<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1934
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XL.

Gdy się przebudziłem, było już dawno po południu. Promienie słoneczne, słabo wdzierając się przez okienko p od sufitem do pokoiku, zachęcały mnie do wstania; ubrałem się więc. Zapukałem do drzwi, a po chwili gościnny gospodarz przywitał mnie z ironicznym uśmieszkiem na ustach.
— No, jak ci się spało? Pewno lepiej jak tam, co? Chodźno ze mną, śniadanie już dawno na ciebie czeka i ktoś z twoich dawnych znajomych także tu jest.
— Kto taki? — spytałem niechętnie.
— Bądź cierpliwy, zaraz zobaczysz. To twój dobry przyjaciel, a mój klient.
— Jak się masz, Nachalnik, — zawołał ktoś nagle i wziął mnie w objęcia.
Nie byłem zadowolony z tego spotkania. Był to dawny mój wspólnik. Aleksander tretij wiedział, że byliśmy wspólnikami i umyślnie go tu przyprowadził, aby wpłynął na mnie, bym broń Boże nie został frajerem.
Po chwili byłem już zupełnie innym człowiekiem, zapomniałem o wszystkiem, co postanowiłem. Wspólnik przypomniał mi dawne dobre czasy i obiecał, że dopomoże mi stanąć na nogach. Opowiadał mi, że dobrze stoi. Zabrał mnie też z sobą do domu na ulicę Pawią, by mnie przebrać w inny garnitur i obuwie, zapewniał mnie bowiem, że mu wstyd, że Urke Nachalnik jest tak nędznie ubrany.
— Wybij sobie wszystkie głupstwa z głowy, — mówił. — Masz czas zostać porządnym człowiekiem, jak będziesz miał 50 lat i kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Tak na gołego to niema interesu, zostaw to dla innych frajerów. Dziś zabawimy się na całego. Musimy oblać twoją wolność i wypić za twoje zdrowie. Głowa do góry, brachu! — Tu nachylił mi się nad uchem. — Mam fajną dziewczynę dla ciebie...
Będąc już pod jego wpływem, mimowoli udałem się do jego mieszkania, żegnany życzeniami przez pasera, bym dobrze zarabiał i nie zapomniał o nim. Ja pierwszy byłem — wołał — który cię przyjął z więzienia i ugościł. Pamiętaj o tem, — powtarzał ciągle.
Po drodze kolega, którego zwano w świecie przestępczym „Brytan“, opowiadał mi o różnych robotach, jakie ma w swoim repertuarze. Mówił też, że tylko ze mną potrafi ich dokonać. Dziś — mówił — porządnego chłopaka trudno znaleźć. Kapuś na kapusiu jedzie i kapusiem pogania.
Wchodząc do jego mieszkania, stanąłem zdziwiony. Nie dowierzałem własnym oczom, — by to była jego żona, jego dwoje dzieci, jego pięknie umeblowane mieszkanie. Brytan widząc moje zdziwienie, zawołał:
— Widzisz, brachu, nie jest jeszcze tak źle. Porządny Urke zawsze sobie poradzi. To wszystko, co widzisz, to z dawnych lepszych czasów, rok dwudziesty, dwudziesty pierwszy, kiedy to „buce“ jeździły z Ameryki do Polski. To było życie! Nie było dnia, aby nasza paczka nie zarobiła kilku tysięcy dolarów. Później już „obcięli“ się i policja odprowadzała buców na miejsce. Teraz to jest gorzej: blat, co szedł dawniej z tajniakami, teraz już z nimi nie daje się zrobić; ale jeszcze z forsą wszystko można. Zasypiesz się, to blat kaucja i jesteś znów na wolności. No, siadaj przy stole, nie wstydź się, jesteś u siebie w domu. Mania, krzyknął na żonę, — podajno wiesz już co...
Na stół wywędrowała z kredensu wódka, wino, różne zakąski, których nazw nie znałem. Po wypiciu jednej kolejki zawołał:
— Idź, brachu, do drugiego pokoju, jest tam łazienka, wykąp się elegancko i ubierz się. Tam wszystko już masz.
Zawahałem się i nie ruszyłem się z miejsca. Żona jego jedna k zaczęła mnie prosić, tłumacząc mi, że tak być ubranym nie wypada i t. d.
Gdy wyszedłem z łazienki, oboje chwycili mnie pod ręce i posadzili przed wielkiem lustrem. Wygląda teraz jak lord! — zawołała żona. Wszystkie panny się w tobie zakochają, zapewniał Brytan. Po chwili już swobodnie usiadłem przy stole i podano smaczny i obfity obiad.
— Co masz zamiar robić ze sobą? — zapytał Brytan nie patrząc na mnie.
— Postanowiłem rzucić to życie i rozpocząć życie uczciwego człowieka.
— Mania, — krzyknął Brytan na żonę — podajno termometr, Nachalnik ma zapewne gorączkę. Chodźno tu! Ha, ha, Nachalnik i uczciwy człowiek! Och, nie wytrzymam!
Wybuchnął śmiechem, poczem zerwał się od stołu, przyłożył mi rękę do czoła i z nów zaczął zataczać się ze śmiechu.
— Czego ty się tak śmiejesz? — zawołałem zdenerwowany. — Dla ciebie fach złodziejski jest wymarzony, masz więcej szczęścia jak rozumu. Kradniesz już od dziecka, a w więzieniu siedziałeś — czy ja wiem ile? Chyba parę tygodni. Ja nie mam takiego szczęścia jak ty. Od chwili kiedy poznałem to przeklęte życie, stale poniewieram się po różnych więzieniach. Muszę spróbować czego innego, może tam będę szczęśliwszy. Zresztą tyś się jeszcze nigdy nie oparzył; ale niech ci się tylko noga poślizgnie, już będzie po wszystkiem. Będziesz zmuszony sprzedać wszystko, co zdobyłeś za cenę życia i kto wie, czy będziesz mógł się dźwignąć nanowo. Tak, tak, bracie... Póty dzban wodę nosi, aż mu się ucho nie urwie...
— Ja mu to zawsze mówię, — wtrąciła się żona, — aby porzucił to życie i rozejrzał się za jakimś interesem, który nie ma nic wspólnego z kodeksem karnym. Stawiałam mu za przykład „Mojsze Rebejnu“. Ten także miał całe życie szczęście, a jak wpadł to odrazu na osiem lat. Siedzi w Rawiczu, a żona jego chodzi żebrać.
— Ja tam nigdy tak nie wpadnę, od czego głowa na karku.
— Mądrzejsi od ciebie wpadali, — zawołałem.
— Ale ja nie wpadnę. Znam się na ludziach. Wiem, z kim mam się zadawać.
— Można się czasami pomylić, — zawołała żona. — Czy niema wypadków, że z zazdrości ktoś kogoś bierze do sprawy i już wyrok murowany?
— Dosyć tego, — zawołał. — Mówmy teraz bez żartów. Czy doprawdy tak postanowiłeś?
— Tak, inaczej być nie może.
— Więc jeśli tak, mój kochany, możesz się ubierać zpowrotem w patronackie lachy. Dla frajerów i to jeszcze za dobre.
Cały zapłonąłem ze wstydu i bez słowa skierowałem się do łazienki; żona zastąpiła mi drogę.
— Czy pan żartów nie zna? On żartował. Niech pan da spokój, — prosiła.
— Ja wcale nie żartowałem, — zawołał stanowczym tonem mój kolega. — Chciałem go poratować jak należy, ale on się nie poznał na tem. Niech spróbuje zostać uczciwym człowiekiem. Chciałbym zobaczyć, czy na całej kuli ziemskiej, nie tylko w Warszawie, znajdzie takiego warjata, któryby mu rękę podał. Jak swój cię nie poratuje, to frajer z pewnością nie. Czy ty myślisz, że ciebie odrazu złapią do pracy? Czem ty się wylegitymujesz przed pracodawcą? Czy ty masz jakiś inny dokument prócz karty zwolnienia? Ha, ha, idjoto jeden! Kto da ci pracę, gdy zobaczy twój czerwony dowód osobisty? Naw et gdy zechcesz przespać się gdzieś, a wylegitymujesz się tym dowodem, to cię stróż miotłą wygoni. Karta zwolnienia ważna jest tylko dla policji, że możesz się wałęsać wolny po ulicach, ale nigdy nie jest żadnym dowodem dla frajerów. Gdy ją zobaczą, to cię psami wyszczują. Powiedz teraz sam: przecież nawet gdybyś chciał zostać uczciwym, wszystkie uczciwe drzwi są przed tobą zamknięte.
Nie chciałem więcej słuchać jego morałów, choć w duchu przyznawałem mu rację. Po chwili stałem znowu w mojem wyszarzałem patronackiem ubraniu, od którego roznosił się w około zapach naftaliny.
— Uciekaj prędko, — wołał szyderczo mój wspólnik. — Całe mieszkanie będę musiał ze trzy dni wietrzyć po tobie, frajerze. Śmierdzisz naftaliną i zgnilizną, aż w nosie kręci. Wynoś się stąd prędzej, bo każę stróża zawołać!
Chciałem wprawdzie rzucić się na niego za taką obelgę, ale żona przestraszona poczęła mnie uspokajać, że jest pijany i dlatego tak mówi. Prosiła, żebym został.
Nie słuchałem jej i wybiegłem po schodach na ulicę, odprowadzany szyderczym śmiechem kolegi.
Szedłem ulicą nie widząc nic przed sobą. Kilku przechodniów, których potrąciłem, wołało coś za mną. Jeden nawet pchnął mnie tak, że upadłem na ścianę. Obejrzałem się tylko i szedłem dalej. W głowie szumiało mi jak w ulu. Pewno za dużo wódki wypiłem. Jednakże byłem na tyle trzeźwy, że słowa kolegi wciąż brzęczały mi w uszach.
Bez celu błąkałem się po ulicach i uliczkach. Przeliczyłem po raz setny swoje kapitały, ale nic nie przybyło. Pięćdziesiąt tysięcy marek — to był mój cały majątek. Dla lepszej orjentacji czytelnika, jaką wartość miała wspomniana suma w końcu sierpnia 1923 roku, przytoczę, że przejazd tramwajem kosztował 10.000 marek. Za mój kapitał więc mogłem pięć razy przejechać się tramwajem, a potem skoczyć do Wisły. Albo też kupić sobie dwa funty chleba i śledzia, a za resztę używany sznurek, by się powiesić.
Im bardziej trzeźwiałem po wypitej wódce, tem rozmaitsze pomysły przychodziły mi do głowy i tem jaśniej rozumiałem swoje położenie. Stanąłem w bramie jednego z domów przy ulicy Żelaznej i głupkowato obserwowałem przechodniów. Pod wieczór powlokłem się w kierunku Marszałkówskiej. Myśl natrętna: gdzie spędzić noc dzisiejszą? — dokuczała mi gwałtownie, nie dając spokoju. Przystanąłem znów w bramie eleganckiego dom u obserwując z zazdrością wytwornych przechodniów, kobiety i mężczyzn. Policjant stojący na rogu przyglądał mi się uparcie, a gdy zauważył, że posuwam się dalej, chcąc go ominąć, zawołał:
— Piej, stańcieno!
Stanąłem.
— Co wy tu robicie?
— Nic nie robię. Patrzę.
— A na co patrzycie?
— Patrzę, jak świat jest źle urządzony, panie posterunkowy, — odparłem z goryczą.
Policjant uważnie spojrzał mi w oczy. Kilku gapiów ulicznych otoczyło nas dokoła.
— Co wam się tu nie podoba? — zawołał groźnie.
— Nie podoba mi się to, że pan stoi na rogu i zaczepia porządnych ludzi, jak ja, — odparłem ironicznie.
— Pokaźno, braciszku, dowód osobisty. Zobaczymy, coś ty za ptaszek, że się tak potrafisz mądrzyć, — rzucił, mierząc moją nędzną postać od góry do dołu.
— Nie mam dowodu osobistego, — odparłem, — ale mam jeszcze lepszy dokument, niż dowód osobisty.
— Pokaż, pokaż, zobaczymy.
— Tu nie pokażę, — odparłem.
Policjant, już zły, zawołał:
— Jak nie chcesz tu pokazać dowodu osobistego, to marsz! Jazda, jazda!
Pchnął mnie i chwycił za kołnierz, rozglądając się na wszystkie strony; poczem zagwizdał i oddał mnie w ręce przybyłego policjanta, by ten odprowadził mnie do komisarjatu. Mówił przytem:
— To musi być podejrzany ptaszek. Odprowadź go do nas, zobaczymy, czy i tam będzie taki mądry.
W komisarjacie bez słowa podałem kartę zwolnienia. Starszy przodownik spojrzał na mnie ze współczuciem i rzekł:
— Muszę was zatrzymać. Nie wolno się tak wałęsać po głównych ulicach. Stawialiście też opór władzy, to niedobrze. Wczoraj was wypuszczono z klatki, a już zaczynacie.
— Proszę bardzo. Spać mi się chce okropnie. Chętnie u was zanocuję.
Starszy przodownik roześmiał się na tę odpowiedź i rzekł:
— Ale u nas przyjacielu to nie Mokotów. Pluskwy i pchły ci spać nie dadzą.
— To nic, mam twardą skórę. Zresztą i po więzieniach tych gości nie brak. Wolę już nocować w areszcie niż na ulicy.
— Zabrać go, — zawołał starszy przodownik. — Niech się prześpi.
Po chwili znalazłem się w ciemnym pokoju. Poomacku natrafiłem na nary zbite z desek. Głośne chrapanie rozlegało się po celi. Więc ktoś tu śpi? — pomyślałem. Począłem obmacywać nary, czy nie znajdę jakiegoś siennika lub koca; wtem ręka moja natrafiła na damski bucik. Serce poczęło mi bić. Oto mi okazja, — pomyślałem i powoli poomacku doszedłem do przekonania, że tu śpi kobieta. Zapach wódki bił od niej jak z gorzelni. Nie namyślając się długo, przytuliłem się do niej, po tylu latach postu...
Nie zdążyłem się nacieszyć takiem niespodziewanem szczęściem, które mnie tu spotkało, gdy nagle usłyszałem zgrzyt odmykanych drzwi celi.
— Ty, ty, wyłaźno stąd, psiakrew! Za dobrzeby ci się tu powodziło! Cholera, zapomniałem, że tu pijana baba leży! A może już zdążyłeś poromansować, co?
— A jak zdążyłem, to co? — odparłem, zły, że przerwano mi taką idyllę, jaka się zdarza raz na sto lat. — Pan chce się tu pewnie dostać do tej pijanej baby, a ja panu przeszkadzam?
— Stul gębę, psiakrew, i marsz!
Zostałem po ciemku wepchnięty do innej celi.
Co było robić? Z ciężkiem sercem upadłem na gołe nary, z myślą, by jak najprędzej zasnąć. Zasnąć jednak nie mogłem w żaden sposób. Pluskwy i pchły widać długo już tu nie miały smacznego kąska, to też teraz rzuciły się na mnie atakując tak zawzięcie, że zmuszony byłem do rana wędrować po celi.
Zaraz też zrana zawołano mnie nadół do kancelarji. T u spisano protokół i objaśniono mnie, że jestem wolny. Po chwili już, niewyspany i głodny, wlokłem się znowu przez ulice Warszawy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.