Choroby wieku/XXXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXXVI.

W Porzeczu na odgłos o tem nieszczęściu Demborów, Michał i Anna zaboleli serdecznie i chwili nie tracąc, postanowili się zaofiarować z posługą, z ratunkiem, z podziałem tego co mieli. Michał zebrał co mógł grosza, uprosił Manusiewicza, wziął pocztę i poleciał do Warszawy dniem i nocą. Niechcąc wpadać niespodzianie do chorego, i nie wiedząc czy mu już powiedziano o przegranej, starał się naprzód dowiedzieć o Tymoleona, i do niego pospieszył z wyrazami serdecznego współczucia.
Zdziwił się Solski zastawszy go w zupełnie oddzielnem mieszkaniu, urządzonem z komfortem najwykwintniejszym, spokojniuteńko siedzącego nad angielską jakąś broszurą.
Rozczulenie Michała gotowego rzucić się w objęcia brata, spotkało twarz jego chłodną i uśmiech ironiczny, bo Tymlo zawsze jeszcze nie przypuszczał, żeby złe tak bardzo wielkiem być mogło, jak rozpowiadano, a o prawdzie przekonać się nie umiał, nie rozumiejąc ani praw krajowych, ani formy sądowej. Na widok Michała tak nieprzyzwoicie wzruszonego i nie umiejącego pokryć uczucia, Tymlo ruszył lekko ramionami, zaledwie raczył wyciągnąć rękę kuzynkowi, i zimno mu kiwnął głową...
— Cóż ojciec? czy już wie o wszystkiem?... można go widzieć?... jak to przyjął? zapytał Michał żywo a gorąco.
Na tyle razem rzuconych pytań, anglik cofnął się z politowaniem prawie nad nieprzyzwoitością znalezienia się tak blizkiego krewnego, rzekł powoli i zcicha:
— Ojciec!... przyznam ci się, że go dni parę już nie widziałem... nie było czasu... Ale ma się lepiej... lepiej... Wie o wszystkiem... nie było potrzeby taić, po większej części jego w tem wina... jednakże nie jest to podobno tak źle jak sobie wyobrażacie! Ludzie skłonni są do przesady we wszystkiem... w interesach potrzeba być zimnym jak cyfry o które chodzi... Sądzę że to tylko strachy być muszą, a rzeczy ułożyć się dadzą... Nie trzeba tego brać tak bardzo tragicznie.
— Dzięki Bogu! przerwał Michał, uspakajasz mnie, bom słyszał że proces na głowę przegrany.
— Tak mówią, ale ja tam nie wiem zresztą, odparł Tymlo... być i to może... ojciec powinien poradzić... c’est son affaire.
— Ale on chory, mnie się zdaje że tobie by się tem zająć należało, a ja ci do porady doskonałego i doświadczonego przywiozłem prawnika...
— O! zbytek troskliwości, dajże mi z tem pokój, ja się do niczego mieszać nie chcę — ojciec sam sobie da radę, dla mnie to greczyzna!!
I ruszył ramionami Tymlo, podając Michałowi cygaro, które wprzód bacznie opatrzył!
Tej zimnej krwi wychowańca Wielkiej Brytanji, Solski zrozumieć nie mógł, i wkrótce wyrwawszy się od niego, pospieszył do starego Dembora, którego zaledwie mógł poznać, tak go zmieniła straszliwie choroba!
Poczynał chodzić zaledwie, wyżółkły, wyłysiały, kaszlący, zestarzały nagle, wyglądał jak szyderskie widmo przeszłości; Michałowi na widok starego łzy się zakręciły w oczach.
Znać było po rozpaczonym Demborze, że go nie oszczędzano już wcale, jakoż Tymlo ledwie powstającemu z łóżka, nieprzygotowanemu do tego ciosu, zaraz powiedział o ostatecznym wyroku, i to w sposób tylko w jaki dzisiejsze dzieci rodzicom nieszczęście zwiastować mogą, cierpko, szydersko, boleśnie. Dembor stanął przybity i słowa nie rzekł, uśmiech tylko okropny sine mu i drżące przebiegł usta... Nie było ratunku, odwaga, ochota do życia i pracy opuściły go, zobojętniał na wszystko, dał z siebie szydzić niemal synowi, i cierpiąc straszliwie, umiał jednak znosić nieszczęście z milczącą godnością. Z nawyknienia jeszcze usiłował być panem siebie, nawet w upadku z którego się już dźwignąć nie mógł sam, nie odzywając do nikogo po ratunek, i zasklepiając ze swą rozpaczą. Niekiedy tylko szyderskie zimne słowo, urągające własnemu nieszczęściu, wyrwało się z tych ust zamurowanych i zbolałego serca.
Gdy Michał począł go pocieszać i chciał mu przedstawiać, że gorliwie się wziąwszy wspólnemi siłami, możnaby jeszcze skończyć układami i choć cokolwiek ocalić, potrząsł tylko głową i rzekł sarkastycznie:
— Tak, toby było wyborne dla kogo innego, ja dla tej fraszki, trochę mniejszej lub większej nie myślę się schylać... Zawsze to ruina, nie mamy się co łudzić, dla nas, to ruina! Demborów nam zabiorą... zostanie nam tam, a raczej pani Demborowej jakaś mizerna resztka... niech sobie jej bronią... jam już do niczego nie zdatny. Co mi tam! wszystko jedno byle życia dokołatać... głupstwo!
Zobojętniały, nie miał w sobie dosyć energji jaką tylko głęboka i niezachwiana dać może wiara, by się dźwignąć i pojąć, że z najostateczniejszej zguby pracą i Bożą opieką jeszcze ratować się można.
Nadaremnie Michał, chcąc w nim nowe obudzić życie, ofiarował mu się z chętną pomocą, nie było sposobu wlać weń nadziei, zniecierpliwiony w ostatku naleganiem, wuj odparł siostrzeńcowi trochę przez gorliwość naprzykrzonemu:
— Moi kochani, myślcie lepiej o sobie, macie tam dosyć do roboty w Porzeczu, a dajcie mi pokój, bo ja niczyjej nigdy rady i pomocy nie potrzebowałem i nie potrzebuję.
— Rotmistrz wasz kochanek, marnotrawca, bałamut, Manusiewicz któregoście tu darmo przywieźli, stary osioł który nigdy dla siebie nawet z okoliczności skorzystać nie umiał... Wasze interesa gorsze są daleko od moich... co wam do nas...? cożeście mądrego poradzili sobie?
— My, kochany wuju, rzekł na to spokojnie Michał — poradziliśmy po swojemu, sprzedajemy wszystko, zostawując prawie czyste Porzecze...
Dembor rozśmiał się sucho i kaszląco.
— A! rozumnie! wszakże to łatwiuteńko w lat dziesięć wyrobić było można... byle trochę rozumu i dobrej woli, a mniej nerwowych czułostek. To wam pewnie rotmistrz z Manusiewiczem poradzili.
Michał zamilkł, Dembor zamyślił się trochę.
— Gdybym był jeszcze zdatny do czego po tej chorobie, rzekł, wziąłbym was w kuratelę na lat kilkanaście i wam i sobie zrobiłbym jeszcze fortunę... Ten anglik Tymlo łatwoby mógł tego dokazać gdyby chciał, ale dla niego wszystko za małe... musi chyba od razu zostać ministrem rolnictwa i przemysłu... jeśli i to jeszcze nie wyda mu się zbyt drobnem... Doskonały interes, gdybyście nam dali Porzecze... ale na co to o tem mówić próżno? Manusiewicz poradził przedaż dla świętej spokojności... nie prawdaż? siedźcież spokojnie i nam dajcie pokój.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.