Choroby wieku/XLI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XLI.

Tymlo, który rzadko matkę odwiedzał i prawie nigdy na jej piątkowych wieczorach nie bywał, znalazł się teraz bardzo w porę, w chwili prawie, gdy po skończonej rozmowie odeszła Emilja, a Demborowa została sama. Anglik nie dojrzał z razu łez matki, ale w jej głosie i sposobie przyjęcia postrzegł stan niezwykły. Nie wypadało mu dopytywać o powody strapienia, których ona taić nie chciała, a potrzebując rady i wsparcia pospieszyła zwierzyć się synowi.
— Wiesz Tymlo, znajdujesz mnie nieprzytomną prawie... musisz to uważać, cała jestem wzruszona.
— W istocie? cóż to nowego?
— Wyobraź sobie... Plama u nas bywać zaczął.
Tymlo zmarszczył się.
— Kto! ten Plama? on! u was! ale jakże się to stać mogło?
— Przyznaję się, moją winą z początku. Zażądał tego, nie śmiałam odmawiać, sądząc że mi to pomoże do uratowania mojej sumki. Nigdym się nie spodziewała, żeby to za sobą takie skutki pociągnąć miało.
— Ale cóż się stało?
— Zdaje się że uzuchwalił się do tego stopnia, iż pomyślał o Emilji.
— On! o Emilji! ha! la bonne farce! zawołał Tymlo śmiejąc się.
— A co gorzej, ona zdaje się nic nie mieć przeciw temu.
— Emilja! zapytał serjo Tymlo... cóż? oszalała! W istocie to zuchwalstwo niedarowane... Chcecie żebym go u drzwi waszych kijem obić kazał?
— Na Boga! żadnych gwałtowności — przerwała matka, zostaw mi to... Ale prawdziwie nie pojmuję Emilji; masz słuszność, to szaleństwo! to obłąkanie!
— Wydrzeć nam majątek i potem zaszczycić nas swoim aljansem, drugie gorsze jeszcze od pierwszego, rzekł Tymlo, ale ja mu to z głowy wybiję. To warjat!
— Gorzej mnie martwi Emilja.
— To dziecko.
— Nie wiesz jak zimna i uparta!
Tymlo zamilkł chwilę.
— Niepodobieństwo! rzekł zastanowiwszy się — Emilja zrobić tego nie może, a ja nie pozwolę...
Że jednak nadchodziła godzina zaproszonego śniadania gdzieś za miastem, Tymlo spojrzawszy na zegarek nie dopytując więcej, podał matce rękę i wyszedł.
Emilja, która z sąsiedniego pokoju słuchała rozmowy brata i matki, siedząc w fotelu z książką w ręku, wstała powolnie i znowu weszła do salonu.
— Zdaje mi się, rzekła, że Tymlo nie w swoją się rzecz wdaje, co jemu do tego za kogo ja pójdę? Każde z nas ma prawo uczynić co mu się podoba. Mama rozstała się z ojcem, Tymlo go porzucił także, jesteśmy wszyscy wolni. Dla czegoż ja jedna od kogoś zależyć muszę?
— Emilko! boleśnie zawołała matka, rozważ proszę cię co mówisz.
— Myślałam i zastanawiałam się długo. Ja jak ojciec nie rozumiem życia w ubóstwie, pracować nie umiem i nie chcę, muszę szukać egzystencji do jakiej przywykłam... zbytku, dostatków i tego wszystkiego, bez czego jak bez powietrza bym uschła.
— A serce? serce? spytała Demborowa.
— Wie mama, odparła ze śmiechem Emilja, że doprawdy jedna rzecz tylko której na świecie nie pojmuję, to tego przywiązania śmiesznego, które się nazywa miłością. Mnie nigdy to serce nie zabiło do nikogo... zapewne więcej mi się podoba ktoś ładny i młody, ale to sensu nie ma kochać się w kimś, moja mamo... Ja wolę królować i być panią. Zresztą wszyscy młodzi przystojni i roztropni mężczyźni jednakowo mi się wydają... Lubię się podobać, bawi mnie gdy się kochają i oczyma przewracają jak na mękach, ale we mnie to nie obudza innego uczucia prócz śmiechu.
Tak szczere wyznanie, tak dziwaczna spowiedź zamknęła usta matce, której się zdało że we śnie ciężkim marzy o czemś nieprawdopodobnem.
— Dziecko moje! co ty mówisz?
— Z mojemi talentami, młodością, zakopać się w kącie, nie módz wyjść na świat dla którego jestem stworzona, dodała Emilja, to najstraszniejsza męczarnia. Ja potrzebuję — bądź co bądź, bogactwa i świetności!
— Choćby z panem Plamą?
— Plama! cóż tam? odezwała się Emilja obojętnie, z nim czy z innym, nie wiem czy mi się co lepszego trafi... nie chcę czekać. Niech się mama oswoi z tą myślą... bo jeśli mi się oświadczy, położę tylko warunki i pójdę za niego.
— Ja na to nie dozwolę nigdy!
— Tak się mamie zdaje... Zresztą nie trzeba się tem gryść zawczasu... bo jeszcze nie ma czego. Dziś piątek, dodała szyderczo dziewczyna, mama przygotować miała pierwszy akt swego dramatu do czytania... lepiej się tem zająć niż mną, co sobie dam radę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.