rzekła Rózia.
— Ja patrzyłam na Dagoberta, nic więc nie widziałam — dodała Blanka.
— I nie było co widzieć, moje dzieci, rzecz bardzo naturalna; do okna przynajmniej osiem stóp wysokości od ziemi; trzebaby być olbrzymem, aby się tu dostać, lub mieć drabinę. Drabiny nie było czasu usunąć, bo, jak tylko Rózia krzyknęła, skoczyłem do okna, i przy świecy nic nie widziałem.
— Coś mi się przywidziało zapewne — rzekła Rózia.
— Patrz, kochana siostro... jaki wiatr... — dodała Blanka.
— Wybacz mi więc, że cię nabawiłam niepokoju, dobry mój Dagobercie.
— Ale — rzekł żołnierz, zamyśliwszy się, — martwi mnie, że Ponury nie wrócił, pilnowałby okna; musiał on zwietrzyć stajnę swego kamrata, Jowialnego, i wstąpił tam powiedzieć mu dobranoc... mam ochotę pójść po niego.
— Ach, nie, Dagobercie, nie zostawiaj nas samych — krzyknęły dziewczęta, — będziemy się bardzo lękały.
— Istotnie, Ponury musi zaraz powrócić, i pewny jestem, że wkrótce usłyszymy jak będzie się drapał do drzwi... Ciągnijmy przeto dalej naszą powieść — rzekł Dagobert, usiadłszy przy łóżku sióstr, ale tym razem wprost naprzeciw okna.
— Powiedziałem więc, że wasz ojciec, będąc w niewoli w Warszawie, zakochał się w waszej matce, a ją wydać chciano za kogo innego. W roku 1814 dowiedzieliśmy się o zakończeniu wojny, o wygnaniu cesarza na wyspę Elbę i powrocie Burbonów... Usłyszawszy o tem, matka wasza rzekła do generała: „Skończyła się wojna, otrzymasz wolność, cesarz jest nieszczęśliwy, wszystko mu winien jesteś, powracaj do niego... nie wiem kiedy się z sobą znowu zobaczymy, ale za nikogo nie pójdę zamąż, tylko za ciebie, znajdziesz mnie wierną aż do śmierci“... Potem zawołał mnie generał i rzekł: „zostań tu, Dagobercie, pomoc twoja potrzebną może będzie tej pannie, do ułatwienia ucieczki, gdyby familja zanadto ją gnębiła; listy nasze przechodzić będą przez twoje ręce; w Paryżu odwiedzę twoją żonę, twoje dzieci, uspokoję ich... powiem, że jesteś moim... przyjacielem.
— Zawsze ten sam — rzekła Rózia rozrzewniona.
— Dobry dla ojca, dobry dla matki, dobry dla dzieci.
— Kochać jednych, znaczy kochać drugich, to jest w porządku. Towarzyszył więc generał cesarzowi na wyspę Elbę; ja zaś w Warszawie ukrywałem się blisko domu waszej matki; odbierałem listy, i oddawałem je tajemnie... w jednym z tych listów, mówię wam z dumą, moje dzieci, pisał generał, że cesarz wspomniał o mnie.
— O tobie, Dagobercie?... On ciebie znał?
— Trochę, pochlebiam sobie... O, Dagobert, rzekł cesarz ojcu waszemu, który mu opowiadał o mnie; grenadjer z pułku konnej mojej gwardji... żołnierz Egiptu i Włoch, okryty ranami, stary gderacz... któremu własną ręką, pod Wagram, krzyż przypiąłem na piersiach“.
— Widzicie dzieci... ten dany mi przez cesarza krzyż chowam jako klejnot, znajduje się w moim tornistrze wraz z tem, co mam najdroższego, z naszą sakiewką i papierami... Ale wracając się do matki waszej, kiedym oddawał jej listy generała, kiedym z nią mówił, to ją cieszyło, bo cierpiała; tak, i wiele; ale jakkolwiek dręczyli ją krewni, zawsze odpowiadała: „niczyją żoną nie będę, tylko generała Simon“. Przedziwna kobieta... pokorna, ale wytrwała, umiała czekać. Jednego dnia odebrała list generała: opuścił on wraz z cesarzem wyspę Elbę, wojna zapaliła się na nowo... Ojciec wasz bił się, jak lew, a jego pułki tak jak on... bo i któż nierad położyć swą głowę za takiego generała.
Opowiadanie starego żołnierza wzruszyło sieroty, serce im mocniej biło, rumieniec znowu objął jagody.
— Jakie dla nas szczęście, że jesteśmy córkami tak walecznego ojca! — zawołała Blanka.
— Jakie szczęście... i jaki honor, dzieci moje, gdyż po bitwie pod Ligny, cesarz mianował go, z wielką radością całej airmji, na polu bitwy, księciem Ligny i marszałkiem Francji!...
— Marszałkiem Francji!... — rzekła Rózia, zdumiona, niebardzo pojmując, co znaczą te słowa.
— Księciem Ligny! — dodała Blanka, również bardzo zdziwiona.
— Tak, Piotr Simon, księciem i marszałkiem!
— Później atoli nie przyznano mu tego tytułu i stopnia, bo po bitwie pod Ligny nastąpił dzień okropny... dzień ten zowie się Waterloo.
— Ojciec wasz wtedy, okryty ranami, został na polu bitwy.
Wyleczywczy się z ran, co długiego wymagało czasu, prosił o pozwolenie wyjazdu na wyspę Świętej Heleny... drugą wyspę na końcu świata, dokąd Anglicy wywieźli cesarza. Nieszczęściem nie pozwolono mu na to. Rozgniewał się i postanowił wezwać do Francji syna cesarskiego. Zamierzał zbuntować jeden pułk, w którym znajdowali się dawni jego żołnierze. Wyjechał więc do Pikardji, gdzie pułk ten miał leże, ale tymczasem zwietrzono, o co rzecz idzie... Zaledwie przybył, wnet go nieboraka uwięziono i stawiono przed dowódcą... A tym dowódcą był ten sam... ale nie będę opowiadał, bo byłoby zbyt długo i was by bardzo zasmuciło... Stanąwszy przed pułkownikiem, gdy był sam na sam rzekł: „Jeżeli nie jesteś tchórzem, uwolnisz mnie na kilka godzin, i będziemy bić się z sobą do upadłego; bo nienawidzę ciebie za to, a pogardzam za owo, i jeszcze owo“. Pułkownik przyjął wyzwanie, i uwolnił waszego ojca do następnego ranka. Nazajutrz nastąpił pojedynek i pułkownik padł na placu bez życia... Kiedy wasz ojciec ocierał szpadę, jeden z przyjaciół dał mu znać, aby coprędzej uciekał, ponieważ go szukają. Opuścił więc Francję, gdzie w czternaści dni potem, nieobecny, na śmierć został skazany, jako spiskowy.
— Ach! co za nieszczęście, mój Boże!

— Ale przy tem nieszczęściu trafiło się i szczęście. Zacna matka wasza dotrzymała obietnicy, wiernie czekała!... — Gdy teraz ojciec wasz w niczem nie mógł już być pomocnym ani cesarzowi, ani jego synowi, przybył do Warszawy. Matka wasza niedawno utraciła rodziców, była wolna; pobrali się zatem z sobą... Ale szczęście niedługo trwało. Ojciec wasz wmieszał się w jakąś sprawę, musiał uciekać. Matka chciała jechać do niego, ale mieli jakiś proces, i została bez kawałka chleba. Wszelako puściliśmy się w drogę, ona na Jowialnym, a ja pieszo obok niej. Wieleśmy ucierpieli biedy i nędzy! Stanęliśmy w jednej wsi, a tam i wy przyszłyście na świat.

ROZDZIAŁ VIII.
NIEZNAJOMY.

— A ojciec — Cóż się z nim stało? Czy odbieraliście od niego jakie wiadomości? — zapytała Blanka Dagoberta.
— Tak, ale raz tylko.
— A przez kogo?
Twarz Dagoberta przybrała wyraz osobliwszy.
— Przez kogo? powtórzył. — Przez jednego człowieka, który jest wcale niepodobny do innych ludzi. Abyście to lepiej zrozumiały, opowiem wam w dwóch słowach szczególniejszy wypadek, jaki trafił się ojcu waszemu podczas kampanji francuskiej. Cesarz rozkazał zdobyć baterję, która wiele czyniła szkody. Po dwakroć szli nasi do ataku, ale nadaremno; nareszcie wasz ojciec wziął pułk kirasjerów, rzucił się na baterję, i, według swego zwyczaju, rąbał i zabijał tuż przy działach. Wtem stanął jakoś naprzeciw samego otworu armaty, około której wszyscy żołnierze byli pozabijani lub ranni. Jeden z nich, okryty ranami, podniósł się nieco na kolana i przytknął lont... A ojciec wasz znajdował się o dziesięć kroków, wprost naprzeciw armaty...
— Ach, Boże! jakież niebezpieczeństwo!
— Co prawda, to prawda. Ojciec sam nieraz powtarzał, że nigdy ani pierwej, ani później nie był w podobnem niebezpieczeństwie... Kanonjer przytknął lont, armata wypaliła, ale w tej właśnie chwili jakiś wysoki, ubrany po chłopsku mężczyzna, którego ojciec wprzód nie widział, rzucił się na armatę...
— Ach, nieszczęśliwy! jaka okropna śmierć!
— Tak, zapewne, powinienby być ma drobne kawałki rozerwany... A przecież nie...
— Co mówisz!
— To, co powiedział mi wasz ojciec. Nieraz on mawiał: „W tej chwili, kiedy ogień błysnął, mimowolnie zamknąłem oczy, żeby nie widzieć pokaleczonego trupa nieszczęśliwego, który poświęcił się dla mnie... I cóż powiesz? Otwieram oczy i widzę: człowiek ten stoi wśród dymu w tem samem miejscu, i łagodnie spogląda na kanoniera, który klęcząc, w tył pochylony, patrzy na niego z takim strachem, jakgdyby djabła samego miał przed sobą. Potem już go więcej nie widziałem — dodał wasz ojciec.
— Ależ, mój Dagobercie, czy to podobna?
— I ja mówiłem toż samo; wasz ojciec odpowiedział, że nie pojmuje, jak się to stać mogło: ale stało się tak właśnie. Widać że twarz tego człowieka nadzwyczajnie uderzyła waszego ojca, ponieważ dostrzegł, że musiał mieć lat około trzydziestu, że brwi czarne, gęste schodziły się z sobą jakgdyby jedna długa brew od skroni do skroni, nakształt czarnej pręgi na czole... Pamiętajcie o tem, moje kochane... dowiecie się zaraz dlaczego...
— Nie lękaj się, Dagobercie: nie zapomnimy.
— Jak to dziwnie: człowiek z czarną pręgą na czole.
— Słuchajcież: mówiłem wam, że pod Waterloo generał padł na polu bitwy jakby bez życia... W nocy, kiedy leżał na ziemi, w okropnej gorączce z powodu ran, wydało mu się, przy blasku księżyca, że ten sam człowiek, schyliwszy się ku niemu, spogląda nań smutnie, stara się zatrzymać krew, płynącą z jego ran i przywrócić go do zmysłów... Ojciec wasz, nie pamiętając prawdę co robi, odepchnął go i rzekł, że po tak nieszczęśliwej bitwie, najlepiej jest umrzeć, a ten jakoby mu odpowiedział: „Żyj dla Ewy!“... to jest dla waszej matki. Pamiętajcie, że ona została w Warszawie, kiedy generał odjechał na wyspę Elbę do cesarza, a stąd pospołu z nim do Francji.
— Jak to wszystko dziwne, Dagobercie! A odtąd ojciec już nie widział więcej tego człowieka?
— Musiał widzieć: on przyniósł matce waszej wiadomość o generale!
— Kiedyż to było? Czemuśmy go nie widziały?
— Czy pamiętacie, że rano w dzień śmierci waszej matki, poszłyście ze starą Teodorą do boru?
— Tak — odpowiedziała Rózia smutnie — poszłyśmy uzbierać trochę dzikich, drobnych kwiatków, które mama bardzo lubiła.
— Miała się tak dobrze, że nie mogłyśmy przeczuwać nieszczęścia, które spadło na nas wieczorem — dodała Blanka.
— Prawda, moje dzieci, bo ja sam tego ranka śpiewałem pracując w ogrodzie, bo równie jak wy nie miałem powodu do smucenia się; pracowałem więc śpiewając, gdy wtem usłyszałem kogoś pytającego po francusku: „Czy to jest wioska Miłosk“? Obejrzałem się, i spostrzegłem przed sobą jakiegoś obcego człowieka... Jakby piorun uderzył we mnie... Zamiast odpowiedzi, pilnie się w niego wpatrywałem, i cofnąłem się o dwa kroki wstecz.
— A to czemu?
— Był bardzo wysoki, nadzwyczajnie blady, a na bladem czole czarna pręga...
— Więc był to ten sam człowiek, którego ojciec nasz widział dwa razy podczas bitew.
— Ten sam.
— Ależ, Dagobercie — rzekła Rózia zadumana: — wszakże po tych bitwach wiele już lat upłynęło...
— Lat szesnaście.
— A cudzoziemiec, którego widziałeś, wiele mógł mieć — Około trzydziestu.
— Jakże chcesz żeby on był tym samym człowiekiem, którego ojciec widział podczas bitwy?
— Prawda — rzekł Dagobert, po chwili milczenia, wzruszywszy ramionami — musiało mnie omylić nadzwyczjne podobieństwo... Musiał to być kto inny, podobny do niego... Ale...
— A jeżeli on, to czemuż od tego czasu nie postarzał się...
— A czy nie pytałeś go: czy to on dwa razy ocalił ojca naszego na wojnie.
— Z początku i do głowy mi to nie przyszło, a potem nie było czasu, bo on prędko odszedł. Zapytał mię więc, czy to jest wioska Miłosk? Tak jest, odpowiedziałem, ale skąd wiesz, że jestem Francuz?
— „Usłyszałem jak śpiewasz — odpowiedział — proszę mi powiedzieć, gdzie mieszka pani generałowa Simon“.
— „Tutaj mieszka, panie“.
Popatrzył na mnie kilka chwil w milczeniu, bo widział, że mnie te odwiedziny mocno zadziwiły, wziął potem za rękę i rzekł:
— „Jesteś przyjacielem generała Simon?
— Najlepszym jego przyjacielem“? — Wystawcie sobie moje zadziwienie, dzieci. — „Często z wdzięcznością mówił o tobie“.
— „Widziałeś więc generała“?
— „Tak... niebardzo dawno, w Indjach; ja także jestem jego przyjacielem, i przynoszę jego żonie list od niego. Powiedziano mi, że tu mieszka. Prowadź mię więc do generałowej“.
— Dobry wędrownik... ja go już kocham, — rzekła Rózia.
— On był przyjacielem naszego ojca — dodała Blanka.
— Prosiłem, aby zaczekał, obciąłem wprzód przygotować matkę waszą, żeby tak niespodziewana radość jej nie zaszkodziła; w pięć minut potem zaprowadziłem go do niej.
— A jak wyglądał ten wędrownik, Dagobercie?
— Wysoki mężczyzna, w ciemnern futrze, w wielkiej czarnej czapce futrzanej.
— A czy przystojny?
— Tak, moje dzieci, bardzo piękny, ale tak smutny, aż serce mi się ściskało, kiedy patrzyłem na niego.
— Biedny człowiek, zapewne miał wielkie zmartwienia?
— Matka wasza przez dwie godziny rozmawiała z nim, poczem zawołała mnie, i rzekła, że odebrała wiadomości od generała, zalewała się łzami i trzymała przed sobą grubą paczkę papierów. Był to dziennik, w którym wasz ojciec każdego wieczora pisał, aby się pocieszyć; ponieważ mówić z nią nie mógł, papierowi zatem powierzył to, coby chciał jej powiedzieć...
— A gdzież są te papiery, Dagobercie?
— Tu, w moim tornistrze, z moim krzyżem i naszą sakiewką; kiedyś dam je wam; teraz zaś kilka kartek stamtąd wziąłem i te zaraz czytać będziecie; dowiecie się, dlaczego.
— A czy dawno ojciec był w Indjach?
— Matka wasza mówiła, że najprzód walczył wspólnie z Grekami przeciw Turkom, a potem udał się do Indjan, aby walczyć przeciw Anglikom... Nienawidzi ich, bo oni wywieźli naszego cesarza na wyspę Świętej Heleny. Generał wszedł w służbę jednego z tych biedaków książąt indyjskich, którzy lękali się, żeby Anglicy nie zabrali im wszystkich ich posiadłości. W krótkim przeciągu czasu zorganizował dwanaście czy piętnaście tysięcy wojska tego księcia i wyćwiczył tak, że pod jego dowództwem bić zaczęli Anglików... No, przeczytajcie... tu wszystko lepiej jest opisane, niż ja mówię... A przytem znajdziecie tu imię, które zawsze powinnyście pamiętać. Dlatego właśnie wybrałem te parę kartek.
— Ach! jakie szczęście... czytać własnoręczne pismo ojca, to prawie to samo, co go słuchać — rzekła Rózia.
— To jest, jakby on tu był z nami — dodała Blanka.
I obie dziewczęta wyciągnęły ręce, aby przyjąć papiery, które Dagobert wyjmował z kieszeni.
— Po sprawiedliwości... Starsza honorowa powinna czytać głośno — rzekł Dagobert, podając Rózi pismo.
Jednoczesncm, pełnem wdzięku rozrzewniającego przeniknione uczuciem, obie siostry pocałowały zkolei, w milczeniu pismo ojca.
— Z końca tego listu dowiecie się, dzieci moje, dlaczego się zadziwiłem, że wasz anioł stróż, jak powiadacie, nazywa się Gabrjel... Czytajcie... czytajcie — dodał żołnierz spostrzegłszy zdziwienie na twarzy sierot. — Muszę wam tylko powiedzieć, że kiedy ojciec to pisał, jeszcze się nie spotkał z wędrownikiem, który przyniósł te papiery.

Usiadłszy na łóżku, wzięła Rózia pismo i zaczęła słodkim, wzruszonym głosem czytać; Blanka zaś, oparłszy głowę o ramię siostry, z uwagą patrzyła na pismo. Po lekkiem poruszeniu ust, poznać można było, że ona także czyta, ale myślą.

ROZDZIAŁ IX.
WYJĄTKI Z DZIENNIKA GENERAŁA SIMON.
Obóz w górach Awy, 20 lutego 1830.

„...Ilekroć do tego dziennika, który piszę w głębi Indji, gdzie mię los zaniósł, dodaję nowe kartki; którego ty, niestety! nigdy może czytać nie będziesz, najukochańsza moja Ewo, doświadczam zarazem słodkiego i bolesnego uczucia, bo mnie cieszy ta rozmowa z tobą, a przytem nigdy tęsknota moja nie jest dotkliwszą, jak wtedy, gdy z tobą rozmawiam, nie widząc ciebie.
„Lecz kiedy te kartki dojdą rąk twoich, szlachetne twoje serce, mocniej uderzy ma imię walecznego człowieka, któremu dzisiaj winien jestem życie, i któremu tym sposobem będę może winien szczęście oglądania cię kiedyś.
„Ciebie i dziecięcia mojego, nieprawdaż, wszak żyje nasze dziecię? Muszę temu wierzyć, bo gdyby nie tak było, jakżebyś mogła wlec biedne swe życie, w tej strasznej rozłące?... Drogi aniołek musi mieć teraz łat czternaście... Jak wygląda? Podobny do ciebie, nieprawdaż?... Ma twoje, duże, piękne, błękitne oczy?... O nierozumny!... Jakże często w tym długim dzienniku zadaję ci równie płoche pytanie, na które odpowiedzieć nie możesz. A ileż razy uczynię ci jeszcze podobne zapytanie... Każesz więc naszemu dziecięciu, nieco obce imię Dżalma powtarzać i kochać“.
— Dżalma! — rzekła Rózia, mając oczy zwilżone łzami, przerwawszy czytanie.
— Dżalma — powtórzyła Blanka, podzielając rozrzewnienie siostry. — O! nigdy nie zapomnimy tego imienia.
— I dobrze uczynicie, bo jak widać, nosi je tęgi, choć bardzo młody wojak... Czytaj-no dalej, kochana moja Róziu.
— Na poprzedzających stronicach opisałem ci dwa pomyślne dni, droga moja Ewo — czytała dalej Rózia — jakie mieliśmy w tym miesiącu; coraz lepiej organizując się na europejski sposób, szczupłe wojsko starego mego przyjaciela, indyjskiego księcia, dokazywało cudów. Odparliśmy Anglików, i zmuszeni byli nawet opuścić część tego biednego kraju... Dziś rano, po bardzo trudnym marszu śród skał i gór, dowiedzieliśmy się, że nieprzyjaciel odebrał posiłki, i że zamierza znowu działać zaczepnie; o kilka tylko mil znajdował się od nas, bitwa więc była nieodzowną; mój stary przyjaciel, książę indyjski, ojciec wybawcy mego, najgoręcej pragnął iść w ogień. Bitwa zaczęła się o godzinie trzeciej; krwawa, mordercza. Spostrzegłszy między naszymi chwilowe zachwianie się, bo nierównie szczuplejszą była ich liczba, a posiłki angielskie składały się ze świeżego żołnierza, uderzyłem przeto na czele małej jazdy odwodowej“.
„Stary książę znajdował się w środku, i bił się tak, jak zwykł bić się, z największą odwagą; ledwo osiemnastoletni, i równie jak ojciec waleczny syn jego, Dżalma, nie odstępował mnie ani chwilę; w najgorszej chwili natarcia, koń zabity pode mną potoczył się ze mną w wąwóz, a ja przygnieciony ciężarem, myślałem przez chwilę, że mam kości biodra złamane...
— Biedny ojciec — rzekła Blanka.
— Anglicy rozumieli, że skoro ja zginąłem (mniemanie bardzo dla mnie pochlebne) łacno im pójdzie rozprawa z wojskiem mego starego przyjaciela. Kiedy toczyłem się w wąwóz, spostrzegł to oficer Sipajów i pięciu czy sześciu żołnierzy nieregularnego wojska skoczyło, aby mnie zabić. Wśród ognia i dymu prochowego, śród zapału bitwy, nie spostrzegli nasi górale upadku mojego; ale Dżalma, który mnie nie odstępował, wskoczył w wąwóz, dać mi pomoc, a zimna krew jego i odwaga życie mi ocaliły; jednym strzałem swej dubeltówki trupem położył oficera, drugim zgruchotał ramię nieregularnemu żołnierzowi, który już mi bagnetem przebił lewą rękę; ale nie trwóż się, dobra moja Ewo, to bagatela... tylko zadraśnięcie...
— Raniony... raz jeszcze raniony, mój Boże! — zawołała Blanka, załamując ręce i przerywając czytanie.
— Uspokójcie się — rzekł Dagobert — bo to, jak mówi generał, było tylko zadraśnięcie; tak on nazywał rany, które mu nie przeszkadzały bić się, białe rany.
—„Kiedy mnie spostrzegli ranionego“ — czytała dalej Rózia, otarłszy oczy — Dżalma, schwyciwszy swą dubeltówkę, jak maczugą wywijał, i odpierał żołnierzy; ale w tej chwili ujrzałem, jak jeden z nowych nieprzyjaciół, z za krzaka bambusowego, powoli oparłszy karabin o gałęzie, wymierzył w Dżalmę, i waleczny chłopak odebrał kulę w piersi, a krzyk mój nie zdołał ochronić go od strzału... Cofnąwszy się dwa kroki wstecz, upadł na kolana, ciałem swojem chciał mnie zasłonić... Możesz sobie wyobrazić moją wściekłość, moją rozpacz; nieszczęściem, usiłowania wydobycia się z przykrego położenia były daremne z powodu wielkiego bólu, jakiego doświadczałem w nogach. Bezsilny i bezbronny, przez kilka sekund byłem świadkiem nierównej i zaciętej walki. Dżalma utracił wiele krwi i ręce mu osłabły; już jeden z nieregularnych, głosem zachęcając innych, odwiązał od swego pasa coś nakształt ciężkiego sierpa, jaki jednem cięciem zmiata głowę, gdy wtem dwunastu górali nadbiegło na odgłos potyczki. Dżalma przeto został ocalony, mnie oswobodzono, i w kwadrans potem znowu mogłem wsiąść na koń. Pomimo znacznych strat, szczęście sprzyjało nam w dniu dzisiejszym. Jutro będzie bitwa stanowcza, bo widać stąd ognie angielskich czatów... Owóż, najukochańsza moja Ewo, chłopakowi temu życie winien jestem. Szczęściem rama jego nie jest niebezpieczna, kula prześlizgnęła się wzdłuż żeber“.
— Ten dzielny młodzieniec odebrał, jak powiedział generał: „Białą ranę“, — rzekł Dagobert.
— „Teraz, najukochańsza moja Ewo — zaczęła Rózia znowu — musiałaś z niniejszego opisu poznać walecznego Dżalmę; liczy on ledwo osiemnaście lat. Godny jest swojego ojca. Posiada tak bohaterską, tak dumną odwagę, że podobnie, jak młody Greczyn z czasów Leonidasa idzie do walki z odkrytą piersią, gdy tymczasem inni wojownicy jego ojczyzny, którzy pospolicie mają nieokryte nogi, ręce i pierś, występując do boju, wkładają gruby kaftan.
„Wreszcie, najdroższa moja Ewo, z pewną dumą rozmyślam o tem, że w żyłach tego walecznego młodzieńca francuska krew płynie; ojciec jego przed kilkunastu laty poślubił młodą dziewczynę, której familja, francuskiego rodu, oddawna w Batawji osiadła. To podobieństwo między mojem położeniem, a położeniem starego mego przyjaciela, bardziej jeszcze powiększyło przywiązanie moje ku niemu, bo i twoja familja, moja Ewo, z Francji pochodzi, i od dawnych czasów wyniosła się zagranicę. Nieszczęściem, biedny książę od wielu lat traci tę ubóstwianą żonę.
„Patrz, naukochańsza moja Ewo, ręka mi drży, kiedy te słowa piszę, słabo mi... tęskno... serce mi się ściska, pęka... takie szczęście!... O mój Boże!... A dziecię nasze... cóż się z niem stanie bez ciebie... beze mnie... O! nie, nie, obawa ta jest nierozsądkiem... Ale co za okrutna męczarnia: niepewność!... Bo wreszcie, gdzież ty jesteś? Co robisz? co z tobą się stanie? Daruj mi... tak smutne myśli... nasuwają mi się mimowolnie... Okropne, nieszczęsne chwile... kiedy zaś nie dręczą mnie, mówię sam do siebie: jestem nieszczęśliwy wygnaniec, ale przecież, na drugim krańcu świata biją dla mnie dwa serca, twoje, kochano Ewo, i naszego dziecięcia“...
Te słowa Rózia ledwo wymówić zdołała, od kilku chwil jej głos przerywały łkania.
W rzeczy samej sprawdziły się smutne przeczucia generała Simona; a potem cóż tkliwszego nad owe wylania duszy, pisane w wieczór przed batalją, przy świetle ognia w biwaku! wylania żołnierza, chcącego tym sposobem rozerwać przykrą tęsknotę rozłączenia, o którem, niestety! nie wiedział jeszcze, że będzie wieczne!
— Biedny generał... on nie wie o naszem nieszczęściu, — rzekł Dagobert po chwili milczenia; — nie wie także, że zamiast jednego ma dwoje dzieci... Będzie to przynajmniej pociecha... Ale, słuchaj, Blanko, czytaj ty dalej, obawiam się, żeby to nie zaszkodziło twej siostrze... Ona się mocno wzruszyła... A zresztą, słusznie będzie kiedy obie podzielicie między siebie to przykre czytanie.
Blanka wzięła list, a Rózia, ocierając pełne łez oczy, oparła znowu swą piękną głowę na ramieniu Blanki, która tak dalej czytała:
„Teraz, kochana Ewo, jestem spokojniejszy; przestałem na chwilę pisać, oddaliłem od siebie ponure myśli, prowadźmy dalej naszą rozmowę.
„Tyle ci już powiedziawszy o Indjach, powiem ci nieco o Europie; jeden z naszych ludzi, człowiek bardzo pewny, przybył do naszej przedniej straży; przyniósł mi on list nadeszły z Francji do Kalkuty, otrzymałem wreszcie wiadomość od mego ojca, to mnie uspokoiło. Rzeczony list pisany był w sierpniu zeszłego roku. Czytając go, dowiedziałem się, że kilka innych listów mego ojca, o których jest wzmianka, zaległy gdzieś lub poszły mylną drogą i zaginęły, gdyż od dwóch lat żadnego nie odebrałem, dlatego ciągle byłem o ojca niespokojny. Dobry ojczysko! zawsze ten sam, wiek nawet nie osłabił go, charakter jego jest równie dzielny, zdrowie równie czerstwe.
„Donosi mi także, jak się zaraz dowiesz, o rodzinie naszego starego Dagoberta... naszego przyjaciela...
„Nieprawdaż, droga Ewo; aż mi lżej na sercu... gdy pomyślę, że ten dobry człowiek jest przy tobie, gdyż znam ja go, wiem, że on cię nie odstąpi... Jakie zacne serce bije pod szarym mundurem tego żołnierza... jak kochać musi nasze dziecię!“...
Tu Dagobert zakasłał dwa lub trzy razy, schylił się, niby szukając po ziemi swej chustki od nosa niebieskiej z czerwonemi szlaczkami, którą zresztą miał na kolanach.
Pozostał tak przez jakiś czas schylony.
Podniósłszy się, otarł wąsy.
— Jak dobrze cię zna nasz ojciec... Jak on zgadł, że ty nasz kochasz.
— Dobrze, dobrze, moje dzieci, dajmy temu pokój... Czytajno prędzej, co też tam mówi Generał o mym małym Agrykoli i Gabryelku, przybranym synu mej żony... Biedne żonisko, kiedy pomyślę, że może za trzy miesiące... Dalej, dzieci, czytajcie, czytajcie, — dodał żołnierz, chcąc powściągnąć swoje wzruszenie.
Blanka czytała dalej dziennik generała Simon.
„Jakkolwiek bądź, droga Ewo, mam zawsze nadzieję, że przecież kiedyś może dojdzie cię niniejsze pismo, i na taki przypadek, piszę także wiadomości zajmować mogące Dagoberta. Ucieszy się on, słysząc o swej rodzinie. Mój ojciec, zawsze będący kierownikiem zakładu zacnego pana Hardy, donosi mi, że ten wziął także do swego domu syna naszego starego Dagoberta; Agrykola pracuje na warsztacie pod komendą mego ojca, którego to mocno cieszy; jest to, mówi mi, silny, dziarski chłopak, który ciężkim kowalskim młotem, jak piórem, wywija, równie wesoły jak zręczny i pracowity, jest to (najlepszy robotnik w całej fabryce, co jednak nie przeszkadza mu, aby wieczorem, po ciężkiej całodziennej pracy, powracając do swej matki, do której serdecznie jest przywiązany, wyśpiewywał pełne mocy i uczucia piosneczki, odznaczające się zdrowemi i wzniosłemi myślami“.
— Jak cię to musi cieszyć, Dagobercie, — rzekła Rózia z podziwem, — on układa śpiewy?
— Zapewne, to przedziwne... ale nadewszystko cieszy mnie to, że dobry jest dla swej matki, i że dzielnie robi młotem... gdzie się on nauczył pisać piosnki... pewno w szkole, do której, jak zaraz zobaczycie, chodził ze swym przybranym bratem Gabryelem...
Na wspomnienie imienia Gabryel, przywodzącego im na myśl idealną istotę, którą nazywały aniołem stróżem, obudziła się ciekawość młodych dziewic: Blanka ze zdwojoną uwagą czytała dalej:
„Przybrany brat Agrykoli, biedne opuszczone dziecko, nad którem ulitowała się uczciwa żona naszego dobrego Dagoberta i przybrała je za swoje, to, mówi mi ojciec, zupełnie inny typ, niż Agrykola, nie co do serca, bo obaj je mają równie szlachetne; lecz jak Agrykola jest żywy, hoży, pracowity, tak przeciwnie Gabryel jest posępny, zamyślony; zresztą, dodaje mój ojciec, każdy z nich, że tak powiem, ma postać swego charakteru; Agrykola jest to brunet, wysokiego wzrostu, silny... mina jego wesoła, śmiała; Gabryel przeciwnie jest szczupły, blondyn, lękliwy, jak młoda panienka, a jego twarz ma wyraz anielskiej łagodności“...
Tu sieroty spojrzały na siebie zdziwione, potem zwracając swą niewinną twarz do Dagoberta, rzekła Rózia:
— Czy zauważyłeś, Dagobercie? Nasz ojciec mówi, że twój Gabryel jest blondyn, i że ma twarz anielską, taką jak nasz...
— Tak, tak, dobrze to zauważyłem, i dlatego to zdziwił mnie wasz sen.
— Ciekawam także, czy ma błękitne oczy, — rzekła Rózia.
— Co do tego, moje dzieci, mógłbym ręczyć, chociaż generał nic o tem nie nadmienia; każdy blondyn ma zwykle niebieskie oczy, ale czy niebieskie, czy czarne, nie będzie niemi patrzył oko w oko na młode dziewczęta; czytajcie dalej, a zobaczycie dlaczego...
Blanka czytała dalej:
„Gabryel jest blondynem, a jego twarz ma wyraz anielskiej łagodności; jeden z duchownych nauczycieli szkoły, do której chodzili Gabryel i Agrykola, jak i wiele dzieci z okolicy, widząc jego zdolności i dobroć, mówił o nim protektorowi mającemu bardzo wiele znaczenia, który się dzięki temu zajął Gabryelem i umieścił go w seminarjum; już od dwóch lat Gabryel jest księdzem, sposobi się na misjonarza, i wkrótce udać się ma do Ameryki“.
— Twój Gabryel jest księdzem, — rzekła Rózia, patrząc na Dagoberta.
— A nasz jest aniołem, — rzekła Blanka.
— Dowodzi to, że wasz wyższy ma stopień, niż mój; mniejsza o to, każdy ma swój gust; znajdą się wszędzie uczciwi ludzie; ale wolę, żeby nie Agrykola, ale Gabryel obrał sobie czarną suknię. Wolę widzieć mego chłopca z gołemi rękami, z młotem, opasanego skórzanym fartuchem, ot tak, jak wasz dziadek, moje dzieci, czyli inaczej mówiąc, ojciec marszałka Simon, księcia de Ligny.
— „Tak więc, moja kochana, droga Ewo — czytała dalej Blanka — jeżeli ten dziennik dojdzie twych rąk, możesz zapewnić Dagoberta o losie jego żony i syna, których dla nas opuścił. Jakże nie cenić takiej ofiary? Lecz jestem spokojny, twoje dobre, szlachetne serce potrafi go nagrodzić...
„Bądź zdrowa... i jeszcze raz bądź mi tymczasem zdrowa, najukochańsza Ewo; przerwałem ten dziennik na chwilę, aby pójść aż do namiotu Dżalmy; spał spokojnie; jego ojciec czuwał nad nim; uspokoił mnie skinieniem. Niema już żadnego niebezpieczeństwa dla tego nieustraszonego młodziana. Oby jutrzejsza bitwa oszczędziła go jeszcze!... Bądź zdrowa, kochana Ewo, noc jest cicha, spokojna, powoli gasną ognie w biwakach, nasi biedni góraliska spoczywają, po owym krwawym dniu; kiedy niekiedy tylko słyszę w oddaleniu wołanie naszych straży... Te obce głosy powiększają mój smutek, przypominają mi, o czem ja czasowo zapominam, gdy do ciebie piszę... że jestem na końcu świata, oddzielony od ciebie... od mego dziecka! Biedne istoty, drogie istoty! jakiż będzie wasz los?... Ach! gdybym przynajmniej miał czas odesłać wam medal, który w nieszczęsnem zdarzeniu zabrałem ze sobą z Warszawy, możebyś uzyskała pozwolenie powrotu do Francji... lub przynajmniej mogła odesłać tam dziecię z Dagobertem; wiesz bowiem jak wielkiej jest wagi... Lecz pocóż do tylu już boleści dodawać nową jeszcze?... Na nieszczęście lata upływają... przyjdzie fatalny dzień, a ostatnia nadzieja, którą żyję, opuści mnie; ale nie chcę dnia tego kończyć smutną myślą. Bądź zdrowa! kochana Ewo, ucałuj nasze dziecię, uściskaj je, całuję was z głębi mego wygnania.
„Do jutra, po bitwie“.
Po tem wzruszającem czytaniu nastąpiło dość długie milczenie.
Po licach Rózi i Blanki wolno łzy spływały; Dagobert, oparłszy głowę na rękach, w smutnych pogrążył się myślach.

Wiatr wzmagał się gwałtownie na dworze, rzęsisty deszcz zaczynał chłostać brzękliwe szyby, w oberży głębokie panowało milczenie.

ROZDZIAŁ X.
KLATKI.

Podczas gdy córki generała Simon z tkliwem wzruszeniem czytały wyjątki z dziennika swego ojca, tajemnicza scena odbywała się w menażerji pogromcy zwierząt.
Morok uzbroił się; na łosiowy kaftan wdział koszulę z drutu stalowego, giętką jak płótno, twardą jak djament; ręce okrył naramiennikami, nogi nagolennikami, wzuł żelazne buty; to uzbrojenie pokrył szerokiemi pantoflami, wdział na siebie obszerne futro, starannie pozapinał się, i wziął w rękę długi pręt żelazny rozpalony do czerwoności, osadzony w drewnianej rękojeści.
Lubo już oddawna zręcznością i dzielnością Moroka poskromione, jego tygrys Kain, jego lew Judasz i czarny ryś Śmierć, w napadzie drapieżnym chciały jeszcze aprobować na nim swych kłów i pazurów; ale rozdarłszy mu futro tępiły pazury o stalową koszulę, łamały zęby na uzbrojonych żelazem nogach i rękach, kiedy tymczasem dotknięcie czarodziejskiej metalowej laski przypiekało im skórę, pozostawiając na niej ślady spalenizny.
Poznawszy, że napróżnoby kąsały, mocną pamięcią obdarzone już z natury zwierzęta, widząc, że Moroka ranić nigdzie nie można, zaniechały zemsty. Bojaźliwa ich uległość doszła do tego stopnia, że podczas publicznych popisów, pan ich, skinieniem swej laseczki oklejonej papierem ognistego koloru, przywodził je do czołgania się z przestrachu.
Morok więc, starannie i przezornie uzbroiwszy się, trzymając rozgrzane do czerwoności przez Goljata żelazo, otworem ze strychu spuścił się do obszernej szopy, gdzie postawione były klatki ze zwierzętami; proste przepierzenie z desek oddzielało tę szopę od stajni, w której były zamknięte konie pogromcy zwierząt.
Lampa z rewerberem dosyć mocne rzucała światło na klatki.
Było ich cztery, zbudowanych z dębowego drzewa. Niezbyt gęsta żelazna krata zasłaniała je z boków. Ta krata z jednego boku otwierała się jak drzwi, dla wypuszczania zwierząt; klatki te dnami swemi spoczywały na dwóch osiach i czterech małych kółkach żelaznych, a tak łatwo je było można zataczać do wielkiego, nakrytego wozu, w którym je ustawiano do podróży. Jedna klatka była próżna, a we trzech innych były: ryś, tygrys i lew.
Nad klatką tygrysa był napis: Judasz.
Nad klatką lwa napisane było: Kain.
Nad klatką rysia czytano: Śmierć.
Ryś zasługiwał na tę smutną nazwę dla swego zdradneg drapieżnego spojrzenia.
Cały czarny, leżał w kłąb zwinięty w klatce; koloru jego nie można było rozeznać od otaczającej go pomroki, nie widać było jego samego, tylko w cieniu błyszczały dwa nieruchome ognie, dwie duże źrenice żółto-fosforycznego koloru, w nocy tylko, iż tak powiem, rozniecające się, gdvż wszystkie te kociego rodu zwierzęta najlepiej widzą tylko wpośród największej ciemności.
Morok wszedł cicho do stajni; od jego ciemno-rudego długiego futra, dziwnie odbijała jego blado-kasztanowata i żółta najeżona czupryna i długa broda; dosyć wysoko zawieszona lampa zupełnie go oświetlała, a jaskrawe światło obok nocnych cieni jeszcze wydatniejszemu czyniło rysy jego złowróżbnej kościstej twarzy.
Zbliżył się powoli do klatki.
Biała obrączka otaczająca jego płową źrenicę, zdawała się powiększać; oko jego, jaskrawe, nieruchome, nie różniło się od ognistego, osłupiałego oka rysia, leżącego ciągle w cieniu; ale już zwierzę to zaczynało czuć wpływ urocznego spojrzenia swego pana; dwa czy trzy razy nagle zamknęło powieki, głucho, gniewnie chrapnąwszy, wkrótce potem, jakby mimowolnie otwierając oczy, wlepiło je wytrzeszczone w oczy Moroka.
Wtedy okrągłe uszy Śmierci przywarły do czaszki, skóra na czole zmarszczyła się konwulsyjnie, ściągnęła pysk najeżony twardemi szczecinami, dwa razy otworzyła milczkiem paszczę, uzbrojoną strasznemi kłami, wywiesiwszy w połowie czerwony, chropowaty język.
Morok wyciągnął ku klatce swoją stalową, do czerwoności ogrzaną, laskę, i rzekł krótkim, rozkazującym głosem:
— Śmierć... tu!
Ryś wstał, ale tak się spłaszczył, iż brzuchem i kolanami dotykał się prawie posadzki, był na trzy stopy wysoki, a blisko pięć stóp długi; jego grzbiet giętki, mięsisty, jego podkolanka zniżone i szerokie niemal jak u wyścigowego konia, głęboka pierś, potężny kark, nerwiste, zsiadłe łapy, wszystko zapowiadało, że straszne to zwierzę z wielką siłą łączyło w sobie zwinność i szybkość.
Morok, ciągle z wyciągniętą ku klatce laską, postąpił krok do rysia...
Ryś zrobił krok ku Morokowi...
Zatrzymał się...
Śmierć stanęła...
W tej chwili tygrys Judasz, do którego Morok obrócony był tyłem, gwałtownie podskoczył w klatce, jakby przez zazdrość, że pan zajmował się tylko rysiem, ryknął chrapliwym głosem i, podnosząc głowę, pokazał spód swej straszliwej trójkątnej szczęki, i potężne brudno białe piersi, na których ginęły miedziane cienie jego płowej, czarno-pręgowanej szaty; jego ogon, podobny do wielkiego, czerwonawego, ciemno-obrączkowanego węża, to wił się po bokach zwierzęcia, to je uderzał, nieustannie, zwolna się ruszając; zielone, przezroczyste oczy zwracały się na pogromcę, pałając drapieżnym gniewem.
Człowiek ten taki wywierał wpływ na owe zwierzęta, iż tygrys sam przez się, prawie odrazu, zaprzestał ryczeć, jakgdyby się przeląkł swojej śmiałości.
Morok obrócił się do niego, przez chwilę przypatrywał się mu uważnie; ryś uwolniony już z pod wpływu wzroku pana, położył się znowu w cieniu.
Chrzęst i łoskot, podobny do chrupania wielkich zwierząt, gdy gryzą co twardego, dał się słyszeć w klatce lwa, Kain zwrócił uwagę pogromcy, który, pozostawiając tygrysa, postąpił ku drugiej komórce.
Był tani lew, którego grzbiet wyraźnie widać było, grzbiet ogromny, rudo-żółtawy; uda założył pod siebie, głowa kryła się całkiem w wielkiej grzywie; z przerywanych drgań jego muskułów lędźwiowych, z mocno wystających żeber, łatwo można było odgadnąć silne działanie paszczęki i przednich łap.
Morok zbliżył się do klatki, niespokojny, czy, pomimo jego rozkazu, Goljat nie dał lwu jakiej kości do gryzienia; aby się przekonać, zawołał surowym rozkazującym tonem:
— Kain!!
Kain nie ruszył się z miejsca.
— Kain... tu! — powtórzył pogromca zwierząt — ostrzej jeszcze.
Nadaremne wołanie, lew się nie ruszył, a chrzęst dalej słychać było.
— Kain tu! — zawołał Morok trzeci raz; lecz wymawiając te słowa, oparł koniec rozpalonej laski o biodro lwa.
Ledwo mały promień dymu przebiegł po rudern futrze Kaina, kiedy zerwawszy się jak błyskawica, obrócił się i rzucił się na kraty, ale nie czołgając się, tylko jednym skokiem i ukazał się wyprostowany w pysznej a zarazem strasznej postawie.
Morok znajdował się w rogu klatki, Kain, zapalczywy, stanął wyprostowany wprost swego pana, opierając w tej postawie swoje szerokie piersi o kratę, przez którą wyciągnął swoją ogromną, muskularną, prawie tak grubą jak noga Goljata, łapę.
— Kain!! precz!! krzyknął pogromca, żywo przyska kując. Lew nie usłuchał; końcem rozpalonej laski dotknął się jego warg ściągniętych gniewem, za któremi widniały kły tak grube, tak długie i ostre, jak kły dzika.
Po takiem ognistem dotknięciu, i po drugiem groźnem wezwaniu, lew, nie śmiąc się już ruszyć, głucho pomrukiwał, położył się zwinięty, z pokorą i uległością.
Morok zdjął lampę, aby bliżej zobaczyć, co gryzł Kain: była to deska dna klatki, którą zdołał podnieść, i którą gryzł dla rozerwania się w głodzie.
Na chwilę głęboka cisza nastąpiła w menażerji: Morok, trzymając ręce za plecami, chodził od jednej do drugiej klatki, i niespokojnem okiem przyglądał się swym zwierzętom, jakgdyby wahał się uczynić między niemi jakiś ważny a trudny wybór.
Od czasu do czasu stawał i przysłuchiwał się od strony wielkich drzwi, prowadzących z szopy na podwórze oberży.
Drzwi te otworzyły się. Pokazał się Goljat; z jego odzieży płynęła strumieniami woda.
— A cóż tam!... ozwał się do niego Morok.
— Wielu doznałem trudności... Szczęściem noc bardzo ciemna, wielki wiatr, a deszcz leje jak z cebra.
— Niemą żadnego podejrzenia?
— Żadnego, panie, drzwi do piwnicy odrazu się otworzyły, właśnie pod oknem dziewczynek. Gdy zagwizdałeś dla dania mi znaku, że już czas, wyszedłem z koziołkiem, który z sobą przyniosłem, oparłem go o mur, i wlazłem nań, chwyciłem okiennice jedną ręką, trzonek noża w drugą, i wybijając dwie szyby razem, szarpnąłem z całej siły żaluzją...
— I myślano, że to wiatr?
— Tak, zrozumiano, że to wiatr. To zrobiwszy, uciekłem co żywo do piwnicy, koziołek z sobą zabrawszy... Po niejakim czasie usłyszałem głos starego... dobrze zrobiłem, żem się pośpieszył...
— Tak, kiedym na ciebie zagwizdał, wszedł on do sali jadalnej; sądziłem, że dłużej tam zabawi.
— Mniejsza o to, rzecz była zrobiona... stary otworzył okno, i przywołał swego psa, mówiąc mu... Skocz... ja natychmiast pobiegłem na drugi koniec piwnicy, bo inaczej djabelski pies byłby mnie zwęszył.
— Teraz pies zamknięty jest w stajni, gdzie jest koń starego... Mów dalej!
— Kiedym usłyszał, że zamknięto żaluzję i okno, wyszedłem z piwnicy, przystawiłem znowu koziołek i, znowu się wspiąłem, pociągając powoli zasuwkę żaluzji, otworzyłem ją, ale nic nie widziałem, odsunąłem trochę futra i widziałem... dziewczynki w łóżku, twarzą ku mnie obrócone... stary siedział w głowach, obrócony do mnie plecami.
— A jego worek... jego worek? to rzecz bardzo ważna.
— Jego worek był blisko okna, na stole, przy lampie, mógłbym był dostać go, dobrze sięgnąwszy ręką.
— Cóżeś słyszał?
— Poniewraż kazałeś mi myśleć tylko o worku, to więc tylko pamiętam, co dotyczy worka; stary mówił, że w nim są papiery, listy jakiegoś generała, jego pieniądze i krzyż.
— Dobrze... Potem?
— Ponieważ trudno mi było utrzymać uchylone od szyb futro, więc wymknęło mi się... chciałem je znowu uchwycić, zanadto wyciągnąłem rękę, wtem jedna z dziewczynek... spostrzegła ją... gdyż krzyknęła wskazując na okno.
— Głupcze!... wszystko źle... — rzekł Morok zbladłszy z gniewu.
— Ale zaczekaj pan... niewszystko chybione. Usłyszawszy krzyk, zeskoczyłem z koziołka, uciekłem do piwnicy; psa tam już nie było. Zostawiłem drzwi napół otwarte, słyszałem jak otwierano okno, i widziałem przy świetle lampy, którą stary wystawił ręką za okno; patrzał on, a nie było drabiny; okno było tak wysoko, iż człowiek pospolitego wzrostu, nie dostałby do niego.
— Będzie myślał, że to był wiatr... Ha, zręczniejszy jesteś, aniżeli się spodziewałem.
— To bardzo dobrze... Dowiedziawszy się, gdzie jest worek, pieniądze i papiery, wróciłem się... i jestem.
— Idź na górę, przynieś mi jesionową pikę, najdłuższą.
— Dobrze, panie.
— I kołdrę czerwoną, sukienną...
— Dobrze, panie.
— Ruszaj.
Goljat wszedł na drabinę; gdy już był w połowie zatrzymał się.
— Czy nie pozwoli pan, abym zlazł... po kawałek mięsa dla...
— Pikę i kołdrę! — powtórzył Morok rozkazującym tonem. I odszedł a kiedy Goljat zajęty był spełnieniem jego rozkazu, on tymczasem uchylił wielkie wrota do szopy zajrzał na dziedziniec i znowu podsłuchiwał.
— Panie jest pika jesionowa i czerwona kołdra... — rzekł olbrzym, schodząc z drabiny z temi rzeczami — cóż mam robić?
— Wróć do piwnicy, wyleź do okna, a gdy stary prędko wybiegnie z izdebki...
— A któż go z niej wywoła?
— Wyjdzie on... o co się pytasz?
— A potem?
— Powiedziałeś mi, że lampa stała w blizkości okna?
— Bliziuteńko... na stole przy worku.
— Jak tylko stary wyjdzie z izby, popchnij okno, zgaś lampę, złap za worek, przetrząśnij go, weź pieniądze, krzyż, papiery i połóż znowu na swem miejscu; dziewczynki tak się przelękną tem, co się będzie działo, iż zamilkną z przestrachu. Nie koniec jeszcze na tem.
— Cóż jeszcze?
— Dach na szopie niebardzo wysoki, do dymnika na spichrz łatwo się dostać... noc jest ciemna... zamiast wchodzić drzwiami...
— Wlezę dymnikiem.
— A cicho!
— Dobrze.
Olbrzym odszedł. Po kilku minutach Morok wyszedł z szopy, wziąwszy czerwoną laskę i udał się ku małej stajence, gdzie był Jowialny, podwójnie jej drzwi zamykała tylko mała zasuwka.

Rzucił się nań Ponury skoro go spostrzegł; ale kły jego namacały żelazne nagolenniki, a Morok, pomimo silnego kąsania psa, wziął Jowialnego za uździenicę, okrył mu głowę kołdrą, iżby nie mógł widzieć ani węszyć, wyprowadził go ze stajni i, wprowadziwszy do szopy, zamknął drzwi.

ROZDZIAŁ XI.
PODEJŚCIE.

Odczytawszy wyjątki z dziennika ojca, sieroty zamilkły na jakiś czas, smutnie się zamyśliły, oglądając pożółkłe pismo.
Dagobert, także zadumany, myślał o swym synu i o swej żonie, z którymi był już dawno rozłączony, a których niedługo może spodziewał się ujrzeć. Potem pierwszy przerwał milczenie, od kilku minut trwające, i, biorąc pismo z rąk Blanki, złożył je troskliwie, włożył do kieszeni i rzekł do sierot:
— Tak więc, moje dzieci, bądźcie spokojne... widzicie, jak zacnego macie ojca; myślcie tylko o radości, z jaką wkrótce go ucałujecie, i pamiętajcie zawsze o imieniu uczciwego chłopca, któremu zawdzięczać będziecie tę przyjemność; bo gdyby nie on, jużby wasz ojciec był zabity w Indjach.
— Nazywa się on Dżalma... Nigdy go nie zapomnimy — rzekła Rózia — i prosić będziemy naszej matki, aby czuwała nad nim tak, jak nad nami...
— A gdy nasz anioł-stróż Gabrjel przyjdzie jeszcze- — dodała Blanka — powiemy mu także o nazwisku Dżalmy.
— Dobrze, moje dzieci, pewien jestem, że co się tyczy serca, o niczem nie zapomnicie... Lecz wróćmy do wędrownika, który przybył do waszej biednej matki. Widział on generała w miesiąc po zdarzeniach, o których czytałyście, i, w chwili kiedy znowu uderzyć mieli na Anglików, wasz ojciec powierzył mu te papiery i medal.
— Ale, Dagobercie, na co się nam przyda ten medal?
— A co znaczą te wyrazy na nim wyryte? — mówiła Rózia, wyjmując go z zanadrza.

w Paryżu
Ulica Ś-o Franciszka Nr. 3;
będziecie po upływie półtora wieku dnia 13 lutego,
1832 r.
Módlcie się za mnie.

— A to, moje dzieci... znaczy, że 13 lutego 1832 r. trzeba nam być w Paryżu, na ulicy św. Franciszka Nr. 3.
— A cóż tam będziemy robili?
— Biedna wasza matka tak nagle zachorowała, iż nie mogła mi tego powiedzieć; wiem tyle tylko, że ten medal dostała od swych rodziców; były to relikwie przechowywane w jej rodzinie przeszło od stu lat.
— A jakże dostał się on naszemu ojcu?
— Gdy wyjeżdżał w nocy, kładąc spiesznie do powozu wszystko, co mu na drogę było potrzebne, włożył także, między innemi, rzeczy należące do matki; między niemi znajdował się ten medal, potem już generał nie mógł go odesłać, nie mając do tego żadnej sposobności.
— A więc ten medal jest dla nas rzeczą nader ważną?
— Bezwątpienia, gdyż nie widziałem nigdy waszej matki szczęśliwszej, jak w owym dniu, gdy go jej oddał podróżny... „Teraz los mych dzieci może będzie tak błogi, jak dotąd był nieszczęśliwy“, rzekła do mnie wobec urzędnika, ze łzami radości w oczach: „pojadę z niemi córkami do Francji... Jeślibym zasłabła, ty je odprowadzisz, Dagobercie; ruszysz niebawem, bo na nieszczęście wiele już zmarnowało się czasu... a jeżelibyś nie przybył przed 13 przyszłego lutego, to okrutne rozłączenie, ta przykra podróż byłaby nadaremna“.
— Jakto, choćby nawet jeden tylko dzień spóźnienia...
— Jeżelibyśmy przybyli 14 zamiast 13, jużby było po czasie — mówiła wasza matka.
— A jakże sądzisz, czy staniemy na czas w Paryżu?
— Spodziewam się; jednakże, gdybyście się czuły na silach, byłoby dobrze pośpieszać trochę.
— Ale, ponieważ ojciec nasz jest w Indjach, i jako skazany na śmierć, nie może powrócić do Francji, kiedyż zobaczymy się z nim?
— A gdzież będziemy się z nim widziały?
— Biedne dzieci, to prawda... ile to jest rzeczy, o których nie wiecie; nie mógł generał wrócić się do Francji, kiedy go opuszczał podróżny, to prawda, ale teraz już może.
— A dlaczegóż teraz może?
— Gdyż we Francji wiele zaszło zmian: nowy król... nowa dynastja... dawne rzeczy poszły w niepamięć. Ta wiadomość dojdzie do Indji; a wasz ojciec pewno przybędzie i oczekiwać was będzie w Paryżu, gdyż będzie się spodziewał, że wy i wasza matka przybędziecie tam na 13 lutego następnego roku.
— Aha! rozumiem teraz, możemy się spodziewać oglądać go — rzekła Rózia z westchnieniem.
— A to wszystko winne będziemy jego przyjacielowi wędrownikowi.
— A wiesz Dagobercie, jak się nazywa ten podróżny?
— Nie, moje dzieci... ale czy się on nazywa Paweł czy Gaweł, dosyć że poczciwy człowiek. Kiedy odchodził od waszej matki, z płaczem dziękowała mu za jego dobroć dla generała, dla niej i dla ich dzieci. Wtedy uścisnął jej ręce i rzekł jej tak łagodnym głosem, aż mnie to wzruszyło: „Za cóż dziękujesz mi, pani... czyliż nie powiedziano: „kochajcie się nawzajem“?
— Kto tak powiedział, Dagobercie, On?
— Tak, o kim to mówił podróżny?
— Tego nie wiem; uderzył mnie tylko sposób, którym on wymówił te słowa, i te były ostatnie słowa, które powiedział.
— Kochajcie się nawzajem?... — powtarzała Rózia.
— Jak to dowodzi dobrego serca... — mówiła Blanka — nieprawda, Dagobercie?
— Ponieważ ten wędrownik jest przyjacielem generała, to już dowodzi, że ma dobre serce.
— Jakaż to szkoda, żeśmy go nie widziały...
— A gdzież poszedł ten podróżny?
— Bardzo daleko... bardzo daleko, na Północ, — powiedział to waszej matce; która potem mówiła mi o nim: „Proste jego słowa rozrzewniły mnie; przez cały czas, jakiem go słuchała, było mi lepiej; mocniej jeszcze kochałam mego męża, moje dzieci, a z tem wszystkiem, patrząc na wyraz jego twarzy, sądziłbyś, że nigdy się nie uśmiechnął, ani zapłakał“, dodała wasza matka, i to prawda.
— Nigdy się nie roześmiał, ani zapłakał? — dodała Blanka.
— Kiedy odchodził, wasza matka i ja, stojąc we drzwiach, patrzyliśmy za nim dopóki mogliśmy, szedł ze spuszczoną głową. — Chód jego był powolny... spokojny... pewny... myślałby kto, że kroki liczył... i co do kroku jego rzecz jeszcze osobliwszą spostrzegłem.
— Co, co, Dagobercie?
— Wiecie, że droga prowadząca do domu, była zawsze wilgotna, a to z przyczyny miłego źródełka, które ją zalewało...
— Tak, tak.
— A więc ślady jego zostały na glinie i widziałem, że na jego podeszwach były ćwieki powbijane w kształcie krzyża...
— Oto tak — mówił Dagobert stawiając siedem razy palec na kołdrze — ot, takim wbite były porządkiem. Widzicie, że będzie krzyż.
— Ach prawda... krzyż, widzisz, siostro.
— Cóż to ma znaczyć, Dagobercie?
— Dalipan, nie wiem... może przypadkiem... Jakkolwiek bądź, odwiedzimy tego tajemniczego gościa zapowiadały coś niedobrego. Gdyż jak tylko od nas odszedł, jedno za drugiem dotykały nas nieszczęścia.
— Niestety! śmierć naszej matki?
— Tak, ale wprzód jeszcze... inne zmartwienie!... Trzeba nam było jechać co prędzej do Paryża, a okoliczności zmusiły was do wyjazdu w przeciwną zupełnie stronę. Matka wasza mówiła: „Miano w tem interes, aby przeszkodzić mnie lub moim dzieciom udać się do Francji, i dlatego tak postąpiono“.
— Może to niespodziewane zmartwienie nabawiło ją choroby?
— Oh nie, moje dzieci, była to owa nieszczęsna choroba, co nie wiedzieć skąd się bierze, bo i ona także odbywa podróże i uderza jak piorun; w trzy godziny po odejściu wędrownika, kiedyście powróciły z lasu wesołe, zadowolone, z dużemi bukietami dzikich kwiatów dla waszej matki... ona już prawie konała... już poznać jej nie można było; piekielna cholera zjawiła się we wsi... Wieczorem pięć osób umarło... Wasza matka ledwo miała czas włożyć ci medal na szyję, moja kochana Róziu... polecić mi was obie..., prosić mnie, abyśmy natychmiast puścili się w drogę do Paryża... Kiedy wasza matka umarła, zmieniły się okoliczności i wybraliśmy się w drogę. — Żołnierz nie mógł skończyć; zakrył sobie twarz rękami, kiedy tymczasem sieroty rozrzewnione rzuciły mu się obie w objęcia.
— Tak, ale — rzekł z dumą Dagobert... — po chwili bolesnego milczenia.
— Wtedy okazałyście się godnemi córkami zacnego generała... pomimo niebezpieczeństwa, nie można było oderwać was od loża waszej matki; pozostałyście przy niej aż do końca... Wy zamknęłyście jej powieki, wy czuwałyście nad nią... i wy nie chciałyście odjechać pierwej, aż ujrzałyście krzyż postawiony na jej grobie.
Tu Dagobert nagle przerwał mowę.
Usłyszawszy okropne lżenie konia, połączone z dzikim rykiem, podskoczył ze stołka i zawołał:
— To Jowialny! mój koń. Cóż to robią mojemu koniowi? Potem, otworzywszy drzwi, zbiegł prędko po schodach.
Dwie siostry przytuliły się do siebie tak przerażone, iż nie spostrzegły ręki sięgającej wybitą szybą, otwierającej rygiel okna, odpychającej gwałtownie futro i przewracającej na małym stoliku lampę przy której leżał tornister żołnierza.

Tak więc sieroty pozostały pośród głębokiej ciemności.

ROZDZIAŁ XII.
JOWIALNY I ŚMIERĆ.

Morok, wprowadziwszy Jowialnego do swej menażerji, zdjął mu z głowy kołdrę, która nie dawała mu widzieć i czuć węchem.
Jak tylko tygrys, lew i ryś spostrzegły go, zgłodniałe te zwierzęta rzuciły się do kraty swych zagród.
Koń, przerażony, stanął osłupiały, wyciągnął szyję, wytrzeszczył oczy, drżał, jak wryty z miejsca się nie mogąc ruszyć; zimny pot lał się z niego strumieniami.
Lew i tygrys zaczęły ryczeć przeraźliwie i okropnie miotały się w klatkach.
Ryś nie ryczał... ale niema jego drapieżność straszniejszą była, niż krzyki dwóch innych zwierząt.
Wściekłym susem rzucił się z głębi klatki na kratę, która aż się wstrząsnęła od tego zapalczywego uderzenia; potem, pomimo silnego oporu kraty, Śmierć, zawsze niema, ciągle zajadła, rzucała się naprzód, wracała pełzając i znowu w zapamiętałym zapędzie, usiłowała złamać kratę.
Trzy razy tak przyskakiwała... straszna i milcząca... kiedy tymczasem koń, przechodząc z osłupienia w obłąkanie z przestrachu, zarżał przeciągle, zawrócił szybko i jak szalony skoczył do drzwi, któremi został wprowadźmy.
Znalazłszy je zamknięte, spuścił głowę, przygiął nieco nogi, zbliżył nozdrza do otworu pod wrotami, jakgdyby chciał odetchnąć świeżem powietrzem, potem, coraz bardziej przelękniony, mocniej jeszcze rżał, silnie grzebiąc przedniemi nogami.
Wtedy już Morok się nie wahał.
Zbliżył się do klatki rysia, właśnie w chwili gdy, po nowych usiłowaniach wydobycia się z niej, znowu miał się rzucić.
Ciężka zapora utrzymująca zamknięcie kratami, odepchnięta piką pogromcy zwierząt, usunęła się, a Morok w jednej chwili wskoczył na drabinę, prowadzącą na spichlerz.
Okropny ryk tygrysa i lwa, połączony z rozpaczającem rżeniem Jowialnego, napełniły wszystkie zakątki oberży; w chwili, gdy ryś rzuciwszy się znowu wściekle na kratę, poczuł, że przed nim ustępuje, i widział, że się mu otwiera... wyskoczył...
Skok Śmierci był tak gwałtowny, iż padła na środku szopy.
Światło lampy migotało się na czarno-połyskliwem tle rysiego futra, mieniącego się jeszcze ciemniejszego koloru plamami. Przez chwilę pozostał niewzruszony, jakby przysiadły na swych silnych nogach... zdawał się mierzyć długość kroku, który miał wykonać, dla doścignięcia konia, i rzucił się nań jednym skokiem.
Widząc go wydobywającego się z klatki, Jowialny, nagle się umknąwszy, przyparł bokiem drzwi otwierające się zewnątrz do środka... i cisnął je całemi siłami, jakgdyby je chciał wyłamać. Śmierć wspięła się gwałtownie do skoku. Szybka jak strzała, głęboko przejęła Jowialnemu gardło, chwyciła się go łapami, i swe szpony zatopiła mu razem w piersi i w brzuch, trzymając go przypartego do drzwi.
Oparłszy się w łuk na tylnych łapach, otworzyła mu żyłę gardłową, strumień krwi wytrysnął z pod zębów Śmierci, a ostre pazury zorały aż do kości żywe mięso drgającej ofiary... której zduszone rżenie było przerażające.
Nagle rozległy się słowa:
— Jowialny... nie daj się... ja tu jestem... nie daj się...
Był to głos Dagoberta, który wszelkiemi sposobami usiłował w rozpaczy wywalić drzwi, za któremi toczyła się ta krwawa walka.
— Jowialny — wołał znowu żołnierz — jestem tu... ratunku...
Na ten przyjacielski, tak znany głos, konik próbował jeszcze zwrócić głowę w stronę, skąd słyszał głos swego pana, odpowiedział mu żałosnem rżeniem, i szamocąc się pod morderczemi razami rysia, upadł na kolana, potem na bok... tak, iż grzbiet i kark o drzwi się oparłszy, otworzyć ich nie dozwoliły.
Wtedy już wszystko się skończyło.
Ryś przyłożył się jak długi, brzuchem ma koniu, szarpiąc go przedniemi i tylnemi łapami.
— Ratunku... ratunku dla mego konia! — wołał Dagobert, napróżno usiłując wyłamać zamek, potem krzyczał w zapalczywości:
— Nie ma kto broni... czy nie ma broni...?
— Strzeż się... — krzyczał pogromca zwierząt.
I pokazał się w dymniku śpichrza, wychodzącym na dziedziniec.
— Nie wchodź, bo zginiesz... mój ryś wściekł się...
— Ale mój koń... mój koń! — krzyczał przeraźliwie Dagobert.
— Wyszedł w nocy ze swej stajni; wszedł do szopy drzwi popchnąwszy; na jego widok ryś połamał klatkę i rzucił się na niego... Lecz odpowiesz za nieszczęścia, jakie stąd mogą wyniknąć — dodał pogromca zwierząt, odgrażającym tonem — bo ja tylko z wielkiem niebezpieczeństwem dla życia będę mógł go zapędzić znowu do klatki.
— Ale mój koń... Ratuj mego konia... — wołał Dagobert, błagając z rozpaczy, gdyż prawdziwie lubił to biednie zwierzę, utrata którego, zresztą, mogła pociągnąć za sobą najzgubniejsze skutki, czyniąc prawie niepodobną dalszą podróż sierot.
Morok zniknął z dymnika.
Ryk zwierząt, krzyk Dagoberta pobudziły wszystkich ludzi w oberży pod Białym Sokołem. Tu i owdzie oświeciły się i otwierały spiesznie okna. Niebawem służący z oberży przybiegli z latarniami, obstąpili Dagoberta i pytali, co się stało.
— Mój koń tam jest... a jeden zwierz tego niegodziwego człowieka wydobył się... — krzyczał żołnierz, nie przestając popychać drzwi.
Na te słowa ludzie oberżysty, przerażeni już okropnym rykiem, uciekli, i pobiegli uwiadomić gospodarza.
Można sobie wyobrazić zmartwienie żołnierza, czekającego rychło drzwi szopy zostaną otworzone; blady, zadyszany, przysłuchiwał się, czy nie usłyszy rżenia konia.
Powoli ryki ustały, słyszał tylko ponure warczenie i złowrogie raz po raz groźnym, krótkim głosem Moroka powtarzane wołanie:
— Śmierć!... tu... Śmierć!...
Zajęty tym wypadkiem, pośród ciemnej nocy, Dagobert nie widział Goljata który, gramoląc się ostrożnie po dachu krytym dachówką, powracał do śpichrza dymnikiem.
Niebawem otworzyła się brama dziedzińca, wszedł gospodarz, a za nim kilku ludzi; uzbroił się on w karabin, a jego słudzy w widły i kije.
— Co tu się dzieje? — rzekł żywo, zbliżając się do Dagoberta — co to za hałas w mojej oberży!... Niech djabli porwą pokazujących zwierzęta i niedbalców, którzy nie umieją przywiązać uździenicy konia do żłobu... Jeżeli twój koń został raniony, twoja szkoda, żeś nie był o niego dbalszym.
Zamiast odpowiedzieć na te przedwczesne nagany, żołnierz przysłuchując się ciągle co się działo w szopie, kiwnął ręką, aby się uciszono.
Nagle dał się słyszeć ryk drapieżny, a po nim krzyk Moroka, i prawie zaraz ryś zawył żałośnie.
— Jesteś może przyczyną nieszczęścia — rzekł do żołnierza przelękły gospodarz; — czy słyszałeś jaki krzyk!... może Morok został niebezpiecznie skaleczony.
Dagobert miał odpowiedzieć, kiedy otworzyły się drzwi, Goljat ukazał się w progu i rzekł:
— Można wejść, już niema niebezpieczeństwa.
Wnętrze menażerji przedstawiało widok nadzwyczajny, okropny.
Morok, blady, ledwo mogący ukryć swoje wzruszenie pod spokojną powierzchownością, klęczał o kilka kroków od klatki rysia, w postawie zamyślonej: z poruszenia jego ust domyślać się było można, że się modlił.
Na widok oberżysty i jego ludzi Morok wstał, mówiąc głosem uroczystym:
— Boże! dzięki niech ci będą... że mi jeszcze dozwoliłeś zwyciężyć.
Ręce składając na piersiach dumnem czołem, poważnem, zadowolonem wejrzeniem zdawał się cieszyć triumfem, jaki się mu udało odnieść nad Śmiercią, która, rozciągniona w głębi klatki, wyła jeszcze żałośnie.
Obecni tej scenie, nie wiedząc, że pogromca zwierząt, od stóp do głów pod futrem był uzbrojony, i krzyk rysia przypisując bojaźni, dziwili się i zdumiewali nad nieustraszoną i prawie nadprzyrodzoną potęgą człowieka.
O kilka kroków za mm, stał Goljat, oparty na jesionowej włóczni... Wreszcie niedaleko od klatki, rozciągnięty na ziemi, w kałuży krwi, leżał trup Jowialnego.
Na widok poszarpanych, krwawych zwłok zwierzęcia Dagobert osłupiał na chwilę; nachylił się, wlepił weń oczy; na jego surowej twarzy malował się żal głęboki... Potem, upadłszy na kolana, podniósł głowę Jowialnego. Ledwo już na samych gołych kościach trzymała się szyja. Widząc skrzepłe, zamroczone, napół zamknięte, owe wielkie, niedawno jeszcze tak pojętne, wesołe oczy zwierzęcia, żołnierz nie mógł wstrzymać bolesnego okrzyku...
Wtedy to już zapomniał swego gniewu, żywo stanęły mu na myśli nieszczęsne skutki tego opłakanego zdarzenia, dla losu biednych młodych sierot; i z bólem myślał o okropnej śmierci starego konia, swego dawnego towarzysza trudów wojennych, tak odważnego w boju, a przytem tak powolnego, wiernego, cierpliwego, który podobnie jak on, dwa razy był raniony... i z którym od tylu lat na chwilę się nie rozłączyli...
To proste, bolesne wzruszenie tak wybitnie i dotkliwie malowało się na twarzy żołnierza, iż oberżysta i jego ludzie zdjęci zostali na chwilę litością nad starcem klęczącym nad martwym koniem.
Lecz gdy pośród dolegliwych żalów wspomniał, że Jowialny był także towarzyszem jego wygnania, i że niegdyś matka sierot, podobnie jak jej córki, odbyła na tym biednym koniu przykrą, daleką podróż, zgubne skutki jego utraty boleśniej jeszcze stanęły na myśli Dagoberta, po rozczuleniu nastąpiło oburzenie, powstał, jego oczy roziskrzyły się gniewem, i nie mogąc już powściągnąć zapalczywości, skoczył do Moroka: jedną ręką pochwycił go za gardło, a drugą, po wojskowemu, uraczył go pięciu czy sześciu potężnemi pięściami w piersi, tak, iż ledwo się oparły o żelazne uzbrojenie Moroka.
— Łotrze... odpowiesz mi za zgubę mego konia, mówił żołnierz, nie przestając okładać Moroka pięściami. Morok wysmukły, żylasty, nie mógł walczyć korzystnie z Dagobertem, który pomimo podeszłego wieku, przy swym kolosalnym wzroście niepospolitą okazywał siłę. Ledwo Goljat i oberżysta wyrwali mu z rąk Moroka.
Po chwili rozłączono przecie dwóch walczących rycerzy. Morok zbladł ze złości. Trzeba było znowu niedopuścić mu wziąć się do piki, do której porwał się na Dagoberta.
— Ależ to nieznośne; — odezwał się oberżysta do żołnierza, który pogrążony w rozpaczy to wyciągał przed sobą w jedną pięść złożone, niespokojne ręce, to bił się niemi w czoło.
— Narażasz tego godnego człowieka na pożarcie przez zwierzęta, i jeszcze chcesz go bić... Czy takie postępowanie przystoi siwej brodzie? mamże posłać po siłę zbrojną? więcej rozsądnym okazałeś się wczoraj wieczór.
Te słowa opamiętały żołnierza; tembardziej żałował swej popędliwości, że przez nią, jako obcy, większego jeszcze narobić mógł sobie kłopotu w swojem położeniu; wypadło wszelkiemi sposobami wymóc zapłacenie sobie konia, aby można było ruszyć niezwłocznie w dalszą podróż, a której, jak się powiedziało, pomyślny skutek ani o jeden dzień spóźnić nie dozwalał. Zdobywając się więc na ostatni wysiłek, opanował się.
— Prawdę mówisz... zanadto się uniosłem, — rzekł do oberżysty zmienionym głosem, który starał się uspokoić. Przed chwilą brakło mi cierpliwości. Z tem wszystkiem pytam się, azali ten człowiek nie powinien mi zapłacić za mego konia? Sami osądźcie.
— Dobrze więc, jako sędzia, nie podzielam twego zdania. Sam jesteś twej szkody przyczyną. Źle uwiązałeś konia, wyszedł ze stajni, drzwi sobie otworzywszy, wydostał się na podwórze, a stąd do szopy, której drzwi musiały być zapewne otwarte, rzekł oberżysta, ujmując się oczywiście za pogromcą zwierząt.
— To prawda, — odezwał się Goljat, — przypominam sobie: zostawiłem drzwi szopy na noc napół otwarte, aby zwierzęta miały więcej świeżego powietrza; ponieważ klatki były dobrze zamknięte, nie było więc niebezpieczeństwa...
— Bardzo słusznie! — odezwał się jeden z przytomnych.
— Gdy zwierzęta spostrzegły konia, obudziła się ich żarłoczność i połamały klatki, — dodał drugi.
— Raczej Morok powinien skarżyć, — rzekł trzeci.
— Zachowajcie sobie wasze zdania jedni i drudzy, — rzekł Dagobert, któremu już zbrakło cierpliwości, — ja wam powiadam, że natychmiast potrzeba mi albo pieniędzy albo konia, gdyż myślę opuścić oberżę, w której mnie spotkało takie nieszczęście.
— A ja powiadam ci, że to ty zapłacić mi musisz, — zawołał Morok, który bez wątpienia, zachowywał na koniec teatralny wybieg, to jest pokazał skrwawioną rękę, dotąd ukrywaną w rękawie futra. Na całe życie może pozostanę kaleką, — dodał. — Patrz, jaką ranę zadał mi ryś.
Rana, lubo nietyle jak on mówił, szkodliwa, była jednak dość głęboka. Ten ostatni argument pozyskał mu powszechne współczucie. Rachując pewno na tę okoliczność dla przechylenia słuszności w sprawie, którą uważał niejako za swoją, rzekł oberżysta do garsona stajennego:
— Jeden tylko widzę sposób zakończenia tej sprawy... to jest trzeba iść obudzić pana burmistrza, i prosić go, aby się tu pofatygował; on rozstrzygnie, kto tu ma słuszność.
— I ja właśnie chciałem to powiedzieć, — rzekł żołnierz, — gdyż, bądź co bądź, nie można sobie samemu wymierzać sprawiedliwości.
— Fryc, biegnij do pana burmistrza, — rzekł oberżysta.
Garson pobiegł co żywo. Oberżysta, który wczoraj zaniedbał żądać papierów od żołnierza — rzekł mu:
— Burmistrzowi będzie bardzo przykro... że go się trudzić będzie o tak późnej godzinie. Nie radbym ja ucierpieć na tem, dlatego proszę waszeci, abyście mi przynieśli wasze papiery, jeżeli je macie... bo moja to wina, żem ich nie zażądał zaraz wczoraj wieczór, gdyście przybyli.
— Mam je na górze w mym tornistrze, będziecie je zaraz mieli — odpowiedział żołnierz, — potem, odwracając oczy i gniewliwie czoło zmarszczywszy, kiedy przechodził obok zwłok Jowialnego, poszedł zobaczyć dwie siostry.
Morok rzucił nań triumfujące spojrzenie i mówił sobie:
— Bez konia, bez pieniędzy, bez papierów... Więcej już zrobić nie mogłem, gdyż zabroniono mi zrobić więcej...
W kwadrans po tej uwadze pogromcy zwierząt, Karol, kolega Goljata, wyszedł z kryjówki, gdzie mu przez wieczór pan jego kazał pozostać, i odjeżdżał do Lipska z tajemniczym pakietem adresowanym do jednego z tamtejszych mieszkańców i z listem, który Morok naprędce napisał.
Zaraz za przybyciem, Karol miał oddać ten list na pocztę, adres jego był taki:

A Monsieur Rodin,
Rue du Millieu-des-Ursins, N. 11
A Paris.
France.


ROZDZIAŁ XIII.
BURMISTRZ.

Żołnierz był coraz niespokojniejszy, lubo był pewny, że koń jego dobrowolnie do szopy nie poszedł, i lubo przypisywał ten nieszczęsny przypadek złośliwości pogromcy zwierząt. Napróżno usiłował odgadnąć przyczynę zawziętości tego niegodziwca, i przemyśliwał z bojaźnią, aby jego sprawa, jakkolwiek słuszna, nie zależała od dobrego lub złego humoru sędziego przebudzonego ze snu, a który, na zasadzie zwodniczych pozorów, mógł wydać zgubny wyrok.
Postanowiwszy jak najdłużej ukrywać przed sierotami nowy cios, który go spotkał, już miał otworzyć ich izdebkę, gdy wtem potrącił Ponurego, gdyż pies przybiegł na swoje stanowisko, po bezskutecznym oporze przeciw Morokowi uprowadzającemu Jowialnego.
— Dobrze, że tu jest pies, biedne dzieci przynajmniej były strzeżone, — rzekł żołnierz otwierając drzwi: lecz jakież było jego zdziwienie, gdy ujrzał izdebkę pogrążoną w ciemności..
— Dzieci... zawołał, — dlaczegóż to nie macie światła?
Nie odpowiedziano mu.
Przerażony bieży pooinacku do łóżka, bierze jednę sierotę za rękę: zimna!
— Róziu!... dzieci! — woła przerażony, — Blanko! odpowiedzcież mi... Przerażacie mnie...
Toż samo milczenie, niema władzy w ręce, którą trzyma, zimna... puścił ją... upadła martwa.
Wschodzący księżyc, wyjaśniwszy się z zakrywających go czarnych chmur, rzucił do małej izdebki, a mianowicie na łóżko, stojące naprzeciw okna, tyle bladawego światła, iż żołnierz spostrzegł obie omdlałe siostry.
Blade księżycowe światło powiększyło jeszcze bladość sierot: trzymały jedna drugą w objęciu, Rózia usiłowała ukryć swoją głowę na łonie Blanki.
— Z przestrachu zemdlały, — zawołał Dagobert, biegnąc do swej małej podróżnej manierki. Biedne dzieciska! nie dziw, po tylu dziwnych przykrych wrażeniach.
I zwilżywszy nieco wódką róg chustki, żołnierz ukląkł przy łóżku, natarł lekko obydwom skronie i dotknął rumianych ust i małych różowych nozdrzy...
Ciągle klęczący, nachyliwszy ku sierotom swoją opaloną, zmieszaną twarz, wzruszony, a w owej chwili cały światłem księżyca oświecony, zaczekał chwilę, zanimby wypadła potrzeba jednego jeszcze środka ratunku, który był w jego mocy.
Lekkie poruszenie Rózi wkrótce ożywiło nadzieję, żołnierza; dziewica z westchnieniem przewróciła głowę na poduszce.
Dagobert podał jej jeszcze do powąchania wódki; drgnęła, otworzyła oczy, zdziwione i przelęknione zarazem, potem, nie poznając zrazu Dagoberta, zawołała:
— Siostro! — i rzuciła się w objęcia Blanki.
I ta także zaczynała uczuwać skutki troskliwości żołnierza. Krzyk Rózi wyrwał ją wreszcie z letargu, i znowu, podzielając jej trwogę, a nie wiedząc jej przyczyny, przytuliła się do niej.
— Przecież przyszły do siebie... to dobrze, — rzekł Dagobert; — lekkomyślny przestrach prędko przeminie. Potem dodał łagodnym, ile mógł, głosem:
— Nic to, nic, moje dzieci... uspokójcie się... lepiej wam... ja jestem... ja... Dagobert.
Sieroty nagle poruszyły się, obróciły do żołnierza swoje miłe twarze, pełne jeszcze trwogi, wzruszenia, i, w uniesieniu pełnem wdzięku, obie wyciągnęły ku niemu ręce, wołając:
— To ty jesteś... Dagobercie... jesteśmy ocalone...
— Tak, moje dzieci... to ja jestem, — rzekł żołnierz, biorąc ich ręce, i ściskając je z radością. — Czy w mojej nieobecności tak mocno lękałyście się?
— Ot, wielceśmy się lękały... małocośmy nie poumierały...
— Gdybyś wiedział... mój Boże... gdybyś wiedział...
— A lampa, czy zgasła? Dlaczego?
— To nie z naszej przyczyny...
— Nie wiemy...
— Cóż więc, uspokójcie się, biedne dzieci, i powiedzcie mi, co to było... Ta oberża zdaje mi się niebezpieczna... Wkrótce też opuścimy ją... Przeklęty los wprowadził mnie do niej.. Ależ niema drugiej w mieście... Cóż to było, co tu zaszło?
— Ledwo odszedłeś... aż oto okno gwałtownie się otworzyło, lampa spadla z wielkim łoskotem.
— Wtedy już straciłyśmy odwagę, objęłyśmy się rękami, z krzykiem, gdyż usłyszałyśmy, że ktoś chodził po izbie.
— I tak przelękłyśmy się, iż słabo się nam zrobiło...
Dagobert sądząc, że to gwałtowny wiatr stłukł był już szyby i oderwał okno, był tego przekonania, że źle zamknął okiennice, i drugi ten przypadek przypisał tej samej przyczynie, co i pierwszy, i dlatego sądził, że przywidziało się tylko przelęknionym sierotom.
— Wreszcie, skończyło się już, nie myślmy o tem, uspokójcie się, — mówił im.
— Ale, ty, dlaczego tak spiesznie poszedłeś od nas... Dagobercie?
— Tak, tak, teraz sobie przypominam; nieprawdaż, siostro, słyszałyśmy wielki krzyk, i Dagobert pobiegł po schodach mówiąc: mój koń... co tam robią memu koniowi?
— Czy to Jowialny tak rżał?
Te pytania odnowiły udręczenia żołnierza, lękał się odpowiedzieć na nie, i rzekł zakłopotanym tonem.
— Tak... Jowialny rżał... ale nic się nie stało!... Ależ trzeba nam światła. Czy nie wiecie, gdzie położyłem wczoraj moje krzesiwko?
— Pewno je włożyłeś do małego blaszanego pudełka...
— Tak, tak, prawda, zapomniałem już, jest ono w mej kieszeni. Dobrze, że tam jest świeca: zapalę ją i poszukam w worku papierów, których potrzebuję.
Dagobert skrzesał ognia, zapalił świecę: spostrzegł, że okno było jeszcze otwarte, stół przewrócony, a przy lampie leżał tornister; zamknął okno, podniósł stolik, położył na nim swój tornister, i otworzył go, chcąc wyjąć swój pugilares, włożony wraz z krzyżem i woreczkiem z pieniędzmi (prócz trzech lub czterech franków, które miał zawsze przy sobie) w pewnym rodzaju kieszeni, między podszewką, a skórą tornistra.
Żołnierz włożył rękę do owej kieszeni, która była tuż przy otworze tornistra i nic nie znalazł. Jakby piorunem ugodzony, zbladł, i krzyknął:
— Nic!
— Dagobercie, cóż ci to? — rzekła Blanka.
Żołnierz nic nie odpowiedział.
Osłupiały, schylony nad stolikiem, ciągle trzymając rękę w kieszeni, stał jakby odurzony... Niebawem pokrzepiając się jeszcze niepewną nadzieją... tak okrutnej rzeczywistości nie mógł przypuścić, zaczął prędko wykładać wszystkie rzeczy z tornistra: były to napół zużyte rupiecie, jego dawny mundur grenadjerski, z konnej gwardji cesarskiej, święte relikwie żołnierza. Lecz napróżno Dagobert rozwijał i wytrząsał każdą sztuczkę odzieży, nie znalazł ani worka z pieniędzmi, ani pugilaresu, w którym był jego paszport, listy generała Simon i jego krzyż.
Nadaremno, z dziecinną, smutną drobiazgowością, jaka zwykle towarzyszy beznadziejnym poszukiwaniom, żołnierz, wziąwszy tornister za dwa rogi, silnie go wytrząsał: nic nie wypadło.
Sieroty spoglądały na siebie niespokojnie, niczego się nie dorozumiewając z milczenia i zajęcia Dagoberta, który tyłem był do nich odwrócony. Blanka ośmieliła się przemówić do niego bojaźliwym głosem:
— Co ci to, Dagobercie?... Nie odpowiadasz nam... Czego szukasz w swym tornistrze?
Ciągle milczący, Dagobert prędko szukał około siebie, przewrócił wszystkie swoje kieszenie, nic...
Pierwszy to może raz w życiu, jego dwoje dzieci, jak je zawsze nazywał, dwa razy do niego odzywały się, a on im ani słowa nie odpowiedział; dlatego Rózi i Blance łzy lica zrosiły; sądząc, że żołnierz rozgniewał się na nie, mówić już do niego nie śmiały.
— Nie... nie... to być nie może... nie... powtarzał żołnierz, przykładając rękę do czoła, i chcąc jeszcze przypomnieć sobie, gdzieby mógł włożyć tak drogie dla niego rzeczy, nie mógł jeszcze uwierzyć, aby je już postradał... Promień radości zabłysł w jego oczach... skoczył do stołka, na którym leżała waliza sierot; było w niej trochę bielizny, dwie czarne suknie, i pudełko z białego drzewa, a w niem chustka od nosa, niegdyś ich matki, dwa loki jej włosów, i czarna wstążka, którą nosiła na szyi. Dagobert przewracał, przerzucał wszystko.. przeszukał kąty walizy, nic a nic nie było...
Teraz już całkiem zrozpaczony, osłabiony, oprzeć się musiał o stół, człowiek tak jeszcze czerstwy i dzielny... Twarz jego rozognioną, oblewał zimny pot... nogi pod nim drżały.
Mówią, że tonący brzytwy się chwyta; podobnież rzecz się ma z rozpaczą; Dagobert trapił się ostatnią nadzieją, nadzieją niedorzeczną, płochą, niepodobną... obróciwszy się raptownie do sierot, rzekł... nie myśląc o swem pomieszaniu w twarzy i o zmianie głosu:
— Czy nie dałem wam ich... do schowania?
Zamiast mu odpowiedzieć, Rózia i Blanka, przerażone jego bladością, pełnym rozpaczy wyrazem twarzy, krzyknęły ze strachu:
— Oh mój Boże... mój Boże... ty nas... przerażasz, — mówiła Rózia.
— Macie je... powiedzcie tak lub nie? — zawołał piorunującym głosem, nieszczęśliwy, żalem obłąkany. — Bo, jeżeli nie... pierwszy nóż, jaki mi się nadarzy... utopię w sobie!
— Przebóg! ty, tak dobry... przebacz nam, jeżeliśmy ci wyrządziły jaką przykrość...
— Ty nas tak kochasz... ty nam nic złego zrobić nie zechcesz...
To mówiąc, sieroty zaczęły płakać, wyciągać błagalnie ręce do żołnierza. Ten, nie widząc ich, patrzał na nie obłąkanem okiem; potem, gdy pierwszy szał minął, rzeczywistość ze wszystkiemi swemi okropnemi skutkami stanęła mu w myśli, złożył ręce, upadł na kolana przed łóżkiem sierot, wparł na niem czoło, i, pośród łkań przejmujących, bo i ten żelazny człowiek płakał, te tylko słychać było przerywane słowa:
— Przebaczcie... przebaczcie... nie wiem... Ach! co za nieszczęście!... co zą nieszczęście! przebaczcie...
Na ten wybuch żałości, której przyczyny nie pojmowały, a która w takim, jak Dagobert, człowieku straszną być musiała, obie siostry objąwszy rękami siwą głowę starca, wołać zaczęły głosem przerywanym szlochami.
— Ale spojrzyjże na nas! powiedz nam, co cię martwi... To nie my?
Głośne stąpanie dało się słyszeć na wschodach.
W tej chwili rozległo się szczekanie Ponurego, który pozostał za drzwiami.
Im bliżej słychać było stąpanie, tem mocniej pies szczekał; wreszcie gotów już był rzucić się na nadchodzących, gdyż słyszeć się dał głos rozgniewanego oberżysty:
— A zawołajże tam przecie, hej!... zawołajcie na swego psa... albo powiedzcie mu, że pan burmistrz idzie...
— Dagobercie., czy słyszysz... burmistrz? — rzekła Rózia.
— Ktoś tu idzie... mówiła Blanka.
Na słowo: burmistrz, wiszystko sobie przypomniał Dagobert, uzupełniło to, iż tak powiem, obraz okropnego położenia. Koń zdechł, niema papierów, ani pieniędzy, niema możności wyruszyć w podróż, a jeden tylko dzień zwłoki, pozbawić mógł ostatniej nadziei obie siostry i uczynić bezowocną długą i przykrą podróż.
Mocnego hartu ludzie, a właśnie do takich się zaliczał żołnierz, wolą wielkie niebezpieczeństwa, położenia groźne, ale oczywiste, jak owe niepewne udręczenia, zwykłe poprzedniki nieszczęścia...
Dagobert, obdarzony zdrowym rozsądkiem, szlachetnie się poświęcający, pojmował, że jedyny ratunek był dla niego w sprawiedliwości burmistrza, i że wszelkie usiłowania swoje zwrócić mu wypadało na to, aby ująć sobie przychylność tego urzędnika; otarł więc oczy prześcieradłem, leżącem na łóżku, wstał, wyprostował się, i spokojnie rzekł do sierot:
— Nie lękajcie się niczego... moje dzieci, bądźcie spokojne, pewne; to idzie nasz zbawca.
— Chodźże, zawołaj i uwiąż swego psa — krzyczał ciągle oberżysta, wstrzymany na schodach szczekaniem Ponurego, który, jako czujny stróż, ani na krok zbliżyć się mu nie dozwalał. — Ten pies oszalał... Czy nie dosyć już narobiłeś nieszczęścia w moim domu? — Mówię ci, że pan burmistrz ciebie zkolei chce badać, bo już wysłuchał Moroka.
Dagobert przygłaskał ręką swoje siwe włosy i wąsy, zapiął pod szyję swoją opończę, oczyścił rękawy, aby ile możności lepiej wyglądać; sądził bowiem, że los sierot zależeć będzie od jego rozmowy z tym urzędnikiem.
Z biciem, serca sięgnął ręką do klamki, powiedziawszy dziewczętom coraz bardziej stwożonym tylu przypadkami:
— Ukryjcie się dobrze w łóżku, moje dzieci... jeżeli koniecznie będzie potrzeba, aby tu kto wszedł, wtedy sam tylko burmistrz wejdzie...
Potem drzwi otworzywszy, żołnierz postąpił do sieni i rzekł:
— Leżeć!... Ponury tu.

Pies usłuchał, z wyraźną niechęcią. Pan jego musial dwa razy powtórzyć mu rozkaz wstrzymania się od wszelkiej napaści przy spotkaniu oberżysty, który z latarnią w jednej, a czapkę trzymając w drugiej ręce z uszanowaniem poprzedzał burmistrza; za tym sędzią, o kilka schodów niżej, widać było przy słabem świetle latarni ciekawe twarze gospodarskiej czeladzi.

ROZDZIAŁ XIV.
SĄD.

Przywoławszy psa do izdebki sierot, Dagobert zamknął drzwi i postąpił parę kroków do sieni dosyć obszernej dla pomieszczenia kilku osób, w kącie której przy ścianie była ławka.
Burmistrz, przybywszy na ostatni stopień schodów, zdziwił się, widząc jak Dagobert zamykał drzwi izdebki, do której zdawał się wzbraniać mu wejścia.
— Dlaczegóż te drzwi zamykasz? — zapytał porywczym tonem żołnierza.
— Najprzód, że w tej izdebce śpią dwie panienki, mojej opiece poruczone, a potem, że pańskie pytania niepokoiłyby dzieci, — odpowiedział Dagobert... — Siadaj pan na ławce i tu pytaj się mnie, panie burmistrzu, wszak, zdaje mi się, wszystko ci jedno?
— A jakiem-że to prawem pozwalasz sobie wyznaczać miejsce, w którem mam cię badać? — zapytał urażony sędzia.
— Och nie, ja niczego nie wymagam, panie burmistrzu, — odrzekł z pośpiechem żołnierz, obawiając się. aby na wstępie zaraz nie narazić sobie swego sędziego. — Tylko, ponieważ dziewczęta śpią i już przelękły się, zrobiłbyś nam łaskę, gdybyś raczył badać mnie w tem miejscu.
— Hę... tu, — rzekł urzędnik markotnie... I to warto było wołać mnie tu w nocy... A więc, niech i tak będzie, będę badał waszeci w tem miejscu... potem obróciwszy się do oberżysty dodał: — Postaw waść latarnię na tej ławce i pozostaw nas samych...
Oberżysta postawił latarnię na ławce i odszedł, a za nim i jego ludzie, jak pierwszy, tak i drudzy niekontenci, że nie mogli być obecni przy badaniu.
Żołnierz sam pozostał z burmistrzem.
Ostatni w czapce, owinięty płaszczem, usiadł poważnie na ławie. Był to otyły, gruby mężczyzna, lat około sześćdziesięciu liczący, czerwony na twarzy, pucołowaty, ponury; swoją tłustą pięścią często sobie tarł czerwone oczy, nabrzmiałe od nagłego przebudzenia.
Dagobert, stojący, z odkrytą głową, w uległej postawie, trzymał swoją starą furażerkę w obu rękach, i usiłował wyczytać w pochmurnej fizjognomji swego sędziego, czy będzie mógł pozyskać jego przychylność dla siebie, czyli raczej dla dwóch sierot.
W tej krytycznej chwili, biedny żołnierz starał się, ile możności, zachować zimną krew, jak najwięcej zdrowego rozsądku, wymowy, przytomnej śmiałości; żołnierz, który dwadzieścia razy zimno pogardzał śmiercią, żołnierz, który, spokojny i pewny, bo był szczery i doświadczony, nie spuścił oczu przed orlim wzrokiem Cesarza, swego bohatera, swego bóstwa... czuł brak śmiałości, drżał przed burmistrzem z miasteczka, przed człowiekiem o posępnej twarzy.
Tak samo jak kilka godzin wprzód, musiał znosić szyderskie wyzwanie Moroka, byle nie narazić świętego obowiązku, jaki na niego włożyła umierająca matka, pokazując tym sposobem, jak heroicznie zaprzeć się samej siebie może prosta, szlachetna dusza; lecz wtedy chodziło żołnierzowi tylko o ścierpienie osobistej obrazy, kiedy teraz od jego rozmowy z burmistrzem zależeć miał los dwóch sierot!
— Cóż masz waszeć do powiedzenia mi... na swoją obronę? — zapytał się grubjańsko sędzia.
— Nie potrzebuję uniewinniać się... ja mam prawo skarżyć się — panie burmistrzu — rzekł Dagobert poważnym głosem.
— Czy chcesz mnie uczyć, jakiemi słowy mam ci dawać pytania? — odezwał się burmistrz tonem tak ostrym, iż żołnierz żałował, że tak źle zaczął rozmowę; chcąc ułagodzić swego sędziego, rzekł pokornie:
— Przebacz mi, panie, źlem się wytłumaczył; chciałem tylko powiedzieć, że w tej sprawie nie poczuwam się do żadnej winy.
— Morok mówi przeciwnie.
— Morok! — odpowiedział żołnierz tonem powątpiewającym.
— Morok to pobożny i uczciwy człowiek, on nie kłamie!
— Nic na to powiedzieć nie mogę, lecz pan jesteś tak sprawiedliwy i tak dobre masz serce, iż nie obwinisz mnie bez wysłuchania... to się zaraz pokaże.
Tak, mimo woli, przybierając rolę pochlebcy, Dagobert łagodził, jak mógł, swój gruby głos i starał się nadać surowej twarzy wyraz miły i uprzejmy.
— Taki człowiek, jak pan burmistrz — dodał, podwajając łagodność — sędzia tak szanowny... nie będzie jednem uchem słuchał.
— Nie chodzi tu o uszy... ale o oczy, a lubo moje świerzbią mnie, jakgdyby pokrzywami poparzone... widziałem jednak rękę pogromcy zwierząt ciężko zranioną.
— Tak, panie burmistrzu, to prawda; ale racz pan zauważyć, że gdyby był dobrze pozamykał klatki i drzwi, nie... byłoby wszystko nastąpiło...
— Wcale nie, to ty jesteś winien, trzeba było konia mocno przywiązać do żłobu.
— Słusznie pan mówisz, panie burmistrzu; słusznie, bezwątpienia — rzekł żołnierz coraz łagodniejszym głosem. — Nie ja, biedny człowiek, mógłbym temu zaprzeczyć; jeżeli go jednak przez złość odwiązano i wprowadzono do menażerji... wtedy przyznasz pan, albo przynajmniej przyznać raczysz — poprawił się żołnierz — że to nie moja wina; ale ja nie mam prawa panu rozkazywać.
— A za cóżby to miano ci zrobić taką psotę?
— Nie wiem tego, panie burmistrzu, lecz...
— Nie wiesz... To dobrze! i ja też nie wiem — odrzekł burmistrz niecierpliwie. — Oj! co tu gadaniny o głupiego zdechłego konia!
Twarz żołnierza, tracąc nagle wyraz wymuszonej łagodności, przybrała ton surowy; odpowiedział głosem poważnym, wzruszonym:
— Mój koń zdechł... to prawda, a przed godziną, choć bardzo stary, był jeszcze bardzo rączy i śmiały... a rżał wesoło, gdy usłyszał mój głos... i lizał ręce dwojga biednych dzieci, które po całych dniach dźwigał... tak, jak niegdyś dźwigał ich matkę... Teraz już nikt na nim nie będzie jeździł, wyrzucą go na pożarcie psom i skończy się wszystko... Nie byłoby potrzeby przypominać mi o tem, panie burmistrzu.
— Pojmuję, że żal ci było konia — rzekł mniej niecierpliwym głosem. — Ale nareszcie czegóż chcesz? to przypadek.
— Przypadek... tak, panie burmistrzu; i bardzo nieszczęśliwy przypadek; młode dziewczęta, którym towarzyszę, były za młode do puszczenia się w podróż pieszo, a za ubogie, żeby mogły najmować sobie powóz... Z tem wszystkiem potrzeba było stanąć nam w Paryżu przed miesiącem lutym... kiedy ich matka umierała, przyrzekłem jej, że odprowadzę je do Francji, bo te dzieci nikogo prócz mnie już nie mają.
— Jesteś więc ich...
— Jestem tylko ich sługą, panie burmistrzu, a teraz, kiedy mi zabito konia, proszę pana, cóż mam począć? racz to pan zauważyć, bo może i pan masz dzieci?... Gdyby kiedy były w takiem położeniu, jak moje dwie sieroty, które za cały majątek, za cały ratunek na świecie mają tylko starego żołnierza, który je kocha, starego konia, który je dźwigał... gdyby, nacierpiawszy się od samego urodzenia, tak nieszczęśliwie, bo moje dziewczęta są córkami wygnańców... szczęście znaleźć dopiero miały w końcu podróży i niechby przez utratę konia dalej odbyć jej nie mogły, powiedz, panie burmistrzu, czyżby to nie wzruszyło pańskiego serca? czy nie pojmujesz pan, że dla mnie utrata mojego konia powinna być wynagrodzona?
— Zapewne, mój kochany — odnzekł burmistrz, człowiek w gruncie rzeczy dość dobry, mimowolnie podzielając wzruszenie Dagoberta. — Pojmuję teraz, jak wielką poniosłeś stratę, a przytem obchodzą mnie te sieroty, w jakim są one wieku?
— Mają po piętnaście lat i dwa miesiące, bliźnięta...
— Piętnaście lat i dwa miesiące, to prawie wiek mojej Fryderyki.
— Masz pan córkę w tym wieku — odpowiedział Dagobert, odzyskując nadzieję, — a więc już spokojny jestem o los moich sierot... wymierzysz nam sprawiedliwość...
— Wymierzyć sprawiedliwość to mój obowiązek... ale w tej sprawie winy z obydwóch stron są prawie równe; ty źle przywiązałeś swojego konia, zaś pogromca zwierząt zostawił drzwi menażerji otworem... On mówi: zostałem zraniony w rękę... ty powiadasz: mój koń zabity... wielce mi żal mojego konia.
— Pan w mojej sprawie mówi lepiej, aniżelibym ja potrafił mówić, panie burmistrzu, właśnie ja tak samo miałem mówić. Koń ten był całym moim majątkiem, słusznie więc...
— Ani wątpić — przerwał burmistrz — masz zupełną słuszność... Morok... uczciwy i świątobliwy człowiek, na swój sposób bardzo zręcznie przedstawiał rzeczy, a przytem oddawna już znamy się z sobą. Na poczciwość wyznaję ci, żem tu przybył z myślą...
— Potępić mnie... nieprawdaż, panie burmistrzu? — rzekł Dagobert, coraz bardziej inabierając śmiałości.
— Tak i nie, taiłem się przed Morokiem, który na to rzekł mi bardzo wspaniałomyślnie: „ponieważ potępiasz pan mego przeciwnika, nie chcę więc nadużywać mego położenia, i powiem panu pewne rzeczy...
— Na mnie?
— Tak się zdaje, lecz jako wspaniały nieprzyjaciel, zamilkł, gdym mu powiedział, że zapewne skażę cię na zapłacenie znacznej kary pieniężnej; nie taję bowiem, że zanim usłyszałem twoje tłómaczenie, postanowiłem już wymagać od ciebie, abyś wynagrodził Moroka za ranę...
— Widzisz pan, panie burmistnzu, jak to najsprawiedliwsi ludzie mogą być oszukani — rzekł Dagobert, przybierając pochlebczy ton, — ale nic nie pomoże być Morokiem, takiego jak pan człowieka oszukać nie można.
Urzędnik zaczął się uśmiechać, z ojcowską miną potrząsając głową; potem odpowiedział żartobliwie:
— Tak, tak, Morok źle prorokował... nic mu nie zapłacisz; uważam winy obydwóch stron za równe, a krzywdy za dostateczne wynagrodzenie... On został zraniony, a twój koń zabity, więc kwita.
— A ileż, według pańskiego zdania, on mi będzie winien? — zapytał żołnierz naiwnie.
— Ja kto?
— Tak, panie burmistrzu, jaką on mi zapłaci sumę?
— Mówisz o pieniądzach?
— Tak jest, lecz wprzód, nim suma zostanie oznaczona, wypada mi uprzedzić pana burmistrza o jednej rzeczy; zdaje mi się, że mam prawo domagać się, abym nie potrzebował wydawać wszystkich pieniędzy na konia... Pewny jestem, że w okolicach Lipska tanio dostanę na wsi konia... A nawet, przyznam się panu, że gdyby mi się zdarzył mały osiołek... nie pogardziłbym nim wcale...
— O jakiej to sumie i o jakim osiołku mówicie mi? Powiedziałem wam, że nic nie zapłacicie Morokowi, ale i on wam również nic nie zapłaci.
— On mi nic nie zapłaci?
— Jak widzę, macie głowę słabszą, aniżeli myślałem; powtarzam wam, że jeżeli zwierzęta Moroka zadusiły waszego konia, to i Morok został mocno zraniony... Więc kwita... albo, żebyście lepiej zrozumieli, powiadam: wy jemu nic nie winniście i on wam także nic nie winien... Rozumiecie?
Żołnierz, zdumiony, stał przez chwilę nic nie mówiąc, tylko, głęboką boleścią zdjęty, patrzył na burmistrza; widział znowu, że taki sąd pozbawia go wszelkiej nadziei.
— Ależ, panie burmistrzu — odpowiedział mocno zmienionym głosem, — zbyt sprawiedliwy jesteś, abyś nie miał na względzie jednej okoliczności... rana pogromcy zwierząt nie przeszkadza mu trudnić się dalej rzemiosłem... zaś utrata mego konia pozbawia mnie możności udania się w dalszą podróż; wypada więc, aby mię wynagrodził...
Sędziemu zdawało się, że wiele uczynił dla Dagoberta, gdy go nie pociągał do odpowiedzialności za ranę Moroka, który, jakeśmy powiedzieli, wywierał pewien wpływ na tamecznych mieszkańców, a nadewszystko na ich żony; nadto wiedziano, że go protegują różne znakomite osoby. Dlatego to naleganie żołnierza obraziło burmistrza, który przybrał wyniosły ton i rzekł poważnie:
— Jak widzę, zmuszasz mnie do żałowania mej bezstronności. Jakto? zamiast podziękować mi, więcej jeszcze żądasz?
— Ależ, panie burmistrzu... to, czego się domagam, słusznie mi się należy... chciałbym być ranny w rękę, jak Morok, bylebym mógł dalej ruszyć w podróż.
— Tu nie idzie o to, czegobyś chciał lub nie chciał... i koniec.
— Dość... dość... o czem innem już mówmy... proszę o papiery.
— Powiem panu...
Kończmy już... Proszę o papiery... Czy chcecie, abym was kazał aresztować, jako włóczęgów!
— Mnie!... mnie aresztować!...
— Bo gdybyście nie chcieli oddać mi papierów, toby znaczyło, że ich wcale nie macie... A ludzi, niemających papierów, zawsze się aresztuje i trzyma, aż do decyzji władzy... Pokażcie mi papiery, bo musizę spieszyć się do domu.
Położenie Dagoberta stawało się tem przykrzejsze, że na chwilę uwiódł się nadzieją i że w bolesnem odurzeniu, jakiego nabawiła go utrata pieniędzy i pugilaresu, zapomniał o tym groźnym przypadku.
Był to ostatni cios, spotykający jeszcze biednego żołnierza, potem wszystkiem, co już wycierpiał od początku; próba, równie okrutna jak niebezpieczna dla człowieka charakteru, wprawdzie prostego, lecz nieposzlakowanego, prawego ale cierpkiego, na wszystko się odważającego, dla człowieka wreszcie, który tyle lat będąc żołnierzem przywykł do bezwzględnego sposobu traktowania ludzi niewojskowych.
Na to słowo: papiery, Dagobert zbladł; usiłował jednakże pokryć zakłopotanie pewnym spokojnym tonem, sądził bowiem, że tym sposobem zjedna sobie ufność burmistrza.
— Panie burmistrzu, w kilku słowach rzecz całą opowiem... Zdarzyć się to może każdemu... wszak nie wyglądam ani na żebraka, ani na włóczęgę, nieprawdaż? A zresztą... jeżeli mężczyzna odbywa podróż z dwiema panienkami...
— Co tu gadać! Papiery!
Na szczęście zjawiła się niespodziewana pomoc.
Sieroty, coraz bardziej niespokojne, i słysząc głos jego za drzwiami, wstały i ubrały się tak, iż w chwili, gdy burmistrz mówił porywczym głosem:
— Co tu gadać! Papiery!
Róża i Blanka, trzymając się za ręce, wyszły z izdebki i pokazały się w sieni.
Na widok tych dwóch zachwycających twarzyczek, których wdzięk podniósł jeszcze ubogi ubiór żałobny, burmistrz powstał zdziwiony.
Z własnego natchnienia, obiedwie siostry, wziąwszy za za ręce Dagoberta i przytuliwszy się do niego, patrzyły na burmistrza oczyma rzarównie niespokojnemi, jak i niewinnemi.
Stary, okazałej postaci żonierz, przedstawiający, iż tak powiem, swemu sędziemu dwoje niewinnych dzieci, stanowił obraz tak piękny, iż burmistrz, mimo woli, uczuł litość na ten widok: spostrzegł to Dagobert i, postąpiwszy nieco, trzymając wciąż dwie sieroty za ręce, rzekł z uczuciem:
— Oto dwie sieroty, panie burmistrzu. Czyż to nie najlepszy mój paszport?
Mówiąc to, skołatany tylu bolesnemi wrażeniami, Dagobert nie mógł się wstrzymać od łez.
Burmistrz lubo z natury popędliwy i podrażniony przebudzeniem z pierwszego snu, uczuł się wszakże wzruszonym. Osądził, że człowiek, mający takie towarzyszki podróży, zasługuje na zaufanie.
— Biedne dzieci... — rzekł, z politowaniem — sieroty tak młode... a zdaleka przybyły...
— Zdaleka, panie burmistrzu. Już dłużej niż miesiąc jesteśmy w podróży... Czy to nie dość trudów dla dzieci w tym wieku... Dla nich to żądam łaski i pomocy pana... dla nich, na które spadają dziś wszystkie nieszczęścia, gdyż właśnie w tej chwili, gdym poszedł po papiery... w moim tornistrze nie znalazłem pugilaresu, w którym były z memi pieniędzmi i mym krzyżem... bo, panie burmistrzu, proszę mi wybaczyć... gdy mu powiem... nie przez chełpliwość... ale byłem ozdobiony własną ręką cesarza, a człowiek, którego on własną ręką ozdobił, przyznasz pan, nie może być lada jakim człowiekiem, pomimo że przypadkiem stracił papiery... i pieniądze... Tak, panie burmistrzu... teraz właśnie, szukając w tornistrze.... nie znalazłem ani pugilaresu, ani pieniędzy! Oto nasze nieszczęście, i dlatego tak się domagałem wynagrodzenia...
— A jakimże to sposobem... gdzieżeś to wszystko stracił?
— Nic nie wiem, panie burmistrzu, pewny jestem tylko, że onegdaj na noclegu wziąłem trochę pieniędzy z woreczka i że widziałem pugilares; przez dzień wczorajszy wystarczyły mi drobnte, którem wymienił, i woreczka nie wydobywałem...
— A gdzież był tornister przez wczoraj i przez dzisiaj?
— W izdebce, gdzie były dzieci, ale tej nocy...
Tu przerwał mowę Dagoberta ktoś, idący po schodach.
Był to Morok.
Ukrywszy się w ciemnnem miejscu przy schodach, podsłuchiwał.

Bał się, aby słabość burmistrza nie zaszkodziła zupełnemu powodzeniu jego zamiarów, których niemal już całkiem dopiął.

ROZDZIAŁ XV.
WYROK.

Morok trzymał rękę na chustce; wszedłszy poważnie po schodach, skłonił się z uszanowaniem burmistrzowi.
Róża i Blanka, przestraszone widokiem twarzy pogromcy zwierząt, cofnęły się o krok i zbliżyły się do żołnierza.
Czoło Dagoberta zachmurzyło się, uczuł znowu, jak z gniewu na Moroka krew w nim burzyć się zaczynała, uważał go bowiem za sprawcę swych okrutnych kłopotów, choć nie wiedział nawet, że, z namowy Moroka, Goljat wykradł mu pugilares z papierami.
— Czego chcesz, Moroku? — rzekł buimistrz do pogromcy zwierząt, z miną napół łagodną, napół frasobliwą.
— Powiedziałem oberżyście, że chcę tu być sam.
— Przychodzę wyświadczyć ci przysługę, panie burmistrzu.
— Przysługę?
— Wielką przysługę, w przeciwnym razie nie byłbym się ośmielił przerywać ci, ale przyszedł mi na myśl pewien skrupuł. Tak jest, panie burmistrzu, miałem sobie do wyrzucenia, żem ci jeszcze nie powiedział wszystkiego o tym człowieku; zdjęła mnie fałszywa litość.
— Więc cóż masz mi do powiedzenia?
Morok zbliżył się do sędziego i dość długo mówił mu coś pocichu.
Najprzód okazało się na twarzy burmistrza zdziwienie, potem malowała się coraz większa uwaga i nieufność; co chwila odzywał się z wykrzyknikiem zdziwienia i powątpiewania, spoglądając na Dagoberta i sieroty.
Jednakże po jego coraz niespokojniejszych i surowszych spojrzeniach badawczych, sądzić było można, iż tajemna rozmowa Moroka zmieniła powoli chwilowe przyjazne uczucie burmistrza dla Dagoberta i dwóch sierot w uczucie gniewu i podejrzenia.
Dagobert wnet spostrzegł tę nagłą zmianę; obawa jego, na chwilę przytłumiona, wzmagała się jeszcze bardziej.
Róża i Blanka zamilkły, a nie pojmując tej niemej sceny, z udręczeniem spoglądały na żołnierza...
— Do stu katów!.. rzekł burmistrz, zrywając się nagle — to mi nigdy na myśl nie przyszło, a gdzież ja miałem głowę? Ależ bo, mój Moroku, gdy kogo wśród nocy obudzą, wtedy człowiek sam nie wie, co myśli; masz słuszność... wielką mi oddałeś przysługę.
— Wprawdzie ja napewno nie twierdzę...
— Wszystko jedno, tysiąc przeciw jednemu można postawić, że masz rację.
— Jest to tylko podejrzenie, oparte na niektórych okolicznościach, jednakże podejrzenie...
— Naprowadza na drogę prawdy... A ja, co jak ptak, wpaść miałem w sidła... raz jeszcze ci powtarzam, gdzie ja miałem głowę?...
— Trudno jest nie dać się uwieść pewnym pozorom...
— Do kogóż to mówisz, mój kochany Moroku... do kogo mówisz?
Przez cały czas tajemnej rozmowy, Dagobert stał, jak na torturach, przewidując, że, gwałtowna burza nastąpi; o jednej tylko myślał rzeczy, o powściąganiu swego gniewu, a lękał się, czy zdoła być panem siebie.
Morok zbliżył snę do sędziego i, wskazując mu spojrzeniem, znowu zaczął mówić do niego po cichu.
— Ej!... — zawołał burmistrz rozgniewany. — To być nie może.
— Ja nic z pewnością nie utrzymuję... — odrzekł spiesznie Morok.
— Jest to tylko domniemanie, oparte na...
I znowu szeptał burmistrzowi do ucha.
— A wszak dlaczegóżby nie? — odpowiedział sędzia, wznosząc ręce do góry — ci ludzie zdolni są do wszystkiego, on też mówi, że przybywa z Francji czy z Laponji z niemi; dlaczego nie miałby to być szereg bezczelnych kłamstw? ale raz tylko mu się udało, że mnie mógł oszukać — zawołał burmistrz tonem zagniewanym, gdyż, jak ludzie niestałego i słabego charakteru, nie miał litości dla tych, co go chcieli podejść.
— Jednakże nie sądź pan porywczo... a nadewszystko nie dawaj słowom moim więcej znaczenia, aniżeli go mają rzeczywiście — odpowiedział Morok z udanym żalem i pokorą — położenie moje względem tego człowieka (i wskazał na Dagoberta), na nieszczęście jest tak drażliwe, iż mógłby kto przypuszczać, że się powoduję zemstą za wyrządzoną mi przezeń krzywdę; ja zaś pewien jestem w mem przekonaniu, że mną powoduje sama tylko miłość sprawiedliwości i wstręt do kłamstwa. Wreszcie... kto dożyje... zobaczymy... Panie, odpuść mi, jeżeli się mylę; w każdym razie sprawiedliwość orzeknie i za miesiąc lub dwa będą wolni, jeżeli są niewinni.
— Wahać się niema powodu; jest to tylko krok przezorności, nie umrą oni przez to. Zresztą, im więcej się nad tem zastanawiam, tem więcej widzę tu prawdopodobieństwa. Tak, panie, on jest szpiegiem francuskim, rewolucjonistą... teraz wszędzie pełno tych ludzi... Niedawno jeszcze wywołali zawichrzenia w Frankfurcie nad Menem.
— A wreszcie, panie burmistrzu, dobrze się im tylko przypatrz, a przyznasz, że ten człowiek ma coś niebezpiecznego w twarzy... Widzisz...
Mówiąc to, Morok wyraźnie wskazał Dagoberta.
Lubo Dagobert wielką miał nad sobą władzę, jednakże przymus, jaki sobie zadawał od samego przybycia do tej przeklętej oberży, a nadewszystko od początku tajemniczej rozmowy Moroka z burmistrzem, wyczerpywał już wszystkie jego isiły; widział nadto wyraźnie, że jego usiłowania dla ujęcia sobie sędziego zniweczone zostały nieszczęsnym wpływem pogromcy zwierząt.
Zbliżywszy się więc do Moroka, a cierpliwości mu już zbrakło, stanął z założonemi na krzyż rękami na piersiach i rzekł ponurym głosem:
— Jak uważam, to o mnie mówiłeś pocichu z panem burmistrzem?
— Tak jest — odrzekł Morok, schyliwszy głowę.
— A dlaczego nie mówiłeś głośno?
Prawie konwulsyjne drganie grubych wąsów Dagoberta, który, powiedziawszy słowa te, wytrzeszczył oczy na Moroka, zmamionowało, że w piersiach jego wrzała gwałtowna walka.
Widząc, że jego przeciwnik zachowywuje szydercze milczenie, odezwał się do niego silniejszym, ale powściągliwszym głosem:
— Pytam cię, dlaczego mówisz pocichu do pana burmistrza, skoro idzie o mnie?
— Bo zachodzą tu rzeczy haniebne, które byłoby wstyd powiedzieć głośno — wyrzekł Morok z ponurą zuchwałością.
Dagobert aż dotąd trzymał ręce na krzyż złożone.
Nagle rozszerzył je gwałtownie, zacisnąwszy pięści.
Szybkie to poruszenie było tak wyraziste, iż sieroty krzyknęły przelęknione, zbliżając się do żołnierza.
— Panie burmistrzu — rzekł Dagobert, zacisnąwszy z gniewu zęby — niech ten człowiek odejdzie stąd... bo nie ręczę za siebie...
— Jakto — rzekł dumnie burmistrz, — mnie śmiesz rozkazywać?...
— Mówię panu, abyś kazał odejść temu człowiekowi — odpowiedział Dagobert w uniesieniu — bo jeżeli nie, przyjść może do nieszczęścia!
— O! Boże!... Dagobercie, uspokój się — wołały dzieci, biorąc go za ręce.
— I ty, podły włóczęgo, będziesz tu rozkazywał — zawołał rozjątrzony burmistrz. — Aha, sądzisz, że dla oszukania mnie dość jest powiedzieć, że zgubiłeś papiery! Myślisz, że dość jest wlec z sobą te dwie dziewczyny, które pomimo ich niewinnej powierzchowności... mogą być...
— Milcz! — rzekł Dagobert, przeiywając burmistrzowi mowę takiem poruszeniem i spojrzeniem, iż sędzia nie śmiał dokończyć.
Tu żołnierz wziął dzieci za ręce i, słowa im wymówić nie dając, w mgnieniu oka wprowadził je do izdebki; potem, zamknąwszy drzwi i włożywszy klucz do kieszeni, wrócił prędko do burmistrza, który, przelękniony postawą i groźną twarzą żołnierza, cofnął się o dwa kroki i chwycił się jedną ręką poręczy schodów.
— Słuchajno ty — rzekł żołnierz, uchwyciwszy sędziego.za barki i patrząc mu oko w oko. — Przed chwilą ten nędznik naigrawał się ze mnie... wszystko zniosłem, bo mnie to dotyczyło... Ale ty ośmielasz się krzywdzić córki mojego generała, córki marszałka i księcia de Ligny... to ja ciebie nauczę...
Na taki postępek Morok omało nie podskoczył z radości.
Istotnie Dagobert, rozjątrzony, widząc, że wszystko stracone, nie hamował już swojego gniewu, tłumionego z trudnością od kilku godzin.
Burmistrz z największem zadziwieniem obejrzał się na Moroka, jakgdyby nie mógł uwierzyć temu, co zaszło.
Dagobert, żałując swego uniesienia, ale już gotów na wszystko, gdyż nie było już dla niego sposobu pojednania, żywo spojrział wkoło siebie i, cofając się o kilka kroków, stanął na pierwszych stopniach schodów.
Burmistrz stał przy ławce w kącie sieni, Morok tuż przy burmistrzu. Ten, zmylony poruszeniem żołnierza, sądząc, że Dagobert chce uciekać, zawołał:
— Aha! myślisz, że się wymkniesz, ośmieliwszy podnieść rękę na mnie... Nędzniku!
— Panie burmistrzu, miej litość nade mną... zlituj się... Nie mogłem się oprzeć uniesieniu; żałuję mego postępku, — rzekł Dagobert żałosnym głosem, pokornie schylając głowę.
— Nędzniku! żadnej litości dla ciebie... zgaduję twoje skryte zamiary... Nie jesteś tym, za kogo się podajesz, w tem wszystkiem ukrywać się może zbrodnia stanu, — dodał urzędnik tonem wielce dyplomatycznym. — Ludzie, chcący zakłócić spokój, gotowi są na wszystko.
— Nie wierz, panie burmistrzu... biedak jestem... i nic więcej...
— Dobrze, dobrze, wszystko się wyjaśni w więzieniu — odpowiedział burmistrz.
— A ty — dodał żołnierz, izwracając się do Moroka — ty, co jesteś sprawcą wszystkiego... przemów przynajmniej choć słowo za mną do pana burmistrza.
— Powiedziałem mu... co miałem do powiedzenia — odrzekł Morok ironicznie.
— Aha! wstyd ci teraz, stary włóczęgo... Myślałeś, że mnie oszukasz twemi jeremjadami — rzekł burmistrz, postępując ku Dagobertowi, — ale znam ja cię, ptaszku... Zobaczysz, że w Lipsku są dobre więzienie dla francuskich wichrzycieli i dla awanturniczych nierządnic, bo te twoje panienki nie są lepsze od ciebie... Chodźno za mną... a ty, Moroku, idź...
Burmistrz nie mógł dokończyć.
Dagobert od kilku chwil, chcąc tylko zyskać na czasie, nieznacznie oglądając się na prawo i na lewo, spostrzegł drzwi nawpół otwarte, naprzeciw izdebki dziewcząt, do sieni wychodzące. Wpadłszy szybko na burmistrza, uchwycił go za szyję i tak silnie rzucił go we drzwi, iż tenże, osłupiały niespodziewanym napadem, potoczył się w głąb ciemnej izby.
Potem, zwróciwszy się do Moroka, który, widząc wolne schody, śpieszył ku nim, pochwycił go za długą czuprynę, przyciągnął do siebie i, zatkawszy mu gębę, aby nie mógł krzyczeć, pomimo silnego oporu, wepchnął go do tejże izby, gdzie już leżał potłuczony burmistrz.
Zamknąwszy drzwi na dwa spusty i włożywszy klucz do kieszeni, Dagobert, po paru krokach, już był na dole schodów, prowadzących na korytarz od dziedzińca.
Deszcz lał potężnie; żołnierz widział przez okno w izbie na dole, gdzie się paliło na kominie, oberżystę i jego ludzi, czekających na wyrok burmistrza. Zamknąć drzwi do korytarza i tym sposobem przeciąć przystęp z dziedzińca było dla żołnierza dziełem jednej minuty, poczem wrócił spiesznie do sierot.
Morok, odzyskawszy przytomność, krzyczał, lecz szum wiatru i deszczu zagłuszył go.
Dagobert zapewnił więc sobie z godzinę czasu, gdyż nieprędko mogło komuś przyjść na myśl, że rozmowa z burmistrzem zadługo się ciągnie, a choćby podejrzenie lub obawa nakłoniły go do zobaczenia, co się dzieje, w takim razie musiałby wyłamać dwoje drzwi, to jest, zamykające korytarz od schodów i drugie do izby, w której byli zamknięci burmistrz i Morok.
— Moje dzieci, trzeba pokazać, że w waszych żyłach płynie krew żołnierska, — rzekł Dagobert, wpadłszy nagle do młodych dziewcząt, przestraszonych hałasem, który słyszały.
— Ach, mój Boże! Dagobercie? cóż to siię stało? — zawołała Blanka.
— Więc cóż mamy czynić? — rzekła Róża.
Żołnierz, nic nie mówiąc, skoczył do łóżka, wyciągnął prześcieradła, mocno je razem związał, na jednym końcu zrobił duży węzeł i przywiązał go do ramy okna, a drugi spuścił za okno.
Wtedy żołnierz wziął tornister, walizę dziewcząt, futro reniferowe, wyrzucił wszystko oknem, dając znak Ponuremu, aby, wyskoczywszy, stanął za oknem na straży. Pies nie wahał się, skoczył i już był na dole.
Róża i Blanka, zdumione, patrzyły na Dagoberta, nie mówiąc ani słowa.
— Dalej teraz, moje dzieci — rzekł im, — trzeba uciekać lędy, bo inaczej przytrzymają nas i wsadzą do więzienia... was osobno... mnie osobno, i po naszej podróży!
— Przytrzymają nas... wsadzą do więzienia!... — zawołała Róża.
— Mamy być odłączone od ciebie! — dodała Blanka.
— Tak, moje dzieci, izabito nam Jowialnego... Pieszo musimy uciekać i starać się, o ile można, dostać się do Lipska... Będę was niósł po kolei, gdy się zmęczycie, i choćby mi żebrać przyszło po drodze, przybędziemy... Ale wszystko stracone, jeżeli się choć kwadrans spóźnimy... Dalej, moje dzieci, miejcie we mnie ufność... Pokażcie, że córkom generała Simon nie braknie odwagi... jeszcze pozostaje nam nadzieja...
Idąc za mimowolnym popędem, siostry ujęły się za ręce, jakgdyby zjednoczyć się chciały przeciwko niebezpieczeństwu; na ich zachwycających, a od tylu przykrych uczuć pobladłych twarzyczkach, malowało się naiwne postanowienie, polegające na zupełnej ufności w żołnierzu.
— Bądź spokojny, Dagobercie... nie będziemy się bały — zekła Róża silnym głosem.
— Zrobimy, co będzie potrzeba — dodała Blanka niemniej pewnym tonem.
— Byłem tego pewien — zawołał Dagobert, — dobra krew zawieść nie może... dalej w drogę! lekkie jesteście jak piórka, prześcieradło jest mocne, ledwie osiem stóp od okna do ziemi... A Ponury na was czeka...
— Ja pójdę pierwsza, ja dziś jestem starsza — zawołała Róża, czule pocałowawszy Blankę.
I pobiegła do okna, chcąc opuścić się pierwsza, i gdyby było jakie niebezpieczeństwo, sobą zasłonić Blankę.
— Tak, ale teraz już po północy — odrzekła Blanka, która miała tę samą myśl, — więc na mnie przypada kolej, nieprawdaż, Dagobercie?
Ten łatwo pojął przyczynę tego współzawodnictwa.
— Kochane dzieci — rzekł, — rozumiem was, ale nie lękajcie się o siebie, niema żadnego niebezpieczeństwa... sam związałem prześcieradła... prędzej, moja Różo.
Lekka jak ptak dziewczyna stanęła na oknie, potem, przytrzymana przez Dagoberta, chwyciła się prześcieradła i zsunęła się powoli, według zalecenia Dagoberta, który, wychyliwszy się za okno, zachęcał ją do tego.
— Nie bój się... nie bój, siostro — rzekło dziewczę po — cichutku, stanąwszy na ziemi, — bardzo łatwo opuścić się, Ponury jest tu i liże mi ręce...
Blanka nie dała czekać na siebie, równie odważna jak jej siostra, także szczęśliwie zsunęła się na ziemię.
— Biedne dzieci, cóż one zawiniły, ażeby tak być dręczone? Nieszczęsny jakiś los uwziął się na tę rodzinę — rzekł Dagobert, mając ściśnione boleścią serce, gdy widział świeżą, miłą twarz młodej dziewczyny, niknącą w pomroce nocy, tem przykrzejszej jeszcze z przyczyny gwałtownego wiatru i ulewnego deszczu.
— Dagobercie, czekamy na ciebie, chodź prędko — mówiły zcicha sieroty, stojące pod cknem.
Dzięki wysokiej postaci, żołnierz zeskoczył raczej, aniżeli zsunął się na ziemię.
Zaledwie upłynął kwadrans od chwili, kiedy Dagobert, z dziewczętami w ucieczce opuścił oberżę pod Białym Sokołem, gdy wielki trzask rozległ się w domu.
Morok i burmistrz wspólnemi siłami, za taran używszy stołu, wyłamali drzwi więzienia gwałtownem uderzeniem; widząc światło, wbiegli do izdebki sierot, już pustej.
Ujrzawszy prześcieradło za oknem, Morok wykrzyknął:
— Panie burmistrzu!... patrz... tędy uciekli... przy tak ciemnej i burzliwej nocy nie mogli jeszcze daleko zajść.
— Bezwątpienia... złapiemy ich... nikczemne włóczęgi... Oj! zemszczę ja się... Prędzej, Moroku... idzie tu o twój i mój honor...
— O więcej tu jeszcze idzie dla mnie, panie burmistrzu — odpowiedział Morok ponuro gniewnym głosem, potem, szybko zbiegając po schodach, otworzył drzwi dziedzińca i zawołał na całe gardło:

— Goljat! spuść psy z łańcuchów... gospodarzu, latarni, pochodni... uzbrójcie się ludzie... W pogoń za zbiegami; nie mogą nam się wymknąć, trzeba ich dostać... żywych lub umarłych!

CZĘSC DRUGA.
ULICA URSYNÓW.
ROZDZIAŁ I.
DONIESIENIA.
Generał Jensten mówił do księcia de Brisac: „Z tej celi rządzę nie tylko Paryżem, ale i Chinami, nie tylko Chinami, ale i całym świa tem a nikt nie wie jakim sposobem”.
(Constitutiones Societatis Jesu edycyi Praskiej str. 476-478).

Morok, pogromca zwierząt, widząc, jak Dagobert pozbawiony został konia, papierów obrany z pieniędzy i sądząc, że już nie będzie mógł odbywać dalej podróży, jeszcze przed przybyciem burmistrza wysłał Karola do Lipska z Listem na pocztę.
Adres tego listu był następujący:

A Monsieur Rodin, rue du Milieu des Ursins a Parts.

Na tej ulicy, wtedy mało znanej, poniżej poziomu ulicy Napoleona, stał skromny z powierzchowności dom w głębi małego, ponurego dziedzińca, zasłonięty od ulicy małą budowlą z facjatą.
Wnętrze tego samotnego domu odznaczało się wielką prostotą, jak to można było wnosić z umeblowania dosyć obszernej sali na dole. Stare na perłowy kolor pomalowane boazerje okrywały mury, posadzka z tafli na czerwono malowana, starannie była wywoskowana; firanki z białego perkaliku zasłaniały okna; na kamiennym kominku stał zegar w oprawie z hebanu, a przy nim dwa branżowe lichtarze.
Po drugiej stronie pokoju, naprzeciw kominka, widniał ogromny, mający cztery stopy średnicy globus na dębowej podstawie.
Na tym globie zauważyć się dawało mnóstwo małych czerwonych punkcików, rozrzuconych po wszystkich częściach świata, od Północy do Południa, od Wschodu do Zachodu, zaczynając od krajów najdzikszych, wysp najodleglejszych, aż do krajów najbardziej cywilizowanych, aż do Francji; każda okolica w wielu miejscach oznaczona była czerwonemi kropkami, stanowiącemu, jak się zdaje, jakieś znaki.
Przed czarnym drewnianym stołem, przy ścianie, niedaleko od komina, stało próżne krzesło; dalej, między oknami, wielkie orzechowe biurko, a nad niem półki, pełne papierów.
W końcu miesiąca października 1831 r., około godziny ósmej rano, siedział przy tem biurku jakiś człowiek i pisał.
Był to pan Rodin, ten sam, któremu Morok przesłał swe zawiadomienie, skoro mu się udało ogołocić Dagoberta i jego sieroty z konia, papierów i pieniędzy.
Lat miał około pięćdziesięciu, ubrany był w stary surdut oliwkowego koloru, wytarty, z zatłuiszczonym kołnierzem, na szyi miał zatabaczoną chustkę od nosa, kamixelkę i pantalony czarne, sukienne, w których szwy pliczyć było można; nogi, obute w wielkie, tłustością wysmarowane trzewiki, opierały się na czysto wyfroterowanej posadzce.
Siwe włosy, gładko przylegające do skroni, wieńczyły łyse czoło; górne powieki, obwisłe, jak błonki, okrywające ślepia ptaków i gadów, zasłaniały do połowy małe, czarne, żywe oczy; wargi cienkie, bez najmniejszego zabarwienia, były takiegoż koloru, jak wybladła, chuda twarz, spiczasty nos i broda; ta śniada maska tem dziwniej wyglądała, że jak posąg była nieruchoma; gdyby nie szybkie ruchy palców pana Rodiin, który, zgarbiony nad biurkiem, drapał piórem po papierze, sądzić możnaby, że to trup. Za pomocą cyfr sekretnego alfabetu, leżącego przed nim przepisywał niektóre ustępy z długiego arkusza rękopisu.
Wśród takiego głębokiego milczenia, w ów posępny dzień, kiedy obszerny, pusty i zimny pokój jeszcze smutniej wyglądał, człowiek ten, o powierzchowności mrożącej jak lód i piszący przy pomocy tajemnych znaków, przedstawiał widok jeszcze bardziej złowróżbny.
Wybiła godzina ósma; u furtki dało się słyszeć ponure kołatanie klamką, potem dwukrotnie odezwał się głos dzwonka; kilkoro drzwi otworzyło się i przymknęło i nowa osoba weszła do pokoju.
Na jej widok pan Rodin powstał, włożył pióro w usta, złożył głęboki ukłon i wrócił znowu do swej pracy, nie rzekłszy ani słowa.
Dwie te osoby pod względem powierzchowności stanowiły zupełną sprzeczność.
Nowy przybysz był nader przystojny, wysokiego wzrostu, postawy zarazem okazałej i eleganckiej.
Zdawało się, że ma najwyżej trzydzieści sześć lat; trudno było wytrzymać blask jego wielkiej, szarej świecącej jak polerowana stal źrenicy; wystająca broda była starannie wygolona, błękitnawy cień w miejscach świeżo ogólnych, wyraźnie odbijał od żywego rumieńca ust i pięknych białych zębów.
Gdy zdjął kapelusz, zanim włożył leżącą na stoliczku aksamitną czapeczkę, widać było jeszcze kasztanowate włosy, których wiek jeszcze nie posrebrzył.
Miał na sobie długi surdut, zapięty po wojskowemu aż pod szyję.
Bystre wejrzenie tego człowieka, wysokie czoło znamionowały niepospolity umysł; szerokie, wydatne piersi i barki zapowiadały silną budowę ciała; wreszcie okazały wizrost, postawa, staranny ubiór, lekki zapach, rozchodzący się z głowy i całego ubrania, wdzięk i łatwość najmniejszego poruszenia oznaczały człowieka, jak to mówią, światowego, i kazały się domyślać, że albo już był, albo mógł się niebawem znaleźć na drodze wszelkiego rodzaju powodzeń.
Pan Rodin nie przestawał pisać.
— Czy są listy z Dunkierki, Rodinie? — spytał jego pryncypał.
— Ajent jeszcze nie przybył.
— Chociaż nie mam powodu być niespokojnym o zdrowie mej matki, gdyż niebezpieczeństwo już minęło — odpowiedział pytający, — mocno jednak pragnę upewnić się co do jej stanu... spodziewam się jednak dziś zrana dobrych wiadomości...
— Życzyć należy, — odrzekł sekretarz, równie uniżony równie pokorny jak lakoniczny i zimny.
— Tak, życzyć należy, — odrzekł jego pan, — gdyż jeden z najlepszych dni w mem życiu był ten, kiedy księżna Saint-Dizier napisała do mnie, że ta choroba również nagła jak niebezpieczna, musiał ustąpić dzięki troskliwym staraniom jakie miano o mojej matce... dzięki tej zacnej przyjaciółce; gdyby nie to, miałem już jechać... lubo moja obecność tu jest bardzo potrzebna.
Potem, zbliżając się do biurka swego sekretarza, dodał:
— Czy już przejrzana korespondencja zagraniczna?
— Oto notatki z niej...
— Czy wszystkie listy przyszły pod kopertą do wskazanego zamieszkania... i czy je tu przyniesiono tak, jak rozkazałem?
— Tak, wszystkie...
— Proszę mi przeczytać treść korespondencji zagranicznej, — rzekł pryncypał, zaczynając przechadzać się to wzdłuż, to wszerz pokoju, ręce w tył założywszy i dyktując, w miarę potrzeby, uwagi, które Rodin pilnie notował.
Sekretarz wziął gruby pęk papierów i czytał, co następuje:
— Don Ramon Olivarez donosi z Kadyksu, że odebrał list nr. 19 i zastosuje się do niego.
— Dobrze... ad acta.
— Odebrano w Filadelfji ostatni ładunek egzemplarzy poprawnej Historji Francji, żądają więcej.
— Zanotować, napisać o tem do Duplessis...
— Pan Blondel przesyła z Namur raport sekretny o panu Ardonin.
— Zanotować.
— Pan Ardonin przesyła z tegoż miasta tajemny raport o panu Blondel.
— Zanotować...
— Pułkownik Von Ostadt, z tegoż miasta, przesyła poufną wiadomość o p. p. Ardonin i Blondel.
— Do porównania... Dalej...
— Pierretka Bachanal, dziewczyna z tegoż miasta, uzupełnia wiadomości żądane o pułkowniku Von-Ostadt.
— Zanotować...
— Hrabia Maliperri z Turynu donosi, że legat 300.000 franków na naszą korzyść został podpisany.
— Uprzedzić o tem Duplessis, potem...
— Don Stanisław odjechał do wód w Baden z księżną Marją Ernestyną. Donosi, że mile przyjmie nadesłane wiadomości i sam na nie odpisze.
— Zanotować to... ja sam napiszę do księżnej Marji.
Podczas gdy Rodin zapisywał uwagi na marginesie papieru, który trzymał, pan jego tymczasem nie przestawał przechadzać się wzdłuż i wszerz po pokoju; stanął naprzeciw wielkiego, poznaczonego czerwonemi kropkami globusu; zatrzymał się przed nim na chwilę i spoglądał nań w zamyśleniu.
Rodin czytał dalej:
— Wnosząc z usposobienia umysłów w niektórych krajach włoskich, ojciec Orsini pisze z Medjolanu, że byłoby z pożytkiem puścić tam w obieg książeczkę, w którejby nasi ziomkowie Francuzi opisani byli, jako bezbożnicy, rozpustnicy i krwawi łupieżcy.
— Śliczna myśl, trzeba polecic Jakubowi Dumontin napisanie takiej książeczki. Ten człowiek składa się z żółci i trucizny; pisemko będzie okropne... ja udzielę niektórych uwag... tylko nie dawać mu pieniędzy, dopóki nie złoży rękopisu.
— Ma się rozumieć... Gdyby mu dano pieniądze zgóry, piłby cały tydzień. To już się zdarzało; trzeba mu było dwa razy zapłacić za jego straszną napaść na panteistyczną dążność prelekcji profesora Martin.
— Zanotować i czytaj dalej.
— Negocjant donosi, że komisant ma wysłać bankiera, by zdał rachunek komu należy...
Rodin wymówił te słowa jakimś dziwnym akcentem i zapytał:
— Wszak pan rozumie?
— Rozumiem — odparł tenże, drgnąwszy, — to są wyrażenia umówione.
— Lecz komisanta wstrzymały jakieś skrupuły.
Na twarzy pana ukazał się wyraz przykrego, niemiłego uczucia. Po chwili milczenia rzekł: — Działać na jego wyobraźnię milczeniem i samotnością.
— Pani Betty Sydney pisze z Drezna, że oczekuje instrukcyj. Gwałtowne sceny zawiści zaszły znowu między ojcem a synem z jej powodu; lecz w tym nowym objawie wzajemnej nienawiści pomiędzy ojcem a synem, w tych poufnych zwierzeniach, które jej obaj rywale jeden na drugiego uczynili, pani Sydney nic jeszcze nie spostrzegla, mającego związek z żądanemi od niej wiadomościami. Dotąd jeszcze mogła uniknąć przechylenia się na stronę jednego lub drugiego... jeżeli jednak taki stan rzeczy potrwa dłużej... obawia się obudzić ich podejrzenia. Któregoż ma poświęcić?
— Ojca... Gniew starca będzie gwałtowniejszy, i wtedy przez zemstę za wyróżnienie syna, wyjawi może to, na ukrywaniu czego obudwom tyle zależy...
— Od trzech lat dwie służące Ambrozjusza, umieszczonego w małej parafji gór Walezyjskich, zniknęły... niewiadomo, co się z niemi istało. Teraz trzecią ten sam los spotkał... Tameczni protestanci, oburzają się, mówią o morderstwie... o przerażających okolicznościach.
— Aż do powzięcia pewnych poszlak o tem zdarzeniu, bronić Ambrozjusza przeciwko tym haniebnym potwarzom partji, co gotowa jest zawsze rozsiewać najdziwniejsze domysły... Dalej.
— Udało się Thompsonowi z Liwerpoolu umieścić Justyna, jako godnego zaufania człowieka, u lorda Stewart, który coraz bardziej słabnie na umyśle.
— Skoro się rzecz potwierdzi, pięćdziesiąt luidorów gratyfikacji dla Thompsona. Zanotować to dla Duplessisa. Czytaj dalej.
— Frank Dinkenstein z Wiednia donosi, że ojciec jego umarł na cholerę, w małej wiosce blisko miasta...
Ta zaraza posuwa się od północy, coraz bardziej naprzód.
— Tak, to prawda; daj Boże, żeby tylko nie doszła do Francji.
— Frank Dinkenstei, — czytał dalej Rodin, — pisze, że bracia jego domagać się chcą unieważnienia testamentu, którym stary zapisał cały swój majątek na rzecz naszego zakonu; sam Frank nie zgadza się na to.
— Rozmówić się z naszymi adwokatami... Dalej.
— Kardynał książę d‘Amalfi zastosuje się do trzech pierwszych punktów memorjału. Żąda, aby mu wolno było uczynić zastrzeżenia co do czwartego.
— Żadnych zastrzeżeń... zupełna, bezwarunkowa akceptacja. Jeżeli nie, wojna, rozumiesz, i zanotuj: zacięta wojna, bez litości, ani dla niego, ani dla jego popleczników... Potem?
— Fra Paolo oznajmia, że buntownik Boccari z rozpaczy, że przyjaciele obwiniają go o zdradę, wskutek podejrzeń, jakie on, Fra Paolo, zasiał zręcznie w ich umysłach, odebrał sobie życie.
— Boccari!! czy to być może!... Boccari...
— Tak, Boccari... — powtórzył ciągle zimny Rodin.
— Powiedzieć Duplessisowi, aby posłał przekaz na wypłacenie dwudziestu pięciu luidorów Fra Paulowi... Zanotować to!
— Hausman donosi, że tancerka francuska Albertyna Ducornet, jest ulubienicą księcia regenta, zupełny ma nań wpływ, ale nad tą Albertyną ma władzę jej kochanek, który był skazany na galery za fałszerstwa; ona nie uczyni nic bez jego rady...
— Kazać Hausmanowi, aby się porozumiał z tym człowiekiem; jeżeli żądania jego będą słuszne, zgodzić się na nie, nadto dowiedzieć się, czy ta panna nie ma jakich krewnych w Paryżu?
— Książę Orbano donosi, że udzielone będzie pozwolenie na założenie nowego instytutu, ale pod warunkami poprzednio podanymi.
— Żadnych warunków, zupełne zezwolenie lub odmowa... tak się poznaje swych przyjaciół lub nieprzyjaciół... Im bardziej nieprzyjaznemi wydają się okoliczności... tem większą trzeba okazać stałość, i pewnością siebie nakazać poszanowanie.
— Pisze on równie, że Anglja wszelkiemi siłami popiera żądania ojca owej prostestanckiej panny, która schroniła się do klasztoru w Madrycie, i tylko wtedy chce wyjść z niego, kiedy będzie mogła zaślubić swego kochanka, mimo woli ojca?
— Anglja go popiera?
— Tak, i bardzo usilnie.
W tej chwili dał się słyszeć dzwonek u furtki.
— Zobacz, co to jest, — dodał zwierzchnik Rodina.
Ten wstał i wyszedł.
Pan jego nie przestawał przechadzać się zamyślony od jednego do drugiego końca pokoju. Przechodząc około ogromnego globusa, zatrzymał się znowu.
W głębokiem milczeniu przypatrywał się czerwonym punkcikom, które, jak siatka jaka, zdawały się okrywać całą kulę ziemską.
Myślał pewno o niewidzialnem a strasznem działaniu swej władzy, która zdawała się rozciągać na cały świat, rysy twarzy tego człowieka ożywiły się, jego męska duża twarz przybrała niewymowny wyraz energji, wyniosłości i pychy; z dummem czołem z wydętemi pogan dliwie wargami, zbliżył się do globusa i silną rękę oparł na biegunie.
Patrząc na to silne przyciśnięcie, na to dumne poruszenie rzekłbyś, że ten człowiek był pewny swego panowania nad globem, któremu się przypatrzał z całej wysokości swego wzrostu, na którym oparł rękę w postawie tak wyniosłej, tak zarozumiałej i samowładnej.
I teraz już się nie uśmiechał.
Okropnie zamroczyło się jego szerokie czoło, a wzrok przybrał ton groźny; artysta, chcący odmalować szatana chytrości, wyniosłości i pychy, piekielnego ducha o niepohamowanej chęci panowania, nie mógłby znaleźć lepszego wzoru. Gdy Rodin wrócił, twarz jego zwierzchnika przybrała zwykły wyraz.
— To ajent, — rzekł Rodin, pokazując pięć listów, które trzymał w ręku, — niema nic z Dunkierki.
— Nic... — krzyknął jego zwierzchnik z żałosnem wzruszeniem, które dziwnem wydawało się w porównaniu z wyrazem dumy i pogardliwej pychy, która dopiero co malowało się na jego twarzy, — nic!... żadnej wiadomości od mej matki... jeszcze dwadzieścia cztery godziny udręczenia.
— Zdaje mi się, że księżna nie miała złych wiadomości, bo inaczej byłaby napisała; tak się wypada domyślać...
— Bez wątpienia, masz słuszność, Rodinie, ale z tem wiszystkiem... niespokojny jestem...
Po chwili milczenia dodał, ciągle się przechadzając:
— Ale... zobacz te listy, skąd one są? o czem donoszą?
Rodin, obejrzawszy pieczątki, rzekł:
— Z pięciu, trzy dotyczą ważnej, wielkiej sprawy medaljonów...
— Dzięki Bogu... byle tylko zawierały pomyślne nowiny, — zawołał Rodin z wyrazem niecierpliwości i ciekawości, z czego sądzić można, jak wielkiej wagi była dla niego ta sprawa.
— Jeden jest z Charlestown, pewnie dotyczący misjonarza Gabryjela, — odpowiedział: — drugi z Batawji, pewno o Indjanie Dżalnie, który się udał na wyspę Jawę po śmierci swego ojca.
Ten jest z Lipska. Niezawodnie jest w nim potwierdzenie wiadomości, odebranych wczoraj, któremi Morok zawiadomił, że stosownie do otrzymanych poleceń, córki generała Simon nie mogą odbywać dalej podróży, a jego nikt nie podejrzewa.

Na wzmiankę o generale Simon, twarz pryncypała Rodina przybrała wyraz niezadowolenia.

II.
ROZKAZY.

Przezwyciężywszy mimowolne wzruszenie, jakie na nim wywarło nazwisko generała Simon, pryncypał zwrócił się do Rodina:
— Nie otwieraj jeszcze tych listów z Lipska, z Charlestown i Batawji. Bezwątpienia zawarte w nich wiadomości wskażą zaraz, jaki z mich uczynić trzeba użytek.
Sekretarz patrzył ma swego zwierzchnika z pytającą miną.
Ten zaś rzekł:
— Czy skończyłeś notatki, dotyczące medaljonów?
— Oto są...
— Przeczytaj, a w miarę potrzeby dodasz nowe szczegóły, które znajdziesz w tych trzech listach.
— Tak, — odrzekł Rodin, — będzie to dokładniejsze.
— Zobaczę, — podchwycił pan, — czy wiadomości są jasne i czy rzecz należycie przedstawiona, czy nie zapomniałeś, iż osoba, którą ma się tem zająć, nie powinna wiedzieć o wszystkiem.
— Pamiętałem o tem i odpowiednio opracowałem notatki...
— Czytaj.
Rodin czytał, co następuje, z wielką powagą i powoli.
Sto pięćdziesiąt lat temu pewna rodzina francuska, opuściła dobrowolnie kraj, przewidując nastąpić mające odwołanie edyktu Nantejskiego i w zamiarze uniknienia surowych edyktów przeciw hugonotom. Z członków tej rodziny jedni najprzód wynieśli się do Holandji potem do kolonji holenderskich, inni do Polski, inni do Niemiec, do Anglji i do Ameryki.
„Według pewnych wiadomości, siedmiu tylko członków tej rodziny pozostaje dziś przy życiu, która przeszła różne ciężkie koleje losu, gdyż jej przedstawiciele znajdują się dziś prawie na wszystkich szczeblach społecznych, zacząwszy od panującego a kończąc na rzemieślniku.
„Ci potomkowie w prostych lub bocznych linjach są:
„Ród macierzysty:
„Panny Róża i Blanka Simon, małoletnie. Generał Simon zaślubił w Warszawie pannę, pochodzącą z rzeczonej rodziny.
„Franciszek Hardy, przemysłowiec w Plessys, pod Paryżem.
Książę Dżalma, syn Kadja-Singa, króla Mondi, kté»y zaślubił był 1802 roku dziewicę z tejże rodziny, osadłej wtedy w Batawji (wyspa Jawa), posiadłości holenderskiej.
„Ród ojcowski:
„Jakób Rennepont — zwany Leżynago, rzemieślnik.
„Panna Adrjanna de Cardoville, córka hrabiego de Cardoville.
„Gabrjel Rennepont, ksiądz misji zagranicznej.
„Każdy z członków tej rodziny ma, a przynajmniej mieć powinien, medaljon bronzowy, na którym jest następujący napis:


Ofiara
L. G. D. J.
Módlcie się za mnie
Paryż
dnia 13 lutego
1682



W Paryżu
ulica Ś-go Franciszka Nr. 3
będziecie
po upływie półtora wieku
dnia 13 lutego
1832
Módlcie się za mnie


„Daty te dowodzą, że każdemu z nich niezmiennie wiele zależy na tem, aby się znajdował w Paryżu 13 lutego 1832 roku, na tem umówionem spotkaniu, i nie przez zastępcę, ani pełnomocnika, ale osobiście, czy będzie pełnoletni lub małoletni, żonaty lub bezżenny.

„Innym jednak osobom niezmiernie zależy na tem, aby nikt z potomków tej rodziny nie znajdował się w Paryżu 13 lutego... wyjąwszy Gabrjela Rennepont, księdza misji zagranicznej.
„Trzeba więc bądź cobądź, żeby on tylko jeden znajdował się na tem spotkaniu, wyznaczonem przedstawicielom tejże rodziny przed półtora wiekiem.
„Dla uniemożliwienia sześciu innym osobom przybycia do Paryża na oznaczony dzień, lub dla sparaliżowania ich obecności, jużeśmy wiele przedsięwzięli; ale wiele jeszcze pozostaje uczynić, aby być pewnym powodzenia w tej sprawie, najważniejszej w dzisiejszej epoce, z powodu spodziewanych rezultatów“.
— To aż nadto wielka prawda, — rzekł zwierzchnik Rodina, przerywając mu i kiwając głową — dodaj jeszcze, że osiągnięcie pomyślnych skutków jest konieczne i że ani można myśleć o niepowodzeniu... Słowem, idzie tu niemal o być... lub nie być przez wiele lat. Dla osiągnięcia tego celu, użyć należy wszelkich środków, nie lękać się żadnego... ale działać trzeba tak, ażeby nie ściągnąć na siebie podejrzenia.
— Napisano, — rzekł Rodin, dopisawszy słowa, które mu jego pryncypał podyktował.
— Czytaj dalej...
Rodin czytał.
„Aby ułatwić lub zapewnić powodzenie w tej sprawie, pożyteczną będzie rzeczą poznać niektóre ważniejsze szczegóły i tajemnice dotyczące siedmiu osób, składających tę rodzinę“.
Ręczyć możemy za prawdziwość tych szczegółów, a w potrzebie uzupełnić je mawet w najmniejszych drobnostkach, gdyby zachodziły jakie sprzeczności.
Kolejno mówić będziemy o osobach, o faktach, już dokonanych.
Nota Nr. 1.
Panny Róża i Blanka Simon.
Siostry, bliźnięta, lat mają około piętnastu. Ładne i tak do siebie podobne, iż obie możnaby uważać za jednę — charakteru łagodnego, bojaźliwego, ale skłonne do uniesień, wychowane w Azji przez Matkę. Jenerał Simon, rozłączywszy się z żoną, zanim jeszcze na świat przyszły, nie wie, że ma dwie córki.
Uznano za najlepszy środek, aby dla przeszkodzenia ich bytności w Paryżu dnia 13 lutego, wysłać ich matkę w dalekie kraje; lecz gdy matka umarła, ludzie, posiadający nasze zaufanie, przez nieszczęsną pomyłkę, mniemając, iż zależało nam tylko na żonie jenerała Simona pozwolili młodym dziewczętom powrócić do Francji, pod przewodnictwem dawnego żołnierza.
Ten żołnierz jest przedsiębiorczy, wierny, śmiały i notowany jako bardzo niebezpieczny.
Panny Smon nie są szkodliwe. Według wszelkiego prawdopodobieństwa sądzić można, że w tej chwili zatrzymane są w Okolicach Lipska.
Zwierzchnik Rodina, przerywając mu, rzekł:
— Czytaj ten list z Lipska, dopiero co odebrany, a będziesz mógł uzupełnić wiadomości.
Rodin czytał i rzekł:
— Wyborna wiadomość; dziewczęta i ich przewodnik zdołały wymknąć się w nocy z oberży pod Białym Sokołem, ale wszyscy troje zostali dopędzeni i pochwyceni o milę od Mockern; przeprowadzono ich do Lipska i uwięziono jako włóczęgi, a nadto żołnierz, który im służył za przewodnika, oskarżony został o opór miejscowej władzy, obelgi czynne i uwięzienie burmistrza.
— A Więc biiorąc pod uwagę przewlekłość procedury niemieckiej, niemal z pewnością sądzić można, że te dziewczęta nie będą mogły stanąć na 13 lutego, — rzekł zimno zwierzchnik Rodina. — Połącz tę ostatnią wiadomość z notą przez odsyłacz.
Sekretarz był posłuszny dopisał treść listu Moroka i rzekł:
— Już napisane.
— Czytaj dalej, — rzekł zwierzchnik.
Rodin czytał dalej.
Nota Nr. 2.
Franciszek Hardy, przemysłowiec w Plessys, pod Paryżem.
„Lat czterdzieści. Człowiek stanowczy, bogaty, inteligentny, ruchliwy, prawy, światły, ubóstwiany przez swych robotników, człowiek nader niebezpieczny; lecz łatwo zazdrości i nienawiści, jakie wzbudza w innych fabrykantach, a nadewszystko w panu baronie Trippeaud, jako konkurencie użyć można przeciwko niemu... Gdyby zaszła potrzeba innych środków oddziaływania na niego i przeciw niemu, poradzić się jego akt, które są bardzo grube, gdyż człowiek ten opisany jest, jako jeden z najszkodliwszych.
„Co do sprawy medaljonowej, tak go zręcznie w pole wywiedziono, że dotąd ma zupełnie mylne wyobrażenie o jego ważności; zresztą jest on ciągle na oku, otoczony, i pod władzą pomimo jego wiedzy; jeden z najlepszych jego przyjaciół jest naszym przyjacielem, lecz wiele jeszcze trzeba zrobić, aby sparaliżować lub nie dopuścić skutków jego obecności w Paryżu 13 lutego.
Nota Nr. 3.
Książę Dżalmna.
„Lat osiemnaście, charakter energiczny i szlachetny, umysł wyniosły, niezależny i dziki, ulubieniec generała Simon, który objął dowództwo nad wojskami jego ojca, Kadya-Sing’a w wojnie z anglikami, którą tenże prowadził. Mówi się o Dżalmie tylko dla pamięci, bo jego matka zmarła za młodu, za życia swych rodziców, którzy pozostali w Batawji. I ci również umarli, a o ich skromne dziedzictwo nie upominali się ani Dżalma, ani jego ojciec. Dlatego można być pewnym, iż nie wiedzą oni o tem, że do spadku należy także ów medal jon, ani o tem, jak ważne interesy łączą się z tym medaljonem.
— Czytaj ten list z Batawji, aby uzupełnić wiadomość o Dżalmie.
Rodin odrzekł:
— Jeszcze jedna dobra nowina... Pan Josue von Dael przemysłowiec z Batawji (wychowaniec naszego — instytutu w Pondichéry), dowiedział — się ze swych korespondencyj z Kalkuty, że stary król indyjski poległ w ostatniej bitwie, stoczonej z anglikami, a jego syn Dżalma zrzucony z tronu ojcowskiego, wysłany został tyczasowo do fortecy, jako więzień stanu.
— Teraz początek listopada, — rzekł zwierzchnik Rodina. — Przypuśćmy, iż Dżalma wypusczczony został na wolność i że mógł teraz opuścić Indje, to i w takim razie zaledwie przybyłby do Paryża w lutym.
— Pan Josue, — odrzekł Rodin, — żałuje, że nie mógł okazać iswej gorliwości w tym wypadku. Jeżeli, wbrew wszelkiemu rawdopodobieństwu, książę Dżalma został uwolniony, lub gdyby zdołał umknąć, co może być prawdopodobniej szem, to wtedy niezawodnie udałby się do Batawji, aby upominać się o spadek po matce, gdyż nic więcej nie ma na świecie. W takim razie polegać można na poświęceniu ze strony pana Jousego von Dael... Tenże żąda natomiast, przez najpierwszego gońca, szczegółowych i dokładnych wiadomości o stanie majątkowym barona Tripeaud, przemysłowca i bankiera, z którym ma stosunki handlowe.
— Odpowiesz w sposób wymijający gdyż pan Jousue dopiero obiecał gorliwość... Dopełnij wiadomość o Dżalmie temi nowemi doniesianiami.
Rodin napisał.
Po niejakiej chwili zwierzchnik jego rzekł doń, szczególnym tonem:
— Pan Josue nic ci nie pisze o generale Simon, z powodu śmierci ojca Dżalmy i uwięzienia tego ostatniego?
— Pan Josue ani słowa o nim nie nadmienia, — odpowiedział sekretarz, nie przerywając swej pracy.
Zwierzchnik Rodina nic nie odrzekł i przechadzał się zadumany...
Po chwili odezwał się Rodin:
— Już napisałem...
— Czytaj dalej...
Nota Nr. 4.
Jakób Rennepont, przewany Leżynago.
„Robotnik z fabryki barona Tripeaud, konkurenta Fraciszka Hardy. Jest to pijak, próżniak, kłótliwy i rozrzutny; nie brak mu zdolności, ale lenistwo i rozpusta zupełnie je przytłumiły. Jeden z agentów, pewny i bardzo zręczny do interesów, na którym polegamy zupełnie, wszedł w stosunki z dziewczyną Cefizą Solivean, zwaną królową bachanalji, która jest kochanką tego hultaja. Przy jej pomocy agent zawiązał z nim stosunki i uważać go można odtąd za obcego wszelkim interesom, któreby spowodować mogły jego obecność w Paryżu d. 13 lutego.
Nota Nr. 5.
Gabrjel Rennepont, ksiądz misji zagranicznej.
„Jest on dalekim krewnym poprzedzającego, nie wie jednak ani o tym krewnym, ani o pokrewieństwie... Sierota opuszczony, wzięty został do domu przez Franciszkę Baudoin, żonę żołnierza, przezwanego Dagobertem. Gdyby, wbrew wszelkiemu przewidywaniu, ten żołnierz przybył do Paryża, znalazłby się na niego skuteczny środek działania przez jego żoinę, dobrą istotę, prostą, łatwowierną, na którą ma się wpływ i władzę nieograniczoną. Przez, nią to udało mi się skłonić Gabrjela, aby wstąpił do zakonu, pomimo, że miał wstręt do tego stanu.
Gabrjel ma dwadzieścia pięć lat, jego charakter jak i twarz są anielskie; obdarzany jest najrzadszemu, najgruntowniejszemi cnotami; ale, na nieszczęście, wychował się wraz ze swym przybranym bratem Agricolą Baudouin synem Dagoberta. Ten Agricolą to poeta, rzemieślnik, robotnik wyborny, ale pełen najgorszych zasad francuskiej szkoły filozoficznej; ubóstwia swoją matkę, jest prawy i pracowity. Notowany jako bardzo niebezpieczny, i dlatego towarzystwo jego było tak szkodliwe dla Gabrjela.
Ten, pomimo wszelkich przymiotów zawsze wzbudza niepokój.
Wypadało nawet odwlec zupełne wtajemniczenie go, gdyż jeden nieostrożny krok mógłby uczynić go najszkodliwszym człowiekiem; trzeba więc postępować z nim jak najprzezorniej, przynajmniej aż do 13 lutego, gdyż na nim, na jego obecności w Paryżu w tej epoce, polegają wszystkie nasze nadzieje i niezmiernej wagi interesa.
Z tych wszystkich względów musiano, choć z wielkim żalem,, zezwolić mu na wzięcie udziału w misji amerykańskiej, gdyż z anielską łagodnością łączy on spokojną, nieustraszoną odwagę, awanturniczy umysł, który można było zadowolić tylko uczestniczeniem w życiu misjonarzy, pełnem niebezpieczeństw. Na szczęście dano jak najsurowsze instrukcje jego przełożonym w Charlestown, aby nie narażali tak drogiego życia i żeby go wysłali z powrotem do Paryża przynajmniej na jeden lub dwa miesiące przed dniem 13 lutego..
Zwierzchnik Rodina, przerywając mu, znowu rzekł:
Czytaj list z Charlewstown; poślij, czego żądają dla uzupełnienia tych wiadomości.
Rodin, przeczytawszy, odpowiedział:
— Gabrjel, spodziewany jest codziennie z gór Skalistych, dokąd został wysłany, ponieważ koniecznie chciał się tam udać... Co za nieroztropność! Bezwątpienia nie był tam wystawiony na żadne niebzpieczeństwo, sam bowiem zawiadomił o swym powrocie. Skoro tylko przybędzie, co nastąpi prawdopodobnie w połowie tego miesiąca, jak pisze, wyprawię go niezwłocznie do Francji.
— Dodaj to do jego noty, — rzekł zwierzchnik Rodina.
— Już napisałem, — odrzekł tenże po chwili.
— Czytaj dalej, — wyrzekł jego zwierzchnik.
Rodin czytał: Nota Nr. 6.
Panna Adrjanna Rennepont de Cardoville.
Daleka krewna Jakóba Rennepont i misjonarza Gabrjela Rennepont, o czem jednak nie wie. Wkrótce skończy lat dwadzieścia jeden, w najwyższym stopniu ponętna, wyjątkowa piękna, lubo rudawa, wielkie zdolności umysłowe, ogromny majątek; lękać się wszakże trzeba o przyszłość tej młodej osoby, kiedy się zważy niesłychaną śmiałość jej charakteru. Szczęściem opiekun jej, baron Trippeaud, (otrzymał baronostwo w roku 1829, był dawniej pełnomocnikiem nieboszczyka hrabiego, księcia Cardoville), zależy z powodu swych interesów, prawie całkiem od ciotki, panny Cardoville, która jest nam całkiem oddaną; słusznie więc liczyć można na nią i na niego, pod względem poskromienia i zwyciężenia nadzwyczajnej, niesłychanej odwagi i postanowień tej dziewczyny, a z których na nieszczęście nie można korzystać dla osiągnięcia wiadomego celu.
Rodiin nie mógł dalej czytać; raz i drugi zadzwoniono do furtki...
Sekretarz wstał, poszedł zobaczyć, kto dzwoni, poczem wrócił, trzymając dwa liisty i mówiąc:
Księżna skorzystała z odchodzącej sztafety i przysłała...
— Daj list księżny, — zawołał zwierzchnik Rodina, nie pozwalając mu dokończyć... — Nareszcie dowiem się o matce!... — dodał.
Ledwie kilka wierszy przeczytał, zbladł; na jego twarzy dało się widzieć natychmiast głębokie zdziwienie i wielki żal.
— Matka, matka! — krzyknął. O! mój Boże! moja droga matka!
— Jakież się stało nieszczęście? — zapytał się Rodin, z miną strwożoną, podnosząc się na głos swojego zwierzchnika.
— Jej wyzdrowienie było zwodnicze, — odpowiedział mu tenże, — zasłabła znowu, — stan prawie beznadziejny, jednakże lekarz osądził, że moja obecność ocalićby ją mogła, gdyż bezustannie mnie wspomina, chce mnie ostatni raz jeszcze zobaczyć, aby potem mogła umrzeć spokojnie... Ach! to życzenie jest dla mnie święte... Nie jechać byłoby matkobójstwem... O! mój Boże! bylebym tylko mógł na czas przybyć... stąd do Dunkierki nie potrzeba dwóch dni, jadąc dniem i nocą.
— O! Boże! co za nieszczęście!.. — co za nieszczęście! — rzekł Rodin, załamując ręce i wznosząc oczy do nieba...
Zwierzchnik jego żywo zadzwonił i rzekł do starego sługi, otwierającego drzwi:
— Włóż natychmiast do mej walizy w podróżnym powozie wszystko, co mi w drodze może być potrzebne, niech odźwierny weźmie natychmiast dorożkę i niech biegnie co żywo po konie pocztowe... za godzinę muszę koniecznie wyjechać.
Służący pobiegł śpiesztnie.
— Moja matka... moja droga matka... nie widzieć jej.. Ach! okropna myśl — zawołał, rzucając się omdlały na krzesło i zakrywając twarz rękami.
Był to żal szczery gęboki; człowiek ten czule kochał swoją matkę; to boskie uczucie zachował pośród wszystkich kolei swojego życia... często występnego.
Po kilku chwilach Rodin ośmielił się odezwać do swojego zwierzchnika, pokazując mu drugi list:
— I ten także przyniesiono od pana Duplessis... jest bardzo ważny... i bardzo pilny..
— Zobacz, o co chodzi, i powiedz mi... ja nie mam głowy...
— To list poufny... nie mogę rozpieczętować... jak pan widzi ze znaku na kopercie, — rzekł, podając go swemu zwierzchnikowi.
Zwierzchnik, gdy spojrzał na drobniuchny znak, przybrał wyraz przerażenia i uszanowaia, jaki trudno opisać; drżącą ręką otworzył list.
List zawierał tylko te wyrazy;
Odłożywszy wszystko na bok... nie tracąc ani chwili czasu... wyjeżdżaj... i przybywaj tu.
„Duplessis ciebie zastąpi. Duplessis ma polecenie“.
— O! wielki Boże! — zawołał nieszczęśliwy zwierzchnik Rodina. — Wyjeżdżać w tak długą podróż bez zobaczenia się z matką... A! to okropne!... to niepodobna... jabym ją przez to może dobił.. to byłoby występkiem...
I nagle zerwał się, tupiąc nogami z gniewu i rozpaczy.
Przypadkiem... oczy jego w tej chwili zatrzymały się na ogromnym globusie, poznaczonym czerwonemi kropkami...
Na ten widok zaszła w nim nagła zmiana, jakby się wstydził swego żywego żalu; powoli twarz jego, lubo ciągle smętna, odzyskała spokój i zimną powagę...
Oddał list swemu sekretarzowi, tłumiąc westchnienie, i rzekł doń ozięble:
— Zapisać pod liczbą kolejną.
Rodin wiziął list, westchnąwszy głośno z politowania nad zmartwieniem swego zwierzchnika.
Po chwili milczenia tenże rzekł:
— Będziesz odbierał rozkazy od pana Duplessis, z nim będziesz pracował. Jemu oddasz notę, tyczącą się medalionów, a on wie, komu ją oddać; odpiszesz do Batawji, do Lipska i do Charlewstown w wiadomy ci sposób. Nie pozwalać wszelkiemi sposobami, ażeby córki generała Simon opuściły Lipsk. Przyśpieszyć przybycie Gabrjela do Paryża, a w razie gdyby Dżalma przybyć miał do Jawy, napisać do pana Josuego, że liczy się na jego gorliwość i że go tam powinien zatrzymać.
Obojętność tego człowieka w chwili, kiedy konająca matka, którą kochał, nadaremnie wzywała go do siebie, była niepojęta.
Wydawszy polecenie sekretarzowi, wrócił do swego mieszkania.
Rodin zajął się korespondencjami i napisał je tajemniczemi cyframi.
Po trzech kwadransach dał się słyszeć dzwonek koni pocztowych.
Stary sługa wszedł, zapukawszy wprzód do drzwi.
— Już zaprzężono, — rzekł.
Rodin dał znak skinieniem głowy, sługa wyszedł.
Sekretarz sam poszedł zapukać do drzwi pokoju swego zwierzchnika.
Ten wyszedł z listem w ręku.
— Do mojej matki... — rzekł do Rodina, — wyślesz natychmiast gońca...
— Niech-że trzy lilsty do Lipska, Batawji i Charlestown odejdą dziś nawet, zwykłą drogą, bo to rzecz największej wagi. Wiesz o tem.
Takie były ostatnie słowa tego człowieka...
Wykonując z uległością nielitościwe rozkazy, odjechał bez widzenia umierającej matki.
Rodin z uszanowaniem przeprowadził go do powozu.
— Jaką drogą jechać? zapytał pocztyljon.
— Do Włoch, — odpowiedział zwierzchnik Rodina, ale nie mógł stłumić westchnienia, podobnego do łkania.
Kareta ruszyła w drogę.
Rodin ukłonił się z pokorą i wrócił do pokoju.
Postawa, fizjognomja, ruchy tego człowieka nagle się zmieniły.
Zdawało się, że urósł, nie był to już automat, którym kierowała pokorna uległość; zimna dotąd jego twarza, jego dotychczas ciągle przysłonięty wzrok prędko ożywiły się i odkryły sztańską chytrość; cieniutkie, blade usta ściągnęły się szyderczym, piekielnym uśmiechem, złowroga radość wygładziła tnupiowatą twarz. I on też stanął przed ogromnym globusem, i on też przypatrywał się w milczeniu, ściskając go, iż tak powiem, w swojem objęciu, wlepił przez chwilę, jak bazyliszek, swoje jaszczurcze oczy w jego powierzchnię, potem, wodząc po wypolerowanej po wierzchni tego obrazu świata sękaty palec, uderzał kolejno płaskim, brudnym paznogciem w trzy miejsca, w których widać było czerwone kropki, i w miarę oznaczania miast, leżących w tak odległych krajach, mówił do siebie:
— Lipsk... Charlestown... Batawja...
Potem dodał z ironicznym uśmiechem:
— W każdym z tych, tak odległych od siebie miast znajdują się osoby, nie wiedzące o tem, że stąd, z tej zakątnej uliczki, z tej izby, patrzy się na nie, że się uważa na wszystkie ich poruszenia... że się wie o wszelkich ich postępkach... i że stąd wychodzą nowe rozkazy dotyczące ich, które wykonane zostaną bez najmniejszej litości... gdyż idzie tu o sprawę mającą potężny wpływ na całą Europę... na cały świat!... Lecz szczęściem, mamy przyjaciół w Lipsku, w Charlestown i Batawji.
Ten staruszek, brudny, nędznie ubrany, jak wybladła martwa maska, który dopiero co, iż tak powiem, czołgał się po globusie, wydawał się bardziej jeszcze, niż jego zwierzchnik przerażającym... gdy tamten o wyniosłej postawie, z miną rozkazującą, położył rękę na globusie, który jakby owładnąć chciał zuchwałą pychą.
Jeden podobny był do orła, unoszącego się nad upatrzoną zdobyczą... drugi do płazu, ściskającego ofiarę swemi zwojami...
Potem Rodin przystąpił do biurka, żywo zacierając ręce, i napisał następujący list cyframi, których znaczenia nie znał nawet jego zwierzchnik.
Paryż o 9 min 45 rano.
Odjechał... ale wahał się. Gdy otrzymał rozkaz wyjazdu, matka jego umierała i wzywała go siebie; wiedział, iż możeby ją uratował swoją obecnością... bo zawołał: Nie udać się do matki... byłoby tem samem, co być jej zabójcą.
A jednakże... pojechał! lecz wahał się.
Mam go na oku...
List ten otrzymasz w Rzymie, w tym samym czasie, kiedy on tam przyjedzie.
P. S. Powiedz księciu kardynałowi, że może polegać na minie; ale z warunkiem, żeby czynnie się zajmował moimi interesami.
Złożywszy i zapieczętowawsszy ten list, Rodin schował go do kieszeni.
Godzina dziesiąta wybiła.
Była to dla Rodina godzina śniadania. Poukładał i zamknął papiery w szufladzie, od których kluczyk wziął z sobą, otarł łokciem stary zatłuszczony kapelusz, wziął w rękę połatany parasol i wyszedł.

Kiedy ci dwaj ludzie w głębi owego ponurego zakątka knuli spisek, w który miały być wplątane cztery osoby wygnanej niegdyś rodziny... jednocześnie nadzwyczajny, tajemny opiekun przemyśliwał nad obroną tejże rodziny, jako swojej.

EPILOG.

Smutna i dzika okolica...
Jest to wzgórze, najeżone tu i owdzie ogrommemi skałami granitu, z pomiędzy których gdzie niegdzie wznoszą się pożółkłym, jesiennym liściem okryte brzozy i wielkie, posępne zielony jodły.
Ze szczytu tego wzgórza rozciąga się widok na głębokie, ocienione, urodzajne doliny ledwie nawpół zakryte lekką mgłą wieczorną...
Żyzne błonia, cieniste gaje, uprzątnięte z dojrzałych kłosów pola, coraz bardziej łączą się w ciemne, jednostajne tło, które odbija wydatnie od przezroczystego błękitu nieba.
Tu i owdzie z tych dolin strzelają ostremi szczytami dzwonnice, tu czerwoną dachówką, tam siwym łupkiem pokryte... są to wskazówki wielu rozrzuconych osad.
Nadeszła godzina spoczynku, godzina o której zwykle przez wszystkie okienka chatek widać iskrzący się, pośród zmierzchu, na wiejskich ogniskach rozniecony ogień, a ciemne kłęby dymu wznoszą się z kominów ku niebu.
A przecież, rzecz niesłychana, złowróżbna... w tych wszystkich domostwach, z góry widzianych, w żadnem nie świeci się oknie, z żadnego komina dym się nie unosi...
Rzekłbyś, że wszystkie ogniska pogasły lub zostały opuszczone.
Rzecz jeszcze dziwniejsza, jeszcze smutniejsza.. ze wszystkich dzwonnic odzywa się żałobny głos dzwonów...
Zdaje się, że tajniki życia tych osad połączyły się w tym żałosnym jęku dzwonów, rozlegającym się po wszystkich dolinach.
Czasami smutny ten głos, niesiony powiewem wieczornych wiatrów, dolatuje żałosnym jękiem aż do szczytów góry.
W głębi posępnych dolin w każdej osadzie, wszędzie, gdzie dotąd było ciemno, błyskać zaczynają światła.
Lecz nie są to żywe światła iskrzących się ognisk wiejskich.
Są to czerwonawe płomyki, jakby pochodnie, i posuwają się zwolna ku cmentarzom każdego kościoła.
A w miarę ich pochodu, żałobne dźwięki dzwonów pogrzebowych rozlegają się coraz mocniej; powietrze jęczy pod częstemi uderzeniami tych dzwonów, i w rzadkich przerwach śpiewy pogrzebowe dochodzą niewyraźnie aż do wierzchołków wzgórza.
Skądże tyle pogrzebów?
Jakież to doliny zniszczenia... Skądże w każdej wsi zamiast wesołej pieśni wieczornej po znojnej pracy dziennej, słychać tylko żałobne pienia śmierci, a miejsce dziennego odpoczynku zalega wieczny sen śmierci?
Co za dolina żałości, gdzie każda wieś opłakuje tylu zmarłych i grzebie ich o tej samej godzinie, tej samei nocy?
Niestety! śmiertelność następuje tam tak nagle, tak jest wielka, tak straszna, iż ledwo wystarczy żywych do grzebania umarłych.
Przez cały dzień ci mieszkańcy, co pozostali przy życiu, zajmują się znojną pracą, niezbędną około uprawy ziemi, wieczorem tylko, wróciwszy z pól, skołatani trudami, kopać mogą owe pogrzebowe doły, w których spoczywać mają ich bracia, stłoczeni, jak ziarna zboża w kłosach.
A nie same tylko te doliny widziały takie spustoszenie w owych złowrogich latach; w iluż to wsiach, w iluż miasteczkach, w ilu okolicach, przygasły ogniska, opustoszały siedziby.
Tak, niestety! miejsce radości zajęła żałoba.. dzwon pogrzebowy zastąpił wesołe pieśni...
W owych nieszczęsnych dniach straszliwy wędrowiec zwolna przebiegał ziemię od jednego do drugiego guna... z głębi Indyj... aż do krańców Północy... aż fale oceanu, oblewające brzegi Europy Zachodniej.
Ten wędrowiec tajemniczy, jak śmierć, powolny wieczność, nieubłagany jak przeznaczenie, straszny ręka Boga... ten wędrowiec, to... Cholera!... {{kreski-hr} Godzina zmierzchu.
Dziwny odblask nadaje najlepiej nawet znanym staciom, kształty niepojęte, fantastyczne!...
Na skalistym gruncie góry odezwało się powolne, równe, jakby miarowe stąpanie...
Po skałach rozległ się odgłos podkutego obuwia... między grubemi kłodami ponurych jodeł przeszedł jakiś człowiek.
Był on wysokiego wzrostu; głowę pochylił na piersi; twarz jego była spokojna, smutna...
Brwi z sobą połączone, od skroni do skroni tworzyły na jego czole złowróżbną pręgę.
Zarówno na piasku, jak na mchu, pokrywającym skały, człowiek ten, przechodząc, zostawiał po sobie ślad stopy, ze znakiem krzyża.
Człowiek ten, zatopiony w myślach, jakby nie słysząc żałobnego dźwięku dzwonów, rozlegającego się płaczliwym głosem po dolinie.
Szedł pogrążony w dręczących go myślach.
— Zbliża się 13 lutego... — myślał, — zbliża się... dzień, w którym potomkowie mej ukochanej siostry, ostatnie odrośle naszego szczepu, zebrać się mają w Paryżu...
Niestety! lat temu sto pięćdziesiąt, odkąd prześladowanie rozproszyło po całej ziemskiej tę rodzinę, za którą ja przez ośmnaście wieków z czułością dążyłem... nie odstępując jej we wszystkich wędrówkach, na wygnaniu, przy zmianach losu i imienia.
Ach! ta rodzina, pochodząca od mej siostry, siostry ubogiego rzemieślnika, jakąż słynęła wielkością, to znów jak była poniżoną, wzgardzoną, później jakim jaśniała blaskiem, potem w jakiej żyła nędzy, wreszcie jaką okrywała się sławą!
Iluż w niej zmazało się zbrodniami... ilu wsławiło się cnotami!
Historja tej jednej rodziny, to dzieje całej ludzkości!
Przez tyle pokoleń przebiegając żyły nędzarza i bogacza, mędrca i głupca, tchórza i bohatera, krew mojej siostry zachowała się aż do tej chwili.
Cóż pozostaje z tej rodziny?...
Siedmiu potomków?
Dwie sieroty, córki wygnanej matki, i wygnanego ojca.
Książę, pozbawiony tronu.
Ubogi ksiądz misjonarz.
Człowiek średniego stanu.
Młoda dziewica wielkiego imienia i majątku.
Rzemieślnik.
W nich wszystkich razem znajdziemy cnotę, męstwo, upodlenie, blask, nędzę naszego rodu!
Azja północna... Indje... Ameryka... Francja...
Oto miejsca, gdzie los ich rozproszył!
Mnie instynkt ostrzega, gdy komu z moich grozi niebezpieczeństwo... od Północy do Południa... od Wschodu do Zachodu biegnę im na ratunek... biegnę im na ratunek; wczoraj wieczór przy biegunie lodowatym, dziś w umiarkowanej strefie, jutro pod spiekłym równikiem, ale niestety! często w chwili, kiedy obecność moja ocalić ich może, niewidzialna ręka odpycha mnie w wir nieprzeparty i...
Dalej... dalej!...
— Niech-że przynajmniej dokończę, com zaczął!...
— Dalej!...
— Tylko godzinę!... niech tylko spocznę jednę godzinę!...
— Dalej!...
— Przebóg! mamże pozostawić nad przepaścią tych, których kocham...
— Dalej!... Dalej!!!
— Taka jest kara moja; okropna, ale zbrodnia moja była jeszcze okropniejsza! Zapóźno otworzyłem oczy, zapóźno poznałem żal, zapóźno nauczyłem się łagodności, zapóźno wreszcie zrozumiałem Boskie słowa, które być winny prawem dla całego.oda ludzkiego.
Miłujcie się nawzajem.
Napróżno w ciągu wieków, aby zasłużyć na przebaczenie, czerpałem siłę i przekonanie z tych Boskich słów, napełniałem politowaniem i miłością serca, które były przepełnione gniewem i złością; napróżno rozpłomieniałem dusze wstrętem do niesprawiedliwości...
Dzień przebaczenia jeszcze nie nadszedł!...
Ja cierpię za ród ludzki; cierpię za swoich: biedny tułacz, nie zawsze mogę wspierać potomków ukochanej siostry mojej.
Ale kiedy boleść przewyższa moje siły, kiedy czuję, że moim niebezpieczeństwo zagraża, a ocalić ich nie mogę, wtedy myśl moja, przebiegając światy, leci do tej, jak ja, przeklętej niewiasty... owej córki królewskiej, która, tak jak ja, syn rzemieślnika, tuła się... tuła i tułać będzie aż do skończenia wieków...
Raz tylko w ciągu każdego wieku, jak planety, zbliżające się do siebie w swych wiecznych obrotach... i ja spotkać mogę tę niewiastę w nieszczęsnym tygodniu...
A po tem spotkaniu, pełnem okropnych pamiątek i niezmiernych boleści, znów, jak błądzące gwiazdy wieczności, tułamy się w nieskończonym biegu.
I ta niewiasta, wędrująca od jednego do drugiego końca świata, ona, jedyna na ziemi, odpowiada moim myślom...
Ona tylko ma współczucie, i myśl dla tej jedynej sprawy, która daje ulgę mojemu wiecznemu ciężarowi...
Kocha, wspiera potomków.mej kochanej siostry. Dla nich śpieszy ona także od wschodu do zachodu, od północy ku południowi... lecz, niestety, niewidzialna ręka odpycha i ją także... unosi ją i na nią głos woła:
— Idź... dalej, dalej!
— Niech-że przynajmniej dokończę, com zaczęła — i ona, jak ja, mówi również.
— Dalej...
— Tylko godzinę... nie więcej, jak godzinę spoczynku.
— Dalej...
— Mam-że pozostawić nad przepaścią tych, których kocham!...
— Dalej...
— Słowo jedno... bo to jedno słowo uratować ich może.
— Dalej... Dalej!...
Gdy tułacz tak zanurzył się w myślach, wiatr wieczorny, dotąd lekki, wzmógł się, a głos pogrzebowych dzwonów, w przewlekłych, silnych jękach, dosięgał aż do szczytu góry.
Niebawem wiatr zaczął dąć gwałtownie, następował orkan; już błyskawice pruły obłoki... już głuchy i przeciągły szum wichru oznajmiał zbliżenie się burzy.
Nagle ten, co nie może ani płakać, ani uśmiechnąć się, zadrżał. On, do którego żadna boleść fizyczna nie miała przystępu... nagle przycisnął rękę do serca, jakby w niem uczuł niespodzianie gwałtowny ból.
— Ach! — zawołał — czuję... w tej godzinie... wielu z moich... z potomków ukochanej siostry mojej, cierpią i na wielkie wystawieni są niebezpieczeństwa... Jedni w głębi Indyj... drudzy w Ameryce... inni tu, w Niemczech. Walka się wznawia, a ohydne namiętności znowu się rozsrożyły. O ty, która mnie słyszysz, ty, jak ja, przeklęta, Herodjado, dopomóż mi w ich obronie... Niech prośba moja dojdzie cię w głębi pustyń Ameryki, gdzie się znajdujesz w tej chwili... Byleśmy tylko... na czas przybyli!
Wtedy stała się rzecz nadzwyczajna.
Noc nadeszła.
Człowiek ten ruszył z miejsca śpiesznie... lecz niewidzialna siła zatrzymała go i popychała w przeciwną stronę...
W tejże chwili rozległy się piorunujące grzmoty. Burza wyrywała drzewa z korzeniami... wstrząsała skałami.
A pośród tego orkanu przy świetle błyskawicy, widać było człowieka z czarną pręgą na czole, schodzącego z góry po skałach pomiędzy wielkiemi drzewami, uginającemi się pod gwałtownym wiatrem.
Chód tego człowieka nie był już powolny, pewny i jednostajny... ale oporny, chwiejny, nierówny, jak u człowieka, walczącego daremnie z nieprzepartą siłą... lub porwanego w wir gwałtownego orkanu.
Napróżno wyciągał ku niemu rękę, błagając.

Znikł wkrótce pośród ciemności nocy i gromów burzy.

CZĘŚĆ TRZECIA.
DUSICIELE.
I.
SZAŁAS.

Podczas gdy Rodin wysyłał listy w różne części świata... z głębi Ulicy Ursynów, kiedy córki jenerała Simon, potajemnie opuściwszy oberżę pod Białym Sokołem, zostały schwytane wraz z Dagobertem i trzymane w więzieniu w Lipsku, inne sceny, wielce ciekawe dla tych osób, działy się równocześnie... na końcu świata, w Indjach na wyspie Jawie, niedaleko od miasta Batawji, gdzie mieszkał jeden z korespondentów Rodina, Josue Vandael.
Na wyspie Jawie, we wspaniałej i niebezpiecznej okolicy, gdzie wśród najpyszniejszych kwiatów ukrywają się straszliwe gady, gdzie najwyborniejsze owoce zawierają w swych sokach izjadliwą truciznę, gdzie rosną okazałe, ale cieniem swym zabijające drzewa; gdzie wampir, ów olbrzymi nietoperz, wysysający krew ze swojej ofiary, usypia ją, powiewając na nią chłodnem i wonnem powietrzem, najszybciej bowiem poruszany wachlarz nie wachluje tak prędko, jak upiżmowane skrzydła tego potwora.
Miesiąc październik 1831 roku kończył się już; była to właśnie godzina popołudniowa, godzina prawie śmiertelna dla każdego, kto się poważy wystawić na skwarne słońce, które na czysto-lazurowem niebie roztacza palące promienie światła rażącego wzrok.
W błękitnym cieniu, jaki rzucają jaskrawo-zielone drzewa o dziwacznych kształtach, tu zaokrąglone w ciemne sklepienia, tam wysmukłe jak wieżyce, a wszystkie tak liściaste, tak jedne z drugiemi posplatane, powikłane, iż przez ich liściowe dachy deszcz przedrzeć się nie może.
W takim cieniu drzew widać szałas, zbudowany z mat i bambusu.
Bagnisty zawsze grunt, pomimo skwarnego upału słonecznego, ginie pod niezmiernymi splotami pnących się roślin, osobliwych paproci, gęstego sitowia, roślinności, świeżej, niesłychanie bujnego wzrostu, która sięga aż do dachów szałasu, wyglądającego jak gniazdo w trawie.
Trudno sobie wyobrazić coś bardziej duszącego, jak owa atmosfera, przesycona wilgotnymi, jak para z wrzącej wody, gorącymi wyziewami o mocnej, przejmującej woni, gdyż cynamon, imbir, skfanotys, gardenja, pomieszane z rozmaitemi innemi ziołami, wydają z siebie te ostre aromaty.
Wąski a długi szałas zbudowany jest z mat plecionych z sitowia, rozpiętych na polach z grubych bambusów, wbitych w ziemię; pokrywa go obszerny dach z wielkich liści bananów; w jednym końcu kwadratowy otwór, służący za okno, opleciony drobniutką siatką z roślinnych włókien, aby się tędy nie zakradły gady.
Niedaleko od szałasu, pośród tej gęstwiny wznosi się ogromnej grubości martwe już, bardzo pochylone drzewo; z każdej szpary jego popękanej kory, czarnej, pokrytej mchem, wyrasta kwiat osobliwszy, nadzwyczajny, prawie fantastyczny; siatka w oku motyla nie jest przezoczystsza, ani świetniejszym ubarwiona szkarłatem, piękniejszym aksamitem; owe nieznane ptaki, co to we śnie tylko pokazują się nam, nie mają tak dziwnych postaci, jak owe szczególnych kształtów skrzydlate kwiaty, jakby chcące ulecieć ze swych cieniutkich, bezsilnych szypułek; długie kaktusy, gęste, okrągławe, z kształtu podobne do wężów, wiją się także około owego pnia i zwieszają swoje nitkowate szypułki, obciążone wielkimi kwiatami, zewnątrz srebrzysto białego, a w środku żywo-pomarańczowego koloru, z którego rozchodzi się przenikający zapach wanilji.
Mały ceglano-czerwony wąż, grubości gęsiego pióra, pięć do sześciu cali długi, wychyla do połowy płaską głowę z pośrodka ogromnego wonnego kwiatu, na którego dnie trzyma się resztą ciała przyczajony.
W głębi szałasu, na rozciągniętej macie, spoczywa we śnie młodzieniec.
Patrząc na jego złocisto-żółtawą cerę, rzekłbyś, że to miedziany posąg, od którego odbijają się promienie słońca; w postawie jego widać ujmującą prostotę; prawą rękę podłożył pod głowę nieco wzniesioną, obróconą ku górze; ramiona, pierś, ręce godne Antinousa, obnażone, skóra na ciele jędrna, gładka jak marmur, dziwnie odbija miedzianym kolorem od białawej sukni, która okrywa go od pasa aż do końca płowych stóp, na których palcach widać paznokcie gładkie, jak agat wypolerowany.
Na szerokiej, wydatnej piersi widać na bronzowym łańcuchu zawieszony bronzowy medaljon z kształtu i napisu całkiem podobny do medaljonu, jaki nosi jedna z córek jenerała Simon.


Ofiara
L. G. D. J.


Módlcie się za mnie


Paryż
dnia 13 lutego
1682



W
Paryżu
ulica Ś-go Franciszka Nr. 3
będziecie
po upływie półtora wieku
dnia 13 lutego
1832
Módlcie się za
mnie


Medaljon ten zakrywa w połowie na piersi młodzieńca bliznę rany.
Indjanin ten to Dżalma, ranę tę poniósł, gdy bronił ojca Róży i Blanki, jenerała Simon.
Rysy twarzy Dżalmy są bardzo regularne; jest to obraz pięknej, szlachetnej prostoty; czarne, niejako w ciemny błękit wpadające włosy, rozdzielające się na czole, spadają wolno na ramiona; delikatnie a śmiało rysujące się powieki, mają taki sam ciemno-błękitnawy kolor, jak długie brwi, które rzucają cień aż na bezwłose jeszcze policzki; mocno czerwone, dość wydatne, nieco otwarte usta oddychają z trudnością, sen jego jest ociężały, przykry, gdyż powietrze coraz gęstsze, na twarzy widać niekiedy kurczowe odruchy, jakby miał jakiś nieprzyjemny sen.
Dokoła niego panuje głęboka cisza.
Lekko powiewający wiatr nawet nie zaszeleści olbrzymieni liśćmi, sięgającemi aż do otworu, służącego za okno.
Po chwili liście te zaczynają poruszać się, jakgdyby je poruszało coś pomału czołgającego się pod niemi.
Kiedy niekiedy to słabe poruszenie ich nagle ustawało, i znowu nic nie zakłócało spokoju.
Po kilkakrotnie powtarzanych poruszeniach, wśród gęstwiny ukazała się głowa ludzka.
Była to jakaś podejrzana twarz zielonawo-bronzowego koloru, na głowie długie posplatane włosy, oczy bystre, wzrok dziki, a przytem pełen sprytu i chytrości.
Wstrzymując oddech, człowiek ten, należący do sekty dusicieli, sekty, o której niżej będzie mowa, pozostawał czas jakiś nieruchomy; potem, nie przestając kryć się w gęstwinie, posuwał się na klęczkach, odgarniając liście tak nieznacznie, iż nie było słychać najmniejszego szelestu.
Powoli i ostrożnie zbliżył się do owego grubego pochyłego pnia, którego spód, wprawdzie znacznie odległy był od szałasu, ale wierzch prawie dotykał dachu.
Dusiciel, nadsłuchując jeszcze przez chwilę, nareszcie niemal cały wychylił się z zarośli; prócz lekkiej białej bawełnianej opończy, którą przewiązał na sobie paskiem o krzyczących kolorach, człowiek ten był zresztą nagi, a ciało jego giętkie, nerwowe, było grubo wysmarowane oliwą.
Wspiąwszy się na pień, zasłonięty jego grubością, i otoczony wijącemi się roślinami, zaczął nadzwyczaj ostrożnie, cicho i cierpliwie piąć się na to drzewo.
Patrzącemu na jego wyginający się przy tem wspinaniu grzbiet, na giętkość poruszeń, na ukrytą w nich siłę, która musiała być straszną, zdawało się, że to zdradzieckie ruchy tygrysa, czatującego na swą zdobycz.
Niewidziany przez nikogo, pełzał po pniu aż do wierzchołka, który prawie dotykał dachu szałasu, i stąd już tylko o jednę stopę oddalony był od małego okienka.
Dusiciel wyciągnął ostrożnie głowę, zajrzał do środka szałasu, patrząc, jakby najłatwiej mógł się tam dostać.
Na widok Dżalmy, w głębokim śnie pogrążonego, podwoił się blask bystrych oczu Dusiciela; pewien rodzaj nerwowego kurczu, albo raczej niemego, drapieżnego uśmiechu odsłonił dwa rzędy zębów trójkątnych, jak zęby piły, zaostrzonych, połyskujących.
Dżalma leżał tuż przy drzwiach, otwierających się do środka, tak, iż za najmniejszem ich uchyleniem musiałby się koniecznie przebudzić.
Dusiciel, ciągle ukryty za pniem, chcąc zapewne jeszcze lepiej obejrzeć wnętrze szałasu, jeszcze bardziej wyciągnął głowę, i dla dogodności, wsparł się lekko ręką na oknie.
To poruszenie zachwiało wielkim kwiatem kaktusa, w którego kielichu siedział przyczajony wąż; ten wyskoczył, i, jak zwój bicza, jednym rzutem okręcił się około ręki Dusiciela.
Już to z bólu, już z przelęknienia, Dusiciel nie mógł się wstrzymać od lekkiego okrzyku... i cofając się, ciągle do pnia przyciśnięty, spostrzegł, że Dżalma poruszył się...
Istotnie, młody Indjanin, pozostając w niedbałej postawie, nawpół otworzył oczy, zwrócił głowę ku okienku, i głęookie westchnienie podniosło jego pierś, gdyż parne, gorące powietrze było bardzo ciężkie.
Ledwie Dżalma poruszył głowę, w tejże chwili rozległ się między wzruszonymi liśćmi krótki świst, jakim odzywa się rajski ptak, gdy podlatuje.
Usłyszawszy ten okrzyk drugi raz jeszcze, ale już słabiej powtórzony, jakgdyby ptak odzywał się z większej odległości, Dżalma, domyślając się przyczyny szmeru, który przed chwilą obudził go; wyciągnął powoli rękę, trzymaną pod głową i zasnął znowu, prawie w takiej samej, jak dotąd postawie.
Przez kilka minut panowała najgłębsza cisza.
Dokładnem naśladowaniem głosu ptaka Dusiciel starał się naprawić nieostrożny błąd krzyknięcia z bólu i przestrachu, jakiego nabawił go wąż, ukryty w kwiecie. Gdy już mógł sądzić, że Dżalma znowu zasnął, wyciągnął głowę i zobaczył, że się nie omylił. Wtenczas spuścił się z pnia z wielką ostrożnością, pomimo, że lewa ręka znacznie mu napuchła wskutek ukąszenia węża.
Dusiciel znowu zniknął w gęstwinie.
Wtem, w oddaleniu słyszeć się dał przeciągły, jednostajny, melancholijny śpiew.
Dusiciel stanął w krzakach i pilnie przysłuchiwał się głosowi.
Śpiew słychać było coraz bliżej szałasu, gdzie spał Dżalma.
Po chwili Indjanin, biało odziany, idący od strony, gdzie stały tu i owdzie pojedyńczo rosnące drzewa, zmierzał ku gęstwinie, w której ukrył się Dusiciel.
Ten wówczas zdjął z siebie długi, cienki sznureczek, którym był przepasany; na jednym jego końcu uwiązaną była, kształtu i wielkości kurzego jaja, ołowiana kula, drugi koniec owej linki okręcił około pięści prawej ręki... znowu się przysłuchiwał i znikł, czołgając się pomiędzy wielkiemi trawami, ku stronie, z której przychodził Indjanin, jeden ze służących Dżalmy; niósł on list do swego pana.
Służący szedł powoli, nie przestając śpiewać.
Był to młodzieniec mogący mieć lat zaledwie dwadzieścia, o brunatnej cerze.
Przybywszy na miejsce, gdzie ścieżki rozchodziły się, puścił się bez namysłu tą, co prowadziła do namiotu Dżalmy... od którego już ledwie o czterdzieści kroków był oddalony...
Ogromny motyl, jakich mnóstwo jest na wyspie Jawie, co, rozpostarłszy skrzydła, zajmują przestrzeń pięciu do sześciu cali, koloru ultra-maryny, przelatując z kwiatu na kwiat... usiadł na krzaku wonnej gardenji, tak, iż go łatwo było dosięgnąć ręką.
Spostrzegłszy to, młody Indjanin zaprzestał śpiewu i stanął; wysunął naprzód ostrożnie nogę, potem rękę... chcąc złapać motyla...
Nagle złowróżbny Dusiciel stanął przed Indjaninem, świst, podobny do puszczonej procy, obił się o jego uszy, i z szybkością rzucona linka trzykroć okręciła się dokoła szyi, a jednocześnie kula, znajdująca się na niej, gwałtownie uderzyła go w głowę.
Napad Dusiciela był tak nagły, tak niespodziany, iż sługa Dżalmy nie zdążył ani krzyknąć ani nawet jęknąć.
Zachwiał się na nogach...
Dusiciel szarpnął linką, ciągnąc jej koniec trzymany w ręku...
Śniada twarz Indjanina zczerniała, jak ciemny karmazyn, upadł na kolana, machając rękami.
Dusiciel przewrócił go... zacisnął linkę około szyi tak gwałtownie, iż krew wytrysła przez skórę... ofiara drgnęła jeszcze kilka razy konwulsyjnie, a potem... już ani znaku życia...
Podczas tej krótkiej, ale okropnej walki ze śmiercią, morderca, klęcząc przed swoją ofiarą chciwie czy chał na najmniejsze jej drgnienia, wlepił w nią nieruchome, iskrzące się oczy, i zdawało się, że pogrążył się w upojeniu okrutnej rozkoszy... nozdrza jego rozdęły się, żyły na skroniach i szyi nabrzmiały, i tenże sam straszny uśmiech, który szpecił jego twarz, kiedy spostrzegł, że Dżalma śpi, odsłonił znowu czarne, ostre zęby, któremi, skutkiem nerwowego drgania, zgrzytał...
Lecz wkrótce złożył ręce na wzdymających się mocno piersiach, spuścił głowę i zcicha wyrzekł kilka słów tajemniczych, podobnych do wzywania bóstwa lub modlitwy...
A potem oddał się znowu dzikiemu wpatrywaniu w trupa...
Krwawy, zwierzęcy wzrok tego człowieka okropniejszym był od wzroku hyjeny albo tygrysa, kiedy, gotując się do rozszarpania swej zdobyczy, usiadłszy przy niej, z rozkoszą spogląda na ofiarę... Lecz, przypomniawszy sobie, iż rzecz jeszcze nie załatwiona, z żalem oderwał się od lubego widowiska, a odjąwszy stryczek i opasawszy się nim, odciągnął ostrożnie trupa z drogi i schował go w zaroślach.
Dusiciel wrócił znowu w stronę namiotu Dżalmy i zbliżył się do niego, czołgając się ciągle na brzuchu.
Powiedzieliśmy już, że namiot tworzyły maty, rozpięte na bambusach.
Wydobywszy z za pasa nóż, którego obosieczne ostrze obwinięte było liściem bananowym, dusiciel zrobił w macie nacięcie na trzy stopy długie; uczynił to ostrożnie, cierpliwie i zręcznie, zwłaszcza, że nóż był bardzo ostry i najlżejsze pociągnięcie djamentu po szkle większego narobiłoby szelestu.
Dusiciel przysłuchiwał się znowu przez chwilę, schował nóż za pas, wsadził głowę do namiotu, zrobionym w macie otworem, i zajrzał wewnątrz.

Widząc, że Dżalma śpi mocno, nie zawahał się wsunąć do środka z niesłychaną śmiałością.

II.
NAPIĘTNOWANIE.

Niebo, dotąd czysto-błękitne, pogodne, powoli czerwienić się zaczęło; rzadkie promienie słońca, przebijając się tu i owdzie przez ponure sklepienie drzew, dochodziły do okna namiotu, ale już blade, jakby przynosiły złą wróżbę.
To przyćmione światło okrywało wszystkie przedmioty dziwnym blaskiem, jaki możnaby wystawić sobie, gdyby się patrzyło przez szkło miedziano-czerwone, zafarbowane.
W tamecznym klimacie taki fenomen, w połączeniu z niezmiernym upałem gorącej strefy, zapowiada zawsze nadchodzącą burzę.
Istotnie ociężałe, duszące powietrze stawało się nieznośnem;; duże krople potu okrywały, jak perły, czoło Dżalmy, ciągle pogrążonego we śnie.
Dusiciel, czołgając się jak wąż koło ściany namiotu, przesunął się aż do maty, na której leżał Dżalma, i przy nim przytulił się spłaszczony, aby jak najmniej zabrać miejsca.
Patrząc na dusiciela, leżącego przy Dżalmie, którego życie było na jego łasce, widzieć było można po kurczach twarzy, że w piersiach tego człowieka toczyła się gwałtowna walka...
Instynkt, chęć zabójstwa, walczyły w tej srogiej duszy przeciwko rozkazom, które odebrał, gdyż nie powinien był zabijać Dżalmy.
Może zamiar jego zgubniejszy był nad śmierć samą...
Dwa razy, pałając dziką żądzą, opierał się tylko na jednej lewej ręce, a prawą chwytał za stryczek... i dwa razy porzucał go: instynkt morderstwa ustępował wszechwładnej woli, której Malajczyk nawykł być posłusznym.
Namiętność do morderstwa dochodzić w nim musiała do szaleństwa, bo przez wahanie tracił drogocenny czas.
Dżalma każdej chwili mógł się obudzić, a posiadał siłę, zręczność i odwagę.
Nawet bez broni strasznym byłby przeciwnikiem dla dusiciela.
Nareszcie Malajczyk, stłumiwszy w piersiach westchnienie żalu, wziął się do dzieła.
Dżalma spał z głową opartą na podłożonej ręce.
Wypadało, nie budząc go, dokazać, iżby odwrócił twarz ku drzwiom, ażeby, w razie, gdyby się nawpół przebudził, wzrok jego nie padł odrazu na dusiciela. Teraz zaś, dla dopięcia zamiaru, trzeba było przebyć kilka minut w namiocie.
Niebo coraz bardziej zachmurzyło się... podobne było do rozpalonej miedzi. Upał doszedł do najwyższego stopnia; powietrze tak było naładowane elektrycznością, iż prócz przenikliwego zapachu kwiatów czuć było mocną woń siarki; wszystko się przyczyniało do pogrążenia w głębokim śnie Dżalmy i ułatwienia zamiarów dusiciela, który, klęcząc przy nim, zaczął zręcznymi, oliwą wysmarowanymi końcami palców, lekko dotykać czoła, skroni i powiek młodego Indjanina, z taką niezwykłą zręcznością, iż tenże ledwie to mógł uczuć.
Po kilku chwilach tych magnetycznych czarów, obfitszy jeszcze pot wystąpił na czoło Dżalmy; westchnął głęboko, potem dwa czy trzy razy zadrgały mu muskuły na twarzy, gdyż dotykanie to, chociaż tak lekkie, iż obudzić go nie mogło, sprawiało jednak na nim przykre wrażenie.
Dusiciel, nie spuszczając go z niespokojnego i pałającego oka, nie zaprzestawał swoich manewrów, wykonywał je tak cierpliwie i zręcznie, iż Dżalma, ciągle śpiący, a nie mogąc już dłużej znieść niemiłego uczucia, którego przyczyny nie pojmował, machinalnie sięgnął do twarzy, jakgdyby chciał uwolnić się od dokuczania owadu; lecz brakło mu sił, i prawie natychmiast ręka jego ociężała, bezwładna, opadła mu na piersi...
Dusiciel, widząc, że tym sposobem zbliża się już do swego celu, powtarzał macanie powiek, czoła i skroni, równie delikatnie i zręcznie.
Wtedy Dżalma, nie mogąc już tego znieść, ale snem znużony, i pewno nie chcąc albo też nie mogąc podnieść ręki do twarzy, odwrócił głowę, która bezwładnie opadła na prawe ramię, jakby starając się uchronić od doznawanego drażnienia.
Gdy się to dusicielowi udało, łatwo już mógł dopiąć swego zamiaru.
Ażeby jednak mocniej uśpić Dżalmę, którego sen stał się lżejszym, zaczął naśladować ogromnego nietoperza, i jakby skrzydłami machał ostrożnie rozciągniętemi rękami nad pałającą twarzą młodego Indianina.
Uczuwszy niespodziewany, a wśród takiego upału tak miły chłód, Dżalma wypogodził twarz; pierś jego uniosła się, nawpół otwarte usta odetchnęły przyjemnym powiewem chłodnego powietrza i zasnął tem mocniej, że go już nic nie drażniło.
Znaki, zapowiadające burzę, stawały się coraz groźniejsze, zapach siarki wzmagał się; chwilami liście, poruszone elektrycznemi powiewy, szeleściały na gałązkach, to znów następowała ponura cisza.
Wtem błyskawica czerwonawem, niebezpiecznem światłem oświeciła cieniste sklepienie drzew, pod któremi stał namiot; w obawie, ażeby pierwszy odgłos grzmotu nie obudził Indjanina, dusiciel pośpieszył z wykonaniem postanowienia.
Dżalma, leżąc nawznak, od głowy aż do pasa obnażony, miał głowę schyloną na prawe ramię. Dusiciel, siedząc przy jego lewym boku, powoli przestawał go wachlować; potem z nadzwyczajną zręcznością uchylił muślinowy szeroki rękaw u lewej ręki aż po łckie:
Z kieszeni szerokich spodni wydobył pudełeczko, wyjął z niego bardzo cienką i nadzwyczaj szpiczastą igiełkę, ukłół głęboko raz, drugi i trzeci mały kawałek żółtawego korzenia, również znajdującego się w pudełku.
Za każdem ukłóciem wydobywał się z korzenia białawy, klejowaty sok; gdy igła dosyć już namoczyła się w tym soku, dusiciel schylił się i zwolna chuchał na wierzchnią stronę ramienia Dżalmy, aby sprawić w tem miejscu nowe wrażenie chłodu, jednocześnie zaś napuszczonym końcem igły, leciuchno pisał na skórze śpiącego młodzieńca kilka tajemniczych, symbolicznych znaków.
Wykonał to tak lekko i zręcznie, koniec igły był tak delikatny, tak ostry, iż Dżalma nie uczuł zranienia, które z początku okazało się tylko w postaci delikatnych blado różowych kresek na skórze, grubości ledwie włosa ludzkiego; ale ów sok, którym igła była napuszczona, był tak zjadliwy, chociaż wolno działający, iż, wsiąkając zwolna pod skórę w przeciągu jednej doby, pozostawić miał na niej czerwono-fioletowy, bardzo wyraźny napis, którego zrazu prawie nie można było dojrzeć.
Dusiciel, wddząc, że zamiar udał mu się zupełnie, z radością uśmiechał się, owym niemym złośliwym uśmiechem, który już raz odsłonił jego spiczaste czarno-połyskujące zęby...

Potem, oddalając się na klęczkach od maty, wypełzł z namiotu otworem, którym się był do niego dostał, i znikł w chwili, gdy przytłumiony odgłos piorunu rozległ się w oddali[1].

III.
PRZEMYTNIK.

Burza oddawna przeminęła, słońce już na zachodzie; około sześciu godzin upłynęło, odkąd dusiciel, zakradłszy się do namiotu Dżalmy, utatuował go, pomimo jego wiedzy, tajemnymi znaki.
Jeździec jakiś szybko pędził długą aleją.
Był to młody Indjanin, nie wiedzący o tem, że, gdy spał, na ręce jego napisane zostały niezatarte znaki.
Jego jawańska klacz jest miernego wzrostu, dzielna i pełna ognia, maści karej jak smoła, a wąski czerwony kobierzec zastępuje siodło.
Żaden z owych przedziwnych, tak mistrzowsko odtworzonych w rzeźbie na fryzie Partenonu jeźdźców, nie wygląda ani tak wdzięcznie, ani tak śmiało, jak ten młody Indjanin, na którego pięknej, zachodzącem słońcem oświetlonej twarzy jaśnieje pogoda szczęścia; jego oczy błyszczą radością, rozszerzone nozdrza, wpół otwarte usta napawają się rozkoszną wonią kwiatów i balsamicznym zapachem drzew, które po niedawnym deszczu, spadłym po burzy, jeszcze nie obeschły.
Przy wiśniowego koloru czapce, bardzo podobnej do greckiego ubioru głowy, osadzonej na czarnych włosach Dżalmy, złocisto-żółtawa cera jego twarzy odbijała jeszcze mocniej; szyja jego była obnażona; odziany w kaftan z białego muślinu, z szerokiemi rękawami, przepasamy był czerwonym pasem; bardzo szerokie z białej bawełnianej tkaniny spodnie pozwalały widzieć do połowy obnażone, śniadego koloru lśniące nogi, których kształty dokładnie uwydatniały się na karych bokach klaczy, którą Dżalma zlekka przyciskał łydkami; stopy odziane były w zgrabne sandały z czerwonego safjanu.
Polot jego myśli, to gwałtownych, to znów powściąganych malował się, iż tak powiem, w chodzie, jaki nadawał swej klaczy; chód ten był to śmiały, przyśpieszony, jak wyobraźnia, która unosi się bez hamulca, to znów spokojny, miarowy, jak rozwaga, następująca po nierozsądnej nadziei.
W tak rozmaitym biegu, najmniejsze poruszenia Dżalmy były pełne powabnego, wyniosłego, swobodnego, nieco dzikiego wdzięku.
Myślał właśnie w tej chwili o Paryżu, owem czarownem mieście, o którem nawet w Azji, również czarownej części świata, tyle dziwnych krążyło powieści, myślał o tych pięknych kobietach, które przewyższały jeszcze pięknością swą cuda wielkiej stolicy całego świata, jak to słyszał często od jenerała Simon.
Nic dziwnego więc, że młody Indjanin był teraz obojętnym na otaczające go piękności świetnej natury.
A tymczasem wśród wspaniałej okolicy, kędy przejeżdżał, tysiące ptaków świergotaniem i igraszkami, witało ten piękny wieczór; zielone i czerwone papugi wyłaziły na wierzchołki akacyj, majna-majna, wielki, śliczny, błękitny ptak, którego szyja i długi ogon połyskują złotem, ścigał czarną jak aksamit wilgę; fijołkowo-tęczowych kolorów gołąb Kolo odzywał się wdzięcznem gruchaniem obok rajskiego ptaka, którego jaskrawa barwa łączyła w sobie pryzmatyczny blask szmaragdu i rubinu, topazu i szafiru.
Niepodobna opisać widoku tej przyrody, tak zbytkownie bogatej, czarującej kolorami, zapachami i całym układem.
Dżalmie, nie mogącemu pozostać nieczułym na widok takich wspaniałych bogactw natury, zdawało się, że wśród bujnej zieloności i cudnych kwiatów przesuwają się zachwycające postacie kobiet francuskich, na dewszystko Paryżanek, które sobie wyobrażał z całą bujnością dziewiczej ognistej fantazji.
Nie mogąc już dłużej powściągnąć gorących wzruszeń, które niepokoiły go od kilku minut, uniesiony ich nadzwyczajnym szałem, krzyknął nagle męskim, dźwięcznym głosem i, wspiąwszy klacz, poskoczył, jakby w uniesieniu nadzwyczajnej radości...
Jasny promień słońca, przebiwszy się przez gęste sklepienie drzew, oświecił go całego.
Dżalma, wyzuty z dziedzictwa i ojcowskiego kraju przez Anglików, uwięziony jako jeniec stanu po śmierci ojca, który poległ z orężem w ręku, został następnie uwolniony.
Jenerał Simon, przez cały czas uwięzienia Dżalmy, mieszkał w okolicy fortecy, w której trzymano księcia; potem obaj udali się do Batawji, gdzie syn Kadyi-Singa zamierzał objąć skromną spuściznę po matce.
Między temi szczątkami, o które ojciec nie dbał, znalazły się ważne papiery i medaljon zupełnie taki, jaki był w posiadaniu Róży i Blanki.
Jenerał Simon, zdziwiony i uradowany tem odkryciem, które przekonywało, że matka Dżalmy była spokrewniona z jego żoną, a zarazem zapewniało księciu niemałe korzyści na przyszłość, pozostawił Dżalmę w Batawji, dla ukończenia interesów, a sam udał się na wyspę Sumatrę; mówiono mu, że jest tam okręt, który wkrótce popłynie wprost do Europy, a młodemu Indjaninowi również wypadało śpieszyć co prędzej do Paryża na dzień trzynastego lutego 1832 roku.
Skoroby jenerał Simon znalazł okręt, odpływający wprost do Europy, natychmiast miał powrócić po Dżalmę; i dlatego ten jeździł do portu, spodziewając się, iż ojciec Róży i Blanki przybędzie ze statkiem z Sumatry.
Dżalma bardzo wcześnie utracił matkę; dzieckiem jeszcze będąc, towarzyszył ojcu w wielkich łowach na tygrysy; zaledwo był młodzieńcem, szedł już z ojcem w obronie kraju, na wojnę... ciężką i krwawą.
Od śmierci matki pędził życie wśród lasów i gór ojczystych, a w nieustannych walkach przechował szlachetną naturę w dzielnym stanie dziewiczej czystości, nazywano go wspaniałym i nikt też nie był godniejszym tego przydomku.
Jako książę, okazywał się zawsze prawdziwym księciem, a w niewoli nakazywał swym dozorcom poszanowanie, milczeniem utrzymując swoją godność.
Nigdy nie usłyszano z ust jego skargi, na nic się nie żalił, zawsze poważny i melancholijnie spokojny... pomimo brutalnego obejścia, które go nieraz spotykało.
Aż dotąd przyzwyczajony do patrjarchalnego życia góralskiego w swym kraju, które przerwała tylko kilkomiesięczna niewola u Anglików, Dżalma nie znał, iż tak powiem, ucywilizowanego życia.
Nie mając rzeczywistych wad, Dżalma posuwał aż do ostateczności zalety charakteru: niezachwiany w dotrzymywaniu zaprzysiężonej wiary, poświęcający się choćby kosztem własnego życia, ufny bez granic, dobry aż do zupełnego zapomnienia o sobie samym, nieubłaganym był dla każdego, ktoby się okazał niewdzięcznym, kłamcą lub wiarołomnym.
Był to człowiek uczuciowy i bezwzględny. A taki człowiek w walce z temperamentem, wyrachowaniem, obłudą, oszustwem, podejściami, nieszczerością wyrafinowanego, jak np. paryskiego towarzystwa, przedstawiałby obraz bardzo ciekawy dla badacza...
Od kilku już chwil jakiś człowiek zbliżał się szybko ścieżką, która prowadziła prosto do alei, kędy przejeżdżał Dżalma:
Człowiek ten stanął na chwilę w cieniu drzew, z zadowoleniem przypatrując się Dżalmie.
W rzeczy samej pięknie wyglądał przy żywo-złocistem świetle młodzieniec o miedzianej cerze, pełen zapału, ubrany w obszerny strój, jadąc, na dzielnej, karej klaczy, która pianą okryła czerwone cugle i której długi ogon i gęsta grzywa falowały od powiewu wiatru.
Jak to się zdarza w następstwie zbyt żywej radości, Dżalma uczuł napad niezwykłej, ale miłej melancholji; sięgnął ręką do oczu, zroszonych łzami, i puścił wolno cugle posłusznej klaczy, która stanęła natychmiast, wyciągnęła łabędzią szyję i zwróciła głowę ku człowiekowi, którego spostrzegła w krzakach.
Człowiek ten, nazwiskiem Mahal, kontrabandzista z zajęcia, odziany był prawie tak, jak majtkowie europejscy.
Miał na sobie bluzę i spodnie z białego płótna, przepasany szerokim czerwonym pasem, na głowie obszerny kapelusz słomiany.
Mahal śpiesznie zbliżył się do młodego Indjanina.
— Wszak książę Dżalma... — zagadnął niezłą francuszczyzną, podnosząc z uszanowaniem rękę do kapelusza.
— Czego chcesz? — odparł tenże.
— Jesteś pan... — synem Kadży-Singa?
— Tak, więc czego chcesz?
— Przyjacielem jenerała Simon...
— Tak, jenerała Simon... — zawołał Dżalma.
— Jeździsz pan na jego spotkanie codziennie, od czasu, jak spodziewasz się pan przybycia jego z Sumatry.
— Tak... skądże o tem wiesz? — rzekł Indjanin, patrząc na kontrabandzistę ciekawie i ze zdziwieniem.
— Wylądować ma on w Dinao... a nie w Batawji.
— To... może od niego przychodzisz?
— Może — rzekł kontrabandzista z wahaniem... Ale czy jesteś pan synem Kadży-Singa?
— Jestem... mówię ci... ale gdzieżeś widział jenerała Simon?
— Ponieważ jesteś pan synem Kadży-Singa, — rzeki Mahal, patrząc ciągle na Dżalmę podejrzliwem okiem, — jakiż jest pański przydomek?...
— Nazywano mego ojca „ojcem wspaniałego“, odpowiedział młody Indjanin, a chmura smutku zasępiła jego piękną twarz.
Można było widzieć, że te słowa zaczynały przekonywać Mohala o tożsamości Dżalmy, jednakże, chcąc, jak się zdaje, lepiej się upewnić, mówił dalej:
— Odebrałeś pan zapewne przed dwoma dniami list od jenerała Simon... pisany z Sumatry.
— Tak... ale czemu o to pytasz?
— Abym był pewny, iż rzeczywiście jesteś wspaniały... i abym wypełnił dane mi rozkazy...
— Od kogo?
— Od jenerała Simon...
— A gdzież on jest?
— Gdy będę miał dowód, że jesteś pan synem Kadży-Sigan, to powiem ci; oznajmiono mi, że jeździsz pan na karej klaczy mającej czerwoną uzdeczkę... ale...
— Powiedz-że mi, zaklinam cię na krew mojej matki!
— Wszystko panu powiem... jeżeli będziesz mógł oświadczyć mi, jaka drukowana kartka znajdowała się w liście jenerała Simon, przesłanym z Sumatry.
— Wycinek z dziennika francuskiego.
— A co było w tym dzienniku? pomyślna, czy nieprzyjemna wiadomość dla jenerała?
— Pomyślna, donoszono nam, że podczas nieobecności jenerała rząd francuski uznał ostatnią jego rangę i tytuł... nadane przez cesarza, podobnie, jak to uczynił dla innych jego towarzyszy, również wygnańców.
— A więc to pan jesteś, rzekł kontrabandzistą, — mogę mówić... jenerał Simon wylądował na wyspie Jawie... tej nocy....
— Tej nocy.
— Bo musi się ukrywać...
— On... a to dlaczego?
— Nie wiem...
— Ale gdzież on jest? — zawołał Dżalma niespokojny.
— O trzy mile stąd... niedaleko od morza... w zwaliskach Tchandi...
— On... zmuszony ukrywać się... — powtórzył Dżalma, a na jego twarzy malowało się zadziwienie i niepokój.
— Wiesz pan, gdzie są zwaliska Tchandi? — rzekł kontrabandzista.
— Wiem... i jenerał Simon na mnie tam oczekuje?...
— Tak jest, oczekuje na pana...
Dżalma prędko poruszył się, chcąc puścić się galopem, ale kontrabandzista zatrzymał go i rzekł:
— Zaklinam pana na krew twojej matki... nie puszczaj się tam za dnia, zaczekaj nocy... uwaga zwrócona jest na pana... przez to odkryłbyś schronienie jenerała Simon... Nie wracaj do Batawji, ale, gdy się dobrze zciemni, udaj się sam do zwalisk Tchandi... To rozkazał powiedzieć panu jenerał Simon... oczekuje cię...
— Więc ty z nim przybyłeś z Sumatry?
— Byłem sternikiem małego nadbrzeżnego statku kontrabandzistów, który go wysadził na ląd... Jenerał prosił pana, abyś przybył około zachodu słońca na jego spotkanie do Amor-Fikin, pewny będąc, że cię spotkam na drodze... udzielił mi wiadomości z listu, któryś pan odebrał, abym cię przekonał, że od niego przychodzę; gdyby mógł, byłby do ciebie napisał.
— A nie powiedział ci, dlaczego zmuszony jest ukrywać się?...
— Nic mi nie mówił.
— Może szukają go Anglicy, dlatego, że się przyczynił do mojej ucieczki, — pomyślał sobie Dżalma, a ponieważ to przypuszczenie było prawdopodobnem, tej okoliczności przypisał potrzebę ukrywania się jenerała Simon.
Po chwili milczenia rzekł do kontrabandzisty:
— Czy wracasz do Batawji?
— Tak jest... i to bardzo spiesznie... Już długo z panem gawędzę... a obawiam się, aby mnie nie śledzono...
— Czy podejmiesz się odprowadzić mego konia do miasta?...
— Ale jak mnie zobaczą...
— Mój dom jest za miastem, między drzewami, obok nowego meczetu...
— Wiem, wiem, rozpowiedział mi jenerał Simon o pańskiem mieszkaniu; udałbym się tam, gdybym pana nie spotkał tu... to niech mi pan da konia...
Dżalma zeskoczył lekko na ziemię, rzucił cugle kontrabandziście, odwiązał swego pasa, wyjął z niego mały jedwabny woreczek i dał go, mówiąc:
— Byłeś wierny i usłużny... Masz. To niewiele... ale nie mam więcej.
— Słusznie Kadża-Sing przezwany był „ojcem wspaniałego“, — rzekł kontrabandzista, kłaniając się z uszanowaniem i wdzięcznością.
I puścił się drogą, wiodącą od Batawji, prowadząc za sobą klacz Dżalmy.

Młody Indjanin udał się w zarośla, idąc śpiesznie ku zwaliskom Tchandi.

IV.
JOZUE VAN DAEL.

Jozue von Dael, przemysłowiec holenderski, korespondent Rodina, urodził się w Batawji, stolicy wyspy Jawy.
Rodzice oddali go na nauki do Pondichery, do kolegjum Jezuickiego. Tam przyjęty został do zakonu, wykonawszy potrójne śluby, czyli, jak pospolicie mówią, został „koadjutorem świeckim“.
Uczciwość Jozuego uchodziła za nieskazitelną; nadzwyczaj rzetelny w interesach, zimny, przezorny, zręczny, ostrożny, niepospolicie przenikliwy, w operacjach handlowych prawie zawsze szczęśliwy, jakby władza jaka cudowna dostarczała mu potrzebnych wiadomości, pozwalała przewidywać wypadki, mogące korzystnie wpłynąć na umowy handlowe.
Dom handlowy Jezuitów w Pondichery brał udział w jego czynnościach; powierzał mu wywóz i zamianę produktów, otrzymywanych z rozległych dóbr, jakie rzeczone przedsiębiorstwo posiadało w kolonjach.
Van Dael mało mówił, wiele słuchał, nigdy nie spierał się, był niezmiernie uprzejmy. W braku sympatji, wzbudzał dla siebie zimny szacunek, jaki okazuje się zwykle skrupulatnym przestrzegaczom obyczajności. Nie dał się uwieść wpływom swobodnego, często rozwiązłego życia, prowadzonego na kolonjach, i pozostało w jego powierzchowności coś poważnego, czem jednał sobie poszanowanie wśród gminu.
Był to właśnie ten sam wieczór, w którym Dżalma udać się miał do zwalisk Tschandi, w nadziei, że tam zastanie jenerała Simon.
Jozue wszedł do swego gabinetu, gdzie widać było kilka szafek z półkami i drobnemi przegródkami, a w nich pełno papierów, wielkich ksiąg kasowych, pootwieranych na pulpitach i ogromne biurko, sprowadzone niegdyś z Europy.
Jedno tylko było okno w tym gabinecie i mocno zewnątrz żelazną kratą opatrzone, wychodziło na małe puste podwórko.
Jozue, postawiwszy na biurku świecę ze szklanną latarnią, spojrzał na zegar ścienny.
— Godzina dziewiąta, — rzekł. — Wkrótce Mahal powróci...
To mówiąc, wyszedł, minął przedpokój, otworzył drugie potężne drzwi, okute wielkiemi gwoździami na sposób holenderski, przeszedł cicho dziedziniec, aby go właśni ludzie nie spostrzegli i odsunął sekretną zaporę, która zamykała na sześć stóp szerokie podwoje bramy, przerażająco najeżone żelaznymi kolcami. Potem, zostawiwszy tę bramę otworem, wrócił do swego gabinetu i starannie pozamykał za sobą wszystkie drzwi. Tu Jozue usiadł przy swem biurku, wyjął z szufladki o podwójnem dnie długi list albo raczej pamiętnik od niejakiego czasu zaczęty i dzień za dniem pisany.
Wspomnieć tu nie zawadzi, że list pisany do Rodina, wcześniejszym był, niż uwolnienie Dżalmy i przybycie jego do Batawji.
Pamiętnik, o którym się wspomniało, również adresowany był do Rodina; w następujący sposób pisał go dalej Jozue: „Jak powiedziałem wczoraj, w obawie powrotu jenerała Simon, o którym dowiedziałem się, przejmując jego listy, które po przeczytaniu kazałem oddawać nienaruszone Dżalmie, zmuszony czasem i okolicznościami, musiałem chwycić się ostatecznych środków, nie zaniedbując przecież nadać rzeczom dobrego pozoru.
„A wreszcie nowe niebezpieczeństwo nakazywało mi koniecznie tak postąpić.
„Parostatek Ruyter wczoraj tu zawinął.
„Statek ten odpływa stąd wprost do Europy, udając się do Suezu, gdzie pasażerowie, wysiadłszy, jadą do Aleksandrji. tam wsiadają na inny statek i płyną do Francji.
„Przeprawa ta, prosta i szybka, tylko siedem do ośmiu tygodni czasu zajmuje; teraz mamy koniec października; książę Dżalma mógłby więc stanąć we Francji około początku stycznia, czemu właśnie, według twych instrukcyj, przeszkodzić należy wszelkiemi sposobami; gdyż, jak raczyłeś mię zawiadomić, jeden z najważniejszych interesów towarzystwa naszego wieleby ucierpiał, gdyby książę Dżalma stanął w Paryżu dnia 13 lutego przyszłego roku.
„Jeżeli, jak się spodziewam, uda mi się przeszkodzić mu w korzystaniu ze statku Ruytera, przybycie Indjanina do Francji przed kwietniem, stanie się niemożliwem, gdyż jeden tylko Ruyter odbywa podróż prostą drogą, inne statki potrzebują najmniej czterech do pięciu miesięcy na podróż do Europy.
„Nim ci powiem o nadzwyczajnym środku, do którego musiałem uciec się, a o którego skutku nie wiem jeszcze do tej chwili, dobrze będzie, abyś wiedział o niektórych okolicznościach.
„Przed niedawnemi czasy odkryto w Indjach angielskich pewien rodzaj stowarzyszenia, którego członkowie nazywają się pomiędzy sobą bracią dobrego uczynku, lub Phansegars, co znaczy dusiciele, gdyż ci zabójcy nie rozlewają krwi, duszą ludzi nie w celu rabowania ich, lecz raczej idą za zabójczem powołaniem, posłuszni prawom piekielnego bóstwa, która nazywają Botwania.
„Ażeby ci dać lepsze wyobrażenie o tej obmierzłej kaście, przytoczę kilka ustępów z raportu pułkownika Fleeman, który z niezmordowaną gorliwością ścigał to tajne stowarzyszenie; raport ten ogłoszony został drukiem przed dwoma miesiącami. Oto z niego wyjątek; są to słowa pułkownika...
„Od 1822 do 1824 r., kiedy sprawowałem obowiązki sądowe i administracyjne w okręgu Nersinpour nie zostało popełnione zabójstwo, ani najmniejsza kradzież przez zwyczajnego złoczyńcę, o których bym nie miał natychmiast wiadomości; ale gdyby mi kto powiedział w owej epoce, że dziedziczna banda morderców z profesji zamieszkiwała miasto Kundelin, ledwo o czterysta kroków odległe od mego sądu i mojej administracji: że rozkoszne gaje miasta Mundescen, o dzień drogi od mej siedziby, były miejscem zamieszkania sprawców najokropniejszych morderstw w całych Indjach; że liczne bandy braci dobrego uczynku, przybywające z lndostanu i Dekanu, miewały schadzki pod cieniem tych drzew; że się tam zbierali jak na jakie uroczystości, aby dopełniać swego okropnego powołania na wszystkich drogach, które krzyżują się w tych okolicach; gdyby mi kto coś podobnego mówił, wziąłbym go za warjata; a przecież nie było nic prawdziwszego: podróżni setkami grzebani byli co rok w owych gajach Mundesów, i całe pokolenie zabójców żyło przed niemi drzwiami wtedy, kiedy ja byłem głównym rządcą tej prowincji, i szerzyło zbrodnie aż do okolicy Poonach i Hyddcabadu. Nie zapomnę nigdy, jak, dla przekonania mnie, jeden z pomiędzy dowódców tych dusicieli, zostawszy donosicielem, w tem samem miejscu, na którem stał mój namiot, odkopał trzynaście trupów i ząpewniał mnie, że naokoło tegoż namiotu wydobędzie ich nieskończoną liczbę.
„Te kilka słów pułkownika Fleeman dadzą ci wyobrażenie o tem okropnem stowarzyszeniu, które ma swe prawa, swe obowiązki, swe zwyczaje odrębne od wszelkich praw boskich i ludzkich.
„Poświęcając się jedni dla drugich aż do heroizmu, „synowie dobrego uczynku“ uważają za nieprzyjaciół wszystkich, którzy do nich nie należą. I przez straszny prozelityzm wszędzie sobie werbują członków; ci apostołowie religji zabójstwa opowiadają wszędzie w ukryciu swoje szkaradne nauki.
„Trzech z pomiędzy ich głównych naczelników i jeden uczeń, uciekając przed zawziętym pościgiem Anglików, gdy się im udało wymknąć, przybyli na północny brzeg Indji aż do cieśniny Malakka, leżącej niedaleko od naszej wyspy; pewien kontrabandzista, poniekąd również rozbójnik morski, nazwiskiem Mahal, zabrał ich na swój nadbrzeżny statek i tu przywiózł; spodziewają się oni, że przez jakiś czas będą mieli tu bezpieczne schronienie. Idąc za radą kontrabandzisty ukryli się w gęstym lesie, gdzie są zwaliska świątyń, których liczne podziemia dobremi będą dla nich kryjówkami.
„Pomiędzy tymi trzema przebiegłymi naczelnikami, jeden odznacza się nadzwyczajną dzielnością i dlatego najniebezpieczniejszym jest człowiekiem; jest to metys, czyli urodzony z białego i Indjanki; mieszkał on długo w miastach, gdzie, są kantony Europejskie, mówi bardzo dobrze po angielsku i po francusku; dwaj inni hersztowie to Murzyn i Indjanin; nowo-przybrany jest Malajczykiem.
„Kontrabandzista Mahal, spodziewając się znacznej nagrody, gdyby wydał tych trzech hersztów i ich ucznia, przyszedł do mnie, wiedząc, jak to wszyscy wiedzą, że jestem w ścisłych stosunkach z osobą, wywierającą wielki wpływ na naszego gubernatora; trzy dni temu więc, pod pewnymi warunkami, ofiarował mi się wydać Murzyna, Metysa, Indjanina i Malajczyka...
„Oto są jego warunki: dosyć znaczna suma, tudzież najspieszniejsze odesłanie go do Europy, w przeciwnym bowiem razie nie uszedłby nieubłaganej zemsty dusicieli.
„Przyobiecałem mu być pośrednikiem u gubernatora, ale również pod pewnymi warunkami, zupełnie niewinnymi, dotyczącymi Dżalmy; doniosę ci, jakie to były warunki, jeżeli się mi zamiar mój uda; wkrótce o tem będę wiedział, gdyż Mahal przybędzie tu za chwilę. List ten odejdzie statkiem parowym Ruyter, gdzie zamówiłem miejsce dla Mahala, i wyślę go, jeżeli wykona, jak należy, moje polecenie.
„Tymczasem pomówię cokolwiek o interesie, wprost mnie dotyczącym.
„W tym samym liście, w którym donosiłem ci o śmierci ojca Dżalmy i o uwięzieniu ostatniego przez Anglików, żądałem wiadomości o stanie interesów barona Tripeaud, bankiera i rękodzielnika w Paryżu, który ma kantor w Kalkucie.
„Teraz wiadomości te już nie są mi potrzebne, i proszę działać stosownie do okoliczności.
Kantor jego w Kalkucie winien nam, to jest mnie i domowi naszemu w Pondichery znaczne sumy; mówią, że stan jego interesów jest bardzo niebezpieczny.
Założył on fabrykę, aby przez nieubłaganą konkurencję zgubić ogromny od dawna istniejący, zakład przemysłowy Franciszka Hardy, człowieka wielce przedsiębiorczego.
„Zapewniają mnie, że ten zamiar pochłonął już baronowi Tripeaud, bez nadziei zwrotu, znaczne kapitały.
„Bezwątpienia, wiele on zaszkodził Franciszkowi Hardy; ale, jak mówią, nadwyrężył również majątek własny, jeżeli zbankrutuje, ja i nasi stracić możemy na tem bardzo wiele.
„Czyżby nie można w takim stanie rzeczy, potężnymi wszelkiego rodzaju, jakie mamy w swem ręku, środkami, zniszczyć zupełnie kredyt i przywieść do upadku przedsiębiorstwo Franciszka Hardy, chwiejące się już skutkiem zawziętej rywalizacji barona Tripeaud; gdyby się to udało, baron odzyskałby wkrótce to, co stracił, a upadek jego rywala zapewniłby mu powodzenie i zabezpieczył wypłatę naszych należności.
„Bezwątpienia, smutną jest, nadzwyczaj bolesną rzeczą uciekać się do podobnych środków ażeby nie tracić swego mienia; ale cóż czynić?
„Mimowoli chwytać trzeba niekiedy za oręż, jakiego codziennie używają przeciw nam. Zmusza nas do tego niesprawiedliwość i złość ludzka i nic nam innego nie pozostaje, tylko poddać się swojemu losowi.
„Wreszcie, jest to tylko pokorne przedstawienie, które ośmielam się zanieść, jeślibym i sam mógł to uczynić, nie odważyłbym się, gdyż wola moja nie należy do mnie; moja wola i wszystko, co posiadam, należy do tych, którym wykonałem przysięgę na nieograniczone i nieodmienne posłuszeństwo“.
W tej chwili lekki szelest da dworze zwrócił uwagę Jozuego.
Wstał pośpiesznie i zbliżył się do okna.
Natychmiast słyszeć się dało trzykrotne pukanie w okiennicę.
— Czy to ty, Mahalu? — zapytał Jozue zcicha.
— Ja, — odpowiedziano zewnątrz również cicho.
— A Malajczyk?
— Doskonale mu się udało...
— Doprawdy! — zawołał Jozue, z wyrazem zadowolenia. — Czy aby pewny jesteś?
— Bardzo pewny; sam djabeł nie mógłby być zręczniejszym i odważniejszym.
— A Dżalma?
— Poszedł do zwalisk Tchandi...
— Gdzie się spodziewa zastać jenerała Simon? A gdzie znajdzie Murzyna, Metysa i Indjanina?
— Zapewne, gdyż tam wyznaczyli miejsce schadzki Malajczykowi, który utatuował księcia Dżalmę, gdy tenże spał.
— Byłem tam... jeden kamień postumentu u posągu odsuwa się... schody są szerokie... dosyć będzie.
— A ci trzej hersztowie nie mają na ciebie najmniejszego podejrzenia...
— Żadnego... widziałem ich rano... a wieczorem Malajczyk powiedział mi wszystko, wprzód nim udał się do nich do zwalisk Tchandi.
— Mahal!... jeżeli powiedziałeś prawdę, jeżeli wszystko się uda, możesz być pewnym łaski i nagrody. Już zamówiłem dla ciebie miejsce na okręcie Ruyter; wyjedziesz jutro i tym sposobem unikniesz zemsty dusicieli; tu nie miałbyś spokoju... Opatrzność wybrała cię, abyś wydał wielkich zbrodniarzy w ręce sprawiedliwości... Bóg cię pobłogosławi... Idź natychmiast i zaczekaj na mnie przed drzwiami gubernatora... wprowadzę cię; o ważne idzie rzeczy, a ja nie będę się wahał obudzić go, choćby o północy... Idź prędko, ja zaraz pójdę za tobą.
Słychać było zewnątrz, jak Mahal śpiesznie odchodził, i znowu cicho było w całym domu...
Jozue wrócił się do swego biura i dopisał jeszcze do pamiętnika następujące słowa:
„Teraz Dżalma już nie wyjedzie z Batawji... Cokolwiekby zaszło, nie stanie on w Paryżu na dzień trzynasty lutego. Bądź spokojny...
„Jak przewidziałem, muszę być na nogach całą noc; biegnę do gubernatora, jutro dopiszę nieco jeszcze do tego pamiętnika, który na okręcie Ruyter powędruje do Francji“.
Zamknąwszy biuro, Jozue mocno zadzwonił i, ku wielkiemu zdziwieniu domowników, że wychodzi wśród nocy, udał się śpiesznie do mieszkania gubernatora wyspy.

Przejdźmy teraz do ruin Tchandi.

V.
ZWALISKA TCHANDI.

Po owej burzy wśród dnia, której zbliżanie tak dobrze sprzyjało zamiarom dusiciela względem Dżalmy, nastąpiła spokojna, pogodna noc. Tarcza księżyca rzucała taki blask, iż trudno nań było patrzeć; wznosił się wolno z poza okazałej masy ruin, leżących na wzgórzu, wśród gęstych lasów, o milę od Batawji. Szerokie kamienne podmurowania, wysokie mury z cegły, które czas powyszczerbiał, wielkie portyki zburzone, porośnięte ziołami, wydatnie odbijały się przy świetle, jakie w tej podrównikowej strefie miesza się, z czystym błękitem nieba.
Promień światła księżycowego, przedzierający się otworem portyku, oplecionego pnącemi się roślinami, oświecał dwa kolosalne posągi kamienne, stojące przy schodach, których spojenia i tafle okryte były trawą, mchem i krzewami. Ułamki jednego z tych posągów, pośrodku złamanego, leżały rozrzucone po ziemi; lecz drugi posąg, w całości zachowany, wyglądał okropnie...
Wyobrażał on stojącego mężczyznę, olbrzymiej wielkości; głowa na trzy stopy wysoka, wyraz twarzy straszny, źrenice z czarnego, błyszczącego kamienia, osadzone były w twarzy z siwego kamienia; usta szerokie, głębokie, szeroko otwarte; w ustach tych ptaki i gady założyły sobie gniazda, i przy świetle księżyca widać było, jak się tam szkaradnie roiły... Szeroki pas, z mnóstwem wyrobionych na nim znaków symbolicznych, otaczał tułów tego posągu, z prawego boku dźwigał on długi miecz; olbrzym ten miał cztery wyciągnięte ręce, a w nich trzymał głowę słonia, zwiniętego węża, czaszkę ludzką i ptaka, podobnego do czapli.
Tu i owdzie na murach z cegły, widać było całe jeszcze, czy już pokruszone, płaskorzeźby kamienne bardzo śmiałego dłuta; jedna z najlepiej zachowanych przedstawiała człowieka z głową słonia, o skrzydłach nietoperza, pożerającego dziecko. Nic okropniejszego nad widok tych zwalisk, otoczonych masami wielkich drzew, ruin, okrytych przerażającemi godłami, szczególniej kiedy się je oglądało przy świetle księżyca, wśród głuchej nocy.
Przy jednym murze tej starożytnej świątyni, poświęconej jakiemuś krwiożerczemu, tajemniczemu bóstwu jawańskiemu, stała, niezgrabnie zbudowana ze szczątków kamieni i cegieł, buda; drzwi jej, uplecione z prętów, były otwarte, a wychodzące z niej czerwonawe światło odbijało się na trawie, ziemię przed nią okrywającej.
Było w niej trzech ludzi, którzy siedzieli przy glinianej lampie, napełnionej olejem palmowym, w którym się palił knot z włókien kokosowych.
Jeden z nich, mający około lat czterdziestu, odziany był po europejsku; jego biała cera dowodziła, że należy do mieszańców, że urodził się z człowieka białego i z matki Indjanki.
Drugi — był tęgi Murzyn afrykański, z grubemi wargami, barczysty, na cienkich nogach; jego kędzierzawe włosy pokrywać zaczynał szron; odziany w gałgany, stał przy Indjaninie.
Trzeci spał rozciągnięty na macie w kącie budy.
Trzej ci ludzie prześladowani na stałym lądzie Indji, przy pomocy kontrabandzisty Mahala dostali się na wyspę Jawę.
W fizjognomjach ich malował się wyraz stanowczości wilka, zimna odwaga i, że tak powiem, spokojna egzaltacja, z której domyślić się można niezłomnej energji tych sekciarzy krwawej religji, gdyż ci trzej ludzie byli to trzej hersztowie dusicieli, którzy, ścigami na stałym lądzie Indji, uciekli na Jawę, dokąd ich przywiózł Mahal, kontrabandzista.
— Malajczyk nie wraca... — rzekł Metys. — Już kawał w noc; może go Dżalma zabił... gdy próbę na nim robił...
— Burza wyprowadziła z ziemi wszystkie gady, — mówił Murzyn, — może Malajczyk ukąszony został, i w tej chwili ciało jego stało się już siedliskiem wężów.
— Chcąc służyć Bohwanii, — rzekł Metys posępnie, — trzeba umieć gardzić śmiercią...
— I zadawać ją, — dodał murzyn.
Przytłumiony krzyk, a potem kilka niezrozumiałych słów, zwróciły uwagę tych dwóch ludzi; prędko obejrzeli się na śpiącego w kącie.
Miał on najwyżej lat trzydzieści, twarz koloru żółto-miedzianego, ubrany w białą z grubego muślinu suknię, w mały, żółto-czerwony zawój na głowie; należał do czystej rasy indyjskiej.
Zdawało się, że jego niespokojny sen przerywały jakieś przykre marzenia; obfity pot lał się mu po twarzy, zmarszczonej przerażeniem; marząc, gadał; gadał prędko, urywanym głosem, a przytem rzucał się konwulsyjnie.
— Zawsze ten sen, wciąż majaczy o tym człowieku! — rzekł Metys do Murzyna.
— Co za człowiek?
— Czy nie przypominasz sobie, jak pięć lat temu okrutny pułkownik Kennedy... kat na Indjan, przybył nad brzegi Gangesu, aby polować na tygrysy we dwadzieścia koni, cztery słonie i pięćdziesiąt sług?
— Tak, tak, — rzekł Murzyn, — a my, trzej łowcy na ludzi, my lepsze wykonaliśmy łowy; z końmi, słoniami swymi i zgrają sług Kennedy nie dostał tygrysa... a my upolowaliśmy swego, — dodał z szyderskim uśmiechem. — Tak, tak, Kennedy, tygrys w ludzkiej postaci, wpadł w naszą łapkę, a bracia dobrego uczynku ofiarowali tę piękną zdobycz Bohwanii.
— Jeżeli sobie przypominasz, w chwili, kiedyśmy ostatni raz zaciskali około szyi Kennedego zmoczoną chustkę, ujrzeliśmy w pobliżu jakiegoś wędrowca... trzeba było pozbyć się go... Od owego czasu, — dodał Metys, wskazując Indjanina, — pamięć o tym człowieku ściga go we śnie.
— Ściga go?
— Nawet na jawie, — rzekł Metys, spoglądając na Metysa, z miną dającą do myślenia.
— Słuchaj, — odrzekł tenże, wskazując Indjanina, który zaczynał mówić przerywanym głosem: — słuchaj go, ot już powtarza odpowiedzi owego podróżnego, kiedyśmy mu przekładali, że umrze, albo służyć z nami będzie dobrej sprawie... jak silne wywarło to na nim wrażenie!
Istotnie, Indjanin przez sen prowadził głośno jakieś tajemne badanie, w którem kolejno zadawał pytania i odpowiadał na nie.
— Podróżny, — mówił, — co znaczy ta czarna pręga na twem czole? ciągnie się ona od skroni do skroni; zły to znak; twoje spojrzenie smutne, jak śmierć... Czy byłeś już kiedy ofiarą? chodź z nami... Bohwanja mści się za ofiary. Ty cierpiałeś?
— Tak, wiele cierpiałem...
— Dawno?
— O! od bardzo dawna.
— Cierpisz jeszcze?
— Ciągle.
— Cóż myślisz uczynić temu, kto na cię godził?
— Litować się nad nim.
— Chcesz oddać wet za wet?
— Chcę oddać miłość za nienawiść.
— Cóż więc masz w sercu?
— Miłość.
— Któż ty jesteś, co dobrem za złe płacisz?
— Jestem ten, co kocha, co cierpi i przebacza.
— Bracie... czy słyszysz? — rzekł Murzyn do Metysa, — nie zapomniał, co mówił przed śmiercią podróżny.
— On jest opętany, — odpowiedział Metys, — wiesz, jak przywidzenie ściga go... Słuchaj-no... jeszcze mówi... Jaki blady?...
W rzeczy samej Indjanin, ciągle dręczony snem, mówił dalej:
— Podróżny... jest nas trzech, wszyscy jesteśmy odważni, śmierć jest w naszem ręku, widziałeś, jakeśmy poświęcili się dla dobrego uczynku. Przystań do nas... lub giń... giń... giń... ach! jakie spojrzenie... o! nie patrz tak na mnie...
Przy tych ostatnich wyrazach, Indjanin nagle się poruszył, jakgdyby oddalić chciał coś zbliżającego się do niego i zerwał się.
Wtedy, ocierając ręką czoło, zroszone potem, obejrzał się wkoło obłąkanym wzrokiem.
— Bracie... zawsze ten sam, — odezwał się do niego Metys. — Na odważnego łowcę ludzi... za słaba jest twoja głowa... Szczęściem, że twoje serce i ręka są mocniejsze...
Indjanin przez chwilę nic nie odpowiadał, zakrył sobie twarz rękami, potem rzekł:
— Dawno już... nie śnił mi się ten podróżny.
— Czyż on nie umarł? — rzekł Metys, wzruszając ramionami. — Czyż nie ty sam okręciłeś mu zmoczone płótno koło szyi?
— Tak... — odrzekł Indjanin.
— Alboż nie wykopaliśmy dla niego dołu, obok dołu Kennedego? Czy nie zagrzebaliśmy go podobnie, jak kata angielskiego, w piasku, między krzakami? — rzekł Murzyn.
— Tak, wykopaliśmy dół, — zawołał Indjanin. — Ja dotykałem się jego zimnych rąk, a przecież, rok temu, gdy byłem w bramie miasta Bombay i pod wieczór czekałem na jednego z braci naszych... Słońce zajść miało za pagodę, stojącą w zachodniej stronie na wzgórzu; wszystko to jeszcze dobrze pamiętam; siedziałem pod drzewem figowem... wtem słyszę wolne, ale śmiałe stąpanie, oglądam się... to był on... wychodził z miasta.
— Przywidzenie, — odparł Murzyn, — zawsze toż samo przywidzenie!
— Przywidzenie, — dodał Metys, — ani podobieństwa do prawdy.
— Nie zapomina się rysów twarzy człowieka, którego się zabiło... nadto poznałem go bardzo dobrze po owym czarnym znaku, który mu przedziela czoło; on to był, na chwilę przeląkłem się i z miejsca ruszyć się nie mogłem... wzrok mój był błędny... on stanął, wlepił we mnie oczy spokojne, smętne i łagodne... to on! — zawołałem, składając ręce niechcący. „Ja to jestem — odpowiedziałem swym słodkim głosem, — bo wszyscy, których pozabijałeś, odzyskują życie tak, jak ja“: I wskazał na niebo. „Naco zabijać? Słuchaj... idę z drugiego końca świata... do kraju wiecznych śniegów... Czy będę tam, czy tu, na ziemi ognistej, albo na lodowatej, zawsze będę ten sam, ja! Tak samo dzieje się z duszami tych, których dusisz... czy one będą na tym, czy na tamtym święcie, w tej, czy innej powłoce... zawsze dusza będzie duszą... nie dasz sobie z nią rady... Nacóż zabijać“...
Smutnie potrząsnął głową... odszedł., wolnym krokiem za wzgórze pagody.
Patrzyłem za nim, nie mogąc ruszyć się z miejsca; w chwili, kiedy słońce zachodziło, zatrzymał się na szczycie wzgórza... jego wysoka postać przez chwilę widniała jeszcze, a potem znikł za górą. — O! to był on — dodał ze drżeniem, po długiem milczeniu. — To był on!...
Nigdy me zmieniło się opowiadanie Indjanina, często bowiem mawiał swym towarzyszom o tym cudownym przypadku.
Na to jego, zawsze jednakowe, opowiadanie zachwiało się nareszcie ich niedowierzanie, czyli raczej zaczęli dochodzić naturalnej przyczyny tego zdarzenia napozór nadludzkiego.
— Być może, — rzekł Metys po chwili zastanowienia, — że węzeł, zaciskający szyję podróżnego, zahaczył się i że pozostało mu cokolwiek tchu, a gdy doszło do niego powietrze przez chrust, którym przyrzuciliśmy go, odzyskał życie.
— Nie, nie, — odpowiedział Indjanin, wstrząsając głową. — Ten człowiek nie z naszego jest pokolenia...
— Co ty mówisz?
— Teraz wiem...
— Wiesz?
— Tak, wiem, jego wzrok smutny i łagodny, gdy padał pod naszymi ciosami, był piekielną ironją, gdyż liczba ofiar, którą synowie Bohwanji poświęcili od tylu wieków, niczem jest w porównaniu z niezmierną liczbą trupów, którą ten straszny wędrowiec pozostawia za sobą w swym zabójczym pochodzie.
— On! — zawołali Murzyn i Metys.
— Słuchajcie — rzekł Indjanin tonem poświadczenia, który zdziwił jego towarzyszów. — Słuchajcie i drżyjcie... Gdym spotkał tego wędrowca w Bombaj... powiedział mi, że szedł z Jawy i że odchodzi ku północy... Nazajutrz miasto Bombaj spustoszone zostało przez cholerę... a po niejakim czasie słychać było, że ta straszna klęska najprzód powstała... na Jawie.
— To prawda... — zawołał zamyślony Metys.
— Słuchajcie mnie jeszcze, — mówił znowu Indjanin, — podróżny powiedział mi: idę na północ... do kraju wiecznych śniegów... Cholera... poszła także na północ... przeszła przez Maskat, Ispahan, Taurys... Tyflis... dostała się do Syberji...
— To prawda... — zawołał zamyślony Metys.
— I ta plaga — odrzekł Indjanin, — nie postępowała więcej nad dwie do trzech mil na dzień... tyle, co człowiek przechodzi... Nie pokazywała się nigdy... razem we dwóch miejscach... lecz postępowała zwolna zawsze, jak chód człowieka...
Na to osobliwsze podobieństwo, dwaj towarzysze Indjanina spojrzeli na siebie w osłupieniu...
Po chwili milczenia przerażony Murzyn rzekł do Indjanina:
— I ty sądzisz, że ten człowiek?...
— Ja sądzę że człowiek, któregośmy zabili, przywrócony został do życia przez jakieś piekielne bóstwo... tej strasznej klęski... i sieje wszędzie śmierć... od której sam jest zabezpieczony... Czy przypominacie sobie, — dodał Indjanin z posępnem uniesieniem, — pamiętajcie... ten straszny wędrowiec przeszedł przez Jawę; wychodził z miasta Bombay, cholera panowała w Bombay; udał się na północ... cholera za nim na północ...
To mówiąc, Indjanin — głęboko się zamyślił.
Murzyn i Metys pogrążyli się w zadumie. Indjanin prawdę mówił co do szczególnego pochodu cholery.
Mowa Indjanina mocne sprawiła wrażenie na jego towarzyszach, ludziach dzikich, których złość i zaraza strasznych nauk, przywiodły do nieustannej chęci czyli monomanji zabójstwa.
Tak, dowiedzione to jest, że w Indjach było stowarzyszenie zbrodniarzy, ludzi, którzy zabijali bliźnich bez przyczyny, bez namiętności... Zabijali dlatego tylko, żeby zabijać... dlatego, że w tem rozkosz jakąś znajdowali... zabijali dlatego tylko, żeby życie na śmierć zmienić... ażeby z ludzi żyjących czynić trupy, jak sami zeznali przy jednem badaniu... Myśl człowieka nie posiada mocy do pojęcia przyczyny tak potwornych zjawisk...
Jakie okoliczności, jakie pobudki doprowadzić mogły ludzi do tego, że się poświęcili służbie śmierci. Ma się rozumieć, podobna reLigja mogła zakwitnąć w takim kraju, w którym, jak w Indjach, gnieździ się najokropniejsze, najbardziej poniżające niewolnictwo. Taka religja nie jest niczem innem, jak tylko doprowadzoną do ostatecznego stopnia nienawiścią względem rodu ludzkiego.
Na osobliwszą uwagę zasługuje fakt, że w tem stowarzyszeniu węzeł tajemniczy łączy wszystkich członków pomiędzy sobą, oddalając ich od innych ludzi; dusiciele mają swoje prawa, swoje zwyczaje; wspierając swych towarzyszy, dopomagają jeden drugiemu, gotowi życie poświęcić dla współbraci; lecz niema dla nich ani ojczyzny, ani rodziny, zależą ani od ponurej, niewidomej, tajemniczej władzy, której posłuszni są bezwarunkowo, ślepo, i z woli jej rozpraszają się w różne strony, ażeby „robić trupy“.
Przez chwilę więc wszyscy trzej pozostali w głębokiem milczeniu.
Księżyc nie przestawał przyświecać, a przy bladem jego świetle malowały się wielkie cienie okazałych zwalisk, gwiazdy błyszczały na niebie, coraz to szybko przebiegając, niknęły; mały wietrzyk szeleścił gęstymi liśćmi bananów i palm.
Postument olbrzymiego posągu wspierał się na szerokich flizach, na wpół pod gęstymi krzakami ukrytych.
Nagle jeden z tych flizów zdawał się zapadać.
Bez żadnego hałasu zrobił się otwór, a z niego do połowy ciała wyszedł mężczyzna w mundurze, obejrzał się uważnie wokoło siebie i słuchał.
Widząc, jak światło lampy, z budy wychodzące, migotało w trawie, wrócił się, dał znak, a wtem on i dwaj żołnierze wyszli w największej cichości, ostrożnie po schodach z owego podziemia i skradali się między ruinami.
Przez jakiś czas poruszające się ich cienie podały na część murawy, oświeconej światłem księżyca, potem znikły za ścianą zwalisk.
W chwili, kiedy wielki fliz zapadał się napowrót w swe miejsce, widzieć było można głowy wielu innych żołnierzy, ukrytych w tym otworze.

Metys, Indjanin i Murzyn, ciągle zamyśleni w budzie, nic nie spostrzegli.

VI.
ZASADZKA.

Metys Faryngea, chcąc pewno wybić sobie z głowy przykre myśli, jakie wzbudzała w nim mowa Indjanina o tajemniczem pochodzeniu cholery, nagle zmienił przedmiot rozmowy.
Oczy jego zaiskrzyły się przytłumionym ogniem, twarz przybrała wyraz dzikiego uniesienia i zawołał:
— Bohwanjo... ty zawsze czuwać będziesz nad nami, nieustraszonymi łowcami ludzi. Nie bójcie się, bracia! nie bójcie się... świat jest wielki... wszędzie znajdziemy zdobycz... Anglicy zmuszają nas do opuszczenia Indyj, nas, trzech naczelników dobrego dzieła; i cóż stąd? zostawiamy tam braci naszych, tak licznych, tak strasznych, jak czarne skorpiony, które się wtedy spostrzeże dopiero, gdy śmiertelnie ukąszą; wygnanie rozszerzy nasze państwo... Bracie, ty będziesz miał Amerykę, — rzekł tonem natchnionym do Indjanina. — Bracie, dla mnie będzie Europa!... Wszędzie, gdzie są ludzie, tam są baty i ofiary... Gdzie są ofiary, tam być muszą i serca, pałające zemstą; naszą powinnością jest podniecać tę nienawiść zarzewiem zemsty! Do nas to należy, podstępem, ułudą pomnażać liczbę usług Bohwanji, zyskiwać sobie wszystkich, którzy gorliwem poświęceniem i odwagą mogą nam być użyteczni. Ubiegajmy się jedni przed drugimi między sobą i dla własnego dobra, w poświęcaniu się i zaparciu samych siebie; udzielajmy sobie nawzajem wsparcia i pomocy. Nienawiść, wieczna nienawiść dla wszystkich, którzy do mas nie należą; dla nas nie będzie ani rodziny, ani krewnych, ani kraju... Naszą rodziną są bracia nasi, naszym krajem... świat cały.
— Tak, słusznie mówisz, bracie — zawołał Indjanin, podzielający uniesienie Faryngei, — do nas świat należy... I tu nawet, na Jawie, pozostawmy ślad naszej bytności... Przed odejściem załóżmy dobre dzieło na tej wyspie... prędko się tu ono wzmoże, bo wielkie tu są cierpienia. Holendrzy są równie drapieżni i okrutni jak Anglicy... Bracia, widziałem na tej wyspie, w plantacjach ryżu, zawsze błotnistych, śmiertelnych dla tych, którzy je uprawiają, widziałem, mówię, ludzi, którzy z biedy oddawać się musieli tej zabójczej pracy; wybladli byli, jak trupy, niektórzy wyniszczeni chorobą, trudami i głodem, upadłszy, podnieść się już nie mogli... Bracia, dobre dzieło wzmagać się będzie w tym kraju...
— Pewnego wieczora — rzekł Metys, — byłem nad jeziorem, ukryty za skałą; przyszła młoda kobieta, nieco łachmanów nawpół tylko okrywało jej wychudłe, spalone na słońcu ciało; trzymała na ręku małe dziecię i z płaczem przyciskała je do swego zwiędłego łona. Trzy razy ucałowała swego syna, potem rzuciła go w wodę, mówiąc: „Nie będziesz tak nieszczęśliwy, jak twój ojciec“. Dziecię krzyknęło i znikło... Na ten krzyk kajmany, ukryte w trzcinie, skoczyły z radością do jeziora... Bracia, tu matki zabijają swe dzieci przez litość... Dobre dzieło wzmoże się w tym kraju.
— Dziś rano — rzekł murzyn, — po ochłostaniu czarnego niewolnika, stary, małego wzrostu człowiek, przemysłowiec z Batawji, ze swego letniego mieszkania udał się do miasta. Do lektyki swej zabrał dwie młode kobiety; były to dziewczęta, kupione ód matek, którym brakło środków dla ich wyżywienia... Lektykę, w której był starzec, z dwiema dziewczętami, niosło dwunastu młodych, silnych mężczyzn. Bracia, są tu matki, co z nędzy sprzedają swe córki; są, tu niewolnicy, których pan dręczyć może, jak mu się podoba; są ludzie, którzy wykonywują powinność jucznego bydlęcia i noszą innych ludzi... „dobre dzieło wzmagać się będzie w tym kraju“.
— W tym... i w każdym kraju, gdzie jest nędza, ucisk, zepsucie...
— O! gdyby można pozyskać dla nas Dżalmę, jak to nam radził Mahal, kontrabandzista, — rzekł Indjanin, — nasza podróż pod Jawę podwójną miałaby korzyść, gdyż przed oddaleniem zjednalibyśmy sobie tego młodzieńca odważnego, śmiałego, który tyle ma powodów do nienawidzenia łudzi.
— Zaraz on tu przyjdzie... Podrażnijmy jeszcze gniew jego...
— Przypomnij my mu śmierć ojca.
— Morderstwa, dokonane na jego krewnych i przyjaciołach...
— Niewolę...
— Niech nienawiść zapali jego serce, a przystanie do nas...
Murzyn, który od niejakiego czasu stał zamyślony, rzekł z żywością:
— Bracia, a gdyby Mahal, kontrabandzista. był zdrajcą?
— On? — zawołał Indjanin prawie z gniewem, — a przyjął nas na swój statek? a ułatwił nam ucieczkę ze stałego lądu? a ma nas zabrać na statek, którym ma dowodzić i zawieść do Bombaju, gdzie znajdziemy okręty do Ameryki, Afryki i Europy?
— A jakiżby miał Mahal w tem interes, żeby nas zdradzić? — spytał Faryngea. — Wie on dobrze, że nicby go nie zdołało ochronić przed zemstą synów Bohwanja.
— A czyż nie obiecał nam, że podstępem namówi Dżalmę, aby tu do nas przyszedł, a niech tylko między nas wejdzie... musi już być naszym...
— Czyż to nie kontrabandzista mówił nam również: kaźcie, niech Malajczyk uda się do namiotu Dżalmy... niech skorzysta z jego snu, ale niechaj go nie zabija, co by się mu udało z łatwością, ale niech mu wypisze na ramieniu imię Bohwanja; w ten sposób Dżalma przekona się o śmiałości, zręczności i posłuszeństwie braci naszych, i przekona się, na co odważyć się mogą tacy ludzie i zniewoli go dla nas, albo podziw, albo bojaźń.
— A jeżeli nie zechce do nas należeć, pomimo wszelkich powodów, jakie mieć może do nienawidzenia ludzi?
— Wtedy... Bohwanja rozstrzygnie o jego losie, — wyrzekł Faryngea z posępną miną, — wiem, co wówczas uczynić.
— Ale czy uda się Malajczykowi zaskoczyć Dżalmę we śnie? — spytał Murzyn — niedowierzająco.
— Niema śmielszego, zręczniejszego, obrotniejszego człowieka nad Malajczyka, — odparł Faryngea. — Opowiadał mi Mahal, że Malajczyk odważył się podejść w legowisku czarnego rysia, karmiącego swe dzieci... zabił matkę i zabrał samicę, którą potem sprzedał kapitanowi europejskiego okrętu. Dopnie on swego, jeżeli będzie możliwość najmniejsza.
— Dopiął już! — zawołał Indjanin, przysłuchując się osobliwszemu krzykowi, który się rozległ w lesie, wśród ciemnej nocy.
— Tak, to krzyk sępa, unoszącego swą zdobycz, — odezwał się Murzyn, nadsłuchując także, — to znak, którym bracia nasi zwiastują o złowionej zdobyczy.
Wkrótce potem przed budą ukazał się Malajczyk.
Okryty był jaskrawym perkalem.
— I cóż? — zagadnął Murzyn z ciekawością, — udało się?
— Dżalma będzie nosił przez całe życie znak dobrego dzieła, — wyrzekł z dumą Malajczyk, — ażeby jednak dostać się do niego, musiałem poświęcić Bohwanji człowieka, któregom napotkał na drodze, porzuciłem ciało w krzakach, niedaleko od namiotu Dżalmy... a ten już nosi znak nasz. Mahal, kontrabandzista, dowiedział się o tem najpierwszy.
— I Dżalma nie przebudził się! — zawołał Indjanin, zawstydzony zręcznością Malajczyka.
— Gdyby się był obudził — odrzekł Malajczyk zimno — byłbym zginął, gdyż obowiązkiem moim było zachować mu życie.
— Bo życie jego może być dla nas użyteczniejszem niż jego śmierć, — odpowiedział Metys.
Potem, zwracając się do Malajczyka, rzekł:
— Bracie, narażając swe życie dla „dobrego uczynku“, uczyniłeś to dziś, co my robiliśmy wczoraj, co zrobimy jutro... Dziś wypełniasz rozkazy innych, jutro będziesz rozkazywał...
— Wszyscy należymy do Bohwanji — odrzekł Malajczyk. — Cóż jeszcze trzeba uczynić?... gotów jestem.
To mówiąc, Malajczyk twarzą do drzwi był obrócony.
— Dżalma idzie, — rzekł półgłosem, — Mahal nas nie oszukał.
— Trzeba, żeby mnie nie widział, — rzekł Faryngea, kryjąc się w najciemniejszy kąt budy, — postarajcie się go nakłonić, a jeżeli będzie sprzeciwiał się... już wiem, co mam czynić...
Zaledwie schował się Faryngea, Dżalma nadszedł.
Na widok tych podejrzanych ludzi cofnął się zdziwiony.
— To on, to syn Kadżi-Singa, — wyrzekł po cichu Malajczyk do Faryngea.
Dżalma nie wiedział, że ci ludzie należą do sekty sprzysiężonych, a wiedząc, że często w tym kraju, gdzie niema domów zajezdnych, podróżni przepędzają częstokroć noce pod namiotem lub w ruinach, po drodze napotkanych, zbliżył się ku nim; gdy ochłonął z pierwszego zdziwienia, po branzowej cerze twarzy i po ubiorze jednego z tych ludzi poznając, że jest Indjaninem, odezwał się do niego po indyjsku:
— Sądziłem, że tu zastanę Europejczyka... Francuza...
Indjanin odpowiedział:
— Francuz jeszcze nie nadszedł... ale wkrótce pewno nadejdzie...
Z mowy Dżalmy domyślając się fortelu, jakiego użył Mahal kontrabandzista dla zwabienia go w tę zasadzkę, Indjanin spodziewał się, że zyska na czasie, pozostawiając go w błędzie.
— Czy Znasz tego francuza? — zapytał Dżalma.
— Wyznaczył nam tu miejsce na schadzkę... również jak tobie, — oderwał się z kąta budy Faryngea.
— W jakimże celu? — rzekł Dżalma, coraz bardziej zdziwiony.
— Dowiesz się... za jego przybyciem...
— Czy to jenerał Simon mówił wam, abyście tu przybyli?...
— Tak, jenerał Simon.
Nastąpiło chwilowe milczenie, podczas którego Dżalma napróżno usiłował wytłómaczyć sobie tę tajemnicę.
— A któż wy jesteście? — zapytał z miną niedowierzającą, gdyż ponure milczenie towarzyszów Faryngea, którzy jeden w drugiego wlepili oczy, zaczynało budzić, w nim podejrzenie.
— Kto my jesteśmy?... — odpowiedział Faryngea, — będziemy twymi, jeśli ty zechcesz być naszym.
— Ja, tak się obejdę bez was... jak wy beze mnie...
— Kto wie?
— Ja... ja wiem...
— Mylisz się... Anglicy zabili twego ojca... ojciec twój był królem... uwięzili cię... i nic już nie masz....
Na to okrutne wspomnienie zachmurzyło się oblicze Dżalmy. Zadrżał, gorzki uśmiech osiadł na jego ustach.
Faryngea mówił dalej:
— Ojciec twój był sprawiedliwy i prawy... kochany przez swych poddanych... nazywano go ojcem wspaniałego, i godzien był tego nazwiska... Czy pozostawisz śmierć jego nie pomszczoną? czyż tłocząca twe serce nienawiść pozostać ma bezowocną?
— Ojciec mój poległ z bronią w ręku... ja pomściłem jego śmierć na Anglikach, których zabijałem na wojnie... Ten, co mi zastąpił ojca... i który również krew za niego przelał, powiedział mi, a powiedział prawdę, że byłoby teraz nierozsądkiem chcieć walczyć przeciwko Anglikom dla odzyskania swego kraju. Kiedy mi przywrócili wolność, przysiągłem, że nigdy noga moja nie postanie w Indjach... i dotrzymuję danego słowa...
— Ci, co zabrali ci wszystko... ci, co cię trzymali w niewoli, ci, co zabili twego ojca... są ludzie... znajdą się wreszcie ludzie, na których będziesz mógł zemścić się...
— Pamiętaj, że sam jesteś człowiekiem...
— Ja i ci, co do mnie są podobni... jesteśmy więcej, niż ludzie... Zresztą jesteśmy w rodzie ludzkim tem, ozem są odważni łowcy dzikich zwierząt.
— Mowa twoja coraz jest ciemniejsza... ja nie mam w sercu nienawiści... kiedy nieprzyjaciel godny jest mnie... Walczę z nim; jeżeli tchórz... pogardzam nim... Tak więc nie nienawidzę ani mężnych ani tchórzów.
— Zdrada! — krzyknął nagle Murzyn, żywym ruchem wskazując drrwi, od których Dżalma i Faryngea, zajęci rozmową, powoli się oddalili i w tej chwili znajdowali się w kącie budy.
Szybki jak błyskawica Faryngea wydobył puginał, podskoczył jak tygrys i, jeden krok zrobiwszy, już był za drzwiami.
Widząc szereg żołnierzy, zbliżających się dla osaczenia budy, jednego z nich ugodził śmiertelnie, dwóch innych powalił i zniknął w pośród zwalisk.
Wszystko to stało się tak prędko, iż w chwili, gdy Dżalma obrócił się, chcąc dowiedzieć się o przyczynie krzyku, trwogi Murzyna i nagłego zniknięcia Faryngea, spostrzegł, że do niego równie jak do trzech sprzysiężonych, kilku żołnierzy wymierzyło broń i do drzwi, się cisnęło, gdy tymczasem inni puścili się w pogoń za Faryngeą.
Murzyn, Malajczyk i Indjanin, widząc niepodobieństwo oporu, prędko coś wymówiwszy, wyciągnęli ręce do powrozów, które spostrzegli u kilku żołnierzy.
Wtedy kapitan holenderski, dowodzący oddziałem, wszedł do budy.
— A ten tu? — rzekł, wskazując Dżalmę żołnierzom, którzy już krępowali sprzysiężonych.
— Z kolei, panie kapitanie, weźmiemy się i do niego! — odezwał się stary podoficer.
Dżalma osłupiał ze zdziwienia, nic nie pojmując, co się dzieje około niego; ale gdy widział, że podoficer i dwóch żołnierzy zwrócili się ku niemu z postronkami, odepchnął ich gwałtownie oburzony i rzucił się ku drzwiom, w których stał oficer.
Żołnierze, sądząc, że Dżalma ulegnie swemu losowi tak łatwo, jak jego towarzysze, nie byli na ten opór przygotowani i cofnęli się o kilka kroków, uderzeni widokiem postawy i godności syna Kadżi-Synga.
— Za co wiązać mnie chcecie... podobnie jak tych tu ludzi? — zawołał Dżalma, mówiąc po indyjsku do oficera, który rozumiał ten język, służąc oddawna w osadach holenderskich.
— Dlaczego chcą cię wiązać, nędzniku?... dlatego, że należysz do bandy tych zbójców... A wy — dodał po holendersku do żołnierzy, — czy się go lękacie?... Zwiążcie... zwiążcie mu ręce, zanim mu potem stryczek zawiążecie około szyi.
— Mylisz się pan — wyrzekł Dżalma z zimną krwią i godnością, która zadziwiła oficera, — zaledwie kwadrans jak tu przyszedłem... nie znam tych ludzi... Przyszedłem tu, spodziewając się spotkać z pewnym Francuzem.
— Czyż ty nie jesteś dusicielem również jak oni?... przed kim to chcesz kłamać?...
— Oni! — zawołał Dżalma z oburzeniem tak naturalnem, że oficer danym znakiem powstrzymał żołnierzy, którzy znowu zabierali się do krępowania syna Kadżi-Synga, — więc ci ludzie należą do tej okrutnej bandy zbójców... a wy śmiecie obwiniać mnie o wspólnictwo!... Moi panowie, pod tym względem jestem zupełnie spokojny, — rzekł młodzieniec, wzruszając ramionami z pogardliwym uśmiechem.
— Niedość powiedzieć, że jesteś spokojny, — odrzekł oficer, — dzięki doniesieniom, wiadomo już teraz, po jakich tajemnych znakach poznają się sprzysiężeni...
— Powtarzam panu, że w najwyższej pogardzie mam tych morderców... że przyszedłem tu tylko dla...
Murzyn, przerywając Dżalmie, rzekł do oficera z dziką radością:
— Powiedziałeś, że synowie dobrego uczynku poznają się po znakach, wypisanych na ciele... Nasza godzina nadeszła, poddamy nasze szyje pod stryczek... Dość już często zarzucaliśmy go około szyi tym, którzy nie służą dobremu dziełu. Patrz na nasze ręce i na ręce tego młodzieńca.
Oficer, na dobro tłómacząc sława Murzyna, wyrzekł do Dżalmy:
— Rzecz oczywista, że jeśli, jak mówi ten Murzyn, nie masz na ręku tego tajemniczego znaku... o czem się zaraz przekonamy; jeżeli dostatecznie wyjaśnisz twoją tu obecność, w ciągu dwóch godzin możesz być wypuszczony na wolność.
— Nie pojmujesz — odrzekł Murzyn do oficera, — książę Dżalma do nas należy, bo na lewem ramieniu ma wypisane imię Bohwanjii...
— Tak, tak, on również jak my, jest synem dobrego uczynku, — dodał Malaj.
— On jest sprzysiężonym, tak samo, jak my, — dorzucił Indjanin.
Ci trzej ludzie, rozjątrzeni oburzeniem, jakie Dżalma okazał, dowiedziawszy się, że to są sprzysiężeni, wzięli na okrutną pychę, i zemstę, aby przekonać, że syn Kadżi-Synga należy do ich obmierzłego stowarzyszenia.
— Cóż na to odpowiesz? — zapytał Dżalmę oficer.
Ten wzruszył ramionami z pogardliwem politowaniem, odsunął prawą ręką szeroki i długi rękaw i pokazał gołą rękę.
— Co za bezczelność! — wykrzyknął oficer.
— W rzeczy samej, nieco poniżej zgięcia ręki na wewnętrznej stronie, dał się widzieć napis czerwony „Bohwanja“ indyjskiemi głoskami.
Oficer pobiegł do Malajczyka, obnażył jego rękę i spostrzegł też same Znaki... Nie poprzestając na tem, przekonał się, że takież znaki mieli Murzyn i Indjanin.
— Nędzniku! — zawołał, zwróciwszy się rozgniewany do Dżalmy, — większe jeszcze wzbudzasz oburzenie, aniżeli twoi wspólnicy... Zwiążcie go, jako nikczemnego mordercę, — rzekł do żołnierzy, — jako podłego zbójcę, który nad grobem jeszcze kłamie, gdyż niezadługo odniesie zasłużoną karę.
Osłupiały, przerażony Dżalma, mając oczy od kilku chwil wlepione w ten obrzydły napis, słowa nie mógł wymówić, ani się ruszyć; gubił się w myślach nad tem niepojętem zjawiskiem.
— Czyż śmiesz zaprzeczyć wobec tego znaku? — wyrzekł doń rozgniewany oficer.
— Nie mogę zaprzeczyć... tego, co widzę... co jest, — odpowiedział zdumiony Dżalma.
— Szczęściem... że nareszcie przyznajesz się, nędzniku, — mówił oficer, — a wy, żołnierze... miejcie na niego baczność... i na jego wspólników... bo odpowiecie za nich.
Sądząc, że jest igraszką niezwykłego snu, Dżalma żadnego nie czynił oporu, pozwolił związać się i prowadzić. Oficer spodziewał się, że z żołnierzami uda mu się wynaleźć Faryngea w zwaliskach, lecz daremne były poszukiwania i w godzinę odszedł do Batawji, gdzie konwój więźniów poprzedził go.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W kilka godzin po tym wypadku Jozue van Dael kończył w taki sposób swój długi raport do Rodina w Paryżu:
...Takie były okoliczności, że nie mogłem postąpić inaczej, krótko mówiąc, jest małe złe za wielkie dobro.
„Trzej mordercy wydani zostali w ręce sprawiedliwości, a tymczasem. uwięzienie Dżalmy lepiej jeszcze wyświeca jego niewinność.
„Już dziś rano poszedłem do gubernatora, aby przemówić za tym młodym księciem: — Ponieważ, dzięki mimie, — rzekłem, — wpadli w ręce sprawiedliwości ci trzej wielcy zbrodniarze, spodziewam.się przynajmniej pozyskać łaskę, że władza dozwolili wszelkimi w jej mocy będącymi sposobami wykazać niewinność i tak już znanego z nieszczęść i szlachetnych przymiotów księcia Dżalmy. Rzecz pewna, — dodałem — gdym wczoraj pośpieszył zawiadomić gubernatora, że można było zdybać sprzysiężonych, zebranych w zwaliskach Tchandi, wcale o tem nie myślałem, ażeby razem z nimi przytrzymano przybranego syna jenerała Simon, zacnego człowieka, z którym od pewnego czasu w najuczciwszych zostawałem stosunkach. Wypada więc wszelkiemi środkami odkryć niepojętą tajemnicę, która wprowadziła Dżalmę w to zgubne położenie, i — dodałem jeszcze — jestem tak pewny jego niewinności, że żadnej dla niego nie żądam szczególnej łaski. Zdoła on mężnie i z godnością oczekiwać cierpliwie sprawiedliwości w więzieniu.
„W tem zaś wszystkiem, jak widzę, prawdę mówiłem, i nie mam sobie do wyrzucenia najmniejszego kłamstwa, bo nikt na świecie, jak ja, nie jest bardziej przekonany o niewinności Dżalmy... Gubernator odpowiedział mi, jakem się spodziewał, że moralnie całkiem jest przekonany o niewinności Dżalmy, że każę obchodzić się z nim jak najlepiej; ale że sprawa toczyć się musi zwykłym porządkiem, gdyż tylko sądowe badanie wykazać może niesprawiedliwość obwinienia i wykryć, jakim niepojętym trafem tajemnicze znaki znalazły się na ręku księcia.
„Mahal, kontrabandzista, który sam mógłby oświecić w tej mierze sprawiedliwość, za godzinę opuści Batawję, oddalając się na statku Ruyter do Egiptu. A zatem weźmie ze sobą ten długi raport, gdyż Ruyter odpłynąć ma za godzinę, a ostatnia przesyłka listów do Europy odbyła się wczoraj wieczorem. Ale ja chciałem widzieć się z gubernatorem dziś rano przed zapieczętowaniem tego listu.
„Tak więc zatrzymany tu zostaje pod ścisłą strażą przez miesiąc; ponieważ minie go to odejście Ruytera; nie będzie mógł w żaden sposób dostać się do Europy przed 13 lutym roku przyszłego.
„Widzisz... kazałeś... byłem ci posłuszny, ślepo używałem środków, jakie były w mej mocy. W tem wszystkiem cel tylko miałem przed oczyma.
„W twem ręku byłem tem, ozem być powinniśmy w ręku naszych przełożonych... narzędziem...
„My nigdy się nie zmieniamy.

J. v. D.“

0 dziesiątej godzinie zrana Mahal, kontrabandzista, odszedł z tą zapieczętowaną depeszą na statek Ruyter.
W godzinę potem ciało Mahala, uduszonego na sposób sprzysiężonych, znaleziono ukryte w sitowiu, w odludnem miejscu, którędy szedł do łodzi, mającej płynąć do statku Ruyter.
Gdy po odpłynięciu tego statku znaleziono trupa kontrabandzisty, nadaremno Jozue kazał szukać przy nim obszernego pisma, z którem go wysłał.
Faryngea dusiciela szukano po całej wyspie, ale nadaremnie.

Nigdy już potem nie widziano na Jawie stratnego herszta dusicieli.

CZĘŚĆ CZWARTA.
ZAMEK CARDOVILLE.
I.
SZKATUŁKA.

Już trzy miesiące upłynęło, odkąd Dżalma uwięziony zestal w Batawji, obwiniony o należenie do morderczej sekty sprzysiężonych, czyli dusicieli.
Scena, która tu następuje, dzieje się we Francji, pod koniec stycznia 1832 r. w zamku Cardoville, dawniej feodalnej siedzibie, leżącej na wysokich, skalistych wybrzeżach morskich Pikardji, niedaleko od miasta Saint-Valery, w owej nadmorskiej okolicy, gdzie niemal co rok rozbić się musi kilka okrętów; przyczyną tych nieszczęśliwych przypadków są wiatry północno-zachodnie, skutkiem których żegluga na kanale jest tak niebezpieczna.
Godzina siódma zrana, nie można jeszcze rozeznać dnia z okien obszernej komnaty na dole zamku; w pokoju tym przy świetle lampy, niewiasta lat około pięćdziesięciu mająca, o uczciwym wyrazie twarzy, pełnego szczerej prostoty obejścia, ubrana jak bogate dzierżawczynie Pikardyjskie, wisiała tak wcześnie przededniem do szycia. Obok niej mąż, prawie w tym samym, co ona, wieku, siedzący przy wielkim stole, gatunkuje z woreczka próbki pszenicy i owsa.
Pojętne, otwarte oblicze tego człowieka, zapowiada, że te zdrowym rozsądkiem łączy pewną żartobliwość; ubrany jest w kurtkę z zielonego sukna, a buty myśliwskie z Wysokiem i cholewami okrywają aż poza kolana spodnie z czarnego aksamitu.
Straszna burza, szalejąca na dworze, milszym jeszcze czyni widok tego spokojnego zacisza.
Żywym płomieniem palą się drewka na kominku z białego marmuru, a mocny blask światła odbija się od posadzki, starannie wywoskowanej; nic weselszego nad te obicia i firanki z dawnego kartonu perskiego, z czerwonemi, w chińskim guście malowidłami na białem tle, a nad drzwiami figurki pasterskie, w guście Wateau. Ścienny zegar z serwskiej porcelany, meble z pachnącego drzewa, zielono-fornierowane, wysłane, wyginane, wałkowate.
Na dworze burza nie ustawała, czasami wiatr huczał w kominie lub wstrząsał oknami.
Mężczyzna, zajętym gatunkowaniem próbek zbóż, był pan Dupont, rządca dóbr i zamku Cardoville.
— O, Matko Boska! mój mężu, — mówiła do niego żona, — jakiż to szkaradny czas! Ten pan Rodin, którego przybycie dziś rano oznajmił nam intendent księżnej Saint-Dizier, w bardzo zły czas wybrał się w drogę do nas.
— Prawda, że rzadko zdarzyło mi się słyszeć o takiej burzy... a jeżeli pan Rodin nigdy nie widział rozdąsanego morza, będzie mógł uraczyć się tym widokiem.
— Ale pocóż tu przybywa pan Rodin?
— Na poczciwość, nie wiem; intendent księżnej pisze do mnie, abym jak największe okazywał uszanowanie dla pana Rodina, ażebym mu był posłuszny, jak swemu panu. Niech sobie tu gospodarzy, moją rzeczą będzie wykonywać Jego rozkazy, gdyż przybywa od księżnej Saint-Dizier.
— Prawdę mówiąc, od samej tylko paniny Adrjanny przybyć on tu winien, bo od czasu śmierci nieboszczyka jej ojca hrabiego, księcia Cardoville, majątek od niej właściwie należy.
— Tak, ale księżna jest ciotką, jej intendent trudni się interesami panny Adrjauny; czy to więc przybędzie kto ze strony jej, czy księżnej, wszystko to jedno.
— Może pan Rodin przybywa, aby obejrzeć dobra i może je kupi... Przecież ta otyła pani, która przed tygodniem przyjechała, widocznie miała chrapkę na zamek. Mówiła, że nie opuści tej okoliczności.
Na te słowa żony rządca śmiać się zaczął z przekąsem.
— Z czegóż się tak śmiejesz, Dupont? — zapytała go żona, bardzo dobre stworzenie, ale nie odznaczające się ani sprytem, ani przenikliwością.
— Ja się śmieję, — odpowiedział Dupont, — bo mam na myśli postać i ułożenie tej ogromnej baby; daj go katu, kto ma taką minę, temu wcale nie przystoi nazywać się panią Sainte-Colombe. Gruba, jak fasa, a głos chrapliwy, jakby jakiego pijaka, siwe wąsy, jak u starego grenadjera, i może nie spodziewała się, że usłyszałem, jak powiedziała do lokaja: ruszaj, bałwanie. I nazywa się Sainte-Colombe.
— Dupont, dziwny z ciebie człowiek; nikt przecie nie obiera sobie nazwiska. A przytem to nie jej wina, że ma brodę.
— Tak, ale ona temu winna, że się nazywa Sainte-Colombe. Ty może myślisz, że to jej własne nazwisko... O! moja Kasiu, ty jesteś parafjanką... nigdzieś nie była i wierzysz wszystkiemu, co ci powiedzą...
— Mój mężu kochany, nigdy nie możesz wstrzymać swego języka od uszczypliwych żartów; dama ta jest bardzo szanowaną osobą... Gdy tu przyjechała, pierwszem jej zapytaniem było, gdzie tu jest kaplica, o której jej mówiono... Mówiła nawet, że ją każę przyozdobić... A kiedym jej powiedziała, że w tych dobrach niema kościoła, zdawała się być z tego niekontenta.
— Tak ci to zwykle bywa, najpierwsza rzecz u tych, co się dochrapią majątku, jest udawanie dam możnych i wielkich być z tego niekontenta.
— Tak ci to zwykle bywa, najpierwsza rzecz u tych, co się dochrapią majątku, jest udawanie dam możnych i wielkich.
— Pani Sainte-Colombe nie potrzebuje udawać wielkiej damy, gdyż jest nią rzeczywiście.
— Ona! wielka dama.
— A jużci tak. Dość było widzieć, jak wytwornie była ubrana w pąsowe suknie, w fjoletowych rękawiczkach, a potem, gdy zdjęła kapelusz, miała loki, łańcuch, wysadzony djamentami, kolczyki z dużych, jak palec, djamentów, brylantowe pierścionki na wszystkich palcach.
— Tak, tak, ślicznie się ty znasz na tem...
— E! to jeszcze nie wszystko!...
— No... no... Cóż więcej jeszcze?
— O samych mi tylko mówiła książętach, hrabiach, o bardzo bogatych panach, którzy u niej bywają i którzy są jej przyjaciółmi, a potem, pytając minie o oficynę, którą zobaczyła w ogrodzie, a której napół spalonej przez wojska nieprzyjacielskie, nieboszczyk pan nie kazał odbudować. — Cóż to są za ruiny? — rzekła. — To zgliszcza z czasów przejścia wojsk sprzymierzonych — odpowiedziałam jej. — Ach! moja droga... — zawołała, — sprzymierzeńcy... oni to i Ludwik XVIII na nogi, mnie postawili. — Wtedy, mój kochany Dupont, rzekłam sobie zaraz: ach!... to niezawodnie musi być dawna emigrantka.
— Pani Saint-Colombe... — zawołał rządca, śmiejąc się na głos, — o kobieto! kobieto...
— Oj! ty, żeś pobył trzy lata w Paryżu, to już uważasz się za wróżbiarza...
— Kasiu, przestańmy mówić o tem jeszczebym powiedział jakie głupstwo, a są rzeczy, o których tak dobra jak twoja dusza nigdy wiedzieć nie powinna.
— Nie wiem, co przez to rozumiesz... ale daj spokój, nie bądź tak uszczypliwym, bo wreszcie jeżeli pani Sainte-Colombe kupi te dobra... byłbyś wtedy kontent, żeby cię zatrzymała przy twych obowiązkach rządcy... nieprawdaż?
— Toć prawda... bo wiadomo, Kasiu, żeśmy się już postarzeli i że już dwadzieścia lat tu jesteśmy, a zanadtośmy uczciwi, iżbyśmy pomyśleli o skubaniu czegoś na nasze stare lata, a przyznam ci się, w naszym wieku przykro byłoby szukać sobie innego sposobu utrzymania... Ach! najbardziej żal mi, że panna Adrjanna sama na siebie tych dóbr nie utrzyma... zdaje się, że to ona chciała je sprzedać... a księżna inne miała chęci.
— O! mój mężu... czy by to być mogło?
— Co?
— Żeby panna Adrjanna, tak młoda, sama zarządzać miała swym majątkiem...
— Nic dziwnego, rzecz prosta; panna nie ma ani ojca ani matki; jest panią swego majątku, zwłaszcza, że ma dobrą główkę; przypominasz sobie, jak przed dziesięciu laty przywiózł ją tu w lecie pan hrabia, co to było za dziecko... jaka psotnica, a przytem jakie oczy! nieprawdaż? jakie były figlarne!
— Bezwątpienia, panna Adrjanma wówczas już była nad swój wiek rozwinięta.
— Jeżeli została taką, jak się zapowiadała, swawolna, z milutką minką, musi być teraz ładną, pomimo cokolwiek czerwonych włosków, bo, niech to będzie między nami... gdyby była sobie poprostu mieszczanką, zamiast być panną wysokiego urodzenia, każdy powiedziałby, że jest ruda.
— Otóż masz, znowu złośliwość!
— Względem paniny Adrjanny? Uchowaj Boże!... ona wyglądała na równie dobrą jak ładną.
— Ja nie w złej myśli mówię, że jest ruda... Przeciwnie, gdyż przypominam sobie, że jej włoski były tak delikatne, tak świecące, tak złociste; tak dobrze przypadały do jej twarzyczki białej, jak śnieg, i do jej czarnych oczu, iż prawdziwie trudnoby wystawić sobie coś piękniejszego: i pewny też jestem, że teraz ten kolor włosów, jakiby szkodził innej, czyni twarz panny Adrjanny bardziej jeszcze zachwycającą; powtarzam ci, że to będzie coś nadzwyczajnego.
— Oj! tak, trzeba przyznać, jaki z niej zuch!... ciągle biegała po ogrodzie, nieustannie sprzeciwiała się guwernantce, wspinała się na drzewa... i coraz to nowe figle!...
— Tak, przyznaję, panna Adrjanna to był djabełek w ludzkiej postaci; ale jaki dowcip, jaka swawola, a nadewszystko, jakie dobre serce, nieprawdaż?
— Tak, niema co mówić, że dobra była.
— Przypominasz sobie, gdy poszła z guwernantką na przechadzkę: nieraz wróciła bez szala, gdyż podarowała go ubogim dzieciom wiejskim...
— Alboż to raz przyszło do tego, że nowiuteńką merynosową suknię darowała babie, a sama w spódniczce tylko powracała do zamku... i z gołemi rękami: śliczneż to było dziecię!
— Serce przedziwne, ale głowa... co za głowa.
— Tak, bardzo zła głowa, ja zawsze powtarzam, że to się źle skończy, i pokazuje się, że ona w Paryżu wyprawia różne rzeczy... i to jakie rzeczy...
— No! cóż takiego?...
— Ach! mój kochany, nie śmiem...
— Ależ mów...
— Oto, — rzekła dobra kobieta nieśmiało i zakłopotana, co dowodziło, jak była zgrozą przejęta, — panna Adrjanna mieszka w jakiejś bałwochwalczej świątyni w końcu ogrodu przy pałacu swej ciotki, a usługują jej zamaskowane kobiety, które ją ubierają jak boginię, ona zaś bije je, bo nigdy nie jest trzeźwa... Nie mówię już o tem, że po całych nocach trąbi w szczerozłotą myśliwską trąbę, co, jak sobie możesz wystawić, do rozpaczy doprowadza jej ciotkę...
Tu rządca parsknął ze śmiechu.
— Ale któż ci powiedział takie rzeczy o pannie Adrjannie?
— Wiem od żony Ireneusza, która chodziła do Paryża po dziecko na mamki; była w pałacu księżnej Saint-Dizier, dla widzenia się z panią Grivois, swoją chrzestną matką... jak ci wiadomo, pierwszą garderobianą księżnej... Ta pani Grivois wyraźnie jej to wszystko powiedziała, a ona musi dobrze wiedzieć o wszystkiem, gdyż mieszka w jednym domu.
— Tak, tak, dobra to sztuczka i ta Grivois. Była to niegdyś największa rozpustnica, a teraz czyni tak samo jak jej pani... świętoszka... dewotka, bo jaka pani, taka i sługa...; księżna sama, teraz tak przykładna i skrupulatna, niegdyś wcale inaczej dokazywała... Przypomnijno sobie! piętnaście lat temu... owego pięknego pułkownika od huzarów, margrabiego d‘Aigrigny, co stał na kwaterze w Abbeville, a który tu zawsze przyjeżdżał... No, pamiętasz, emigrant, co służył dawniej gdzieś w obcych krajach, a potem — Burbonowie dali mu pułk.
— Tak, tak, pamiętam, ale zmiłuj się, przestań złośliwie mówić.
— Ja nic złośliwego nie mówię. Pułkownik rozgościł się w zamku i mówiono ogólnie, że łączą go bliskie stosunki z księżną, dzisiejszą dewotką...
— Tak, co prawda, to prawda, dobre to były czasy, biesiady, bale i widowiska niemal co wieczór w zamku...
— Pewnego razu...
Dupont nie mógł dokończyć tego, co chciał powiedzieć. Tłusta służąca, w ubraniu i czepku, jakie noszą w Pikardji, weszła ze słowami:
— Panie... jakiś pan ma interes do pana; przyjechał z Saint-Valery koczykiem pocztowym... mówi, że się nazywa pan Rodin.
— Rodiin?... — rzekł rządca, wstając, — a proś co prędzej.
W kilka minut Rodin wszedł do pokoju rządcy.
Zawsze cokolwiek mniej aniżeli skromnie ubrany, wszedł, kłaniając się im nisko. Żona na skinienie męża i wyszła.
Trupia twarz Rodina, prawie niedostrzegalne usta, malutkie jak u gadziny, napół zakryte wielkiemi powiekami, oczy, odzież brudna, tworzyły niezbyt ujmującą całość; i jednakże ten człowiek, gdy było potrzeba, umiał przybrać i szatańską sztuką taką dobrotliwość, taką serdeczność, iż mowa jego stawała się wtedy tak ujmująca, tak przenikliwą, że nieprzyjemne wrażenie, a nawet odraza powoli znikły, i prawie zawsze kończył on tem, iż swoją ofiarę! uwiódł, wplątał w kręte zwoje swej wymowy i elokwencji, równie zręcznej jak słodkiej i przewrotnej.
Poczciwy rządca patrzył na niego z zadziwieniem, mając na myśli naglące polecenia intendenta księżnej Saint-Dizier; sądził on, iż inną zupełnie ujrzy osobę; ledwo też mogąc ukryć swoje zdziwienie, rzekł do niego:
— Wszak mam zaszczyt mówić z panem Rodin?
— Tak jest, panie... tu jest list od intendenta księżnej Saint-Dizier.
— Chciej pan, zanim ja list przeczytam, zbliżyć się do kominka. Tak przykre jest powietrze, — rzekł rządca uprzejmie, — czy nie pozwoli pan czem sobie służyć?
— Serdecznie panu dziękuję... za godzinę odjeżdżam...
— Bardzo dobrze, — rzekł rządca, przeczytawszy list.
— Pan intendent ponawia mi polecenie, aby być posłusznym rozkazom pańskim.
— O małe rzeczy chodzi, nie będę pana długo trudził...
— Panie... to dla mnie zaszczyt...
— Wyobrażam sobie, jak liczne i nieustanne być muszą zatrudnienia pańskie! wejść tylko do tego zamku, a w tej chwili uderza wzorowy porządek i czystość; dowodzi to pańskiej wielkiej o wszystko troskliwości.
— Naprawdę pan mi podchlebia.
— Panu podchlebiać... tego właśnie nigdy nie umiałem... stary, prosty sobie, jak ja, człowiek, nigdy o tem nie myśli... ale wróćmy się do interesu... Jest tu pokój nazwany zielonym?
— Jest, panie; to pokój, w którym niegdyś zwykł był pracować nieboszczyk hrabia Cardoville.
— Bądź pan łaskaw pokazać mi go...
— Na nieszczęście, właśnie żądaniu pańskiemu żałość uczynić prawie nie jestem w stanie... Po śmierci pana hrabiego, schowano wiele papierów w szafach tego pokoju i zabrano klucze do Paryża...
— Masz je pan... te klucze, — rzekł Rodin, pokazując rządcy jeden duży, drugi mały klucz, razem związane.
— A... to co innego... przybywasz pan po papiery?
— Tak... po pewne papiery... tudzież po małą mahoniową szkatułkę, ze srebrnym znaczkiem... czy znasz ją pan?
— Tak... widywałem ją często na stole, przy którym nieboszczyk zwykłe pracował... jest ona w wielkiej szafie, od której klucz pan trzyma...
— Zechce więc pan zaprowadzić mnie do owego pokoju, stosownie do upoważnienia księżnej pani.
— W najlepszem zdrowiu... cała zawsze w Bogu zatopiona...
— A panna Adrjamna?
— Dobrze, panie... A księżna zdrowa?
— Łaskawy panie... o czem innem mówmy, — rzekł Rodin, głęboko westchnąwszy.
— Ach, panie!... Przebóg... czyżby jakie nieszczęście spotkać miało dobrą pannę Adrjannę?
— Jak pan to rozumie?
— Czy zachorowała?
— Nie..., nie... na nieszczęście równie jest zdrowa, jak piękna...
— Na nieszczęście? — powtórzył zdziwiony rządca.
— Tak zaiste! bo gdy piękność, młodość i zdrowie połączą się z burzliwym, przewrotnym umysłem... z charakterem, który pewnie nie ma podobnego sobie na ziemi.. lepiej byłoby nie mieć tych niebezpiecznych darów..., które bywają prawdziwemi przyczynami zguby... Ale, proszę pana, mówmy o czem innem... Przedmiot ten jest dla mnie przykry... — rzekł Rodin głęboko wzruszonym głosem, i końcem małego palca lewej ręki sięgnął do prawego oka, jakgdyby otrzeć obciął łzę, uronić się mającą.
Rządca nie widział łzy, ale widział poruszenie i zdziwiła go zmiana głosu Rodina. Odezwał się więc wzruszonym tonem:
— Daruj mi pan moją nieuwagę... nie wiedziałem...
— Ja to proszę pana o przebaczenie mi mimowolnego rozczulenia... rzadko się zdarzają łzy starym... lecz gdybyś widział tak, jak ja, rozpacz nieoszacowanej księżnej... która w tem tylko jest winna, że zbyt dobra... zbyt słaba dla siwej synowicy... i tym sposobem rozzuchwaliła ją, raz jeszcze proszę pana... mówmy o czem innem.
Po chwili milczenia, Rodin rzekł do Dupont’a:
— Tak więc, jednej części mego posłannictwa już dopełniłem; inna jeszcze mi pozostaje... Nim przystąpimy do niej, winienem panu przypomnieć jednę rzecz, która już może wyszła mu z pamięci... to jest, że lat temu piętnaście pan margrabia d’Aigrigny, naówczas pułkownik huzarów, na załodze w Abbeville, bawił tu przez jakiś czas.
— Ach! Panie, jaki piękny oficer! Niedawno mówiłem o nim z moją żoną. Była to radość zaimku; a jak dobrze grał komedję, nadewszystko hultajów; np. w Dwóch Edmundach, umierać było trzeba ze śmiechu, — występował w roli pijanego żołnierza... a jaki piękny głos.., śpiewał tu Jakonda, jakby nie zaśpiewano nawet w Paryżu.
Rodin, wysłuchawszy uprzejmie rządcy, rzekł doń:
— Pewno panu wiadomo, że po okropnym pojedynku, który miał z zaciekłym bonapartystą, jenerałem Simon, pułkownik margrabia d’Aigrigny (którego ja w tej chwili mam zaszczyt być poufnym sekretarzem) opuścił świat i wstąpił do stanu duchownego...
— Ach! panie!.., czy to być może... ów piękny pułkownik....
— Ów piękny pułkownik, waleczny, szlachetny, bogaty, o którego się wszyscy ubiegali, fetowali, tyle korzyści opuścił dla ubogiej, czarnej sukni, i pomimo swego imienia, położenia, pokrewieństwa, związków, swojej reputacji wielkiego kaznodziei, jest dziś tem, czem był przed czternastu laty... prostym księdzem, zamiast być Arcybiskupem lub Kardynałem, jak wielu innych, którzy nie posiadali ani jego zasługi, ani cnót jego...
Rodin mówił tak dobrodusznie, tak przekonywająco; zdarzenia i okoliczności, które przytaczał, zdawały się być pewne, iż Dupont nie mógł się wstrzymać od zawołania:
— A to wybornie... panie! to wybornie..
— Wybornie... nie, zaiste! — rzeki Rodin, z trudną do naśladowania naiwnością, — to rzecz bardzo prosta... takie serce, jakie ma d‘Aigrigny... Lecz prócz innych dobrych przymiotów ten ma szczególniejszy, że nigdy nie zapomina o ludziach poczciwych, zacnych i sumiennych... Otóż krótko mówiąc, zacny panie Dupont, przypomniał sobie i o panu.
— Jakto! margrabia raczył...
— Przed trzema dniami odebrałem od niego list, w którym pisał do mnie o panu.
— Jest więc w Paryżu?
— Oczekujemy go lada chwila; miesiące temu pojechał do Włoch... w tej podróży doszła go nader smutna wiadomość o śmierci jego matki, która bawiła w dobrach księżnej Saint-Dizier.
— Ach! mój Boże!... ja o tem nie wiedziałem.
— Tak, było to dla niego wielkie zmartwienie, ale trzeba umieć zdać się na wolę Opatrzności.
— A w jakichże okolicznościach pan margrabia zaszczycił mnie swoją o mnie pamięcią?
— Zaraz panu pawiem...; przedewszystkiem trzeba panu wiedzieć, że ten zamek jest sprzedany... kontrakt podpisany został w wilję mego odjazdu z Paryża....
— Ach! panie! jaki we mnie budzi się niepokój..
— W czem?
— Lękam się, czy nawy dziedzic zechce mnie zatrzymać jako rządcę.
— Zważ pan tylko, jakie to szczęśliwe zdarzenie! właśnie o tej posadzie chcę z panem mówić.
— Czy możliwe?
— Zapewne, wiedząc, jak margrabia zajmuje się panem, pragnąłbym mocno pragnąłbym, abyś pan mógł utrzymać się na tej posadzie; starać się będę wszelkiemi siłami przysłużyć się panu, jeżeli....
— Ach panie! — zawołał Dupant, przerywając mowę Rodinowi, — jakże mu jestem wdzięczny! niebo tu pana zasłało...
— I pan też... pochlebiasz mi nawzajem; przedewszystkiem powinienem panu wyznać, że muszę położyć warunek... do mego wstawienia się.
— Ach, panie, mniejsza o to... mów pan, mów...
— Osoba, mająca mieszkać w tym zamku, jest podeszłą damą, pod każdym względem godną szacunku: szanowna to osoba nazywa się pani de Sainte-Colombe...
— Ja kto, — rzekł rządca, przerywając Rodinowi, — więc to pani de Sainte-Colombe kupiła zamek?
— To znasz ją pan?
— Tak, przyjeżdżała tu przed tygodniem, aby obejrzeć te dobra... Moja żona mówi, że to wielka dama... ale, mówiąc między nami... z pewnych słów, jakie z jej ust słyszałem...
— Panie Dupont, jak widzę jesteś przenikliwy... Bardzo wiele jeszcze brakuje pani de Sainte-Colombe, żeby była wielką damą... zdaje mi ¡się, że ona była poprostu modniarką, pod galerjami w Palais-Royal. Widzisz pan, że otwarcie, z nim mówię.
— A chlubiła się, że w jej domu bywali panowie francuscy i zagraniczni.
— Rzecz prosta, pewno przy chodzi zamawiać kapelusze dla swych żon; tak więc, zebrawszy wielki, kapitał... i spędziwszy życie za młodu i w dojrzałym wieku... obojętnie względem zbawienia swej duszy, obecnie jest na wybornej, pełnej zasługi drodze... To, to właśnie, jak panu mówiłem, czyni ją godną poszanowania ze wszech względów; bo nic szanowniejszego nad szczery i wytrwały żal za grzechy... Lecz żeby mogła osiągnąć zbawienie, potrzeba nam pana, panie Dupont.
— Mnie... a cóż ja mogę?
— Twoja pomoc może być bardzo skuteczną, a to takim sposobem: W tej wsi niema kościoła, a leży ona w pośrodku między dwiema parafjami. Pani de Sainte-Colombe, chcąc zrobić wybór między dwoma księżmi, który z nich miałby miewać dla niej mszę w kaplicy, zechce pewno zasięgnąć rady pańskiej, jako dawno tu zamieszkałego.
— Och! w takim razie rada będzie krótka... proboszcz w Danicourt jest, najlepszym człowiekiem.
— Otóż właśnie nie trzeba go jej stręczyć.
— A to dlaczego?
— Przeciwnie, trzeba bezustannie zalecać jej proboszcza z Boiville, aby skłonić tę kochaną damę, żeby go wybrała.
— A dlaczego jego raczej, niż pierwszego?
— Dlaczego? zaraz powiem; jeżeli panu i jego małżonce uda się nakłonić panią de Sainte-Colombe do wyboru, którego ja sobie życzę, pewnym być możesz utrzymania się tu jako rządca. Na to daję słowo honoru... co obiecuję, tego święcie dotrzymam.
— Nie wątpię, że pan ma taką władzę, — rzekł Dupont, przekonany tonem i powagą Rodina, — lecz chciałbym wiedzieć...
— Jeszcze jedno słowo, — rzekł Rodin, przerywając mu, — powinienem, muszę działać otwarcie i powiedzieć panu, dlaczego nalegam na wybór, o którym mówiłem, i chcę, żebyś go pan popierał. Mocnoby mnie to martwiło, gdybyś pan w tem upatrywał cień intrygi. Idzie tu poprostu o dobry uczynek. Proboszcz w Boiville, dla którego żądam pańskiej pomocy, jest człowiekiem, którym ksiądz d‘Aigrigny szczególniej się zajmuje. Lubo bardzo ubogi, jednakże utrzymuje przy sobie starą matkę.
Gdyby zajmował się zbawieniem pani de Sainte-Colombe, pracowałby około niej skuteczniej, niż którykolwiek inny, gdyż pełen jest skruchy i cierpliwości, a potem, rzecz oczywista, że przez, tę godną damę miałby niejakie korzyści, na którychby zyskała stara jego matka... Oto całe wyjaśnienie. Gdym się dowiedział, że dama ta ma zamiar kupić dobra, przyległe do parafji naszego protegowanego, napisałem o tem do pana margrabiego; on przypomniał sobie o panu i napisał do mnie, aby pana prosić, żebyś mu wyświadczył tę małą przysługę, która, jak pan widzisz, nie będzie bezowocną. Raz jeszcze powiem panu i dowiodę, że mam władzę utrzymania go na rządcostwie. I... jeszcze słówko... albo raczej jeszcze jeden warunek. Ten będzie równie ważny, jak pierwszy... Ażeby zapewnić moją, a nadewszystko pańską odpowiedzialność, gdybyś się miał zgodzić na postawione ci warunki, żądam, abyś dwa razy na tydzień opisywał mi z najdrobniejszymi szczegółami wszystko, co spostrzeżesz w charakterze, postępkach i stosunkach pani de Sainte-Colombe, bo zważ tylko, że ja pragnę być zupełnie powiadomiony o postępowaniu mego protegowanego... tak, iż gdyby ci wpadło w ucho, a uznałbyś za naganne, zarazbym się o tem dowiedział z twojej korespondencji tygodniowej bardzo szczegółowej.
— Ależ panie! to szpiegostwo — krzyknął biedny rządca.
— Mój panie Dupont... czyż można tak znieważać jednę z najmilszych, najświętszych skłonności ludzkich... zaufanie... gdyż ja żądam od pana... tylko, abyś mi pisał w zaufaniu o wszystkiem, co się tu dziać będzie, i to w najdrobniejszych szczegółach... Pod temi dwoma nierozdzielnemi warunkami pozostaniesz rządcą... inaczej z boleścią... z żalem zmuszony będę postarać się o innego dla pani de Sainte-Colombe.
— Panie... proszę cię — rzekł wzruszony Dupont, — bądź wspaniałomyślnym... Ja i żona moja z tej tylko posady mamy całe nasze utrzymanie, a za starzy jesteśmy do szukania innego sposobu do życia. Doświadczonej w ciągu czterdziestu lat uczciwości nie wystawiaj na zapasy z obawą nędzy i poniewierki...
— Kochany panie Dupont, jesteś dziecinny, namyśl się... za tydzień dasz mi odpowiedź...
— Miej litość, panie!...
Rozmowę przerwał huk, którego echa powtórzyły nadbrzeżne skały.
— Co to jest?... rzekł Rodin.
Zaledwie to wymówił, gdy ponowny huk z większą jeszcze mocą rozdarł powietrze.
— Armata... — zawołał Dupont, zrywając się. — To wystrzał działowy, jakiś okręt wzywa pomocy, albo przywołuje sternika.
— Mój mężu — rzekła żona rządcy, wbiegając nagle do pokoju, — z tarasu widać na morzu statek parowy i okręt żaglowy, który postradał już wszystkie maszty... wiatr pędzi go do brzegu, okręt trzymasztowy daje ognia na ratunek... zgubiony!...
— Ach! to okropne... a tu można... tylko patrzeć, jak się rozbiją! — zawołał rządca, biorąc kapelusz z zamiarem wyjścia.
— Więc niema ratunku dla tych okrętów?... — zapytał Rodin.
— Ratunku... jeżeli je wiatr zapędzi na te rafy... żadna siła ludzka uratować ich nie zdoła; od czasu zrównania dnia z nocą, już dwa okręty rozbiły się na tych brzegach.
— Rozbiły się?... I ludzie z calem mieniem zginęli? Ach: to okropne, — rzekł Rodin.
— Przy takiej burzy, na nieszczęście, mała jest nadzieja ocalenia tych ludzi; ale cóż robić, — rzekł rządca, zwróciwszy się do żony, — ja pobiegnę na brzeg ze wszystkimi folwarcznymi ludźmi, będziemy próbowali, może się da uratować tych nieszczęśliwych; każ rozpalić ogień na kominkach w kilku pokojach, przygotuj bieliznę, odzież, lekarstwa... Nie mam nadziei, żeby się dało uratować... lecz trzeba próbować... Pójdzie pan ze mną, panie Rodin?
— Poczytywałbym sobie za obowiązek, gdybym tylko mógł przydać się panu na co; lecz mój wiek... moja słabość, czynią mnie do tej posługi nieużytecznym, — rzekł Rodin, który ani wiedzieć chciał o burzy. — Żona pańska zechce mi pokazać zielony pokój, zabiorę stamtąd rzeczy, po które przyjechałem i odjadę natychmiast do Paryża, gdyż bardzo się spieszę...
— Dobrze, panie, żona Zaprowadzi pana, a ty każ dzwonić, — rzekł do sługi; — niech wszyscy ludzie idą za mną nad morze, niech wezmą linki i drągi.
— Dobrze, mój mężu, ale ty nie narażaj się.
— Pocałuj, aby mi się szczęściło, — rzekł rządca, potem wyszedł spiesznie, wołając:
— Prędko... prędko, bo może już ani deski z okrętu nie zastaniemy.
— Moja pani! racz mię zaprowadzić do zielonego pokoju, — rzekł Rodin, ciągle obojętny.

— Proszę pana iść za mną, — odrzekła Katarzyna, ocierając oczy, gdyż bała się o los swego męża.

II.
BURZA.

Morze okropnie wzburzone...
Ciemno-zielone, pokryte białą pianą, bałwany toczą się naprzemian to w górę, to na dół, przy czerwono-jaskrawym blasku światła na horyzoncie.
W dali, w połowie pochyłości skalistego przylądka, daleko wysuniętego w morze, wznosi się zamek Candoville; czerwienią się jego okna od odbijającego się od nich płomienistego słonecznego światła; jego mury z czerwonej cegły i wysoki szczyt, dachówką kryty, nurzają się w obciążonym mgłami powietrzu.
Wielki okręt bez masztów, płynący tylko przy małej pomocy kawałków żagli, przywiązanych do pni masztowych, pędzi ku brzegom.
Już to toczy się po grzbiecie ogromnych bałwanów, już wpada w ich przepaść.
Błyska się... potem zahuczy grom, ledwo słyszeć się dający pośród strasznego szumu burzy... To wystrzał armatni, ostatni znak żądających ratunku.
W tej chwili parowiec, okryty obłokiem czarnego dymu, przybywa od wschodu, dążąc ku zachodowi i natęża wszelkie siły, by utrzymać się zdala od brzegu.
Bezmasztowy okręt lada chwila przemknie przed statkiem parowym, lecąc na skały, popychany wiatrem i wzburzonem morzem.
Nagle gwałtowna fala uderza w bok parowca; ogromny bałwan morski ze strasznym impetem wpada na pokład; w jednej sekundzie komin obalony, bęben pogruchotany, jedno koło machiny połamane... druga nadchodząca fala uderza wpoprzek statku i pędzi ku brzegom... w tym samym kierunku co trzymasztowy zrujnowany okręt.
Lecz ten, lubo bardziej oddalony od raf, nadstawiając wiatrom i morzu obszerniejszą powierzchnię, aniżeli statek parowy, dopędza go i tak się już do niego zbliża, iż lękać się potrzeba lada chwila ich zetknięcia... byłoby to okropne, a niezawodne rozbicie.
Okręt trzymasztowy był to okręt angielski, nazwiskiem Black-Eayle; powracał z Ameryki, wiózł podróżnych, którzy, przybywszy z Indyj i Jawy, na statku parowym Ruyter, wysiedli z tego statku, dla przebycia międzymorza Suez. Black-Eayle, wypłynąwszy z cieśniny Gibraltarskiej, zawinął do wysp Azorskich, skąd teraz płynął, zdążając do Portsmouth, gdy napadł go wiatr północno-zachodni, który podówczas panował na kanale kaletańskim.
Statek parowy, nazwiskiem Wilhelm Tell, płynął z Niemiec, z Elby i, pozostawiając na boku Hamburg, zmierzał do Hawru.
Dwa te okręty, pędzone burzą, popychane przybierającem morzem, z niesłychaną szybkością biegły na rafy.
Pokłady obudwu smutny, bolesny przedstawiały widok; śmierć wszystkich podróżnych zdawała się niechybną, gdyż morze z okropnym łoskotem rozbijało się o nagie, strome skały brzegów.
Kapitan trzymasztowego okrętu Black-Sayle, stojąc w tyle i trzymając się szczątka masztu, w tej okropnej ostateczności, z zimną krwią wydawał rozkazy. Bałwany poobrywały szalupy, nie było więc tego środka ratunku; jedyny jeszcze pozostawał środek ocalenia, gdyby się okręt nie rozbił odrazu, uderzając o skały, a było to padanie końca liny z okrętu na brzeg. Pokład był pokryty pasażerami, których trwoga, połączona z krzykiem, powiększała jeszcze powszechne zamieszanie.
Jedni, osłupieli, uchwyciwszy się drabin masztowych, oczekiwał i śmierci w odrętwieniu; inni załamywali ręce z rozpaczy lub tarzając się po pokładzie, przeraźliwie wołali ratunku.
Tu, modliły się klęczące kobiety; inne zakrywały sobie oczy rękami, aby nie widzieć zbliżającej się okropnej śmierci; młoda matka, blada jak trup, przyciskając do łona małe dziecię, biega od jednego do drugiego majtka, wzywając ratunku, ofiarując worek pełen złota i klejnotów temu, kto ocali jej syna.
Młodzieniec lat około osiemnastu czy dwudziestu, czarnowłosy, śniadej cery, rysów twarzy regularnych, rzadkiej piękności, przypatrywał się tej zgubnej, przerażającej scenie z owym smętnym spokojem, zwykłym u tych, którzy często już walczyli z wielkiemi niebezpieczeństwami; obwinąwszy się w płaszcz, oparłszy się plecami o parapet, stał spokojnie. Wtem owa matka, która napróżno, z dziecięciem w jednem ręku, a z workiem złota w drugiem, żebrała litości u wszystkich majtków, spostrzega młodzieńca śniadej cery, do nóg mu się rzuca, podaje mu dziecię: błaga w okropnej rozpaczy. Młodzieniec wziął dziecię na ręce, smętnie kiwnął głową, pokazując matce rozhukane fale... gestem, pełnym wyrazu, zdawało się, iż obiecywał jej, że je ocali...
Wtedy młoda matka, uniesiona nadzieją, łzami poczęła oblewać ręce młodzieńca.
Nieco dalej, inny podróżny okrętu Black-Eayle, wydawał się ożywiony najczynniejszem miłosierdziem. Wyglądał on na łat dwadzieścia pięć najwyżej, długie, jasne, w loki układające się włosy powiewały około jego anielskiej twarzy.
Miał ma sobie czarną sutannę i kołnierz z białemi wypustkami; zatrzymując się przy tych, których największa ogarniała rozpacz, chodząc od jednych do drugich, wygłaszał pobożne słowa wiary lub zdania się na wolę boską. Pocieszał jednych, zachęcał drugich słowami pełnemi namaszczenia, czułości i niewymownej miłości, rzekłbyś, że mu żadne nie zagraża niebezpieczeństwo lub, że jest na nie obojętny.
W jego miłej, pięknej twarzy czytać było można stałą, świętą odwagę, religijne oderwanie się od wszelkiej ziemskiej myśli; co chwila podnosił wielkie, niebieskie, jaśniejące wdzięcznością, mdłością i spokojem oczy, jakby <dla podziękowania Bogu, że go poddał owej strasznej próbie, w której człowiek pełen odwagi poświęcić się może dla swych braci, i jeżeli nie ocalić ich, to przynajmniej umrzeć z nimi, pokazując im niebo... Rzec możnaby, że to był anioł, przez Stwórcę zesłany, aby osłodzić nieodzowne ciosy przeznaczenia...
Nieopodal od tego młodzieńca, pięknego jak anioł, widać było człowieka, podobnego do złego ducha.
W śmiałej postawię, siedząc na odłamku przedniego masztu, trzymając się szczątków wiązań lin, człowiek ten z pogardą spoglądał na otaczających go nieszczęśników. Złowroga, dzika radość malowała się na jego brudno-żóltem czole, na czole koloru właściwego ludziom, urodzonym z białego i kreolki; przyodziany tylko w bieliznę, na szyi miał uwiązaną na sznurku puszkę blaszaną, jak mniemać należy, i papierami.
Im bardziej wymagało się niebezpieczeństwo, im bardziej trzymasztowy okręt zagrożony był wpadnięciem na rafę, lub spotkaniem się z parowym statkiem, do którego szybko się zbliżał, tem większą okazywał radość ów złowrogi podróżny. Zdawało się, że przez dziką niecierpliwość chce przyśpieszyć nastąpić mające dzieło zniszczenia.
Widząc go, jak chciwie nasyca się wszelkiemi udręczeniami, trwogą i rozpaczą, które zewsząd go otaczały, mniemałby kto, że to jest posłaniec jednego z owych krwi chciwych bóstw, co przewodniczą zabójstwu i morderstwu.
Wkrótce Black-Eayle, pędzony wiatrem i ogromnemi falami, tak zbliżył się do Wilhelma Tella, iż z okrętu rozpoznać było można podróżnych, zebranych na pokładzie parowego statku, prawie tak samo już obezwładnionego.
Mało już było na nim podróżnych.
Ogromny bałwan morski, gwałtownem uderzeniem złamał bęben i jedno koło maszyny; fale zmiatały bez oporu, co było na pokładzie, coraz to nowe sprzątając ofiary.
Pomiędzy podróżnymi, którzy, uniknąwszy tego nieszczęścia, zagrożeni byli strzaskaniem o skały, lub zgnieceniem między dwoma uderzającymi się statkami, co już wydawało się niechybnem, jedna grupa szczególniej godna była politowania.
W samym kącie statku okazałej postaci starzec, łysy, z siwemi wąsami, przewiązał się wpół końcem linki i tak przymocowany do bocznej ściany okrętu, obejmując obu jękami dwie około lat piętnastu mogące mieć dziewice, przyciskał je do swych piersi, nawpół okrytych futrem reniferowem... Duży, płowy pies, przemokły zupełnie, wył przeraźliwie przy ich nogach. Dziewice w objęciu starca, tuliły się i trzymały nawzajem; lecz, zamiast oglądać się z przestrachem około siebie, oczy swe zwracały ku niebu, jakgdyby pełne ufności i niewinnej nadziei, jakby spodziewając się, iż będą ocalone nadnaturalną pomocą.
Okropny krzyk trwogi, rozpaczy wszystkich podróżnych obu statków rozległ się nagle głośniej nad łoskot burzy.
W chwili, gdy nurzając się głęboko między dwoma bałwanami, statek parowy nadstawił się bokiem do przodu okrętu, ten, wyniesiony niezmiernie wysoko bałwanem, jakby na górę wodną, wydawał się, że powiem, jakby zawieszony nad Wilhelmem Tellem, przez sekundę czasu, poprzedzającą ich wzajemne spotkanie.
Zdarzają się okropne, wspaniałe widowiska... trudne do opisania.
Lecz, podczas takich katastrof, szybkich jak myśl, chwytamy częstokroć obrazy tak żywe, iż, zdaje się nam, iż spostrzegliśmy je przy świetle błyskawicy.
Otóż, gdy Black-Eayle, wzniesiony bałwanami, miał wpaść na Wilhelma Tella, młodzieniec anielskiej postaci stał na przedzie trzymasztowego okrętu, gotów rzucić się w wodę dla ocalenia jakiej ofiary...
Nagle, z wysokości bałwana, na którym był w tej chwili okręt, spostrzegł młode dziewice, wyciągające do niego ręce, błagając ratunku...
Zdawało się mu, iż go poznały i wpatrując się w niego z pewnem uniesieniem i religijnem uszanowaniem.
Na chwilę, pomimo łoskotu burzy, pomimo zbliżającego się rozbicia, spotkały się oczy tych trojga istot...
Na twarzy młodzieńca zarysowało się nagle głębokie politowanie; gdy młode dziewczęta, złożywszy ręce, błagały go jakby spodziewanego zbawcę...
Starzec, Obalony upadkiem ściany, leżał na pokładzie.
Nagle wszystko znikło.
Straszna masa wody gwałtownie rzuciła Black-Eayle na Wilhelma Tella.
Z okropnym trzaskiem tych dwóch mas drzewa i żelaza, które, krusząc się nawzajem, poczęły tonąć, rozległ się przeraźliwy krzyk...
Jeden krzyk stu istot ludzkich, ginących razem w przepaściach morskich...
A potem już nic widać nie było.

W kilka minut, pomiędzy bałwanami lub na ich wierzchołkach, spostrzec było można szczątki dwóch okrętów... i tu i owdzie odrętwiałe ręce, posiniałe, przepełnione rozpaczą twarze kilkorga nieszczęśliwych, usiłujących dostać się na rafy pobrzeżne, choćby zgruchotać ich miały uderzające z wściekłością o skały fale.

III.
ROZBITKI.

Kidy rządca pospieszył nad morze, dla dania ratunku podróżnym, którzyby zdołali uniknąć zguby w nieuchronnem rozbiciu, Rodin, zaprowadzony przez Katarzynę do zielonego pokoju, zabrał stamtąd rzeczy, które zawieźć miał do Paryża. Obojętny na ratunek, którym zajęci byli mieszkańcy.zamku, Rodin wrócił do pokoju rządcy; pokój ten przytykał do długiej galerji. Nikogo tu nie zastał; pod pachą miał szkatułkę ze srebrnym zameczkiem, rdzą czasu pokrytym. Jego surdut, do połowy zapięty, dozwalał widzieć część dużego safjanowego pugilaresu w bocznej kieszeni. Gdyby.zimna twarz sekretarza d‘Agrigny‘ego mogła innym sposobem, aniżeli samym tylko ironicznym.uśmiechem wyrazić radość, rysy jej byłyby pełne zachwytu; albowiem właśnie w tej chwili znajdował się on pod urokiem najmilszych myśli. Postawiwszy szkatułkę na stole, rzekł do siebie z wielkiem zadowoleniem:
— Wszystko dobrze idzie; roztropność radzi pozostawić tutaj te papiery aż do pewnej chwili, bo zawsze trzeba. się mieć na ostrożności z djabelską przenikliwością Ad’rjanny Cardoville, która odgaduje to, o czem niepodobna byłoby dla niej dowiedzieć się. Szczęściem... zbliża się chwila, kiedy nie będziemy już potrzebowali obawiać się. Los będzie dla niej okrutny, tak być musi. Takie niepodległe, nieugięte dusze już same przez się są naszymi nieprzyjaciółmi... sam ich charakter już dla nas jest niebezpieczny. A cóż dopiero, gdy zechcą być dla nas niebezpiecznemi i szkodliwemi?... Co do de Sainte-Colombe, mamy po swojej stronie rządcę: pewny jestem, że nie będzie się wahał w wyborze między tem, co w swojej głupocie nazywa sumieniem, a bojaźnią utracenia sposobu do życia; ręczę, że lepiej nam będzie służył, niż kto inny; od dwudziestu już lat tu zamieszkały, najmniejszej nie wzbudzi nieufności w tej głupiej i nikczemnej de Sainte-Colombe... A gdy się ona tylko dostanie w ręce naszego protegowanego z Roiville... wtedy już pewny jestem; postępowanie tych lekkich kobiet zgóry da się określić: zamłodu służą djabłu, a na starość okropnie się go boją; a potrzeba, żeby się go bała aż do zapisania nam zamku Cardoville... Wszystko więc idzie dobrze... Co do sprawy medaljonów, nadchodzi 13 lutego, a niema żadnej wiadomości od Jozuego... Pewno książę Dżalma siedzi wciąż w więzieniu u Anglików, w głębi Indyj; w przeciwnym razie byłbym odebrał wiadomości z Batawji; córki jenerała Simon pozostaną jeszcze zatrzymane w Lipsku najmniej z miesiąc... Stosunki zewnętrzne w najlepszym są stanie. Co do stosunków wewnętrznych...
Rozmyślania Rodina przerwała nagle wchodząca pani Dupont, która gorliwie się zajmowała wszelkiemi przygotowaniami do ratunku.
— Teraz, — rzekła do sługi, — zapal ogień w przyległym pokoju, postaw tam ciepłe wino; pan Dupont powróci lada chwila.
— A cóż! kochana pani, — rzekł do niej Rodin, — czy jest nadzieja ocalenia kogo z tych nieszczęśliwych?
— Ach! panie!... Bóg to wie; mój mąż od dwóch godzin już poszedł... Jestem bardzo niespokojna; on bywa tak odważny, tak nieroztropny...
— Odważny... aż do nieroztropności... — mówił do siebie Rodin z niecierpliwością. — Tego nie lubię...
— Ja tymczasem, — mówiła Katarzyna, — przygotowałam tu ciepłą bieliznę... Daj Boże, żeby się to na co przydało.
— Moja pani! nie trzeba nigdy tracić nadziei. Bardzo żałowałem, że mój wiek, moja słabość, nie pozwoliły mi udać się z zacnym twoim mężem... Żałuję także, że nie mogę czekać, ażebym się mógł dowiedzieć o skutku jego usiłowań i powinszować mu, gdy będzie szczęśliwy... bo, na nieszczęście, spieszyć się muszę z odjazdem... moje chwile są policzone. Będę pani bardzo wdzięczny, gdy mi każesz zaprząc do powozu.
— Dobrze, panie!... idę natychmiast.
— Jeszcze jedno słówko... moja kochana pani Dupont. Pani jesteś rozsądną kobietą, i dobrej udzielić możesz rady... Dałem mężowi możność pozostania rządcą tych dóbr, jeżeli zechce...
— Gdyby to było można?... Jakże bylibyśmy wdzięczni! Bez tego miejsca... w naszym wieku, nie wiem, cobyśmy poczęli.
— Do tej obietnicy dwa tylko dołączyłem warunki... fraszka... bagatela... on je pani wytłómaczy...
— Ach! panie! jesteś naszym zbawcą...
— Dziękuję pani... Ale pod dwoma małymi warunkami...
— Panie! choćby ich sto było, przyjmujemy je... wystaw sobie pan... bylibyśmy zgubieni, gdybyśmy mieli tego miejsca... bez ratunku...
— Na pani polegam... w interesie męża... staraj się kłonić go...
— Proszę pani... proszę pani, otóż i pan idzie... — wołała służąca, wbiegając do pokoju.
— A czy dużo z nim ludzi?
— Nie, pan idzie sam tylko...
— Sam... jakto, sam?
— Tak, pani.
W kilka chwil później Dupont wszedł do sali; z odzieży jego lała się strumieniami woda; dla utrzymania na głowie kapelusza podczas wielkiej burzy, przywiązał go chustką; buty miał zawalane błotem.
— A! przecież powracasz, mój mężu! byłam o ciebie tak niespokojna — zawołała żona, całując go z czułością.
— Dotąd... troje ocalonych.
— Bogu dzięki... mój kochany panie Dupont — rzekł Rodin — przynajmniej usiłowania pańskie nie były daremne.
— Troje... tylko troje, mój Boże! — rzekła Katarzyna.
— O tych ci tylko mówię, których widziałem... blisko małej przystani Goeland. Spodziewać się należy, że i w innych miejscach wybrzeża dosyć przystępnych, zostanie więcej uratowanych.
— Słusznie mówisz... bo przecież brzegi nie wszędzie są równie dostępne.
— A gdzież są te rozbitki, panie Dupont? — zapytał Rodin, który zatrzymał się jeszcze z odjazdem.
— Wchodzą na brzeg... a nasi ludzie prowadzą ich. Ponieważ idą powoli, pobiegłem naprzód, ażeby dać znać mojej żonie i poczynić przygotowania; najprzód trzeba jak najprędzej przysposobić odzież dla kobiet...
— Czy jest i kobieta między wyratowanymi?
— Są dwie młode dziewice... piętnaście lub szesnaście lat najwięcej mające... jeszcze dzieci... a tak piękne!...
— Biedne dzieci!... — rzekł Rodin z udanem politowaniem.
— Ten, któremu winne są życie, jest razem, z niemi... No, powiedzieć o nim można, że to bohater!...
— Bohater...
— O! tak. Wystaw sobie...
— Zaraz mi o nim opowiesz... weź-że przynajmniej szlafrok, boś mokry... napij się ciepłego wina... oto masz..
— Dobrze... dobrze, moja Kasiu, bo też zimno mi... Ale mówiłem ci, że ten, co wyratował dwie panienki, to prawdziwy bohater... jakąż okazał odwagę, to przechodzi wszelkie wyobrażenie. Wyszedłszy stąd z folwarcznymi ludźmi, biegliśmy małą ścieżką po skałach i nareszcie przybywamy, nad brzeg... do małej przystani Goeland, która na szczycie jest nieco zasłonięta pięciu czy sześciu ogromnymi głazami, dosyć wysuniętymi w morze. Cóż spostrzegamy w głębi tej przestrzeni? dwie młode dziewczyny zemdlone; nogi miały w wodzie, a siedziały oparte o skałę, jakby tam były posadzone po wyratowaniu z morza.
— Kochane dzieci... to aż serce rozdziera — rzekł Rodin, według zwyczaju podnosząc koniec małego palca lewej ręki do prawego oka, dla otarcia łzy, która się rzadko pokazywała.
— Najbardziej zaś uderzyło mnie, że tak były do siebie podobne — rzekł rządca — iż trzeba się im dobrze przypatrzeć, aby rozpoznać jednę od drugiej... obie w żałobie... biedne dzieci...
— Pewno bliźniaczki — wtrąciła pani Dupont.
— Jedna z nich — mówił dalej rządca — trzymała w złożonych rękach mały bronzowy medal, zawieszony na szyi na łańcuszku z tego metalu.
Rodin trzymał się zwykle pochyło.
Na ostatnie słowa rządcy wyprostował się nagle, lekki rumieniec pokrył jego blade policzki. Zdjął go przestrach i zdziwienie, młode wyratowane dziewczęta miały po piętnaście lat; odziane były w żałobę i aż do złudzenia były do siebie podobne; jedna miała na szyi medal bronzowy; teraz nie mógł już wątpić, że to córki generała Simon.
Ale jakim sposobem znajdowały się one między rozbitkami? Jak się wydobyły z więzienia w Lipsku? Dlaczego on nie został o tem zawiadomiony? Czy uciekły, czy zostały zwolnione?
Takie myśli nasuwały się kolejno Rodinowi i jedna drugą usuwała; w każdym razie to fakt, że między rozbitkami znajdowały się córki generała Simon.
Osnowa, nad którą tak pilnie pracował, została zerwana.
— Kiedy ci mówię o zbawcy dwóch dziewczyn — rzekł rządca do swej żony, nie spostrzegając zakłopotania Rodina, — może sobie wyobrażasz, że ujrzysz jakiego Herkulesa? O! wcale nie... to prawie dziecko... tak młody jest! ma piękną twarz i długie jasne włosy... Zostawiłem mu swój płaszcz, gdyż był tylko w koszuli i w krótkich czarnych spodniach i czarnych wełnianych pończochach, prawda, że to osobliwsze.
— Rzeczywiście, marynarze tak się nie ubierają.
— Zresztą, lubo okręt, na którym się znajdował, był angielski, zdaje mi się jednak, że to Francuz, gdyż mówi naszym językiem tak dobrze, jak ja lub ty... A nie mogłem się wstrzymać od łez, gdy dziewczynki odzyskały przytomność... Ujrzawszy go, do nóg mu się rzuciły, spoglądały na niego z wyrazem religijnego uczucia i tak mu dziękowały, jakgdyby modliły się do Boga... Potem oglądały się naokoło, jakby szukały kogoś; coś do siebie mówiły i głośno zaczęły płakać, rzucając się jedna drugiej w objęcia.
— Co za nieszczęście, mój Boże! iluż to zginąć musiało ludzi.
— Pięć trupów wyrzuciło już morze, gdyśmy opuszczali brzeg... mnóstwo odłamów okrętu, skrzynie... Dałem znać straży celnej nadmorskiej... pilnować tam będą przez cały dzieli; a jeżeli, jak się spodziewam, wyratują się jeszcze inni rozbitcy, w takim razie nie omieszkają sprowadzić ich tu... Ale słuchajno... zdaje mi się, że słyszę głos ludziki... Tak, to rozbitki.
Rządca i żona jego podskoczyli do drzwi salonu, pro> — wadzących do długiej galerji, gdy tymczasem Rodin, konwulsyjnie gryząc płaskie paznokcie, czekał w gniewnym niepokoju na przybycie rozbitków; wkrótce tkliwy widok przedstawił się jego oczom.
Z głębi tej ciemnej galerji, mającej tylko kilka okien, zbliżały się zwolna trzy osoby, które prowadził wieśniak.
Grupa ta składała się z dwóch dziewczyn i nieustraszonego mężczyzny, któremu winne były swe życie... Róża i Blanka, jedna po prawej, druga po lewej ręce otaczały swego zbawcę, który, idąc z wielką trudnością, lekko się wspierał na ich ramionach.
Młody był jeszcze; jasne, jak len, długie włosy, na czole się rozdzielające, spadały na kołnierz obszernego płaszcza, którym go okryto. Trudno byłoby opisać, jak dobrotliwie wyglądała blada, miła twarz, tak zachwycająca, iż chyba tylko pędzel Rafaela pozostawić mu mógł podobne ideały... tylko ten boski artysta zdolny był odtworzyć melancholijny wdzięk tego czarownego oblicza, czystość jego niebiańskiego wzroku, owych anielskich jasno-błękitnych oczu... jakby u wstępującego, w niebo męczennika.
Tak jest, męczennika, gdyż krwawa obwódka otaczała już tę zachwycającą głowę.
Rzecz bolesna dla patrzącego... ponad jasnemi brwiami wąska blizna od rany, przed kilkoma miesiącami poniesionej, otaczała jego piękne czoło jakby purpurową przepaską; rzecz jeszcze smutniejsza, iż ręce miał okrutnie przebite ukrzyżowaniem; podobnież widać było rany na nogach... z trudnością szedł, bo rany te otworzyły się na ostrych skałach, po których biegł, niosąc ratunek.
Młodzieńcem tym był Gabrjel, ksiądz, należący do misji zagranicznej, przybrany syn żony Dagoberta.
Córki jenerała Simon, skoro odzyskały przytomność po rozbiciu, i mogły już same iść po skałach, nie chciały, aby kto inny wspierał chwiejny chód tego, który dopiero co zbawił je od niechybnej śmierci.
Z czarnych sukni Róży i Blanki strumieniem lała się woda, na ich pobladłych twarzach malowało się wielkie strapienie, łzy zraszały ich lica. Smętnie spuściwszy oczy, drżąc ze strachu, i zimna, biedne sieroty myślały w rozpaczy, że już nie ujrzą Dagoberta, swego przewodnika i przyjaciela, bowiem nadaremno podawał mu ręce Gabrjel, chcąc mu dopomóc w dostaniu się na skałę! na nieszczęście obydwom sił zabrakło i fale znowu porwały i uniosły żołnierza.
Widok Gabrjela był nowym przedmiotem zdziwienia dla Rodina, który odszedł na stronę, aby lepiej się wszystkiemu przyglądać, tym razem jednak zdziwienie było dlań wielce mdłe... Tyle doznał radości, widząc misjonarza ocalonego od pewnej śmierci, iż przykre wrażenie, wywołane widokiem córek jenerała Simon, nieco się zatarło (przypomnijmy sobie, że dla zamiarów Rodina koniecznem było, aby Gabrjel znajdował się w Paryżu na dzień 13 lutego).
Rządca i jego żona, rozrzewnieni widokiem sierot, przystąpili do nich skwapliwie.
— Proszę pana!... proszę pana!... dobra nowina — zawołał służący folwarczny, wbiegając do pokoju. — Jeszcze dwie osoby wyratowano!...
— Dzięki Bogu! dzięki Bogu! — zawołał misjonarz.
— Gdzie one są? — zapytał rządca, biegnąc do drzwi.
— Jeden z nich może chodzić... idzie tu za mną z Justynem, który go prowadzi, drugi zraniony został na skale; niosą go tutaj...
— Pobiegnę, aby go umieścić w dolnej sali — rzekł rządca, wychodząc, — ty, moja żono, zajmij się młodemi panienkami... A ów uratowany, co sam może chodzić, gdzież jest?...
— Ot tam — rzekł wieśniak, wskazując na kogoś, idącego dosyć spiesznym krokiem z głębi galerji. — Gdy się dowiedział, że panienki tu się znajdują... lubo już stary i raniony w głowę... tak spieszył... iż ledwie co go wyprzedziłem...
Zaledwie wieśniak wymienił te słowa, kiedy Róża i Blanka, mimowolnie zerwawszy się, pobiegły do drzwi... Przybiegły do nich jednocześnie z Dagobertem. Żołnierz słowa wymówić nie mógł; upadł w progu na kolana i wyciągnął ręce do córek generała Simon... A równocześnie Ponury przyskoczył do nich i począł im lizać ręce... Dagobert tak był wzruszony... że, ujrzawszy sieroty, w tył się bezsilnie pochylił i byłby upadł, gdyby go nie przytrzymali wieśniacy.
Róża i Blanka, choć bardzo osłabione i wzruszone, poszły za omdlałym Dagobertem, którego przeniesiono do przyległego pokoju.
Na widok żołnierza, zmarszczyła się twarz Rodina, bo aż do owego czasu sądził, że przewodnik córek generała Simon już nie żyje.
Misjonarz, znużony trudami, usiadł na krześle i nie spostrzegł jeszcze Rodina.
Nowa osoba, mężczyzna śniadej cery, wszedł do tegoż pokoju. Przybysz, któremu dano bluzę i spodnie wieśniacze, zbliżył się do misjonarza i rzekł doń po francusku, ale obcym akceptem:
— Księcia Dżalmę dopiero co tu przyniesiono... Gdy odzyskał przytomność, najpierw zapytał o pana.
— Co ten człowiek mówi? — zawołał Rodin piorunującym głosem, gdyż na imię: Dżalma, jednym skokiem przybiegł do Gabrjela.
— Pan Rodin! — zawołał misjonarz, cofając się ze zdziwienia.
— Pan Rodin! — zawołał drugi uratowany, i od tej chwili już oko jego ani na chwilę nie oderwało się od korespondenta Jozuego.
— Pan tu jesteś?... — rzekł Gabrjel, przystępując do Rodina, z uszanowaniem i obawą.
— Co ci powiedział ten człowiek? — spytał Rodin zmięszanym głosem. — Czyż nie wymienił imienia księcia Dżalmy?...
— Tak... książę Dżalma jest jednym z pasażerów angielskiego okrętu, który rozbił się z nami... Okręt ten zawinął do wysp Azorskich, na których się znajdowałem; ponieważ okręt, wiozący mnie z Charlestownu, zmuszony był pozostać przy tej wyspie z powodu znacznego uszkodzenia, wsiadłem więc na Black-Eayle, na którym się znajdował książę Dżalma. Płynęliśmy do Portsmouth, a stamtąd miałem powrócić do Francji.
Rodin nie przerywał mowy Gabrjelowi, to nowe wstrząśnienie sparaliżowało jego myśli. Nareszcie, jak człowiek, zdobywający się na ostatni wysiłek, rzekł do Gabrjela:
— A czy wiesz, kto jest ten książę Dżalma?
— Młodzieniec równie dobry, jak waleczny, syn pewnego króla indyjskiego, któremu Anglicy zabrali królestwo...
Potem, zwracając się swego towarzysza niedoli, wyrzekł z zajęciem:
— Jak się ma książę... czy rany jego są niebezpieczne?...
— O! nie są bynajmniej śmiertelne — odpowiedział zapytany.
— Bogu dzięki! — odrzekł misjonarz, zwracając się do Rodina, — widzisz pan, jest jeszcze jeden uratowany.
— Tem lepiej — odpowiedział Rodin poważnym tonem.
— Pójdę do niego — rzekł Gabrjel i spytał z uległością. — Czy nie ma mi pan co do rozkazania?
— Czy będziesz mógł jechać... za dwie lub trzy godziny, pomimo znużenia?
— Jeżeli tego potrzeba... pojadę.
— Tak, potrzeba... pojedziesz ze mną.
Gabrjel skłonił się Rodinowi, który zniecierpliwiony rzucił się na krzesło, a tymczasem misjonarz wyszedł z wieśniakiem.
Człowiek o żółtej cerze pozostał w kącie pokoju.
Rodin go nie spostrzegł.
Człowiekiem tym był Faryngea, metys, jeden z hersztów dusicieli, ten sam, co umknął przed ścigającymi go żołnierzami w zwaliskach Tchandi; zabiwszy Mahala, kontrabandzistę, zabrał mu papiery, pisane przez Jozuego van Dael do Rodina, i list, za którym kontrabandzista miał być przyjęty jako podróżny na statek Ruyter.
Na mocy tego listu przyjęty został na Okręt pod nazwiskiem Mahala.
Faryngea, uciekłszy z szopy pod ruinami Tchandi, gdzie go Dżalma nie widział, uważany był przez tegoż na statku za ziomka i traktowany życzliwie, gdyż młody książę nie wiedział, iż ten człowiek należy do sekty sprzysiężonych Fasengarów.
Rodin, z osłupiałym, błędnym wzrokiem, z twarzą posiniałą, w niemej wściekłości gryzł sobie paznogcie, i nie spostrzegł w kącie metysa, który milczkiem zbliżył się do niego, położył mu poufale rękę na ramieniu i rzekł:
— Pan się nazywasz Rodin?
— Co to? — zapytał, drgnąwszy, i nagle podniósł głowę.
— Nazywasz się pan Rodin? — powtórzył Faryngea.
— Tak... czego chcesz?
— Mieszkasz pan przy ulicy Ursynów w Paryżu?..
— Tak... ale czegóż chcesz?
— Nic... teraz, Bracie... później wiele.

I Faryngea, oddalając się powoli, pozostawił Rodina w strachu; bo człowiek ten, niczego się nie lękający, przeląkł się dzikiego wzroku i ponurej twarzy Dusiciela.

IV.
ODJAZD DO PARYŻA.

Wielka cisza panowała w żamku Cardoville; burza zwolna milkła; słychać było tylko szum bałwanów, odbijających się od skał.
Dagobert i sieroty pomieszczeni zostali w ciepłych, wygodnych pokojach na pierwszem piętrze zamku.
Dżalmę, jako mocno rannego, pozostawiono w dolnej sali, ażeby mu nie sprawiać przykrości wnoszeniem go na górę.
W chwili rozbicia statku nieszczęsna matka, zalana łzami, oddała mu w ręce dziecię. Nadaremnie usiłował je ratować, a poświęcenie to utrudniało mu własne ocalenie, i młody Indjanin został wyrzucony na skały mocno potłuczony.
Faryngea, zdoławszy przekonać go o swem przywiązaniu, pozostał przy nim i czuwał.
Gabrjel, pocieszywszy Dżalmę, powrócił do przeznaczonego dla ciebie pokoju; wierny danej obietnicy Rodinowi, przygotowywał się do podróży za parę godzin i nie chciał położyć się spać; wysuszywszy suknie, zasnął w wielkiem krześle z wysokiemi poręczami przed kominkiem, na którym żywo palił się ogień.
Pokój ten przylegał do pokoju, który zajmowały sieroty.
Ponury, doznając również gościnności w zamku, z przede drzwi Róży i Blanki poszedł grzać się u kominka w pokoju misjonarza, gdzie swobodnie się położył na posadzce obok śpiącego Gabrjela. Biedne psisko po tak długiej podróży, tylu trudach i przypadkach na lądzie i morzu, także spokojnie drzemało.
Po kilku chwilach otworzyły się drzwi, do tegoż pokoju prowadzące, i weszły nieśmiało dwie sieroty: przebudziły się już i odpoczęły. Ubrawszy się tedy, wyszły, chcąc się dowiedzieć, co porabia Dagobert.
Wysoki fotel staroświeckiego kształtu, w którym spał Gabrjel, zupełnie go zakrywał, lecz sieroty zobaczywszy Ponurego, spokojnie śpiącego przy fotelu, sądziły, że to drzemie Dagobert i zbliżyły się na palcach.
Zdziwiły się, ujrzawszy Gabrjela.
Stanęły, nie śmiąc ani cofnąć się, ani postąpić naprzód, ażeby go nie obudzić.
Długie, jasne włosy misjonarza opadały aż na ramiona; blada cera odbijała od ciemno-purpurowego adamaszku fotela. Piękna twarz Gabrjela wyrażała smętną melancholję; może był pod wrażeniem jakiegoś przykrego marzenia, a może ukrywrał bolesne uczucia, które objawiały się dopiero w czasie snu, pomimo jego woli; jednakże w rysach jego twarzy pozostawała owa anielska słodycz, która mu nadawała wdzięk nie do opisania... nic bowiem nie może być(bardziej wzruszającego, niż dobroć cierpiąca.
Młode dziewice spuściły oczy, zarumieniły się mimowolnie i spojrzały na siebie z niepokojem, wzrokiem pokazując sobie śpiącego misjonarza.
— Moja siostro, on śpi — odezwała się cicho Róża.
— Tem lepiej — odpowiedziała równie cicho Blanka — będziemy mogły przypatrzeć się mu.
— Gdyśmy z nim szły od morza, nie śmiałyśmy...
— Patrz tylko... jak miła jest jego twarz...
— Zdaje mi się, że to jego widziałyśmy we śnie...
— Gdy nam mówił, że się będzie nami opiekował.
— I teraz jeszcze nie zapomniał o nas.
— Dobrze przynajmniej, że go widzimy...
— Jak w więzieniu w Lipsku... owej czarnej nocy.
— I tym razem znowu nas wyratował.
— Gdyby nie on... dziś zrana byłybyśmy zginęły...
— Ale, moja siostro, zdaje mi się, że, w naszych snach, twarz jego jakby jaśniała światłem?
— Tak... ledwo mogłyśmy na niego patrzeć...
— I nie był wtenczas tak smutny.
— Ale, bo widzisz, wtedy przychodził z nieba, a teraz jest na ziemi.
— A czy miał wtedy na czole tę ciemno-różową pręgę?
— Och! nie; byłybyśmy ją spostrzegły.
— A widzisz te blizny na rękach?
— A! więc jeśli został raniony... to nie jest aniołem?
— Dlaczego przypuszczasz, moja siostro? A może poniósł te rany, chcąc ochronić od nieszczęścia, lub ratując osoby, które, podobnie jak my, były w niebezpieczeństwie?
— Słusznie mówisz... gdyby się nie narażał na niebezpieczeństwa, ratując osoby, któremi się opiekuje, nie byłby tak piękny....
— Jaka szkoda, że ma zamknięte oczy...
— Jego spojrzenie jest tak dobre, tak tkliwe!
— Dlaczego nic nam nie powiedział o naszej matce?
— Nie same byłyśmy z nim... nie chciał...
— A teraz same jesteśmy...
— A gdybyśmy też poprosiły go żeby nam powiedział...
I siostry spojrzały na siebie naiwnie, jakgdyby zapytując się nawzajem; ich zachwycające twarze pokrył lekki rumieniec, a dziewicze serce bić zaczęło mocniej pod czarną suknią.
— Dobrze mówisz... poprośmy go.
— O mój Boże! siostro, jak nasze serca biją — rzekła Blanka, — a jak nam miło! Zdawałoby się, że nas spotka coś pomyślnego.
I siostry zbliżyły się na palcach do krzesła, uklękły, złożyłyżyły ręce, jedna z prawej, druga z lewej strony młodego księdza.
Był to zachwycający widok.
Podniosły oczy ku Gabrjelowi i rzekły cicho, głosem łagodnym, świeżym, jak ich piętnastoletnie twarze.
— Gabrjelu! powiedz nam co o naszej matce...
Na to wezwanie misjonarz poruszył się lekko, otworzył oczy, i nie pojmując jeszcze dobrze co widzi, doznał przez chwilę zachwytu na widok tych wdzięcznych postaci, które, zwrócone do niego, wołały nań łagodnym głosem.
— Kto mnie woła?... — rzekł, obudziwszy się zupełnie i podnosząc głowę.
— To my!
— My, Blanka i Róża!
Teraz Gabrjel zarumienił się, gdyż poznał młode dziewice, które uratował.
— Moje siostry powstańcie — rzekł do nich, — klęczy się tylko przed Bogiem...
Usłuchały go i stanęły przy nim, trzymając się za ręce.
— Więc wiecie, jak mam na imię?... — spytał z uśmiechem.
— O! nie zapomniałyśmy.
— A któż wam powiedział?
— Ty...
— Ja?
— Kiedy przyszedłeś do nas od naszej mamy...
— I powiedziałeś nam, że cię do nas posyła i że zawsze będziesz się nami opiekować...
— Ja, moje siostry... — rzekł misjonarz, nie pojmując, co mówiły. — Mylicie się... Dziś po raz pierwszy widzę was...
— A kiedy się nam śniło?
— Tak, tak, przypomnij sobie tylko! widziałeś nas w naszych snach.
— W Niemczech, trzy miesiące temu, po raz pierwszy... Spojrzyj tylko ma nas!
Gabrjel nie mógł się wstrzymać od uśmiechu, wobec takiej prostoty Róży i Blanki, które prosiły, go, ażeby sobie przypomniał sen, które one miały; potem, coraz bardziej zdziwiony, rzekł:
— W waszych snach!
— Ależ tak, kiedyś nam udzielał tak dobrych rad...
— Potem, kiedyśmy miały zmartwienie... w więzieniu., twoje słowa, które zapamiętałyśmy, pocieszały nas i dodawały nam odwagi.
— Alboż nie ty wyprowadziłeś nas z więzienia w Lipsku, podczas owej czarnej nocy... kiedyśmy cię nie mogły widzieć.
— Ja...
— Któżby inny, jeśli nie ty, przybył na pomoc nam i naszemu staremu przyjacielowi?
— Mówiłyśmy mu, że ty go kochasz, bo i on nas kocha.
— Dlatego dziś, podczas burzy, prawie nic nie bałyśmy się.
— Spodziewałyśmy się ciebie.
— Dziś rano, tak, dziś, moje siostry. Bóg mi użyczył łaski, posyłając mnie wam na ratunek; płynąłem z Ameryki, alem nigdy nie był w Lipsku... Nie ja więc oswobodziłem was z więzienia... Powiedzcie mi, moje siostry, — dodał z miłym uśmiechem, — za kogo mnie macie?
— Za anioła, któregośmy już we śnie widziały i którego matka nasza zesłała nam z nieba, aby nas strzegł.
— Moje kochane siostry, ja jestem tylko zwykłym księdzem... Los zdarzył, że może podobny jestem do anioła, któregoście widziały we śnie i którego inaczej widzieć nie mogłyście... gdyż niema aniołów, których moglibyśmy widzieć....
— Niema widzialnych aniołów, — rzekły dziewice, smętnie na siebie spoglądając.
— Nie, moje kochane siostry, — rzekł Gabrjel, biorąc życzliwe ręce dwóch sióstr, — sny... jak wszystko pochodzą od Boga... a ponieważ wspomnienie matki łączyło się z tym snem... tem droższy..powinien on być wam.
W tej chwili drzwi się otworzyły i pokazał się Dagobert.
Aż dotąd sieroty, zajęte jedynie naiwną myślą, że się opiekuje niemi anioł, nie przy pomniały sobie, iż żona Dagoberta przybrała opuszczone dziecię, któremu na imię było Gabrjel i które zostało księdzem misjonarzem.
Jakkolwiek żołnierz upierał się przy swojem, że rana jego była tylko białą raną (jak mówił generał Simon), jednakże starannie opatrzył go miejscowy chirurg; czarna przepaska do połowy zakrywała mu czoło.. Wchodząc do pokoju, mocno się obruszył, widząc, jak nieznajomy poufale trzyma ręce Róży i Blanki. Łatwo wystawić sobie można jego zdziwienie; Dagobert nie wiedział, że misjonarz uratował dziewczęta i jego samego obciął ratować.
Zrana, w czasie burzy, miotany tu i owdzie falami, nadaremno usiłując chwycić się brzegu i wyjść na skałę, żołnierz zaledwie dojrzał Gabrjela w chwili, gdy ten, uratowawszy od śmierci dwie sieroty, obciął także, ale zapóźno, i jemu udzielić pomocy.
Gdy po rozbiciu Dagobert znalazł sieroty w dolnej sali zamku, upadł, jak powiedzieliśmy, zemdlony, z utrudzenia i ze wzruszenia, tudzież z rany; wtedy też nie mógł spostrzec misjonarza.
Weteran marszczyć zaczynał siwe brwi pod czarną przepaską, widząc, jak nieznajomy poufale rozmawia z Różą i Blanką; ale te wnet pobiegły ku niemu, rzuciły mu się w objęcia i okrywać go zaczęły dziecięcemi pieszczotami; gniew jego wkrótce ustał wobec tych dowodów życzliwości, lecz wojak jeszcze ponuro rzucał oczyma na misjonarza, który powstał, tak, że mógł dobrze mu się przyjrzeć.
— A twoja rama? — spytała Róża z uczuciem — powiedz nam, przecież nie jest niebezpieczna?
— Czy boli cię jeszcze? — dodała Blanka.
— Nie, moje dzieci... to chirurg zawiązał mi ten bandaż; ja choć miewałem głowę pokiereszowaną szablą, przecie nigdy się tak nie pieściłem, uważać mnie jeszcze będą za starego pieszczocha; a to tylko biała rana, i mam ochotę...
Żołnierz sięgnął ręką do bandaża.
— Ależ daj pokój, nie ruszaj tego! — rzekła Róża, przytrzymując rękę Dagoberta.
— Czy tobie nie wstyd... w tym wieku być tak niecierpliwym, — dodała Blanka.
— Dóbrze, dobrze! nie łajcie mnie już, zrobię, co chcecie... pozostawię ten bandaż.
Potem, odprowadziwszy siostry do kąta salonu, rzekł im pocichu, spoglądając z ukosa na księdza:
— Cóż to za jeden... co was trzymał za ręce... gdym ja nadszedł... wygląda jakoś na księdza..... Ale widzicie, moje dzieci, trzeba się strzec... gdyż....
— On!! — zawołały Róża i Blanka, zwracając się ku Gabrjelowi, — ależ gdyby nie on... jużbyśmy cię nie mogły teraz ani widzieć, ani ściskać...
— Jakto? — zawołał żołnierz, nagle się prostując i patrząc ma misjonarza.
— To nasz anioł stróż, — rzekła Blanka.
— Gdyby nie on, — rzekła Róża, — zginęłybyśmy dziś zrana podczas rozbicia okrętu.
— On... to on... który..., Dagobert nie mógł mówić więcej.
Z przepełnionem wdzięcznością sercem, ze łzami w oczach, pobiegł do misjonarza i, wyciągając do niego ręce, z niewymowną radością zawołał:
— Panie, tobie winienem życie tych dwojga dzieci.... Wiem, jaki mam dla ciebie obowiązek... nie mówię ci nic więcej... bo w tem się już wszystko zawiera.
Lecz, nagle przypomniawszy sobie, zawołał:
— Ale pozwól no... Czy, kiedym ja usiłował wygramolić się na skałę... aby mnie fale nie uniosły... czy to nie ty... wyciągnąłeś do mnie ręce..., tak... twoje jasne włosy... twoja młodociana twarz... tak, to pewno... to ty... teraz,,,, poznaję cię.
— Na nieszczęście siły mi nie starczyło... i z boleścią widziałem, jak znowu spadłeś w wodę.
— Nie mam nic więcej do powiedzenia ci na podziękowanie... prócz tego, co już powiedziałem, — rzekł Dagobert ze wzruszającą prostotą. — Zachowując mi od śmierci te dzieci, więcej mi wyświadczyłeś, aniżelibyś mnie samemu ocalił życie... Ale jaka odwaga!... jakie serce, — rzekł żołnierz, z zachwytem. — A tak jeszcze młody!... delikatny, jak panienka.
— Jakto! — zawołała z radością Blanka, — nasz Gabrjel i tobie także przybył na ratunek?
— Gabrjel! — rzekł Dagobert, przerywając Blance i zwracając się do księdza: — nazywasz się Gabrjel?
— Tak, panie..
— Gabrjel! — powtarzał raz po raz zdziwiony żołnierz.
— I jesteś księdzem? — dodał.
— Księdzem misji zagranicznej.
— A kto cię wychował? — spytał coraz bardziej zdziwiony żołnierz.
— Zacna, dobra kobieta, którą szanuję, jako najlepszą z matek... gdyż ulitowała się nade mną... opuszczonem dzieckiem, i obchodziła się ze mną, jak z własnym synem...
— Franciszka Baudouin... nieprawdaż?... — rzekł żołnierz, głęboko wzruszony.
— Tak, panie, — odpowiedział Gabrjel, również mocno wzruszony. — Lecz skąd-że wiesz?
— Żona żołnierza? — rzekł Dagobert.
— Tak, uczciwego żołnierza... który, z poświęceniem...
dla swego generała, pędzi teraz życie... daleko od żony... daleko od syna, od mego dobrego brata... bo chlubię się tem, że go tak mogę nazywać!
— Mego Agrytkolę... moją żonę... kiedyż ich opuściłeś?..
— Jakto... więc to pan... byłbyś ojcem Agrykoli... A! nie wiedziałem jeszcze, jakie winienem Bogu dzięki! — rzekł Gabrjel, składając ręce.
— A moja żona... a mój syn! — rzekł znowu Dagobert drżącym głosem, — jakże się oni mają? czy masz o nich wiadomości?
— Te, jakie przed trzema miesiącami odebrałem, były jak najpomyślniejsze...
— Nie, to za wiele radości, — zawołał Dagobert, — za wiele...
I weteran więcej już mówić nie mógł; rozczulenie uniemożliwiło mu mowę, upadł na krzesło.
Róża i Blanka wtedy dopiero przypomniały sobie list, dotyczący znalezionego dziecięcia, imieniem Gabrjel, które przybrała żona Dagoberta, i wtedy krzyknęły w uniesieniu:
— Nasz Gabrjel jest twoim Gabrjelem... to ten sam... jakie szczęście, — zawołała Róża.
— Tak, moje kochane dzieci, on jest zarówno wasz, jak mój!
Potem, zwracając się do Gabrjela, żołnierz dodał z wylaniem:
— Daj rękę... daj jeszcze rękę, moje nieustraszone dziecko,... na poczciwość, mówię ci ty... bo mój Agrykola jest bratem twoim...
— Ach! panie... tyle dobroci!...
— Tak, tak... i ty będziesz mi jeszcze dziękował... po tylu dobrodziejstwach, jakie my ci winni jesteśmy?
— A moja przybrana matka, czy wie o waszem przybyciu? — rzekł Gabrjel, aby uniknąć pochwał żołnierza.
— Pisałem do niej pięć miesięcy temu... ale donosiłem, że przybędę sam... dlaczego... później ci to powiem.. Zawsze ona mieszka przy ulicy Brise-Miche? Tam — to urodził się mój Agrykola.
— Tak, zawsze tam mieszka.
— W takim razie odebrała mój list; chciałem pisać do niej z więzienia z Lipska, ale nie mogłem...
— Z więzienia... byłeś pan w więzieniu?
— Tak, przybywam z Niemiec, Elbą i przez Hamburg, i pozostałbym jeszcze dotąd w Lipsku, gdyby mi na pomoc nie przyszedł do więzienia djabeł... ale to dobry djabeł...
— Co chcesz przez to powiedzieć?....
— Ja sam sobie nie mogę wytłumaczyć... Te panienki — i z uśmiechem wskazał Różę i Biankę — mówiły, że to lepiej ode mnie rozumieją, bo zawsze mi powtarzają; anioł przybył nam na ratunek...
— Tak, Dagobercie, to anioł... Mówiłyśmy ci, że on nas ratuje, a ty nie wierzyłeś.
— Gabrjelu... czekam na ciebie... — odezwał się głos, na który misjonarz zadrżał.
Dagobert i sieroty prędko się obejrzały....
Ponury zawył.
Był to Rodin; stał we drzwiach, wiodących na korytarz. Twarz jego była spokojna, obojętna; rzucił szybko przenikliwem okiem na żołnierza i na dwie sieroty.
— Czego ten chce od ciebie? — szeptem zapytał żołnierz.
— Jadę z nim, — odpowiedział z żalem Gabrjel.
Potem, zwracając się do Rodina, dodał:
— Przepraszam, natychmiast będę gotów.
— Jakto! jedziesz? — zawołał Dagobert z nadzwyczajnem zdziwieniem — teraz, kiedyśmy się z sobą tylko co spotkali... o! nie... ja ciebie nie puszczę... tyle ci mam do opowiedzenia.., i tobie mam tyle pytań zadać. Pojedziemy razem... będzie nam wesoło!
— Niepodobna... on jest moim zwierzchnikiem... muszę my być posłusznym.
— Zwierzchnikiem?... A czemu on nie po waszemu ubrany?
— Nie jest obowiązany nosić ubioru duchownego.
— Nb, kiedy nie jest w mundurze... a przecież do aresztu was nie wsadzają... to powiedz mu...
— Proszę wierzyć, że gdybym mógł zostać, anibym myślał o odjeździe.
— Niedarmo twarz jego odrazu mi się nie podobała, — wyrzekł przez zęby Dagobert.
— Kiedy chcesz, to ja mu powiem, że bardzo nas zobowiązałby, gdyby raczył sobie odejść...
— Daj pokój, proszę cię, nie mów nic, bo wszystko byłoby nadaremne, — rzekł Gabrjel, — znam ja moje obowiązki... wola mego przełożonego jest wolą moją. Gdy przybędę do Paryża, odwiedzę cię, jak również moją przybraną matkę, i mego dobrego brata Agrykolę.
— Ha! i ja byłem żołnierzem, i wiem, co to subordynacja, — rzekł Dagobert, — w nieszczęściu trzeba być cierpliwym. A więc pojutrze zobaczymy się... przy ulicy Brise-Miche; ja stanę w Paryżu jutro wieczorem, jak mnie zapewniają, a wyjeżdżamy natychmiast. Ale powiedz mi, więc to i u was, jak widzę, jest karność?
— Tak... wielka i bardzo surowa, — odpowiedział Gabrjel, tłumiąc westchnienie.
— Ha! to... bądź zdrów... wkrótce zobaczymy się. Dzień minie prędko.
— Bądź zdrów... bądź zdrów... — odpowiedział stłumionym głosem misjonarz.
— Bądź zdrów Gabrjelu... — dodały sieroty, wzdychając, ze łzami w oczach.
— Bądźcie zdrowe, moje siostry... — rzekł.
I wyszedł z Rodinem, który wysłuchał każdego słowa z tej całe sceny.
W parę godzin Dagobert i sieroty opuścili zamek, udając się w podróż do Paryża.
Dżalma pozostał w zamku, gdyż, będąc mocno ranny, nie mógł dalej jechać...

Metys Faryngea pozostał przy młodym księciu nie chcąc, jak mówił, opuścić swego współziomka.

CZĘŚĆ PIĄTA.
PARYŻ.
I.
ŻONA DAGOBERTA.

Następujące sceny odbywają się w Paryżu, nazajutrz po rozbiciu się okrętów i przybyciu wyratowanych do zamku Cardoville.
Trudno znaleźć coś bardziej odrażającego i ponurego nad widok ulicy Brise-Miche.
Uliczka, nie szersza nad osiem stóp, ciągnie się między dwoma ogromnemi czarnemi, zabłoconemi, poodpadanemi murami, których nadzwyczajna wysokość pozbawia ją światła i czystego powietrza; zaledwie podczas najdłuższych dni w roku słońce może tam rzucić cokolwiek promieni; dlatego, w czasie wilgotnej pory zimowej, zimna i przejmująca mgła zaciemnia ten zaułek.
Była blisko ósma godzina wieczorem; przy bladem świetle latarń, których czerwone światło zaledwie przedzierało się przez mgłę, dwaj mężczyźni, zatrzymawszy się w kącie jednego z ogromnych murów, taką wiedli między sobą rozmowę:
— Zgoda na to, — mówił jeden, — ty pozostaniesz na ulicy dopóty, aż ich zobaczysz wchodzących pod Nr. 5.
— Dobrze, dobrze...
— A gdy zobaczysz ich wchodzących, dla lepszego jeszcze upewnienia, wejdziesz do Franciszki Baudouin...
— Niby dla zapytania o siostrę Bachantki...
— Bardzo dobrze, i postaraj się dokładnie dowiedzieć o jej adresie od garbatej, bo to rzecz bardzo ważna; kobiety tego rodzaju zmieniają mieszkanie, jak ptaki, a już zgubiono jej ślad.
— Bądź spokojny... Postaram się dowiedzieć od garbatej, gdzie mieszka jej siostra.
— A dlatego, żebyś nabrał większej śmiałości, ja będę na ciebie czekał w szynku, naprzeciw klasztoru, i gdy wrócisz, wypijemy po szklance ciepłego wina.
— Tego się nie odmawia; bo dziś wieczorem djabelnie zimno.
I rozeszli się.
Jeden udał się na plac Klasztorny, drugi przeciwnie na koniec ulicy i, prędko znalazłszy dom Nr. 5, którego szukał, zaczął się przed nim przechadzać.
Z odrażającą powierzchownością domu licowało zupełnie jego wnętrze smutne, opustoszałe i nader brudne.
Woda, ściekająca po murach, spływała na ciemne.zabłocone schody; na dnrugiem piętrze leżało na zakręcie, przy wąskich schodach kilka garści słomy, do wycierania nóg; lecz słoma ta już w gnój się zamieniła i powiększyła jeszcze obrzydliwą woń miejsca, gdzie brakło świeżego powietrza, a panowała wszędzie wilgoć i zgnilizna, gdyż kilka otworów w klatce schodów bardzo mało przepuszczało światła.
W tej najludniejszej dzielnicy Paryża domy owe brudne, zimne, niezdrowe, zamieszkane są przeważnie przez klasę wyrobniczą.
Takiem też było mieszkanie, o którem mowa.
Farbiarz zajmował dół; niezdrowe wyziewy z jego warsztatu zwiększały jeszcze szpetność tej rudery.
Drobne gospodarstwa rzemieślnicze, kilku rzemieślników, pracujących w domu, zajmowało wyższe piętra, w jednej izdebce na czwartem. piętrze mieściła się Franciszka Baudoin, żona Dagoberta.
Jedna świeca oświetlała to ubogie mieszkanie, składające się z izdebki i alkierza. Agrykola zajmował małą stancyjkę pod dachem.
Stary papier siwego koloru, tu i owdzie rozdarty na rozpadlinach muru, okrywał tę jego część, przy której stało łóżko; małe firanki, zawieszane na żelaznym pręcie, zasłaniały okno; posadzka nie malowana, ale myta, zatrzymała ceglasty kolor; w jednym końcu izby stał piec lany, żelazny, okrągły, a w nim kociołek, w którym gotowano jedzenie; na komodzie, żółto pomalowanej, zwracał uwagę domek w miniaturze, arcydzieło cierpliwości i zręczności Agrykoli Baudoin.
Krucyfiks gipsowy, zawieszony na murze i otoczony kilku gałązkami poświęconego bukszpanu, kilka obrazków świętych, niezgrabnie malowanych, świadczyły o pobożności żony żołnierza; wielka orzechowa szafa, skrzywiona, poczerniała od starości, stała między oknami; stare krzesło z poręczami, obite zielonym utrechckim aksamitem, (pierwszy podarek Agrykoli dla matki), kilka stołków, wyściełanych słomą i stół robotniczy, na którym widać było kilka worków płóciennych, oto było umeblowanie tego mieszkania; w alkierzu stały naczynia i narzędzia kuchenne i gospodarskie.
Jakkolwiek smutne i ubogie było to mieszkanie, przecież pomimo to dostępnem być mogło tylko dla małej liczby zamożniejszych rzemieślników.
Łóżko zasłane było dwoma materacami, białem prześcieradłem i ciepłą kołdrą; w wielkiej szafie znajdowała się bielizna; wreszcie żona Dagoberta sama zajmowała taką izbę, w jakiej liczne rodziny rzemieślników mieszczą się i razem śpią, bardzo szczęśliwe, gdy mają kołdrę lub prześcieradło, nie zastawione w lombardzie.
Franciszka Baudoin, siedząc przy małym żelaznym piecu, który w tej zimnej, wilgotnej porze mało dawał ciepła źle zamkniętej izbie, zajmowała się przyrządzaniem wieczerzy dla swego syna, Agrykoli.
Żona Dagoberta miała około pięćdziesięciu lat; ubrana była w kaftanik z niebieskiego w białe centki perkalu, w spódnicę z pół-merynosu i biały czepek na głowie, pod brodę zawiązany.
Twarz jej, blada, wychudła, odznaczała się rysami regularnemi, wyrażała rezygnację i wielką dobroć. W rzeczy samej trudno było znaleźć lepszą i energiczniejszą kobietę. Bez niczyjej pomocy, dzięki własnej pracy, wychowała nietylko syna, Agrykolę, ale nadto Gabrjela, biedne dziecko, opuszczone, które przybrała za swoje.
Po dwunastu wszakże latach pracy nader ciężkiej, nadwyrężyła sobie zdrowie, wyczerpała siły; ale dzieciom jej niczego nie brakło, odebrały wychowanie, jakie tylko dać mogą dzieciom ludzie prości; Agrykola przyjęty został na naukę do fabryki Franciszka Hardy, a Gabrjel wstąpił do seminarjum, za usilnem wstawieniem się Rodina, który od 1820 r. zawiązał ścisłe stosunki ze spowiednikiem Franciszki Baudoin, nadzwyczaj pobożnej.
Oddawna już osłabione zdrowie Franciszki, a nade-wszystko wzrok, zniewalały ją do mimowolnego odpoczynku, gdyż ledwo dwie do trzech godzin dziennie mogła pracować.
Po niejakim czasie Franciszka wstała, sprzątnęła z połowy stołu worki z grubego płótna, i z macierzyńską starannością nakryła stół dla swego syna.
Otworzyła szafę, wzięła z niej mały skórzany woreczek w którym był stary srebrny kubek i lekkie już wskutek zużycia wytarte srebrne nakrycie stołowe. Obtarła, wyczyściła wszystko starannie i położyła przy talerzu syna to srebro, ślubny jeszcze podarek Dagoberta.
Był to u Franciszki najdroższy sprzęt, już to dla wielkiej, w jej przekonaniu wartości, już to jako szacowna dla niej pamiątka; nieraz go oblała gorzkiemi łzami, gdyż w ostatniej potrzebie, z przyczyny choroby lub z braku sposobności do zarobku, zmuszona była zanosić te klejnot do lombardu.
Potem Franciszka wzięła z górnej półki w szafie karafkę z wodą i drugą z winem, postawiła je przy nakryciu syna i wróciła dla doglądania gotowanej wieczerzy.
Lubo Agrykola niebardzo jeszcze spóźniał się z powrotem, jednakże na twarzy Franciszki malował się już niepokój i smutek, a po jej zaczerwienionych oczach widać było, że wiele płakała.
Biedna kobieta, po dręczącej i długiej niepewności, nabyła przekonania, że jej wzrok, oddawna osłabiony, wkrótce nie dozwoli jej pracować, nawet przez trzy godziny dziennie, jak to dotąd czyniła.
Była wyborną szwaczką bielizny, ale w miarę jak jej wzrok słabł, trudniła się coraz grubszem szyciem, a stąd zarobek jej zmniejszał się: nareszcie musiała szyć worki z grubego płótna, których szew wynosił dwanaście stóp; za uszycie takiego worka płacono jej po pięć groszy, a nadto obowiązana była szyć własnemi nićmi. Była to przykra praca, którą mogła ledwie piętnaście groszy dziennie zarobić.

Szczęściem miała w synu godną podporę. Wyborny rzemieślnik, korzystając z odpowiedniej zapłaty za robotę i dodatkowego wynagrodzenia, zapewnionego mu przez pana Hardy, zarobić mógł dziennie pięć do sześciu franków, to jest więcej niż dwa razy tyle, ile zarabiali rzemieślnicy w innych zakładach przemysłowych.

II.
SIOSTRA BACHANTKI.

Ktoś zcichia zapukał do drzwi.
Franciszka odpowiedziała:
— Proszę.
Drzwi się otworzyły.
Osoba, która po zapukaniu weszła do żony Dagoberta, była to dziewczyna lat około osiemnastu, niskiego wzrostu i strasznie upośledzona przez naturę; nie była ona w rzeczywistości garbata, ale kibić jej była dziwnie połamana, plecy wypukłe, pierś wklęśnięta, a głowa cofnięta między ramiona; twarz, dosyć kształtna, ściągła, chuda, bardzo blada, dziobata, wyrażała wielką łagodność i głęboki smutek; w błękitnych oczach przebijał rozsądek i dobroć. Dziwaczmem zrządzeniem natury, najpiękniejsza kobieta w świecie chlubićby się mogła takiemi długiem, ślicznemi ciemnemi włosami, jak jej, zwiniętemi w wielki warkocz na głowie.
W ręku trzymała starą kobiałkę. Lubo biednie odziana, jednak czystością ubioru, o ile można, pokrywała ubóstwo; choć było zimno, miała na sobie perkalikową sukienkę, koloru trudnego do nazwania, gdyż od częstego prania wypełzł zupełnie.
Na smutnej twarzy biednego dziewczęcia widać było nawyknienie do wszelkiego niedostatku, wszelkich zmartwień i poniżenia; od samego urodzenia pośmiewisko nie przestało jej ścigać; nazywano ją Garbuską, a przezwisko to przylgnęło do niej tak, że nazywali ją tak nietylko szydercy, ale i tacy nawet życzliwi dla niej, jak Franciszka i Agrykola.
Garbuska, bo i my tak ją nadal będziemy nazywać, urodziła się w tym samym domu, w którym żona Dagoberta od dwudziestu lat już mieszkała; dziewczyna wychowała się prawie wespół z Agrykolą i Gabrjelem.
Garbuska miała bardzo piękną siostrę, której matka, wdowa po upadłym kupcu, okazywała ślepe i nierozsądne przywiązanie, gdy jednocześnie córkę upośledzoną od natury traktowała z wyraźną nienawiścią i wzgardą.
Biedaczka przychodziła zwykle z płaczem do Franciszki, która ją pocieszała, zachęcała do cierpliwości i, dla rozrywki, uczyła ją szycia i czytania.
Za przykładem matki, Agrykola i Gabrjel, zamiast naśladować inne dzieci, skore do wyśmiewania i dokuczania Garbusce, kochali ją, wspierali i bronili.
Miała lat piętnaście, a jej siostra Cefiza siedemnaście, gdy umarła ich matka, zostawiając obiedwie w największej nędzy.
Cefiza, sprytna, pojętna i zręczna, lecz z charakteru zupełnie niepodobna do siostry, była jedną z istot żywych, niespokojnych, w których nadto jest życia, które potrzebują otwartego powietrza, ruchu, rozrywek; w gruncie natury może niezła, lecz nierozsądnie popsuta przez matkę.
Z początku Cefiza słuchała mądrych rad Franciszki, nauczyła się szyć i pracowała, jak jej siostra, przez rok; lecz później, nie mogąc dłużej znosić niedostatku, któremu wobec nader małych zarobków, zaradzić nie mogła, gdy, pomimo usilnej pracy, głód i zimno dały się jej we znaki, młoda, piękna, hoża, otoczona zewsząd pokusami, dała im się wreszcie uwieść.
Usłuchała najprzód namów dependenta od adwokata, który ją później porzucił; potem przywiązała się do subjekta kupieckiego, którego, nauczona przykładem poprzednika, ona znów porzuciła; potem serce swe oddawała kolejno różnym ludziom.
Słowem, tak przebierając i zmieniając, Cefiza we dwa lata stała się bożyszczem studentów, dependentów i kupczyków, zyskała taką wziętość na balach zarogatkowych swoją śmiałością, prawdziwie oryginalnym dowcipem, niepohamowaną żądzą uciech, a nadewszystko burzliwą wesołością, iż otrzymała przezwisko Bachantka, na które zasługiwała ze wszystkich względów.
Biedna Garbuska rzadko już odtąd słyszała o siostrze, lecz żałowała jej zawsze i sama nie przestawała pracować usilnie. Szyła grube koszule dla prostych ludzi i dla wojska, zarabiając po trzy franki od tuzina, a, pracując po dwanaście do czternastu godzin dziennie, ledwie zdołała uczyć czternaście do szesnastu koszul na tydzień.
Za tyle roboty dostawała co tydzień przeciętnie po cztery franki.
Żyła tylko chlebem i jarzynami; dla oszczędzenia węgli, przyrządzała sobie najwyżej dwa lub trzy razy na tydzień zupę z jarzyn na ciepło, w inne zaś dni jadła ją na zimno. Pomimo takiej oszczędności, na jedzenie, świece, nici, igły, wydawała trzy franki dziewięć centymów na tydzień.
Dzięki rzadko zdarzającemu się szczęściu, położenie tej dziewczyny było wyjątkowe, Agrykola, aby nie obrażać jej wielkiej drażliwości, porozumiał się z odźwiernym, a ten najmował dziewczynie za dwanaście franków rocznie mały alkierzyk, pod dachem, gdzie ledwie pomieścić się mogło łóżko, stołek i stolik.
Agrykola za lokal ten płacił osiemnaście franków dla uzupełnienia trzydziestu franków rzeczywistej ceny komornego za alkierzyk, pozostało więc dziewczynie około jednego franka siedemdziesiąt centymów miesięcznie na odzież i inne potrzeby.
Garbuska zatem była nierównie szczęśliwsza od wielu innych robotnic.
Są szwaczki, które, nie mając ani mieszkania, ani familji, kupują sobie kawałek chleba i trochę kartofli lub innych jarzyn, i za zapłatę dwóch lub trzech centymów za noc, śpią w jednem łóżku, po dwie w izbie, gdzie stoi zwykle po pięć lub sześć łóżek, z których kilka częstokroć zajmują mężczyźni. Tak więc nieszczęśliwa dziewczyna, uczciwa i skromna, musi sypiać w jednej izbie z mężczyznami. Inaczej niepodobna... na własny lokal potrzeba najmniej trzydziestu lub czterdziestu franków. A jakże zebrać, jak oszczędzić tę kwotę przy czterech lub nawet pięciu frankach tygodniowego zarobku? Przy takiem wspólnem pomieszkaniu powoli zaciera się instynkt wstydliwości; to uczucie wrodzonego wstydu, które jedynie może je bronić od rozpusty, słabnie. Dalsze następstwa łatwo odgadnąć.
I gdzież podobna panuje nędza między klasą robotniczą? W Paryżu!
A gdy zabraknie roboty dzień, dwa, trzy?
A gdy przypadnie choroba? choroba, którą sprowadza niedostatek pożywienia lub niezdrowe mieszkanie... Cóż wtedy? Strach pomyśleć!
Biedna Garbuska, pomimo dobrodziejstw, które, o czem nie wiedziała, winna była wspaniałomyślności Agrykoli, żyła jednak bardzo biednie; zdrowie jej, słabe z natury, bardzo już nadwątliło się takim niedostatkiem. Skutkiem wszakże wielkiej delikatności, lubo nie wiedziała, że Agrykola czyni dla niej ofiarę, utrzymywała, że zarabia więcej, aniżeli w istocie zarabiała, ażeby właśnie uniknąć pomocy, która byłaby dla niej dwakroć przykrzejszą.
Rzecz bardzo rzadka, w ciele tak niekształtnem kryła się zacna, szlachetna dusza i umysł wzniosły, nawet poetyczny; dodajmy, iż te zalety zawdzięczała Agrykoli Baudoin, z którym się wychowała, i w którym poetyczny instynkt objawiał się sam przez się, z natury.
Biedna dziewczyna była najpierwszą powiernicą prób poetyckich młodego kowala; a gdy się jej zwierzał, jaką mu sprawiały uciechę, jaką dla niego były rozrywką, po ciężkiej całodziennej pracy marzenia poetyckie, biedna wyrobnica, obdarzona z natury zdolnościami, uczuła również, że tego rodzaju rozrywka byłaby dla miej ulgą w jej poniżeniu i samotności.
Pewnego dnia ku wielkiemu zdziwieniu Agrykoli, który jej przeczytał wiersze, poczciwa Garbuska zarumieniła się, coć wyrzekła niezrozumiałego — i nawzajem zwierzyła mu się ze swoją poezją.
Zapewne brakowało tym wierszom rytmu i harmonji, ale były one nacechowane prostotą, tkliwe, jak żal bez goryczy, powierzony sercu przyjaciela.
Od owego dnia naradzała się wspólnie z Agrykolą i zachęcali się nawzajem; lecz prócz niego, nikt z ludzi nie wiedział o poetyckich próbach Garbuski, która zresztą, z przyczyny lękliwości, uchodziła za głupią.
Widać było, że dusza tej nieszczęśliwej była wzniosła i piękna, gdyż w jej nieznanych nikomu pieśniach nie było ani jednego wyrazu gniewu lub nienawiści przeciw nieszczęsnemu losowi, którego była ofiarą; brzmiał tylko żal smętny, ale miły, żal bez nadziej i, ale spokojny, cierpliwy, wyrazy nieskończonej tkliwości, chrześcijańskiego współczucia, ognistej dążności ku wszystkiemu, co jest szlachetne i piękne, wyrazy anielskiej miłości dla wszystkich Jednych skazanych, jak ona, na dźwiganie dwojakiego brzemienia brzydoty i nędzy.
A nawet w wierszach tych często objawiał się naiwny i szczery podziw dla piękności, i zawsze bez zawiści, bez goryczy; Garbuska podziwiała piękność, jak się podziwia słońce....
Niestety!... wiele było wierszy Garbuski, o których Agrykola nie wiedział wcale i o których nie miał nigdy się dowiedzieć.
Młody kowal, nie będąc pięknym, miał jednakże twarz męską, prawą, był zarówno dobry, jak dzielny, posiadał serce szlachetne, ogniste, umysł niepospolity, wesołość łagodną i szczerą.
Młoda dziewczyna, razem z nim wychowana, kochała go tak, jak kochać może nieszczęśliwa istota, upośledzona od natury, która, z obawy pośmiewiska, zmuszona jest taić miłość w głębi swego serca....
Zniewolona do tej powściągliwości, do tego ukrywania, Garbuska nie unikała takiej miłości.
Poco? któżby się o niej mógł kiedy dowiedzieć? Jej braterskie przywiązanie ku Agrykoli, dostatecznie tłomaczyło jej zajmowanie się nim; syn zaś Dagoberta nawet nie domyślał się namiętnej miłości Garbuski ku niemu.
Taką to była młoda, ubogo ubrana dziewczyna, która weszła do izdebki, gdzie Franciszka zajmowała się przyrządzaniem wieczerzy dla syna.
— To ty, moja biedna, — rzekła, — nie widziałam cię rano; czy byłaś słaba?... Chodźże do mnie, niech cię pocałuję.
Dziewczyna pocałowała matkę Agrykoli i odpowiedziała:
— Miałam bardzo pilną robotę, proszę pani, i nie chciałam stracić ani chwili czasu, dopiero com ją skończyła... Pójdę teraz po węgle, czy nie potrzebuje pani czego?
— Nie, — moje dziecko... dziękuję ci.. ale jestem bardzo niespokojna... Już wpół do dziesiątej... Agrykola jeszcze nie przyszedł...
Poczem dodała z westchnieniem:
— On się zamęczy tą pracą dla mnie! Ach! nieszczęśliwa jestem, moja Garbusko... zupełnie straciłam wzrok... ledwie kwadrans mogę patrzeć... a już potem nie widzę nic a nic... nawet tych worków nie mogę szyć... Być ciężarem synowi... to mnie okropnie martwi....
— Ach! pani Franciszko, gdyby to Agrykola usłyszał.
— Ja wiem, kochane dziecko, on o mnie tylko myśli... i to jeszcze bardziej mnie martwi... zwłaszcza gdy pomyślę, że aby mnie nie opuścić, wyrzeka się przyjemności, które mają wszyscy jego towarzysze u pana Hardy, tego zacnego pana. Zamiast mieszkać tu, w tej brudnej izbie, mógłby mieć, jak inni robotnicy, małym kosztem piękną stancję, widną, dobrze opaloną w zimie, z czystem powietrzem w lecie, z widokiem na ogród, on, co tak lubi drzewa; nie mówię już nic o tem, że ma tak daleko do warsztatu, który jest za Paryżem, a to dla niego wielkie utrudzenie tak daleko chodzić...
— Lecz zapomina o tych trudach, gdy pocałuje matkę, a przy tem tak przywiązana jesteś do tego domu, gdzie się on urodził. Zresztą pan Hardy oświadczył pani, że ją pomieści w Pelssy, w gmachu rzemieślniczym razem z Agrykolą.
— Tak, moje dziecko, lecz musiałabym opuścić moją parafję... a tegobym nie mogła.
— A! już idzie... słyszę go, — rzekła Garbuska zarumieniona.
Istotnie śpiew męski, wesoły dał się słyszeć na schodach.

— Oby mnie przynajmniej nie zobaczył plączącej, — rzekła dobra matka, ocierając pełne łez oczy, — on po pracy ma tę jedynie spokojną godzinę... nie trzeba mu jej marnować.

III.
AGRYKOLA BAUDOIN.
.

Poeta-kowal był młodzieńcem około dwudziestu czterech lat. Zwinny, silny, miał oczy i włosy czarne, nos orli, oblicze śmiałe, wyraziste, otwarte. Tem bardziej podobny był do swego ojca Dagoberta, że według ówczesnej mody, nosił duże czarne wąsy, brodę ostro przystrzyżoną tak, że ledwie mu zakrywała podbródek. Zresztą twarz miał ogoloną aż do skroni; spodnie z oliwkowego pół-aksamitu, błękitną bluzę, dymem kowalskim zasmoloną, od niechcenia zawiązaną chustkę na szyi, sukienną, z małym daszkiem czapkę na głowie. Taki był ubiór Agrykoli; w ręku trzymał wspaniały kwiat wielki ciemno-purpurowy, ze srebrno-białą szypułką.
— Dobry wieczór, kochana matko... — rzekł wchodząc i zbliżając się zaraz dla ucałowania matki potem, przyjacielsko skinąwszy głową młodej dziewczynie, dodał: — dobry wieczór Garbuseczko.
— Zdaje mi się, że dziś bardzo się spóźniłeś, moje dziecko, — odezwała się Franciszka, idąc do małego rondelka, w którym mieściła się skromna wieczerza syna, — zaczynałam już być niespokojna...
— O mnie, matko, byłaś niespokojna... czy o moją wieczerzę... — odrzekł wesoło Agrykola, — że też mama zawsze niespokojna, skoro tylko zrobi dla mnie wieczerzę, i boi się, ażeby jedzenie, dłużej stojąc, nie stało się mniej smacznem... O! jaka z ciebie łakotnisia, moja mamo...
I, mówiąc to, kowal chciał jeszcze raz pocałować matkę.
— No dosyć już... jeszcze mi rynkę wywrócisz...
— O! tego nie zrobię, moja mamo, taki zapach... Pozwól, mamo, zobaczyć, co tam jest.
— Zaczekaj, później zobaczysz...
— Złożyłbym się, że to kartofle ze słoniną, które tak lubię.
— A sobota! zapomniałeś, czy co! — odrzekła Franciszka tonem łagodnej nagany.
— A prawda! — rzekł Agrykola, — ale i ja przypomniałem sobie — dodał — i oto, moja matko, mój tygodniowy zarobek.
— Dziękuję ci, moje dziecko, włóż go do szafy.
— Dobrze, mamo.
— Ach, co ja widzę! — rzekła nagle młoda wyrobnica w chwili, kiedy Agrykola niósł do szafy pieniądze, — jakiż to piękny kwiat masz w ręce, Agrykolo, nigdy podobnego nie widziałam, i to jeszcze wśród zimy... Czy widzicie, pani Franciszko?
— O! mamo — odezwał się Agrykola, przystępując do matki, dla pokazania jej kwiatu. — Obacz, mamo, powąchaj, jaki zapach... bo pachnie, jak wanilja z kwiatem pomarańczowym.
— Prawda, moje dziecko, o! jak pachnie, i jak piękny — rzekła Franciszka, składając ręce z podziwu.
— Skąd-że go wziąłeś?
— Ja wziąłem, moja matko? — odrzekł Agrykola ze śmiechem. — Alboż to można znaleźć coś podobnego, idąc od rogatki Maine na ulicę Brie-Miche?
— No, to któż ci go dał? — spytała Garbuska, równie ciekawa, jak Franciszka.
— Aha! ja wiem, że ciekawe jesteście dowiedzieć się... ano, więc powiem... to zarazem dowiecie się, dlaczego wracam tak późno... bo jeszcze inna rzecz zatrzymała mnie: o! to prawdziwy wieczór przygód...
Wracałem spiesznym krokiem i byłem już na początku ulicy Babilońskiej, aż wtem słyszę szczekanie małego pieska; jeszcze było dość widno... patrzę... a tu śliczna, jak tylko wystawić sobie można, suczka, wielkości pięści, czarna, uszki i sierść długa aż do ziemi.
— Pewnie się zabłąkała — wtrąciła Franciszka.
— Nieinaczej. Biorę więc biedną psinę, a ta zaczyna minie lizać po ręku; na szyi miała czerwoną wstążkę, związaną w dużą kokardę; z tego nie mogłem dowiedzieć się o nazwisku jej pana; patrzę pod wstążkę aż tu mała obróżka z łańcuszków złotych czy pozłacanych, z małą blaszką... dobywam z zapalniczki zapałkę; zapalam i wyczytałem: Lutyna — należy do panny Adrjanny Cardoville, przy ulicy Babilońskiej Nir. 7.
— A właśnie znajdowałeś się na tej ulicy — zauważyła Garbuska.
— Słusznie; biorę więc pieska pod pachę, szukam, gdzieby to być mogło, idę obok muru ogrodowego — długi bez końca — i nareszcie przychodzę do bramy małego pawilonu, który zapewne należy do wielkiego pałacu na drugim końcu parku, bo ogród podobny był do parku... patrzę się w górę, spostrzegam Nr. 7, świeżo namalowany nad furtką; dzwonię; po chwili otwierają mi... Odtąd już z pewnością... uwierzyć mi nie zechcecie.
— A dlaczegóżby, mój kochany?
— Bo będzie się wam zdawało, że opowiadam historję o czarach... Tlk, dotąd... jeszcze stoi mi przed oczyma wszystko, com widział... a zdaje się, że coś podobnego mogłem widzieć tylko we śnie.
— Słuchamy więc, co to było — podchwyciła matka, tak zaciekawiona, iż nie spostrzegła, że wieczerza syna zaczynała się w rynce przypalać.
— Najprzód — mówił dalej kowal, śmiejąc się z wielkiej ciekawości, jaką obudził — otwiera mi młoda panna; piękna, ale tak piękna, tak zalotnie, tak ładnie ubrana, iż rzekłby kto, że to śliczny portret z dawnych czasów! Jeszcze słowa nie wymówiłem, a ona już zawołała: „Ach, panie! to Lutyna; znalazłeś ją pan i przynosisz, jakże ucieszy się panna Adrjanna! Chodźże pan, natychmiast chodź pan; żałowałaby, gdyby nie mogła sama panu podziękować“.
I, nie dając mi czasu do odpowiedzi, ta panna dała mi znak, abym szedł za nią.. Ach, moja matko, byłoby mi trudno opowiedzieć ci dokładnie wszystko, com widział, przechodzę przez mały, nawpół oświetlony salon, jaki tam był zapach! Młoda panna szła bardzo prędko; otwierają się drzwi.
Ach! tu wcale co innego!... Wtedy taki uderzył mnie blask, iż tylko przypominam sobie teraz migotanie złota, światła, kryształów i kwiatów, a w pośród tego blasku młoda panna, tak piękna, ach! taka piękna, jak tylko sobie wystawić można: miała włosy rude, albo raczej świecące, jak złoto... Było to przecudnie; jak żyję, nie widziałem podobnych włosów!... A przytem czarne oczy, usta różowe, śnieżna białość, otóż wszystko, co pamiętam... bo powtarzam wam jeszcze, byłem tak osłupiały, tak uderzony blaskiem, iż widziałem wszystko jak przez mgłę...
— Proszę pani — odezwała się młoda dziewczyna, — a ja nigdybym nie uwierzył, że to pokojówka, tak wytwornie była ubrana, — Lutyna jest, ten pan znalazł ją i przynosi.
— Ach! panie — wyrzekła do mnie słodkim głosem ta pani ze złotemi włosami — jakże panu mam podziękować?... Niezmiernie przywiązana jestem do Lutyny..
Potem, sądząc pewno po mym ubiorze, że może powinna inaczej podziękować mi, aniżeli słowami, wzięła mały jedwabny woreczek, przy niej leżący, i powiedziała:
— Przyznać muszę, że pan zadałeś sobie wiele fatygę przynosząc mi Lutynę; straciłeś pan może czas dla siebie drogi... pozwól więc — i podała woreczek.
— Ach! Agrykolo — rzekła smętnie Garbuska, — jak się nie wstydziła! Jak można kogo tak krzywdzić!
— Czekaj tylko końca... a przebaczysz tej pani.. Widząc pewno po mojej minie, że ofiarowanie woreczka z pieniędzmi obraziło mnie do żywego, wzięła z przepysznego porcelanowego wazonu, przy niej stojącego, śliczny kwiat i, zwracając się do mnie z wdziękiem i uprzejmą dobrocią, z której domyślać się było można, iż żałowała, że mnie obraziła, rzekła mi:
— Przynajmniej pan zechcesz przyjąć ten kwiat...
— Słusznie mówisz, Agrykolo — odrzekła Garbuska melancholijnym głosem, — trudno lepiej naprawić błąd, mimowolnie popełniony.
— Ta panna — wtrąciła Franciszka, obcierając oczy — odgadła mego Agrykolę.
— Nieprawdaż, kochana matko? Lecz w chwili, kiedy brałem kwiat, nie śmiąc podnieść oczu, bo chociaż nie jestem bojaźliwy, panna ta, obok dobroci, miała w sobie coś takiego, co we mnie wzbudzało uszanowanie, drzwi się otworzyły i inna, także piękna, młoda panna, brunetka, dziwnie a wytwornie ubrana, odezwała się do rudowłosej:
— Proszę pani, on tam jest...
Ta natychmiast wstała i rzekła do mnie:
— Przepraszam pana, nie zapomnę nigdy, żem mu winna przyjemną chwilę... Chciej pan w każdej okoliczności pamiętać o moim adresie i mojem imieniu, jestem Adrjanna Cardoville.
Potem znikła.
Ja nie mogłem znaleźć słowa, żeby jej odpowiedzieć; młoda panna odprowadziła mnie i ślicznie mi się ukłoniła w bramie.
Wyszedłem na ulicę Babilońską tak olśniony, tak, mówię wam, zdziwiony, jakgdybym wyszedł z zaczarowanego pałacu...
— Ach! to prawda, moje dziecko, to tak, jak w czarodziejskich powieściach, nieprawdaż, Garbusko?
— O tak, pani Franciszko — odrzekła biedna dziewczyna z roztargnieniem i zamyślona, czego nie spostrzegał Agrykola.
— Najbardziej zaś wzruszyło mnie to — dodał tenże — iż ta panna, choć bardzo uradowana odzyskaniem swego pieska, wcale z tego powodu nie zapominała o mnie, jakby, to uczyniły inne, nie zajmowała się nim w mojej obecności; dowodzi to, że ma dobre serce i jest delikatna, nieprawdaż, Garbusko? W końcu, uważam tę pannę za tak dobrą, tak szlachetną, iż w żadnej okoliczności nie wahałbym się udać do miej...
— Tak... słusznie mówisz — odpowiedziała Garbuska, coraz bardziej roztargniona.
Biedna dziewczyna mocno się zmartwiła... nie czuła ona żadnej zawiści, żadnej zazdrości względem nieznanej młodej panny, która swoją pięknością, bogactwem, delikatnem obejściem, należała do sfery wysokiej i świetnej. Lecz jednocześnie biedaczka czuła bardziej niż kiedykolwiek ciężar swej szpetności i nędzy.
A jednakże tak pokorna i spokojna była rezygnacja tej szlachetnej istoty, że chyba to tylko obrażać ją mogło w Adrjainnie Cardoville, że ofiarowała Agrykoli pieniądze, lecz uprzejmy sposób naprawienia tego uchybienia głęboko wzruszył Garbuskę.
Bądź co bądź serce jej się ściskało. Nie mogła powściągnąć łez, patrząc na przepyszny, pachnący kwiat, który dany miłą ręką tak szacownym musiał być dla Agrykoli.
— Teraz, kochana matko — odezwał się z uśmiechem kowal, nie spostrzegając przykrego wzruszenia Garbuski — skorom powiedział jedną historję... powiem i drugą, która także była przyczyną mego opóźnienia... Wchodząc do domu, spotkałem na dole farbiarza, z rękoma ślicznie ufarbowanemi na zielono; zatrzymawszy mnie, rzekł mi z miną przestraszoną, że widział dość porządnie ubranego człowieka, włóczącego się tu około domu, jakgdyby coś podsłuchiwał i śledził...
— A i cóż ci to szkodzi, ojcze Loriot? — odrzekłem mu. — Czy się boisz, aby ci nie wykradł sekretu przyrządzania tak pięknego zielonego koloru, z którego zrobiłeś sobie takie wykwintne rękawiczki aż po łokcie?
— Ależ bo czego ten człowiek chce tu, Agrykolo? — zapytała Franciszka.
— Na poczciwość, nic nie wiem, kochana matko, i wcale mnie to nie obchodzi, powiedziałem ojcu Loriot, zapamiętałemu gadule, aby wrócił do swego sklepu, gdyż, czy kto będzie go podsłuchiwał, czy nie, tyle jemu, co mnie z tego przyjdzie.
Agrykola, mówiąc to, wstał, aby schować swój własny woreczek z pieniędzmi w środkowej szufladce szafy.
W chwili, kiedy Franciszka stawiała rynkę z jadłem na rogu stołu, Garbuska ocknąwszy się z zamyślenia, nalała na miskę wody i podała młodemu kowalowi, mówiąc dźwięcznym, nieśmiałym głosem:
— Agrykolo, do umycia rąk.
— Dziękuję, moja Garbusko... jesteś bardzo uprzejmą.
I głosem, pełnym wdzięcznej prostoty, dodał:
— Oto mój piękny kwiat za twoją przysługę...
— Oddajesz mi go!... — zawołała wyrobnica zmienianym głosem, a żywy rumieniec okrył jej bladą twarz. — Oddajesz mi ten przepyszny kwiat... który ci dała tak piękna, dobra, bogata i uprzejma panna?...
I zdziwiona Garbuska raz jeszcze powtórzyła:
— Oddajesz mi ten kwiat?!
— A cóż chcesz, abym z nim zrobił.. żebym go do piersi sobie przypiął, lub w szpilkę oprawił, co? — podchwycił Agrykola ze śmiechem. — Prawda, że bardzo mnie wzruszył sposób, w jaki mi ta ładna panna podziękowała. Mocno jestem z tego kontent, żem znalazł jej ulubioną małą suczkę, ale jestem również bardzo szczęśliwy, że ci mogę dać ten kwiat, kiedy ci się podobał... Widzisz, że dobry był dzień dzisiejszy.
I to mówiąc, kiedy Garbuska brała kwiat, drżąc z radości i zdziwienia, młody kowal mył ręce, zaczernione w kuźni przy robocie. Potem, widząc wodę czarną, jak atrament, pokazał ją Garbusce, mówiąc:
— Będziemy mieli tani atrament do naszych bazgranin. Wczoraj skończyłem wiersze, z których niebardzo jestem kontent; przeczytam ci je.
Rozmawiając tak, Agrykola obtarł ręce o bluzę z przodu, a Garbuska, postawiwszy kubek na komodę, włożyła w niego kwiat.
— Nie możesz-to mówić, ażebym ci dała ręcznik? — odezwała się matka do syna, wzruszając ramionami, — a nie obcierać ręce o bluzę!
— Napaliła się ona cały dzień... nic to nie szkodzi, że się teraz trochę ochłodzi. Ale, kochana matko, wiesz, że ja nie chcę ci być nieposłusznym i jeżeli chcesz się przekonać...
Za całą odpowiedź, matka objęła rękami głowę syna, popatrzyła na niego przez chwilę z uczuciem dumy macierzyńskiej i serdecznie pocałowała go kilka razy w czoło.
— Siadaj-że... nastoisz się cały dzień w kuźni... a już też późno. Masz twoje krzesełko.
— O! jak widzę, cały wieczór będziemy się spierali; ty weź je, matko; dobrze mi będzie i na stołku...
— Wcale nie, trzeba przynajmniej, ażebyś wypoczął po tak ciężkiej pracy.
— Ach! co tu korowodów, moja kochana Garbusko... — rzekł wesoło Agrykola, siadając, — ależ mi wybornie w twojem krześle...
Franciszka Baudoin, Stojąc przy stole, krajała dla niego chleb, z drugiej strony stołu Garbuska, wziąwszy butelkę, nalała mu do srebrnego kubka.
W posługach tych dwóch dobrych kobiet widać było coś tkliwego dla tego, którego obiedwie kochały tak czule.
— Nie chcesz jeść ze mną? — odezwał się Agrykola do Garbuski.
— Dziękuję ci — odrzekła szwaczka, spuszczając oczy, — dopiero co jadłam.
— Ja też mówiłem ci tylko dla formy, gdyż wiem, że za nic w świecie nie jadłabyś ze mną... Zupełnie tak, jak moja matka, która sama tylko lubi jeść... a żałując sobie, krzywdzi się sama, a ja tego nie mogę widzieć...
— Ależ nie, moje dziecko, mało jadam, bo to dla mnie zdrowiej... i również dla zdrowia jadam wcześniej... A cóż, czy ci smakuje?
— Wybornie... to stokfisz... z rzepą... a ja przepadam za stokfiszem; urodziłem się doprawdy na rybaka z Nowej-Ziemi i tylko przez omyłkę zostałem kowalem.
W rzeczywistości dobry ten syn po ciężkiej pracy wcale nie uważał za stosowny posiłek z tego ckliwego przysmaku, który nawet przypalił się nieco podczas jego opowiadania historji o piesku, lecz dla zadowolenia matki, bynajmniej nie dał poznać po sobie, że mu ryba nie smakuje.
Poczciwa kobieta dodała więc z ukontentowaniem:
— Zaraz widać, jak ci ta potrawka smakuje... zrobię ci ją jeszcze w przyszły piątek i sobotę.
— Bardzo dziękuję kochanej mamie... tylko proszę, aby jej przez dwa dni zrzędu nie robiła, gdyż sprzykrzyćby mi się mogła.
— A! prawdę mówisz. A teraz pomyślmy, co będziemy robili jutro, w niedzielę.
— Będziemy się bawili; od kilku dni uważam, że ty, kochana matko, smucisz się czegoś... a ja nie znam powodu... Zdaje mi się, że matka chyba nie jest ze minie zadowolona.
— Co! z ciebie?... moje dziecko... z ciebie... ty jesteś wzorem...
— Dobrze! dobrze!... Skoro tak, musisz dowieść mi, matko, żeś ze mnie komitenta, zabawimy się razem trochę, a może także i pani raczy mam towarzyszyć, jak ostatnim razem — rzekł Agrykola, kłaniając się Garbusce.
Ta zarumieniła się i spuściła oczy; twarz jej przybrała wyraz smutku i nic nie odpowiedziała.
— Moje dziecko, ty wiesz, że przez cały dzień modlę się — odpowiedziała synowi matka.
— Wybornie, to przynajmniej w wieczór?... Nie będę namawiał matkę, ażeby szła do teatru, ale powiadają, że jakieś tam przedziwne pokazują sztuki.
— Dziękuję ci.. mój kochany, zawsze to pewien rodzaj widowiska...
— Nie, kochana matko, przesadza ten, kto to mówi.
— Moje dziecko, alboż ja przeszkadzam robić innym, co im się podoba?
— To prawda.., przebacz mi, matko, a więc, jeżeli będzie pogoda, pójdziemy przejść się na bulwary z naszą Garbuską, wszak to już blisko trzy miesiące, jak z nami nie chodziła... a bez nas... nigdzie nie wychodzi.
— Nie, przejdź się sam, moje dziecko... użyj przynajmniej niedzieli.
— No, moja Garbusko, dopomóż mi namówić matkę.
— Wiesz, Agrykolo — odrzekła Garbuska, rumieniąc się i spuszczając oczy — wiesz, żem już wychodzić nie powinna... z tobą, i z twoją matką...
— A dlaczegóż to? Czy mógłbym spytać o przyczynę? — podchwycił wesoło Agrykola.
Dziewczyna smętnie uśmiechnęła się i odpowiedziła mu.
— Dlatego, że nie chcę już narażać cię na przykrości z mego powodu...
— O!... daruj... daruj — rzekł kowal, z szczerym żalem i uderzył się w czoło.
Odmowa Garbuski miała następujący powód: Czasami, bardzo rzadko, (była bowiem zawsze bardzo trwożliwa) biedna dziewczyna chodziła na spacer z Agrykolą i jego matką; dla szwaczki była to rzadka uroczystość; wiele ona musiała nie spać nocy, wiele pościć dni, aby sobie sprawić jaki taki czepeczek, jaką taką chusteczkę, aby nie zrobić wstydu Agrykoli i jego matce; przechadzki, odbywane z tym, którego potajemnie ubóstwiała, były dla niej jedyną radością.
Podczas ostatniego spaceru jakiś mężczyzna, rubaszny, prostak, grubjanin tak ją potrącił łokciem, iż biedna dziewczyna nie mogła powstrzymać okrzyku bólu... Na krzyk ten brutal odpowiedział...
— Dobrze ci tak, Garbusie!
Agrykola, jak ojciec, obdarzony był ową cierpliwą dobrocią, jaką siła i śmiałość nadają ludziom uczciwym i szlachetnego serca; ale gwałtowny był, gdy chodziło o ukaranie nikczemnej zniewagi.
Oburzony złośliwością i grubjaństwem przechodnia Agrykola puścił rękę matki, a zwróciwszy się do napastnika, takiegoż jak on wieku, wzrostu i siły, wymierzył mu dwa potężne policzki.
Grubjanin chciał mu oddać, lecz Agrykola raz jeszcze uderzył go w twarz, ku wielkiemu zadowoleniu obecnego tłumu. Przeciwnik uciekł wykrzyczany i wygwizdany.
O tym przypadku wspomniała Garbuska, mówiąc, że nie chce wychodzić z Agrykolą aby go nie narazić na nieprzyjemności.
Łatwo pojąć, jak przykro było kowalowi, że mimowoli przypomniał to zajście... niestety! boleśniejszem jeszcze było to dla Garbuski, niż przypuścić mógłby Agrykola, bo dziewczyna namiętnie go kochała... a dzięki ułomności siała się powodem kłótni.
Pomimo wielkiej siły i odwagi, Agrykola tkliwy był, jak dziecko; gdy pomyślał jak to wspomnienie przykrem być musiało dla młodej dziewczyny, łzy stanęły mu w oczach i, podając rękę, rzekł do niej:
— Daruj mi moje głupstwo, pocałuj mnie, jeżeli się nie gniewasz...
I dwa razy ucałował blade, wychudłe policzki Garbuski.
Na to serdeczne przeproszenie, usta młodej dziewczyny zbielały, a biedne jej serce bić zaczęło tak mocno, iż musiała oprzeć się o róg stołu, ażeby nie upaść.
— Więc przebaczasz mi, nieprawdaż?.. — zapytał ją Agrykola.
— Tak, tak, — odrzekła, usiłując przezwyciężyć wzruszenie, — ale przebacz mi także moją słabość... gdyż na wspomnienie owego wypadku słabo mi się zrobiło... tak się o ciebie zlękłam... bo gdyby się tłum był za nim ujął....
— Ach! dla Boga!... — rzekła Franciszka, bezwiednie śpiesząc na pomoc Garbusce, — i ja nigdy w życiu tak się nie przestraszyłam.
— O! jeżeli o to... moja matko, — odezwał się Agrykola, chcąc zmienić przedmiot rozmowy, niemiły dla niego i dla szwaczki, — ty, matko, będąc żoną żołnierza... grenadjera Napoleońskiego... wcale nie jesteś mężna... O! mój dobry ojciec! Myśleć o tem nie śmiem, że on wkrótce przybędzie; głowę tracę, skoro o tem sobie przypomnę.
— Wkrótce przybędzie?... Bóg wie!... już od czterech miesięcy nie odebraliśmy listu.
— Ale w ostatnim, który podyktował komuś, gdyż, jak nam mówił z właściwą mu żołnierską otwartością, czyta dosyć dobrze, ale kiedy idzie o pisanie, to rzecz wcale inna; w tym liście mówił nam, abyśmy byli spokojni, że przybędzie do Paryża przy końcu stycznia; a na trzy lub cztery dni wprzód da nam wiadomość, przez którą przybędzie rogatkę, abym mógł wyjść na jego spotkanie.
— To prawda, moje dziecię... a tymczasem już luty i nic jeszcze nie słychać.
— Tem prędzej spodziewać się go możemy, a nawet nie zdziwiłbym się, gdyby właśnie w tym czasie przybył także Gabrjel... Tak mi się każe spodziewać jego ostatni list z Ameryki. Coby to było za szczęście... moja matko, gdyby się cała rodzina zebrała!
— Bóg-by to dał, moje dziecko!... byłby to szczęśliwy dzień dla mnie...
— I wierz mi, matko, że ten dzień niezadługo nastąpi, a gdy przybędzie mój ojciec... nie chcę innych nowin... bo to będzie najlepsza nowina.
— Czy ty pamiętasz ojca, Agrykolo? — spytała Garbuska.
— Prawdę mówiąc, najlepiej pamiętam jego wielką kudłatą czapkę i wąsy, których się okropnie bałem. Podobała mi się tylko czerwona wstążka na białych wyłogach munduru i błyszcząca rękojeść szabli, nieprawdaż, matko?... Ale cóż ci to, matko?... płaczesz...
— A! biedny Baudoin... ile on musiał wycierpieć, od czasu, jak się z nami rozłączył... w jego wieku, lat przeszło sześćdziesiąt... Ach! moje kochane dziecko.... serce mi pęka, kiedy pomyślę.
W tej chwili ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę wejść — rzekł Agrykola.
Lecz osoba, która zapukała, zamiast wejść, uchyliła tylko drzwi, i widać było jej zielono ufarbowaną rękę, dającą jakieś znaki kowalowi.
— Widzicie, to ojciec Loriot... wzór farbiarzy przeszłych, teraźniejszych i przyszłych, — rzekł wesoło Agrykola, — proszę, proszę bez ceremonji, ojcze Loriot..
— Niepodobna, mój przyjacielu, od stóp do głowy zafarbowany jestem... zafarbowałbym na zielono pani Franciszce całą podłogę.
— Tem lepiej, będzie wyglądała, jak murawa, a ja bardzo lubię wieś.
— Bez żartów, Agrykolo, mam ci coś powiedzieć, i to prędko.
— Może o człowieku, który podgląda?... daj mu pokój, cóż to nas może obchodzić?
— Nie, zdaje mi się, że odszedł, a przynajmniej mgła tak gęsta, iż nit nie widać... ale nie o tem chcę ci mówić... chodź więc prędko... bo.., bo to o ważną rzecz idzie — dodał farbiarz z tajemniczą miną — jest tu interes, który dotyczy ciebie samego...
— Co, mnie samego? — spytał Agrykola, wstając zadziwiony — cóż to może być?
— A idź, zobacz, moje dziecko, — wtrąciła Franciszka.
— Dobrze, pójdę, ale ani się domyślam, o co tam idzie.

I kowal wyszedł, zostawiwszy matkę z Garbuską.

IV.
POWRÓT.

Pięć minut nawet nie upłynęło, a już Agrykola powrócił. Na jego bladej twarzy znać było pomieszanie, w oczach miał łzy, ręce mu drżały; ale zarazom oblicze jego tchnęło szczęściem jakiemś i nadzwyczajnem rozczuleniem.
Stał przez chwilę we drzwiach, jakgdyby wzruszenie nie pozwalało mu zbliżyć się do matki.
Franciszka miała już tak osłabiony wzrok, iż zrazu nie zauważyła zmiany na twarzy syna.
— I cóż tam, moje dziecko?.. O co chodziło farbiarzowi? — zapytała.
Lecz zanim kowal zdążył odpowiedzieć, Garbuska zawołała:
— Ach! mój Boże... Agrykolo... cóż to jest? Dlaczegoś taki blady?
— Matko! — rzekł młody rzemieślnik zmienionym głosem, prędko zbliżając się do Franciszki i nie odpowiadając Garbusce, — kochana matko, możesz się spodziewać czgoś, co cię mocno zadziwi... ale przyrzecz. mi, że będziesz spokojna.
— Cóż to jest... Jak ty drżysz!... Spójrz na mnie!... Garbuska słusznie mówi — ty bardzo zbladłeś...
— Kochana matko... — Agrykola ukląkł przed Franciszką i ujął ją za ręce — trzeba... nie wiesz... ale...
Kowal nie mógł dokończyć, płacz radości tłumił mu głos.
— Ty płaczesz, moje dziecko... Przebóg! cóż to jest?... Przerażasz mnie!...
— Przerażam... o! nie... przeciwnie — odrzekł Agrykola, ocierając oczy; — ucieszysz się, bardzo się ucieszysz... Ale raz jeszcze proszę cię, abyś zachowała się spokojnie, gdyż zbyt wielka radość zaszkodzić może, tak samo jak zbyt wielkie zmartwienie....
— Jakto?
— Powiedziałem ci, że przybędzie... tak... mówiłem ci to....
Powstała z krzesła.
Lecz jej zdziwienie, jej wzruszenie było tak mocne, iż chwyciła się ręką za serce, aby przytłumić jego gwałtowne bicie, potem uczuła osłabienie.
Syn przytrzymał ją i dopomógł, aby znowu usiadła.
Garbuska stała do tego czasu na boku, nie mieszając się wcale do tej rozmowy, lecz teraz zbliżyła się nieśmiało, sądząc, że może być użyteczną, gdyż twarz Franciszki mieniła się coraz bardziej.
— Matko! nie trać przytomności, uspokój się — mówił kowal — już wszystko skończyło się dobrze, teraz już tylko cieszyć się będziemy szczęściem oglądania ojca.
— Mego biednego Baudoina... po osiemnasto-letniej rozłące... nie! temu uwierzyć nie mogę — rzekła Franciszka, łzami się zalewając. — Czy to prawda, ach, mój Boże! czy to tylko prawda?
— To jest taką prawdą... iż gdybyś mi, matko, przyrzekła, że nie będziesz nazbyt wzruszona... powiedziałbym ci, kiedy go zobaczysz.
— Ach! wkrótce... nieprawdaż?
— Tak... niezadługo.
— Ale kiedyż przybędzie?
— Może jutro... może dziś jeszcze.
— Dziś?...
— A więc tak! moja matko... wreszcie muszę powiedzieć ci: ojciec przybywa... już przybył...
— Jest... jest...
I dalej Franciszka mówić już nie mogła.
— Ojciec w tej chwili właśnie jest na dole; zanim wszedł, poprosił farbiarza, aby mnie uprzedził, abym cię przygotował do zobaczenia... bo dobry ojciec obawiał się, iżby nagła radość nie zaszkodziła ci...
— O! mój Boże...
— A teraz — zawołał kowal z wybuchem niewymownej radości — tak, on jest tam... czeka... Ach moja matko.... już od dziesięciu minut ledwie mogę wytrzymać, serce mi o mało co nie wyskoczy.
I, podskoczywszy, otworzył drzwi.
W progu ukazał się Dagobert, trzymając za ręce Różę i Blankę.
Zamiast rzucić się w objęcia męża, Franciszka, padłszy na kolana, modliła się.
Wznosząc się duchem do Boga, dziękowała mu serdecznie, że wysłuchał jej modłów i że tak wynagrodził jej ofiary.
Przez chwilę milczeli wszyscy i pozostali nieruchomi.
Agrykola, powodowany uczuciem uszanowania i delikatności, które jednak ledwie mogły powściągnąć uniesienie radości i czułości, nie śmiał rzucić się na szyję Dagoberta; czekał niecierpliwie, aż matka skończy modlitwę.
Żołnierz doświadczał podobnego jak i kowal uczucia; obadwaj się zrozumieli; pierwsze ich spojrzenia na siebie wyrażały ich tkliwość i uwielbienie dla tej dobrej kobiety.
Róża i Blanka, zdumione, wzruszone, patrzyły z zajęciem na klęczącą kobietę, gdy tymczasem Garbuska pocichu zalewała się łzami radości na myśl o szczęściu Agrykoli, i schroniła się w najciemniejszy kąt izby, uważając, że jest obcą, a zatem zapomnianą pośród tego rodzinnego zebrania.
Franciszka wstała i podeszła ku mężowi, który ją wziął w objęcia.
Nastąpiła chwila uroczystego milczenia.
Dagobert i Franciszka słowa do siebie nie wymówli; słychać było tylko westchnienia, przerywane łkaniem i oddechem radości.
A gdy oboje starzy podnieśli głowy, twarze ich były spokojne, wesołe, pogodne, bo zupełne zadowolenie uczuć prostych i czystych nigdy nie zostawia po sobie gorączkowego, gwałtownego wzburzenia.
— Dzieci moje — wyrzekł żołnierz wzruszonym głosem, pokazując sierotom Franciszkę, która, uspokoiwszy się po pierwszem uniesieniu, patrzyła na nie ze zdziwieniem — to moja dobra, zacna żona... będzie ona dla córek generała Simon tem, czem ja byłem dla nich...
— Pani obchodzić się też będzie z nami, jak ze swemi dziećmi — rzekła Róża, zbliżając się ze swoją siostrą do Franciszki.
— Córki generała Simon... — zawołała, coraz bardziej zdziwiona żona Dagoberta.
— Tak, kochana Franciszko, to one... i przyprowadzam je zdaleka... nie bez trudu, opowiem ci potem wszystko.
— Biedne panienki... powiedziałby kto, że to dwa podobne do siebie aniołki — rzekła Franciszka, przypatrując się sierotom z zajęciem i zdziwieniem.
— Teraz... my dwaj... — rzekł Dagobert, zwracając się do syna.
— Nareszcie! — zawołał Agrykola.
Niepodobna opisać wybuchu radości Dagoberta i jego syna, tego szczęścia, z jakiem żołnierz przypatrywał się Agrykoli, opierał swe ręce na szerokich ramionach młodego kowala, aby lepiej napatrzyć się jego męskiej, otwartej twarzy, wysmukłej, silnej budowie ciała; potem znowu go przyciskał do piersi, mówiąc:
— Ach! co za piękny chłopiec... a jak dobrze zbudowany, jak dobrze wygląda... Tęgi zuch!...
Garbuska, ciągle stojąc w kącie izby, cieszyła się ze szczęścia Agrykoli; ale obawiała się, aby jej obecność, dotąd niepostrzeżona, nie była uważana za natrętną.
Chciałaby oddalić się, nie będąc widziana; ale nie mogła. Dagobert i Agrykola zasłaniali sobą drzwi; pozostała więc, nie mogąc oderwać oczu od ślicznych twarzyczek Róży i Blanki. Nic w świecie piękniejszego nie widziała, a nadzwyczajne podobieństwo obu dziewczyn powiększało jeszcze jej podziw; skoro wreszcie ich skromne ubiory żałobne zdawały się znamionować ich ubóstwo, Garbuska mimowoli uczuła dla nich jeszcze większą sympatję.
— Kochane dzieci! zimno im, drobne ich rączki zgrabiały, a, jak na nieszczęście, ogień w piecu wygasł — mówiła Franciszka.
I usiłowała w swoich dłoniach rozgrzać ręce sierot, kiedy tymczasem Dagobert i syn rozpływali się w uczuciach tak dawno tłumionego przywiązania.
Skoro tylko Franciszka wymówiła, że ogień zgasł w piecu, Garbuska, chcąc się przysłużyć i pokazać, że niedaremną tu jest jej obecność, pobiegła do alkierza, gdzie leżały węgle i drzewo, przyniosła kilka kawałków, uklękła przy piecyku z lanego żelaza i, znalazłszy kilka żarzących się węgielków w popiele, roznieciła ogień, który niebawem z hukiem się rozpalił; potem, nalawszy wody do imbryczka, postawiła go na piecu, przewidując, że będzie potrzebny jaki ciepły napój dla panienek.
Garbuska zajmowała się tem wszystkiem tak zręcznie i cicho, a przytem, co jest bardzo naturalne, tak mało zważano na nią podczas tych uniesień radości rodzinnej, iż Franciszka, cała zajęta Różą i Blanką, wtedy dopiero obejrzała się na płonący w piecu ogień, gdy czuć się dało od niego w izbie ciepło i woda zaczęła się z szumem gotować.
Nie zdziwiło to jednak żony Dagoberta, tembardziej, że zadumała się, w jaki sposób pomieścić dziewczynki, gdyż, jak wiadomo, żołnierz nie uprzedził jej o swem przybyciu.
Wtem niespodzianie kilkakrotne, przytłumione szczekanie psa dało słyszeć się za drzwiami.
— A! to mój stary Ponury — rzekł Dagobert, otwierając drzwi swemu psu, — on także chce wejść, aby poznać rodzinę.
Ponury wbiegł wesoło; w minutę był, jak to mówią, już jak w swym własnym domu. Obtarłszy długi pysk najprzód o ręce Dagoberta, przyszedł z kolei do Róży i Blanki, do Franciszki i do Agrykoli; potem, widząc, że mniej nań zważano, podbiegł do Garbuski, która nieśmiało chowała się w najciemniejszym kącie izby: wtedy, idąc za przysłowiem: „przyjaciele naszych przyjaciół — są naszymi przyjaciółmi“, Ponury lizać zaczął ręce młodej wyrobnicy, o której wszyscy w tej chwili zapomnieli.
I dziwić się nie można, że pieszczoty te do łez wzruszyły Garbuskę; kilkakrotnie białą chudą ręką pogłaskała po głowie Ponurego, potem, sądząc, że już do niczego nie jest przydatną, gdyż uczyniła już wszystko, co uważała za potrzebne, wzięła piękny kwiat, podarowany jej przez Agrykolę, otworzyła drzwi lekko i wyszła tak nieznacznie, iż nikt nie spostrzegł jej odejścia.
— Biedna Franciszko — rzekł żołnierz, wskazując wzrokiem na Różę i Blankę — nie spodziewałaś się nigdy tak pięknych gości?
— Mój przyjacielu, mnie to tylko martwi — odpowiedziała Franciszka, — że panny, córki generała Simon, nie mają okazalszego mieszkania, niż nasze... bo oprócz tej izdebki i poddasza Agrykoli...
— Niema nic więcej?
— Są tu wprawdzie i piękniejsze pokoje, ale...
— Bądź spokojna — przerwał Dagobert — biedne te dzieci przywykły już przestawać na tem, co mieć mogą... jutro zrana, wziąwszy się za ręce z mym chłopcem, pójdziemy do ojca generała w fabryce pana Hardy i pomówimy z nim o interesach...
— Jutro, ojcze — rzekł Agrykola do Dagoberta — jutro nie zastaniesz w fabryce ani pana Hardy, ani ojca marszałka Simona...
— Co ty mówisz? — rzekł żywo Dagobert — marszałka?
— A tak, od roku 1830, przyjaciele generała Simon postarali się, aby mu przyznany został tytuł, który mu nadał cesarz po bitwie pod Ligny.
— Czy tak? — zawołał Dagobert ze wzruszeniem — o! nie powinno to mnie dziwić... bo zresztą postąpiono bardzo sprawiedliwie...
Potem, zwracając się do dziewcząt, rzekł:
— Słyszycie, moje dzieci... przybywacie do Paryża, jako córki księcia i marszałka... prawda, że tegoby o was nie pomyślano, widząc was w tej prostej izbie, moje księżniczki... ale cierpliwości, wszystkiemu da się zaradzić; ojciec Simon musiał być bardzo kontent, dowiedziawszy się, że syn jego odzyskał swój tytuł... co, Agrykolo?...
— Powiedział, że oddałby wszystkie stopnie i tytuły, byleby mógł oglądać syna... Zresztą, marszałek jest spodziewany lada chwila, gdyż ostatnie jego listy z Indji zapowiadają jego powrót.
Na te słowa Róża i Blanka spojrzały na siebie i łzy stanęły im w oczach.
— Bogu dzięki! ja i dzieci liczymy na ten powrót... ale dlaczegóż nie zastaniemy jutro w fabryce ani pana Hardy, ani ojca Simona?
— Przed dziesięcioma dniami wyjechali, aby obejrzeć i zbadać zakład fabryczny angielski, założony w jednym z południowych departamentów, ale lada dzień wrócą.
— Do kata... to mi nie na rękę... Sądziłem, że będę mógł pomówić z ojcem Simonem o ważnych interesach; zresztą trzeba się dowiedzieć, gdzie do niego pisać. Jutro więc, mój synu, dasz mu znać, że przybyły jego wnuczki... Tymczasem, moje dzieci — dodał żołnierz, zwracając się do Róży i Blanki — żona moja da wam swoją pościel, i bądź co bądź, nie gorzej wam tu będzie, niż w podróży.
— Wiesz, że nam zawsze będzie dobrze przy tobie i przy pani — odrzekła Róża.
— A przytem, myślimy tylko o szczęściu, że nareszcie jesteśmy w Paryżu... tu bowiem wkrótce znajdziemy naszego ojca — dodała Blanka.
— A przy takiej nadziei łatwo być cierpliwym, wiem o tem dobrze — rzekł Dagobert; — ale to wszystko jedno, wobec tego, coście słyszały o Paryżu, musicie teraz być wielce zdziwione, moje dzieci. Ani słowa! dotąd, nie znalazłyście jeszcze takiego złotego miasta, o jakiem się wam marzyło; ale trochę cierpliwości... a zobaczycie, że Paryż nie jest tak brzydki, jak się wydaje...
— A przytem — rzekł wesoło Agrykola — pewny jestem, że dla pań, dopiero z przybyciem marszałka Simon, Paryż stanie się prawdziwem złotem miastem.
— Masz słuszność, panie Agrykolo — odrzekła Róża z uśmiechem — odgadłeś nas.
— Jakto! Pani znasz moje imię?
— O! panie Agrykolo, często mówiłyśmy o panu z ojcem pańskim, a ostatnim razem i z Gabrjelem — dodała Blanka.
— Z Gabrjelem! — zawołali Agrykola i jego matka, oboje wielce zdziwieni.
— Ach! tak — powiedział Dagobert, wskazując sieroty — wystarczy nam na dwa tygodnie opowiadania o nim, a między innemi, jak spotkaliśmy się... O! wart on być moim synem, jak Agrykola... i obaj godni są, aby się kochali jak bracia... O! ty dobra... bardzo dobra jesteś, moja żono — dodał Dagobert z uczuciem — i bardzo pięknie uczyniłaś, że chociaż tak uboga, przybrałaś biedne dziecko za swoje, wychowałaś je wraz z swojem własnem... O! to ślicznie, bardzo ślicznie!...
— Nie mówmy o item, mój drogi, bo to rzecz bardzo prosta...
— Masz słuszność, ale ja ci to później wynagrodzę, zapisz to w swym rachunku... Tymczasem, ujrzysz go pewno jutro zrana...
— Kochany brat!... i on także przybywa — zawołał kowal — niechże teraz kto powie, że niema pewnych dni szczęśliwych!... A jakże się z nim spotkaliście, wy, mój ojcze?
— Co za wy?... mój chłopcze, czy to dlatego, że układasz śpiewki, nie chcesz do ojca mówić ty?
— Mój ojcze...
— Musisz mi mówić: ty... Co do Gabrjela, powiem ci zaraz, gdzie i jak spotkałem się z nim, bo mylisz się, jeżeli myślisz, że będziesz mógł spać; odstąpisz mi połowę swej izdebki... i będziemy gadali... Ponury pozostanie za drzwiami tej izby; oddawna on już przywykł znajdować się zawsze blisko tych dzieci.
— Ach! mój kochany mężu, a ja o niczem nie pomyślałam... ale widzisz... w takiej chwili... Może ty i panienki zjedlibyście wieczerzę... Agrykola przyniósłby co z traktjerni.
— Cóż wy na to, moje dzieci?
— Nie, dziękujemy, Dagobercie, nie chce się nam jeść, szczęśliwe jesteśmy...
— Jednakże napijcie się ciepłej wody z winem i cukrem, abyście się rozgrzały, moje kochane panienki — rzekła Franciszka — bo, jak na nieszczęście, w tej chwili niema nic lepszego.
— Tak, tak, dobrze mówisz, kochana Franciszko, biedne dzieciska utrudziły się; położysz je spać... Tymczasem ja pójdę z chłopcem do jego izdebki, a jutro raniuteńko, zanim Róża i Blanka obudzą się, przyjdę do ciebie i pomówimy z sobą, aby Agrykola miał wolną chwilę do spania.
Wtem mocno zapukano we drzwi.
— To pewno dobra Garbuska przychodzi zapytać, czy jej nie potrzebujemy — odezwał się Agrykola.
— Ale zdaje mi się, że ona tu była, gdy mój mąż przybył — odpowiedziała Franciszka.
— Słusznie mówisz, matko, biedne dziewczynisko, nikt nie widział, gdy wyszła, żeby się nie naprzykrzać... ona jest tak wyrozumiałą... Ale to nie ona tak mocno puka.
— A zobacz, Agrykolo, kto tam jest — rzekła Franciszka.
Zanim kowali zdążył dojść do drzwi, już się one otworzyły i mężczyzna, porządnie ubrany, poważny, wszedł, postąpił kilka kroków, obejrzał się wkoło i na chwilę zatrzymał wzrok na Róży i Blance.
— Pozwól pan sobie powiedzieć — rzekł doń Agrykola, — że, zapukawszy... mogłeś zatrzymać się, ażeby ci odpowiedziano: proszę!... Ale czego pan żądasz?
— Przepraszam pana — odrzekł bardzo uprzejmie ów jegomość, nader wolno mówiąc, dlatego może, aby zyskać na czasie i dłużej być w izbie, — stokrotnie pana przepraszam... żałuję mojej pomyłki... zawstydza mnie to, że...
— Mniejsza o to — rzekł kowal niecierpliwie — czego pan chcesz?
— Czy nie tu... mieszka panna Saliveau, wyrobnica, garbata?
— Nie, panie, to na górze — odrzekł Agrykola.
— Och! serdecznie przepraszam pana za moją pomyłkę, przepraszam... Myślałem, że wchodzę do tej młodej szwaczki, której mam powierzyć robotę od pewnej osoby..
— Ależ to, panie, już bardzo późno — rzekł zdziwiony Agrykola — my znamy wszyscy tę młodą osobę; przyjdź pan jutro, dziś się z nią nie zobaczysz, bo już śpi...
— A to raz jeszcze proszę wybaczyć mi...
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze — odpowiedział Agrykola, postępując ku drzwiom...
— Proszę panią i panienki, jak i pana... aby byli pewni, że...
— Jeżeli pan tak będziesz przeciągał — rzekł Agrykola — wypadnie także, abyś prosił o przebaczenie za te długie usprawiedliwianie, i to się nigdy nie skończy.
Na te słowa Agrykoli, które do śmiechu pobudziły Różę i Blankę, Dagobert pogłaskał sobie wąsy z dumą i zadowoleniem.
— Mój chłopiec jest dowcipny — rzekł pocichu do żony — ciebie to nie dziwi, ty już oswoiłaś się z tem.
Tymczasem ów ceremoniant wyszedł, rzuciwszy przeciągłe i ostatnie spojrzenie na dwie siostry, na, Agrykolę i na Dagoberta.
W kilka chwil potem Franciszka, położywszy dla siebie materac na podłodze i przykrywszy pościel czystem prześcieradłem dla sierot, układała je do snu z prawdziwie macierzyńską troskliwością, Dagobert zaś i Agrykola poszli na górę.
W chwili kiedy kowal, ze świecą w ręku, prowadząc ojca, przechodził przed izdebką Garbuski, ta, nawpół ukryta w cieniu, rzekła doń prędko a cicho.
— Agrykolo, wielkie grozi ci nieszczęście... muszę z tobą pomówić.
Słowa te wyrzekła szwaczka tak cicho, iż Dagobert ich nie usłyszał; ale ponieważ Agrykola nagle się zatrzymał, drgnąwszy, żołnierz zapytał go:
— Cóż to, mój synu... co to jest?
— Nic, mój ojcze — odrzekł kowal, obracając się. — Sądziłem, że niedobrze ojcu świecę.
— Bądź spokojny... tego wieczora mam oczy i nogi jak w piętnastym roku życia.
I, nie spostrzegając zdziwienia syna, żołnierz wszedł z nim do małej izdebki pod dachem, gdzie obaj mieli nocować.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ugrzeczniony mężczyzna, który przyszedł zapytać o Garbuskę, po wyjściu z mieszkania żony Dagoberta, udał się na koniec ulicy Brise-Miche.
Tu zbliżył się do dorożki, stojącej na małym placu przed klasztorem Sainit-Miche.
W dorożce siedział Rodin, obwinąwszy się płaszczem.
— I cóż? — zapytał.
— Dwie młode panny i mężczyzna z siwymi wąsami weszli do Franciszki Baudoin — odpowiedział zapytany — bo nim do drzwi zapukałem, mogłem słuchać i słyszeć przez kilka minut... młode panny nocować będą u Franciszki Baudoin. Starzec z siwymi wąsami spać będzie w izdebce z kowalem.
— Bardzo dobrze — rzekł Rodin.
— Nie śmiałem nalegać na to — odpowiedział ugrzeczniony jegomość — aby koniecznie widzieć się tego wieczora z garbatą szwaczką, ale jutro pójdę dowiedzieć się gdzie mieszka Bachantka i o skutku listu, który odebrać już musiała z poczty, co do młodego kowala...
— Nie zapomnij; a teraz pójdziesz ode mnie do spowiednika Franciszki Baudoin, chociaż już późno, i powieś mu, że czekam na niego przy Ulicy Środek-Ursynów; niech-że się tam uda w tejże chwili.. nie tracąc ani minuty czasu... nie odstąpisz go; jeżelibym ja nie powrócił jeszcze niech na mnie zaczeka... powiedz mu, że idzie o rzeczy nader ważne...
— Wszystko to wykonam — odrzekł ugrzeczniony jogomość, nisko się kłaniając Rodinowi.

Dorożka potoczyła się szybko.

V.
AGRYKOLA I GARBUSKA.

W godzinę po tych różnych scenach najgłębsza cisza zapanowała w domu przy ulicy Brise-Miche.
Migające się światełko przez szyby szklanych drzwi świadczyło, że Garbuska nie spała jeszcze, gdyż do tego posępnego kącika temi tylko drzwiami dostać się mogło dzienne światło, a drzwi otwierały się na wąskie, ciemne przejście pod dachem.
Stare łóżko, nędzny istół, sitary kuferek i stołek, tak zapełniały to mieszkanie, iż dwie osoby nie miały gdzie usiąść, jeżeli jedna z nich nie usiadła na łóżku.
Pyszny kwiat, który Garbuska dostała od Agrykoli, włożony do szklanki z wodą, postawiony był na stole, założonym bielizną i napełniał przyjemną wonią całą tę nędzną izdebkę, której posiwiałe od wilgoci ściany słabo oświetlała cieniutka świeczka.
Garbuska w ubraniu siedziała na łóżku. Na twarzy jej widać było niepokój, oczy miała zroszone łzami, oparłszy się ręką na poduszce, nachyliła głowę ku drzwiom, przysłuchując się z niecierpliwością i spodziewając się lada chwila usłyszeć Agrykolę.
Serce dziewczyny biło gwałtownie; twarz jej, zawsze blada, nieco zarumieniła się tak mocno była wzruszona.
Czasami spoglądała z przestrachem na list, który trzymała w ręku; list ten odebrał z poczty i położył na stole odźwierny-farbiarz, Ikiedy Garbuska znajdowała się u Franciszki w czasie przybycia Dagoberta.
Po kilku chwilach dziewczyna usłyszała, jak pocichu otworzyły się drzwi, niedaleko od jej izdebki.
— Nareszcie... idzie! — zawołała.
Istotnie wszedł Agrykola.
— Czekałem, aż uśnie mój ojciec — rzekł pocichu kowal, na którego obliczu widać było więcej ciekawości, niż obawy — cóż to jest, moja droga? dlaczego twarz twoja tak zmieniona... płaczesz? cóż to za niebezpieczeństwo, o którem chcesz powiedzieć?
— Zobacz... czytaj — odrzekła drżącym głosem Garbuska, podając śpiesznie otwarty list.
Agrykola zbliżył się do świecy i czytał co następuje
„Osoba, nie mogąca dać się poznać, której jednak wiadomo, jak obchodzi cię Agrykola Baudoin, uprzedza cię, że ten poczciwy młodzieniec będzie jutro aresztowany...“
— Ja!... — zawołał Agrykola, patrząc zdumiony na dziewczynę. — Cóż to ma znaczyć?
— Czytaj dalej — rzekła żywo dziewczyna, składając ręce.
Agrykola czytał, nie chcąc wierzyć swym oczom:
„Jego śpiewka o Dobrych robotnikach została zaskarżona; znaleziono kilka jej egzemplarzy między papierami tajemnego stowarzyszenia, którego przywódcy zostali już uwięzieni, wskutek spisku przy ulicy des Prouvaires...
— Niestety — rzekła dziewczyna, łzami zalana — teraz rozumiem wszystko. Ów człowiek co to wieczorem podsłuchiwał, jak mówił farbiarz... zapewno śledził ciebie.
— Ależ to oskarżenie jest niedorzeczne!... — zawołał Agrykola — nie martw się, moja Garbusko. Ja się nie wdaję w politykę... w mojej śpiewce niema nic nagannego... Czy ja temu winien, że ją znaleziono między papierami jakiegoś tajemnego stowarzyszenia...
I z pogardą rzucił list na stół.
— Czytaj dalej... proszę cię — odrzekła Garbuska — czytaj...
— Jeżeli koniecznie chcesz...
I Agrykola czytał dalej:
„Rozkaz zatrzymania Agrykoli Baudoin został wydany; ani wątpić, że prędzej czy później uznany zostanie za niewinnego... lecz dobrze zrobi, gdy ukryje się przed śledztwem... aby uniknąć tymczasowego uwięzienia na dwa lub trzy miesiące, co byłoby strasznym ciosem dla jego matki, której jedyną jest podporą“.
„Szczery przyjaciel, który zmuszony jest pozostać nieznanym“.
Po chwili milczenia, kowal wzruszył ramionami; twarz jego wypogodziła się, i rzekł, śmiejąc się, do szwaczki:
— Uspokój się, mój Garbusku, nie udadzą się ze mną takie żarciki, znam się na tych figlach... Pomylili się w miesiącu... Zdawało się im może, że dziś Prima-Aprilis.
— Agrykolo... na miłość Boską — odezwała się Garbuska błagającym głosem — nie bierz tego tak lekko... Wierz mym przeczuciom... Słuchaj tej przestrogi...
— Powtarzam ci jeszcze... moja kochana, wszak już od dwóch przeszło miesięcy moja śpiewka o Robotnikach została wydrukowana, a nie jest bynajmniej treści politycznej, zresztą nie czekanoby dotąd z zakazaniem jej...
— Ale uważaj, zmieniły się okoliczności; ledwo dwa dni temu odkryty został spisek tu, niedaleko, przy ulicy Prouvaires... A jeżeli twoje wiersze, nieznane może dotąd, znalezione zostały u osób aresztowanych za ten spisek... to już dosyć...
— Czyliż więc sprawiedliwość jest ślepą... bo każdy przecież spostrzeże, iż w tem nic zgoła niema karygodnego.
— Agrykolo! — rzekła rozpaczająca dziewczyna, widząc, że kowal żartuje jeszcze — przypomnij sobie Remigjusza?... twego warsztatowego kolegę.
— Remigjusza?
— Tak, jego list... choć bardzo mało znaczący, znaleziony został u osoby aresztowanej roku zeszłego za spisek... i on siedział miesiąc w areszcie.
— Prawda, mój Garbusku, wkrótce jednak uznano go jako niewinnego i wypuszczono.
— Ta, ale miesiąc wysiedział, czego właśnie unikać ci radzą, i słusznie... Agrykolo, zastanów się dobrze... miesiąc w areszcie... a matka twoja...
Te słowa Garbuski sprawiły silne wrażenie na Agrykoli; wziął list i powtórnie z uwagą go przeczytał.
— A ów człowiek, co to cały wieczór skradał się koło domu? — podchwyciła dziewczyna. — Zawsze się do niego wracam... To nie napróżno... Ach, mój Boże!... Jakiżby to był cios dla twego ojca, dla twej matki, która już teraz nic zarobić nie może!... Czyż nie ty jeden tylko jesteś teraz podporą? Zastanów się nad tem; gdyby nie ty i twoja praca, cóżby oni poczęli?
— W rzeczy samej... byłoby to okropne — rzekł Agrykola, list na stół rzucając — w tem, co mi mówisz o Remigjusza, masz słuszność... On był równie niewinny, jak ja; pomyłka w sądzie... bez wątpienia pomyłka mimowolna, niemniej jednak była dla niego dotkliwą... Ale raz jeszcze mówię, nie aresztują nikogo bez przesłuchania go.
— Nie — rzekła Garbuska, — u nas we Francji najprzód aresztują, a potem dopiero badają, po miesiącu lub dwóch uwalniają... i jeżeli ów nieszczęśliwy ma żonę, dzieci, które żyją jedynie z jego codziennej pracy... cóż się z niemi dzieje, gdy jedyna ich podpora siedzi w więzieniu?... cierpią głód, zimno i płaczą...
Na te proste, ale wzruszające słowa, Agrykola zadrżał.
— Miesiąc bez pracy — powtórzył ze smutną, zamyśloną miną. — A moja matka... A mój ojciec... a dwie panienki, które także należą do naszego domu, dopóki marszałek Simon lub jego ojciec nie przybędzie do Paryża... Ach! słusznie mówisz, ta myśl przeraża mnie...
— Agrykolo — zawołała nagle Garbuska — gdybyś się udał do pana Hardy, on taki dobry, tak poważny, gdyby on za ciebie zaręczył, pewnoby ciebie nie prześladowano?
— Na nieszczęście, niema go teraz w domu, podróżuje z ojcem marszałka Simon.
Potem, znowu po chwili milczenia, dodał Agrykola, usiłując przezwyciężyć obawę:
— Ale nie, nie mogę wierzyć temu listowi... niech będzie co chce, wolę czekać skutku... Przynajmniej odniosę tę korzyść, że wykażę swoją niewinność zaraz przy pierwszem posłuchaniu... bo zresztą, mój Garbusku, czy to ja będę w więzieniu, czy przymuszony ukrywać się, w każdym razie moja rodzina pozbawiona zostanie mego zarobku...
— Ach! to prawda — rzekła dziewczyna — cóż więc czynić, mój Boże!... co czynić?...
— Ach, mój kochany ojciec! — pomyślał sobie Agrykola — jeżeli to nieszczęście jutro ma nastąpić... jakież będzie przebudzenie dla niego... dla niego, co tak wesoło zasnął.
I kowal zakrył twarz rękoma.
Na nieszczęście, obawy Garbuski nie były przesadzone, gdyż w owej epoce 1832 r. przed i po spisku przy ulicy Prouvaires, bardzo często aresztowano robotników.
Wtem Garbuska przerwała milczenie, od kilku minut trwające; żywy rumieniec wystąpił na jej twarz, na której malował się przymus, żal i nadzieja.
— Agrykolo, jesteś ocalony!... — zawołała.
— Co mówisz?
— Ta pani, tak piękna, tak dobra, co dała ci ten kwiat (tu Garbuska wskazała na kwiat), tak delikatnie powetować umiała ofiarowanie obrażającej nagrody... ta pani musi mieć dobre serce... udaj się tylko... do niej...
Na te słowa które szwaczka wymawiała, jakby zadając sobie gwałt, łzy potoczyły się jej po twarzy.
Pierwszy raz w życiu doświadczyła uczucia zazdrości... każda kobieta byłaby szczęśliwa, gdyby sama mogła przyjść z pomocą temu, którego ubóstwia, ale ona, biedna, nic więcej nie mogła.
— Czy tak sądzisz? — spytał Agrykola zdziwiony — a cóżby tu poradzić mogła ta panna?
— Czyż nie powiedziała ci: pamiętaj moje imię, i w każdej okoliczności udaj się do mnie?
— Tak...
— Ta panna, w swym wysokim stanie, musi znać najznakomitsze osoby, które mogłyby udzielić ci opieki, obronić... idź do niej jutro rano, wyznaj jej szczerze, co cię spotyka... proś ją o pomoc.
— Ależ powiedz mi, mój Garbusku, cóż ona ma zrobić?
— Słuchaj, przypominam sobie, jak niegdyś opowiadał nam nasz ojciec, że obronił kogoś od uwięzienia, składając zań kaucję... Łatwo ci będzie przekonać tę panią o twojej niewinności... niech ci wyświadczy to dobrodziejstwo, składając za ciebie kaucję; a wtedy, zdaje mi się, że nie będziesz miał już czego się lękać...
— Ach! moja kochana... prosić kogo o taką łaskę, kogoś, kogo się nie zna, to bardzo przykro...
— Wierz mi, Agrykolo — rzekła smutnie Garbuska — nie doradzałabym ci nic takiego, coby mogło poniżyć cię w czyichkolwiek oczach... a nadewszystko... słyszysz... nadewszystko w oczach tej osoby. Nie idzie tu o to, abyś żądać miał od niej pieniędzy dla siebie, ale żeby dała kaucję, któraby ci pozwoliła nie przestawać pracować i utrzymywać rodzinę ze swego zarobku... Wierz mi, Agrykolo, taka prośba nie jest z twej strony nieszlachetną... serce tej pani musi być wspaniałomyślne... ona ciebie zrozumie, ta kaucja dla niej będzie niczem... a dla ciebie wszystkiem. Od niej zależeć będzie utrzymanie życia twej rodziny...
— Słusznie mówisz, Garbusku — odrzekł kowal, smutny, i udręczony — może to i lepiej będzie spróbować... Jeżeli ta panna zgodzi się dać za mnie kaucję i jeżeli mnie to uchroni od więzienia... będę przygotowany na wszelki wypadek...
— Ale nie, nie — dodał Agrykola, wstając — nie, nigdy nie ośmielę się udać o to do tej pani. Jakiem prawem mógł, bym to uczynić?... Czemże jest mała, przezemnie wyświadczona przysługa... w porównaniu z tem, czegobym żądać miał od niej.
— Sądzisz więc, Agrykolo, że szlachetna dusza mierzy dobrodziejstwa, jakie ma wyświadczyć, — mierzy temi, których doznała?... ufaj mi w tem wszystkiem, co dotyczy serca, biedna jestem i z nikim równać się nie mogę; tak, nic nie mogę, nic nie mogę. A jednakże pewna jestem... tak, Agrykolo... pewna jestem... że ta pani, pod każdym względem, tak wyższa ode mnie, uczuje to, co ja czuję w tej chwili... tak samo, jak ja, zrozumie twoje okrutne położenie i uczyńi z radością, z uciechą, z wdzięcznością, to, cobym ja uczyniła... gdybym cośkolwiek uczynić mogła.
Garbuska, niechcący, wymówiła ostatnie słowa z takim wyrazem żalu; w tem porównaniu, jakie biedna, wzgardzona, ułomna dziewczyna uczyniła, w porównaniu siebie z Adrjanną Cardoville, promieniejącą bogactwami, młodością i pięknością, było coś tak wzruszającego, iż Agrykola od łez wstrzymać się nie mógł; podał rękę Garbusce i rzekł jej rzewnym głosem:
— O! jaka ty jesteś dobra, ile w — tobie szlachetności, rozsądku i delikatności...
— Na nieszczęście... nie mogę nic więcej uczynić... tylko radzić.
— A ja pójdę za twoją radą, mój Garbusku; są to rady najwznioślejszej duszy, jaką mi się zdarzyło poznać... A przytem, ty mnie ośmieliłaś przeświadczeniem, że serce panny Cardoville... może być równe twojemu...
Na to szczere, naiwne porównanie, Garbuska prawie zapomniała o wszystkiem, co wycierpiała, tak wzruszenie jej było słodkie, pocieszające.
Jeżeli bowiem niektóre istoty, skazane na cierpienia, mają bóle nieznane ludziom światowym, mają też one swoje skromne pociechy i radości, których słodyczy świat nie zna...
Najmniejsze przyjazne słówko, które ich we własnych oczach podnosi, bywa dla tych biednych istot, przywykłych do pogardy, do powątpiewania o sobie samych, niewymownie błogiem.
— Więc zgoda, pójdziesz jutro rano do tej pani... nieprawdaż?... — zawołała Garbuska.
— Ze świtem ja pilnować będę przed bramą na ulicy, aby zobaczyć, czy ci nie grozi jakie niebezpieczeństwo, abym mogła cię przestrzec...
— Jakaś ty dobra i zacna — rzekł Agrykola coraz bardziej wzruszony.
— Musisz wyjść z domu, zanim się przebudzi twój ojciec... Dzielnica, gdzie mieszka ta pani, jest tak odludna... iż, kiedy tam pójdziesz, to będzie prawie to samo, jakgdybyś się ukrył...
— Zdaje mi się, że słyszę głos mego ojca — rzekł nagle Agrykola.
Istotnie, izdebka Garbuski była tak blisko izdebki kowala, iż oboje, przysłuchując się, usłyszeli Dagoberta, wołającego:
— Agrykolo!... czy ty śpisz, chłopcze?... ja już się przespałem... i język mnie świerzbi...
— Idź prędko, Agrykolo — rzekła Garbuska — twoja nieobecność mogłaby go zaniepokoić... W każdym razie nie wychodź jutro rano, dopóki ci nie powiem... czym widziała co takiego, coby cię mogło zaniepokoić.
— Agrykolo.. czy jesteś? — zawołał Dagobert głośniej.
— Jestem, mój ojcze — rzekł kowal, wychodząc z izdebki Garbuski i wchodząc do ojca — chodziłem przymknąć okno w dymniku, którem wiatr kołatał... obawiałem się, żeby cię stukanie nie obudziło.
— Dziękuję ci, moje dziecko, ale nie to mnie przebudziło — rzekł wesoło Dagobert — tylko niepohamowana chęć gadania z tobą... Ach, moje dziecko, trudno staremu ojcu oprzeć się gorączce uciech, uciechy z synem, którego przez lat osiemnaście nie widział...
— Może chcesz, kochany ojcze, światła?
— Nie, nie, to zbytek, mówmy pociemku... tem więcej będę miał uciechy widzieć cię znowu jutro rano... będzie to, jakbym widział cię znów pierwszy raz.
Drzwi izdebki Agrykoli zamknęły się i Garbuska nic już nie słyszała...
Biedna rzuciła się na łóżko tak, jak była w ubraniu, aby czuwać całą noc nad Agrykolą.
Jednak pomimo żywego niepokoju o jutro, oddawała się czasem melancholijnym marzeniom; porównywała rozmowę, jaką.miała dopiero co, pocichu, w nocy, z tym, którego skrycie kochała, z rozmową, jakąby z nim prowadziła, gdyby się jej dostała w udziale piękność, gdyby tak była kochaną, jak ona kochała, miłością czystą, poświęcającą się...
Lecz myśląc znowu, że nigdy nie miała poznać zachwycających słodyczy podzielanego uczucia, szukała pociechy w nadziei, że jest dla Agrykoli użyteczną.

Skoro zaświtało, Garbuska wstała pocichu i zeszła po Schodach jak najostrożniej, aby zobaczyć, czy niema jakiego niebezpieczeństwa dla Agrykoli.

VI.
PRZEBUDZENIE.

W ciągu nocy powietrze było wilgotne, mgliste, rano wypogodziło się i mocno oziębło.
Przez małe okienko, które oświecało izdebkę, gdzie spał Agrykola ze swym ojcem, widać było błękitne niebo.
Izdebka młodego kowala wyglądała również ubogo, jak izdebka Garbuski; jedyną ozdobą był przybity na ścianie portret Berangera, nieśmiertelnego poety, którego lud prosty we Francji kochał i szanował... za to, że ten rzadki genjusz sam lubił lud, oświecał go i opiewał jego sławę.
Ledwo dnieć zaczynało, a Dagobert i Agrykola już wstali. Ostatni tyle miał nad sobą władzy, iż ukrywał swój niepokój, choć rozważywszy to, co mówiła Garbuska, przyznawał jej zupełną słuszność.
Ostatnie zaburzenia na ulicy Prouvaires spowodowały aresztowania bardzo wielu osób, a znalezienie znacznej ilości egzemplarzy jego śpiewki o Dobrych Robotnikach u jednego z wykrytych naczelników spisku, mogło, w rzeczy samej, skompromitować młodego kowala. Jak powiedzieliśmy, ojciec nic nie wiedział o jego zmartwieniu.
Usiadłszy na łóżku przy Agrykoli, żołnierz, który, wstawszy ze świtem, ogolił się i ubrał z wojskową punktualnością, teraz ujął Agrykolę za ręce i, pełen radości, wpatrywał się w niego, nie mogąc się nacieszyć jego widokiem.
— Śmiać się będziesz ze mnie, moje dziecko — mówił do niego — ale ja niecierpliwie oczekiwałem dnia, ażeby ci się przypatrzyć... ażebym cię mógł widzieć tak, jak teraz... Bardzo dobrze... nic nie straciłem z nadziei... Inne znowu cieszy mnie głupstwo, mianowicie, że nosisz wąsy. Jakiby z ciebie był piękny grenadjer!... Czy nie miałeś chęci zostać żołnierzem?
— A matka?
— To prawda; a zresztą zdaje mi się, że minęły już czasy szabli.
— Tak, czasy heroizmu i sławy — odrzekł Agrykola; potem dodał: — czy wiesz, jak to dobrze i pięknie być twoim synem?...
— Czy pięknie... o tem nic nie wiem... ale cię kocham niezmiernie... A to dopiero początek... Ja jestem jak ów zgłodniały, który kilka dni nic nie jadł... Taki człowiek zwolna przychodzi do siebie... i zaczyna smakować... A ty możesz się spodziewać, że w tobie zasmakować będzie można... rano i w wieczór... codzień... Ale, słuchaj, ja nie chcę o tem myśleć: codzień... to mnie odurza... i już nie pojmuję...
Te słowa Dagoberta przykre wzbudziły uczucia w Agrykoli; zdawało się mu, że spostrzega w nich przepowiednię rozłączenia, jakie mu grozi.
— No i cóż, jesteś szczęśliwy? Pan Hardy zawsze jest dobry dla ciebie?
— On? — odrzekł kowal — on jest najlepszy, najsprawiedliwszy i najwspanialszy na całym świecie; gdybyś wiedział, jakich cudów dokonał w swojej fabryce, w porównaniu z innemi jest to raj.
— Doprawdy?
— Zobaczysz... jakie zadowolenie, jaka radość, jaka przychylność maluje się na twarzach wszystkich robotników, których zatrudnia, jak ochoczo... z jakim zapałem pracują dla niego.
— No! proszę! to jakiś czarownik ten twój pan Hardy?
— I jaki jeszcze czarownik, mój ojcze... on umie uczynić pracę miłą... Prócz tego zapłata bardzo słuszna; odstępuje nam część swoich zysków, stosownie do zdolności każdego i usilnej pracy; nie koniec na tem, kazał on jeszcze wystawić wielkie i piękne budynki, w których wszyscy robotnicy mogą mieć taniej, niż gdzieindziej, mieszkanie wesołe i zdrowe... stół wspólny... Ale sam zobaczysz!
— Słusznie to powiedziano, że Paryż jest krajem cudów. Nakoniec przybyłem tu... i nie opuszczę już ani ciebie, ani twej dobrej matki.
— Nie, mój ojcze, nie rozstaniemy się nigdy — rzekł Agrykola, tłumiąc w sobie westchnienie — ja z matką będziemy się starali, abyś zapomniał o wszystkiem, coś ucierpiał.
— Ucierpiał!... kto ucierpiał?... przypatrz-no mi się dobrze, czy zobaczysz we mnie jakie cierpienie? Od chwili, kiedym tu stanął, czuję się młodszym o lat wiele. Ej! jak to ludzie przypatrywać się nam będą... Założyłbym się, że, widząc twoje wąsy czarne a moje siwe, zaraz powiedzą: to pewno ojciec z synem. Ułóżmy sobie, co dziś mamy robić; ty napiszesz do ojca marszałka Simon, zawiadamiając go, że wnuczki przybyły i że byłoby dobrze, gdyby przyśpieszył powrót do Paryża, gdyż idzie o bardzo ważny dla nich interes... kiedy ty będziesz pisał, ja tymczasem pójdę powiedzieć dzień dobry matce i sierotom; zjemy cokolwiek na śniadanie; matka pójdzie sobie na mszę, a my razem się przejdziemy.
— Kochany ojcze — odrzekł Agrykola w kłopocie — tego rana nie będę mógł ci towarzyszyć.
— Jakto, nie będziesz mógł? wszak to dziś niedziela?...
— Prawda, mój ojcze — rzekł Agrykola, wahając się — ale ja przyrzekłem przyjść rano do warsztatu dla dokończenia bardzo pilnej roboty... gdybym nie stanął, nabawiłbym kłopotu pana Hardy. Potem będę wolny.
— To co innego — odrzekł żołnier’, westchnąwszy z żalu — myślałem, że w twojem towarzystwie pokażę się pierwszy raz Paryżowi... dziś rano... ha! odłożymy to na później, bo robota to rzecz święta; ponieważ z niej ma utrzymanie twoja matka, to niech i tak będzie, przykre to i bardzo przykre... ale, nie, mówię niesłusznie... patrz, jak to prędko przywyknąć można do szczęścia... a ja gderam jak prawdziwy gderacz, i to gdy idzie o parę godzin opóźnienia przechadzki, ja, co przez osiemnaście lat zaledwie miałem nadzieję oglądać cię... i to nadzieję niezupełnie pewną...
I na pocieszenie żołnierz uściskał wesoło, serdecznie swego syna.
Dla kowala jednak nie po myśli były te pieszczoty, lękał się bowiem, aby lada chwila nie ziściły się obawy Garbuski.
— Teraz, kiedy mam czas — rzekł z uśmiechem Dagobert, — pomówmy o interesach, czy nie wiesz, gdziebym mógł znaleźć adresy wszystkich notarjuszów w Paryżu?
— Nie wiem... ale nic łatwiejszego.
— Bo widzisz, z polecenia matki, przesłałem bardzo ważne papiery sierot, do tutejszego notarjusza. Ponieważ miałem zgłosić się do niego za przybyciem do Paryża... zapisałem sobie jego nazwisko i adres w pugilaresie; ale ukradziono mi go w drodze... a że zapomniałem nazwiska, zdaje mi się więc, że gdybym je zobaczył na liście notarjuszów, pewnobym je sobie przypomniał...
Agrykola zadrżał, gdyż dwa razy zapukano lekko we drzwi. Mimowolnie przyszedł mu na myśl wydany rozkaz aresztowania.
Ojciec, obejrzawszy się, na usłyszany odgłos, nie spostrzegł wzruszenia syna, i rzekł silnym głosem:
— Proszę wejść.
Drzwi otworzyły się i ukazał się w nich Gabrjel.
Ubrany był w czarną sutannę i w okrągły kapelusz na głowie.
Poznać przybranego brata i rzucić się w jego objęcia, było to dla Agrykoli dziełem jednej chwili.
— Mój brat!
— Agrykola!
— Gabrjel!
— Po tak długiej niebytności znowu się oglądamy!...
To były słowa kowala i misjonarza, witających się we wzajemnym uścisku.
Dagobert, wzruszony i ucieszony temi braterskiemu uniesieniami, od łez wstrzymać się nie mógł.
W istocie było coś tkliwego w uczuciach tych dwóch młodzieńców, tak podobnych do siebie sercem, a tak się różniących powierzchownością, gdyż przy mężnej postawie Agrykoli jeszcze delikatniejszą wydawała się anielska fizjognomja Gabrjela.
— Ojciec uprzedził mnie o twem przybyciu — rzekł wreszcie kowal do swego przybranego brata.
— Spodziewałem się co chwila, że zobaczę się z tobą... a jednakże radość moja jest większa stokroć jeszcze, aniżeli myślałem.
— A moja kochana matka? — spytał Gabrjel serdecznie ściskając rękę Dagoberta — czy zastałeś ją zdrową?
— Tak, moje dziecko, a jej zdrowie stokroć się jeszcze pokrzepi, kiedyśmy ot wszyscy się zgromadzili... nic zdrowszego nad radość...
Potem, zwracając się do Agrykoli, który, zapominając o obawach, wpatrywał się w misjonarza z wyrazem niewymownego przywiązania:
— Patrz, twarz jak u młodej dziewczyny, a Gabrjel odważny jest jak lew... gdyż powiedziałem ci, z jakiem poświęceniem ratował córki marszałka Simon i jeszcze chciał i mnie ratować...
— Ale, Gabrjelu, cóż to masz na czole? — zawołał nagle kowal, który od kilku chwil przypatrywał się uważnie misjonarzowi.
Gabrjel, położywszy po wejściu kapelusz, stanął właśnie przed oknem, z którego żywe światło oświecało jego bladą, miłą twarz; teraz wyraźnie widzieć było można koliste znamię, ciągnące się ponad brwiami, od jednej skroni do drugiej.
Przy tylu rozmaitych wzruszeniach, wpośród tak prędko następujących po sobie przypadków po rozbiciu okrętu, Dagobert, podczas krótkiej rozmowy z Gabrjelem w zamku Cardoville, nie mógł spostrzec tego znamienia, które przerzynało czoło młodego misjonarza, ale teraz, zarówno jak Agrykola, wyrzekł zdziwiony:
— Ale w rzeczy samej... co to za znamię... masz na czole?...
— I na rękach... Patrz-no, ojcze, — zawołał kowal, chwytając rękę Gabrjela, którą ku niemu podniósł, chcąc go uspokoić.
— Gabrjelu... kochane moje dziecko, wytłómacz nam to... Kto cię tak zranił? — dodał Dagobert.
I, wziąwszy rękę misjonarza, obejrzał ranę, jakby chirurg-znawca i dodał:
— W Hiszpanji, jeden z moich towarzyszów przywiązany był do krzyża na rozstajnych drogach, gdzie go tak zostawiono, żeby umarł z głodu i pragnienia... miał on podobne znaki na rękach...
— Prawdę mówi mój ojciec... Widać, żeś miał ręce przebite... mój bracie — wtrącił Agrykola, boleśnie wzruszony.
— Proszę was... nie zważajcie na to — odrzekł zarumieniony Gabrjel. — Udałem się z Misją do dzikich ludów w Góry Skaliste; oni mnie ukrzyżowali. Już zaczyniali zdejmować mi skórę z czaszki, gdy... Opatrzność wybawiła minie z ich rąk.
— Biedne dziecko, byłeś więc bezbronny? nie miałeś dostatecznej eskorty? — rzekł Dagobert.
— Nie wolno nam nosić żadnej broni — odpowiedział Gabrjel z łagodnym uśmiechem — i eskorty nigdy nie mamy.
— A twoi towarzysze, ci, co byli z tobą, czemuż cię nie bronili? — zawołał popędliwie Agrykola.
— Bracie, sam jeden byłem...
— Sam jeden?...
— Tak, sam jeden, z przewodnikiem.
— Jakto! poszedłeś sam do tego barbarzyńskiego ludu? — powtórzył Dagobert, nie mogąc dać wiary temu, co słyszał.
— To wspaniale! — rzekł Agrykola.
— Wiary nie narzuca się przemocą — odpowiedział Gabrjel z prostotą — samo tylko przekonanie rozszerzyć może miłość chrześcijańską między tymi dzikimi ludźmi.
— A gdy nie można ich przekonać? — spytał Agrykola.
— Ha! mój bracie... to się umiera za wiarę... litując się nad tymi, którzy ją odrzucają... choć tak dobroczynną jest dla ludzkości.
Po tej odpowiedzi, wyrzeczonej z rozrzewniającą prostotą, nastąpiło na chwilę głębokie milczenie.
Dagobert zanadto znał się na odwadze, żeby nie umiał ocenić tego bohaterstwa, zarazem spokojnego i poświęcającego się, i również jak syn, patrzył na Gabrjela z podziwem i uszanowaniem.
Gabrjel słuchał bez okazywania udanej skromności, jakby zgoła był obcy uczuciom, jakie wzbudzał i dlatego, zwracając się do żołnierza, zagadnął:
— Cóż więc myślisz?
— Co ja myślę — zawołał żołnierz — oto myślę, że po trzydziestu latach wojny... sądziłem, że jestem tak odważny, jak nikt... a tu znajduję teraz nauczyciela... a tym nauczycielem ty jesteś...
— Ja... co przez to rozumiesz... cóżem takiego uczynił?
— Dla Boga! czy wiesz, że to są blizny męstwa — tu weteran chwycił w uniesieniu ręce Gabrjela — że te blizny są tak chwalebne... są chwalebniejsze od naszych... choć my jesteśmy wojakami z profesji...
— Tak... słusznie mówi ojciec — zawołał Agrykola i dodał z uniesieniem: — Otóż to księża... Jakże ja ich kocham, pokora chrześcijańska, miłość, odwaga!...
— Nie wychwalaj mnie tak... proszę cię — rzekł zakłopotany Gabrjel.
— Ciebie wychwalać... — odrzekł Dagobert — słuchajcież no... kiedy ja szedłem w ogień, czy to ja szedłem sam? czy nie widział mnie mój kapitan? czy nie było tam mych kolegów... czy w braku odwagi nie miałem miłości własnej, która dodawała bodźca; pomijając okrzyk wojenny, zapach prochu, odgłos trąb, huk armat, zapał mego konia, który djabelnie pode mną wyskakiwał, a wreszcie czułem wtedy Cesarza, czułem, że mnie pochwalą za ranę, dadzą krzyżyk... Dzięki temu wszystkiemu, uchodziłem za zucha... za tęgiego zucha... a czy nie sto razy większy zuch z ciebie, dziecko moje, bo ty sam jeden poszedłeś, bezbronny, aby stawić czoło nieprzyjaciołom sto razy sroższym od tych, z którymi my spotykaliśmy się, my szwadronami, z szablami i pistoletami w ręku, z towarzyszeniem granatów i kartaczów?
— Kochany ojcze — zawołał kowal — jak to pięknie, gdy mu tak oddajesz sprawiedliwość!...
— Ach! mój bracie... dobrocią swą dla mnie podwyższa on to, co samo przez się jest naturalnem.
— Naturalnem... dla takich jak ty śmiałków, tak — rzekł żołnierz — ale takich śmiałków jest mało...
— Och! tak, bardzo mało,:bo takie męstwo jest najszacowniejsze, ze wszystkich męstw — wtrącił Agrykola.
— O! tak, ty wiesz, że spotkać cię może śmierć prawie pewna, i idziesz sam z krucyfiksem w ręku, dla opowiadania chrześcijańskiej miłości bliźniego między dzikimi; oni chwytają ciebie, męczą ma torturach, a ty oczekujesz śmierci bez skargi, bez okazania nienawiści, bez gniewu ani zemsty... z wyrazem przebaczenia na ustach... z uśmiechem.... I to pośród lasów, sam jeden, bez żadnej nadziei ocalenia; i jeszcze ukrywasz rany pod tą czarną suknią... Zaiste, słusznie mówi ojciec, że ty jesteś najmężniejszy...
— A co więcej — dodał Dagobert — on za to nie spodziewa się nagrody, bo, jak wiesz, mój synu, ran jego nie okryje nigdy szata biskupia.
— Nie jestem ja tak bezinteresowny, jak się wydaję — odezwał się Gabrjel do Dagoberta z miłym uśmiechem — jeżeli będę godzien, wielka czeka mnie nagroda na tamtym świecie.
— No, to co innego... ale krzyżyk tak dobrze wydałby się na twojej sutannie, jak na moim mundurze.
— U was nie nagradzają prostych księży — rzekł kowal — nie dla nich są biskupstwa; a jednakże, kochany ojcze, gdybyś wiedział, ile to jest cnoty skromnej i męstwa nieznanego w tej klasie, którą u nas we Francji nazywają niższem duchowieństwem... między owymi skromny sługami ołtarza po parafjach! Nieprawdaż, Gabrjelu?... Nie zaprzeczysz mi, a napewno będziesz tego zdania, mój bracie, gdyż, jak mawiałeś, całem twojem życzeniem było mieć małe probostwo na wsi, tam bowiem zdziałać można wiele dobrego...
— Moje życzenie zawsze jest jednakie — rzekł smętnie Gabrjel — lecz na nieszczęście...
Potem, jakgdyby oddalić chciał od siebie niemiłe myśli i skierować rozmowę na inny przedmiot, rzekł, zwracając się do Dagoberta:
— Wierz mi, bądź dla siebie sprawiedliwszym, nie poniżaj swej odwagi zbytniej podwyższeniem mojej... odwaga twoja jest wielka, gdyż po bitwie okropny musi być dla dobrego serca widok poległych ludzi...
— Ach, i teraz mrowie przechodzi po mnie, skoro o tem wspomnę — rzekł Dagobert. — Ale powiedz, jakże to uratowałeś się od śmierci?
Na to pytanie Dagoberta, Gabrjel zadrżał i tak widocznie zarumienił się, iż żołnierz rzekł do niego:
— Jeśli nie wolno ci, lub jeżeli nie możesz odpowiedzieć na to moje zapytanie... wystaw sobie, że ja nic nie mówiłem.
— Nie mam nic do ukrywania, ani przed tobą, ani przed bratem... — odrzekł misjonarz zmienionym głosem. — Tylko trudnoby mi było wytłómaczyć ci należycie, czego sam dobrze nie pojmuję...
— Jakto? — podchwycił zdziwiony Agrykola.
— Bezwątpienia — odparł Gabrjel, rumieniąc się — musiało to być złudzenie zmysłów, w ostatniej chwili, gdym oczekiwał śmierci... mój osłabiony umysł mylił się pozorami... jak mogła owa kobieta...
— O jakiej to kobiecie mówisz? — przerwał kowal ze zdziwieniem.
— Kobieta cię ocaliła? — dodał Dagobert, również bardzo zdziwiony.
— Tak, — odpowiedział Gabrjel, zamyślony — kobieta młoda i piękna...
— A któż ona była?... zagadnął Agrykola.
— Nie wiem... kiedym ją zapytał... odpowiedziała mi: jestem siostrą cierpiących.
— A skąd przybyła? dokąd dążyła? — pytał Dagobert, którego to szczególnie zajmowało.
— Idę tam, gdzie cierpią... odpowiedziała mi — mówił dalej misjonarz — tam, gdzie śnieg leży wiecznie..
Agrykola pojąć nie mógł, jak się stało, i zapytał:
— Jakim więc sposobem ta kobieta przybyła ci na pomoc?
— Agrykolo, — odezwał się łagodny głos za drzwiami — chcę z tobą pomówić i to w tej chwili...
Kowal poznał głos Garbuski i pobiegł otworzyć..
Młoda dziewczyna, zamiast wejść, cofnęła się o krok w ciemny korytarz i rzekła niespokojnym głosem.
— Mój Agrykolo, od godziny już rozwidniło się, a ty jeszcze nie poszedłeś... jaka to nieroztropność! ja dawałam baczność na dole... na ulicy... Nic dotąd nie widziałam, czegoby się wypadało lękać... ale mogą nadejść lada chwila.. zaklinam cię... idź co prędzej, idź do panny Cardoville... niema ani chwili czasu do stracenia.
— Gdyby nie przybył Gabrjel, jużbym był wyszedł, ale czyż mogłem odmówić sobie przyjemności pomówienia z nim przez chwilę?
— Gabrjel jest tu? — spytała Garbuska z przyjemnem zdziwieniem, gdyż, jak to już wspomnieliśmy, wychowała się z nim i Agrykolą.
— Tak, — odpowiedział kowal — od pół godziny jest u nas...
— Jakże będę szczęśliwa z zobaczenia go także! — odrzekła Garbuska. — Przyszedł pewno wtedy, kiedy zeszłam do twej matki, aby zapytać, czy nie będę potrzebna tym dwom panienkom... ale one tak się utrudziły, iż śpią jeszcze... Franciszka prosiła mnie, abym ci oddała ten list do twego ojca... dopiero odebrałam go.
— Dziękuję ci, moje dziecię.
— Teraz, kiedy się już widziałeś z Gabrjelem... nie zatrzymuj się już... pomyśl... jakie byłoby zmartwienie dla twego ojca, gdyby w jego obecności przyszli cię aresztować... ach! niech Bóg broni.
— Słusznie mówisz... muszę pośpieszyć się.. przy nim i przy Gabrjelu niechcący zapomniałem o wszystkiem...
— Idź prędko, a może za parę godzin, jeśli panna Cardoville wyświadczy ci tę łaskę, powrócisz, zupełnie już spokojny...
— Dobrze mówisz... tylko jeszcze kilka minut i biegnę.
— Ja idę dalej czatować przy drzwiach, gdybym co spostrzegła... pośpieszę, aby ostrzec; ale nie zatrzymuj się długo.
— Bądź spokojna...
Garbuska zbiegła co żywo na dół, aby wyglądać na ulicę, Agrykola zaś wrócił do swej izdebki.
— Ojcze, — rzekł do Dagoberta, — oto list, matka prosi, abyś go przeczytał; dopiero co go odebrała.
— Ach! dobrze! przeczytaj go za mnie, mój synu.
Agrykola czytał co następuje:

„Pani!

„Dowiaduję się, że generał Simon powierzył jej mężowi wielkiej wagi interes. Chciej więc pan, skoro jej mąż przybędzie do Paryża, prosić go, aby się udał do mego biura w Chartes, bez najmniejszej zwłoki, obowiązany jestem doręczyć jemu samemu, a nie komukolwiek innemu, papiery niezbędnie potrzebne do interesów generała Simon.

„Durand, notarjusz w Chartes“.

Dagobert patrzył na syna ze zdziwieniem i rzekł;
— Któżby to mógł zawiadomić tego pana o mojem przybyciu do Paryża?
— Może to jest ów notarjusz, którego adres zgubiłeś i któremu posłałeś papiery — zauważył Agrykola.
— Ale on nie nazywa się Durand i pamiętam dobrze, że to był notarjusz w Paryżu, a nie w Chartes... Ale — dodał żołnierz, nieco się zastanowiwszy — jeżeli, ma bardzo ważne papiery, które mnie tylko samemu oddać powinien...
— Zdaje mi się, że wypada ci, ojcze, udać się tam jak najprędzej — wtrącił Agrykola, prawie kontent z okoliczności, która oddalała ojca niemali na dwa dni, gdy w tymże czasie los jego w ten lub w inny sposób może być rozstrzygnięty.
— Dobrze radzisz — odparł Dagobert.
— Czy to sprzeciwia się twoim zamiarom? — zapytał Gabrjel.
— Tak, trochę, moje dziecię, gdyż myślałem, że z wami przepędzę dzień.. ale obowiązek przedewszystkiem. Przejechałem całą Europę... nie będę się więc lękał podróżować z Paryża do Chartes, gdy tego wymaga ważny interes. We dwa dni wrócę. Ale to rzecz osobliwsza. Niech mnie kaci porwą, jeśli się spodziewałem, że będę musiał opuścić was i udać się do Chartes! Szczęściem, że zostawiam Różę i Blankę przy mej zacnej żonie, a Gabrjel ich anioł, jak one go nazywają, będzie także im towarzyszył.
— Na nieszczęście niepodobna mi będzie tego uczynić — odparł smutnie misjonarz. Przyszedłem, aby zobaczyć się z wami i znowu pożegnać.
— Jakto pożegnać się?... — zawołali razem Dagobert i Agrykola.
— Tak.
— Czy znowu idziesz na inną misję? — zapytał Dagobert. — To niepodobna!
— Nic wam na to odpowiedzieć nie mogę — odrzekł Gabrjel, tłumiąc westchnienie — lecz od tej chwili, aż do pewnego czasu... nie mogę, nie powinienem przychodzić do tego domu...
— Cóż to, moje dziecko — rzekł żołnierz wzruszony — jak uważam, w twojem postępowaniu jest coś zakrawającego na przymus... Znam ja się na ludziach... ten, którego nazywasz swoim przełożonym, i którego przez jakiś czas widziałem, po rozbiciu w zamku Cardoville... brzydko wygląda, i przyznam ci się, niebardzo jestem kontent z tego, że cię widzę pod takim kapitanem.
— W zamku Cardoville! — zawołał kowal, zdziwiony tem podobieństwem nazwisk, — czy to w zamku Cardoville przyjęto was po rozbiciu?
— Tak, mój synu, czemuż cię to dziwi?
— Nie, mój ojcze, a pan tego zamku czy mieszka w nim?
— Nie, bo kiedy o niego pytałem rządcę, chcąc mu podziękować za gościnność, jaką nam okazano, powiedział że osoba, do której należy zamek, mieszka w Paryżu.
— Jakie osobliwe podobieństwo — pomyślał Agrykola — czyżby to ta panna była właścicielką zamku, co nosi jej imię?...
Potem, przypomniawszy sobie przyrzeczenie, uczynione Garbusce, rzekł do Dagoberta:
— Daruj, mój ojcze, już późno... a ja miałem być w fabryce o godzinie ósmej...
— Dobrze, dobrze, moje dziecko... Dajmy więc pokój wszystkiemu, póki nie powrócisz z Chartes... Ucałuj mnie jeszcze raz i biegnij...
Od chwili, gdy Dagobert wspomniał Gabrjelowi o przymusie, biedny misjonarz zamyślił się... W chwili, gdy Agrykola zbliżył się dla uściśnięcia mu dłoni i żegnał go, Gabrjel rzekł doń głosem poważnym i tonem stanowczym, który zdziwił kowala i żołnierza.
— Kochany bracie... pozwól powiedzieć sobie jeszcze kilka słów... Ja właśnie przyszedłem oświadczyć ci, że za kilka dni... będę potrzebował ciebie, i ciebie także, mój ojcze... Pozwól mi nazwać cię tem mianem — dodał Gabrjel wzruszonym głosem, zwracając się do Dagoberta.
— Jakto! cóż to jest? — zawoła kowal.
— Tak — odpowiedział Gabrjel — będę potrzebował rady i pomocy... dwóch ludzi zacnych, odważnych... mogę na was obudwu rachować, nieprawdaż? w każdej chwili... którego bądź dnia... na wezwanie moje przyjedziecie?
Dagobert z synem spojrzeli po sobie w milczeniu, zdziwieni tonem głosu Gabrjela... Agrykola uczuł, jak mu się serce ściskało... a gdyby został uwięziony wtedy, gdy brat zażąda jego pomocy. Co tu począć?
— O każdej godzinie, w nocy, czy w dzień, moje dziecko możesz rachować na nas — rzekł Dagobert równie zdziwiony, jak przejęty mową misjonarza — masz ojca a brata... użyj ich...
— Dziękuję, dziękuję — odrzekł Gabrjel — uszczęśliwiacie mnie...
— Wiesz ty co? — zawołał żołnierz, — gdyby nie ta suknia twoja, sądziłbym, że idzie o pojedynek... o pojedynek na śmierć... tak uroczyście do nas przemówiłeś!
— O pojedynek?... — odparł misjonarz ze drżeniem — tak... będzie może szło o pojedynek, nadzwyczajny... straszny, do którego potrzeba dwóch świadków takich, jak wy, ojcze i bracie...
W kilka chwil potem Agrykola, coraz bardziej niespokojny, spiesznie poszedł do panny Cardoville, dokąd i my zaprowadzimy czytelnika.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO

Przypisy

  1. W listach zmarłego Wiktora Jacquement o Indjach czytamy taki opis zręczności dusicieli!
    Pełzają oni po ziemi, rowami, bruzdami, naśladują sto rozmaitych głosów, doskonale umieją wydawać krzyk podobny do krzyku szakala lub ptaka, aby naprawić niezręczne poruszenie, którem sprawili szelest, potem milczą, a inny znów z nich w innej stronie naśladuje odległe skomlenie lub pisk zwierzęcia.
    Nagabują we śnie szelestem, dotykaniem i zmuszają do przybrania takiego położenia ciała, jakie jest najdogodniejsze do ich zamiarów.
    Potrafią oni, pisze, nawet wyjąć prześcieradło z pod śpiącego, wcale go nie obudziwszy; nie jest to żart, ale prawdziwe zdarzenie. Bheel porusza się jak wąż. Gdy śpisz w namiocie; a przy tobie śpi u drzwi służący, wtedy Bheel zewnątrz usiądzie w kucki, w cieniu, w kącie, skąd słyszeć będzie mógł oddech.
    Skoro nadejdzie przyjazna chwila, przetnie on płótno namiotu to mu wystarczy za wejście. Przesunie się, jak widmo, nie zrobiwszy szelestu najmniejszem ziarnem piasku. Zupełnie jest nagi i całe jego ciało wysmarowane jest oliwą, u szyi wisi sztylet. Przyczołga się i przyczai przy twem posłaniu i z zimną krwią, niesłychanie zręcznie, złoży drobniutko prześcieradło, na którem leżysz, aby jak można najmniej zajmowało miejsca, to uczyniwszy przesuwa się na drugą stronę i lekko łechcze śpiącego, ten instynktownie przewraca się i zostawia za sobą złożone prześcieradło; jeżeli, przebudziwszy się schwytać zechce złodzieja, znajdzie śliskie ciało, które wymyka mu się z rąk, jak węgorz, a jeżeli pomimo to uda mu się przytrzymać go, bieda mu, sztylet przeszyje mu serce; upadnie brocząc we krwi, a zabójca zniknie.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.