Choroby wieku/XLII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XLII.

Zimno i bardzo zimno przyjmowała odtąd pani Demborowa Felicjana Plamę, ale Emilja potrafiła mu to nagrodzić, wcale się nie kryjąc z życzliwością dla niego i zawracając mu głowę całkowicie. Spekulant niezręcznie nawet wyrwał się był z półsłówkami znaczącemi, a panna ani im się dziwiąc, ani ich odpychając, dała mu do zrozumienia żeby się starał dla ułatwienia sobie drogi, pozyskać matkę i brata. To zadanie dla starego intryganta przywykłego do korzystania z słabości ludzkich i na tej grze opierającego wszystkie swe rachuby, choć ciężkie, wydało się igraszką. Sam rozkaz panny stanowił główną wygranę, bo był niejako uwarunkowaniem, przyzwoleniem i obietnicą. Sam przez się nigdy Plama nic nie poczynał, używał on zawsze rąk cudzych, wymowy i talentów, i tu więc naprzód pobiegł po ludziach, otaczając zewsząd panią Demborowę chwalcami swojemi. Dał obiadek na którym literatów popoił aż do nudności, śniadanie jakieś na przypieczętowanie roboty, pobrał prenumerat i biletów pełne kieszenie, otworzył swoje archiwum dla badaczów przeszłości, i zjednał sobie słabych a biednych którzy go poznali po raz pierwszy i to z najlepszej strony. Pani Demborowa rozminąć się nie mogła z admiratorami Plamy, i musiała słuchać tylko donoszących jej, z jaką czcią, podziwem, jest dla niej człowiek którego smutna konieczność uwikłała w proces nieodżałowany!
Wiedząc z jaką kolosalną próżnością miał do czynienia, intrygant postarał się ażeby z litografowanego portretu zrobiono biust muzy i medaljon z jej popiersiem, spoił profesora który mu podyktował czterowiersz do podpisu, i tę ofiarę sam złożył u stóp wahającej się już kobiety. Na śniadanku w angielskiej restauracji zredagowano mu artykuł do gazety, donoszący o tej nowej artystycznej pracy, wydanej kosztem znakomitego amatora literatury i czciciela zasług Beaty, pana Felicjana Plamy. Przejęta grzecznością jego, muza zamilkła, a Emilja uśmiechnęła się po cichu, widząc że mąż jej przyszły tak trafnie sobie począć umie.
Ujęcie Tymla przyszło daleko ciężej, naprzód, że dumny anglik nie łatwo sobie co wmówić dawał, powtóre, jaśniej daleko rzeczy widział od matki i miał w charakterze aż nadto szlachetnej i nieszlachetnej pychy. Ale tu sam nie występując na scenę, Plama przez swych zwolenników w arystokratycznem kółku rehabilitować się zaczął i tańcował koło przyszłego szwagra. Tymlo od niejakiego czasu spotykał go po wszystkich domach w których bywał, nieustannie słyszał mówiących o nim, wreszcie na maleńkich kursach o dziesięć mil od stolicy urządzonych, spotkał się z nim oko w oko.
Nie było sposobu uniknąć go, Plama miał tu trzy konie folbluty, a interes koniarski zobojętnił w Tymlu nienawiść ku intrygantowi.
Nowy dziedzic Demborowa tak ostawił anglika, że od rana do wieczora brzmiały mu w uszach jego pochwały, Tymlo milczał, wreszcie á bout portant spytano go czemu by tak był obojętnym dla tak miłego człowieka i znakomitego sportmana... nie przypuszczając aby dobrze wychowany człowiek miał dla mizernej kwestji majątkowej tak długą chować w sercu nienawiść. Dembor nic jeszcze nie odpowiedział, ale to uprzykrzone zachwalanie pana Plamy znacznie w istocie wstręt ku niemu umniejszyło i zdanie ogółu arystokratycznego wpłynęło nań potężnie.
Plama w czasie tych kursów tylą grzecznościami obsypał Tymla, tak był przyzwoitym, tak doskonałemi obdzielał cygarami, tak wyborne na placu turfu dał śniadanko, że wreszcie uznać go było potrzeba choćby szelmą, ale wcale dystyngowanym członkiem towarzystwa.
— Mniejsza tam o to co za jeden, rzekł anglik, ale gentleman... nie ma kwestji.
Tak związawszy matkę i brata, nadskakując Emilji, nie śmiejąc jednak nic przedsięwziąć z ojcem, któryby go pewnie kolanem za drzwi wyprawił, pan Felicjan formalnie się oświadczył córce w obecności matki; a Emilja nie czekając zgodzenia się jej, przyjęła pretendenta, podając mu tylko pewne warunki.
Wieść natychmiast gruchnęła po mieście o ożenieniu Plamy, i naturalnie złośliwi porobili z niej kalamburów bez liku. Nieszczęśliwa pani Demborowa, która nieśmiała się już sprzeciwiać córce i miała nadzieję, że świat będzie pobłażającym dla niej, ulękła się szydersko objawiającej opinji. Chciała zerwać wszystko, zaklinała córkę, ale Emilja oświadczyła, że wyjdzie za Plamę bądź co bądź; i zajęta dyktowaniem mu przyborów do ożenienia, urządzaniem nowego domu, ekwipażów, liberji, mało nawet zważała na prośby i błagania matki. Tymlo wyprawiony za granicę z księciem X. jakby naumyślnie, nie dowiedział się aż po weselu o szwagrze i obojętnie to przyjął.
Wbrew przestrogom pani Demborowej i żartom całego świata, które Emilja znosiła z uśmiechem, ślub odbył się w naznaczonym dniu u Ś-go Krzyża z największą wystawnością i przepychem. Panna młoda wyglądała jak posąg Canovy, i tak była piękną, że heroizmu Plamy lub podłości jego trzeba było, aby w tym wieku ośmielić się podać jej rękę do ołtarza. Trzeba też przyznać, że i on niezgorzej tego dnia wyglądał, a choć do Apollina i Antinousa nie miał nawet pretensji, na starego satyra kwalifikował się doskonale.
Państwo młodzi siadłszy u drzwi kościelnych do powozu wraz z matką, którą jeszcze dnia tego otaczano troskliwą pieczą i starano się mieć dla samej przyzwoitości, pojechali wprost do nowego mieszkania na Krakowskiem Przedmieściu, rzęsiście już na ich przyjęcie oświeconego. Tu bal wspaniały rozpoczął erę nową w życiu Emilji, która zaraz poszła obejrzyć swoje pokoje, ujęła rząd domu, i wesoło rzuciła się w objęcia świata, wśród tysiąca oklasków dworu który ją otoczył. O niczem nie mówiono tylko o jej nieporównanej piękności i przepychu z jakim się nowy dom ten tyle obiecujący otworzył. Pani Emilja zapowiedziała, że przyjmować będzie co tygodnia we czwartki, a co miesiąc dawać bale, czemu Plama zrazu nie widział potrzeby się sprzeciwiać.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.