Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część druga/Rozdział XXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XXVI.
WILKI I ŻARŁOKI.

Straszna to była rzecz widzieć tę rozhukaną tłuszczę!
Pawilon wspólnego domu, do którego dotykał z tej strony mur ogrodu, obrócony był frontem do pola; z tej strony Wilki rozpoczęli atak.
Rzuciwszy pierwszy raz cały grad kamieni, większa ich część zaczęła natychmiast szukać około siebie po ziemi nowych pocisków; żeby się lepiej w nie zaopatrzyć, jedni trzymali tymczasem kije w zębach, inni poustawiali je pod murem; tu i owdzie także widać było zbierające się grupy około przywódców tej bandy; najlepiej między nimi odziani, mieli na sobie bluzy lub spencerki i na głowach czapki, inni samemi tylko łachmanami byli okryci, gdyż powiedzieliśmy już, że znaczna liczba włóczęgów, którym źle patrzyło z oczu i z całej postaci, przyłączyła się do trzody Wilków; kilka obszarpanych kobiet, które nie odstępowały tych nędzników, szło za nimi i swemi krzykami i wyzywaniami podniecały jeszcze rozjątrzone umysły.
Wkrótce Wilcy stanęli u potężnej, dębowej bramy. W chwili, kiedy jeden z przywódców, kamieniarz, podnosił ogromny młot, mając nim uderzyć na skrzydło bramy... ta nagle się otworzyła.
Przez uchyloną bramę, widać było zebranych robotników, których, nieszczęściem, niewielka była liczba, ale gotowych, jak się można było domyślić, do obrony; uzbrojeni byli naprędce w widły żelazne, kleszcze i kije, a na ich czele Agrykola trzymał w ręku potężny młot kowalski.
Młody rzemieślnik był bardzo blady; widać było po jego ognistych oczach, w jego obliczu, po niezachwianej gotowości na wszystko, że krew ojca wre w jego żyłach, i że w podobnej sprawie mógł być strasznym... Z tem wszystkiem umiał pohamować się i rzekł śmiałym głosem do kamieniarza:
— Czego chcecie?
— Bitwy! — ryknął kamieniarz śmiałym głosem.
— Z kiim?
— Z Żarłokami.
— Tu niema Żarłoków, — odpowiedział Agrykola — są tu spokojni rzemieślnicy... oddalcie się...
— Tak sądzisz? — zapytał drwiąco kamieniarz. — A więc dobrze! to Wilcy zjedzą tych spokojnych rzemieślników.
— Wilcy nie zjedzą nikogo; — rzekł Agrykola, patrząc w oczy kamieniarzowi, który z groźną miną zbliżył się do niego — Wilków zlękną się chyba tylko małe dzieci.
— My nie chcemy bitwy! — odpowiedział Agrykola — nie wyjdziemy stąd; lecz jeżeli, na wasze nieszczęście, poważycie się wejść tu, przebyć ten próg — i Agrykola, rzuciwszy na próg czapkę, stanął na niej nieustraszenie — napastować nas będziecie w naszym domu... wtedy odpowiecie za wszystko, co stąd wyniknie.
— Czy to u ciebie, czy gdzieindziej, dość na tem, że będziemy mieli bitwę: Wilcy chcą zjeść Żarłoków... Oto masz za twoją napaść! — zawołał kamieniarz, podnosząc młot na Agrykolę.
Lecz ten, szybko się usunąwszy, uniknął wymierzonego ciosu i prosto w piersi uderzył młotem kamieniarza, który na chwilę zachwiał się na nogach, ale wkrótce się pokrzepiwszy, rzucił się zapamiętale na Agrykolę, krzycząc:
— Za mną, Wilcy!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.