Choroby wieku/XXXVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXXVII.

Zbity z drogi, gdy najlepszą chęcią i sercem otwartem spieszył na ratunek, gotów do całkowitego poświęcenia, Michał, widząc się odepchniętym przez Dembora, więcej niż zimno przyjmowanym przez Tymla, któremu ten kuzyn parafianin wiele nie smakował, wrócił nazad do Porzecza z milczącym i nachmurzonym Manusiewiczem. Nie miał on wcale żalu do wuja, choć jego ofiarę tak pogardliwie odrzucono i z takim niesmakiem wyśmiano, bolało go tylko że na nic przydać się nie mógł. Nie zrażony tem, zaraz po powrocie pobiegł do ciotki jeszcze, chcąc jej donieść o zdrowiu męża i pocieszyć choćby kłamstwem pobożnem. Ale zastał ją na wsiadaniu do Warszawy, wybierającą się właśnie nie tyle do syna i męża, jak raczej dla poparcia swej sprawy o sumę posagową i urządzenia sobie nowego życia i pobytu w stolicy, gdzie oswobodzona, zamyślała zamieszkać całkiem się oddając literaturze.
Oznajmienie o polepszeniu zdrowia Dembora przyjęła tak chłodno, jakby ją nic a nic nie obchodziło... a gdy Michał dłużej o tem chciał mówić, przerwała mu zapytaniem o nowości piśmiennictwa i polemikę dwóch gazet, które z sobą wojowały na pociechę prenumeratorów a korzyść trzeciego, co przy ich niesnasce miał zręcznie swoją upiec pieczenię.
Panna Emilja, po ruinie jeszcze bardziej milcząca i dumniejsza, z ogromnej wyżyny poglądała na młodego chłopca, którego serdeczne zbliżenie się od razu odepchnęła nielitościwą pogardą...
Michał powrócił do dworu zamykając w sobie co doznał w tej podróży, a przed Anną odmalował krewnych cale inaczej, obawiając się ją rozczarować i sercu jej poczciwe odjąć złudzenia.
Rozpierzchnieni Demborowie znowu się tedy spotkali razem zebrawszy do Warszawy, albo raczej stanęli tylko obok siebie, gdyż każde z nich o sobie li myślało, nie troszcząc drugiemi. Stary powstawszy z choroby, zrazu myślał jeszcze rozpaczliwie bronić resztek wydartej fortuny, ale gdy mu do tego proces przez żonę osobno rozpoczęty przeszkodził, przekonawszy się że pani interesu swojego z jego pretensjami zespolić nie chce i powierzyć mu go się wzbrania, wpadł w apatję znowu, i usunął się od wszystkiego bezsilny, nie mając już planu na dalsze życie i szydząc z siebie i wszystkich. Pierwsze jego spotkanie z panią Demborową było ciężkie i upokarzające dla człowieka, który dotąd nie zrobił fałszywego kroku i zawsze wychodząc zwycięzko, miał prawo mówić z góry i strofować drugich. Dziś z kolei zwyciężony, wystawiony był na litościwe wymówki kobiety, którą prawdę rzekłszy, całe życie draźnił — pewien był że mu to zapłacą.
Muza choć rozczulona do łez, zaraz w pierwszych wyrazach rozmowy dała mu do zrozumienia, że był przyczyną zguby ich wszystkich, i zażądała zupełnej wraz z córką emancypacji, oświadczając że zresztką swojego majątku chce zamieszkać w Warszawie, gdzie się myśli zajmować literaturą, do której teraz jeszcze się silniej czuje powołaną.
Literaturą tą, lekceważoną przez Dembora, zdawała się umyślnie mu oczy wykalać.
— Cios, który nas dotknął — odezwała się patetycznie, zwraca mnie na tę drogę, i ku właściwemu posłannictwu mojemu... którego pan nigdy uznać we mnie nie chciałeś..... Widzę w tej klęsce rękę Opatrzności, która mną kieruje... Emilka zostanie przy mnie.
— Spodziewam się że razem będziemy wszyscy...
— Pan, zapewne zechcesz pracować na wsi... a dla Tymla jako ojciec ocalisz coś może... ja na siebie biorę Emilją... odpowiedziała muza. Tymlo musi się także wziąść do czegoś, z jego talentami łatwo mu przyjdzie świetną sobie wyrobić egzystencję.
Zamilkła spuszczając oczy.
— Więc pojadę na wieś! zawołał Dembor tając cios który go dotknął, z uśmiechem szyderskim, naturalnie... na literata ani na kopistę wcale się nie zdałem. Zresztą gdzieś mi pewnie jakiś skrawek ziemi się zostanie, choćby na trzy łokciowy grób.
Łzy zrosiły piękne oczy pani Demborowej, Emilja nie mieszając się do rozmowy, chodziła milcząca po pokoju.
— Pojmujesz pan, rzekła po cichu, chwilą milczenia czyniąc przestanek po ciężkiem wyznaniu pani Demborowa — że po tak smutnej katastrofie — każde z nas musi myśleć o sobie, gdy ten któremuśmy losy nasze powierzyły, stał się bezsilnym i zawiódł zaufanie słabych istot... nie będę panu czynić wymówek za nieopatrzność doprawdy dziwną i niepojętą.... ale muszę zawarować przyszłość moją i córki.
— Odemnie? zapytał Dembor.
— Od losu... odparła muza — pragnę spokoju, potrzebuję ciszy dla pracy której się chcę poświęcić.... tu będę w ognisku życia umysłowego, którem jedynie żyć mogę. Emilja łatwiej tu trafi na jakąś stosowną partję dla siebie...
Dembor wziął powoli kapelusz i nie słuchając dalej, wyszedł milcząc wzgardliwie bez pożegnania.
Tegoż dnia zeszli się w godzin kilka z Tymoleonem, który dotąd nic trybu życia nie zmienił i zawsze jeszcze miał nadzieję, że proces ten okaże się chimerą, a przegrana tak zupełna imaginacją... potrzeba mu było nareszcie raz wybić to z głowy.
Z razu uśmiechał się szydersko, potem umilkł przekonany może i zamyślony.
— Cóż myślisz począć z sobą? zapytał ojciec.
— Należałoby coś robić — rzekł syn, zapewne... pomyślę... mogę się zająć zarządem jakich dóbr wielkich, fabryką, czemś podobnem... zobaczymy, mam czas, rozpatrzę się, wybiorę, poszukam i nie chcę się sponiewierać na lada co! Ja potrzebuję dyrekcji czegoś wielkiego!
— Czasu do stracenia nie masz wiele, odparł stary — jesteśmy całkowicie zrujnowani, każdy z nas myśli o sobie, matka z Emilją zostają w Warszawie i żyć będą z resztek posagu, ja pójdę na wieś, coś mi tam zostać powinno, ty... chcesz posłuchać mojej rady?
Tymlo nie odpowiadając, stanął naprzeciw ojca, jakby milczeniem tem mówił: — No zobaczmyż co to tam takiego?
Miłość ojcowska wyrobiła na obumarłym i zobojętniałym Demborze chwilowe zastanowienie.
— Słuchaj Tymlo, rzekł, ja ci nie wiele dam, ale dam co mogę... z tem nie ma co zaczynać, matka musi wyposażyć Emilję, ztamtąd niemasz się czego spodziewać... ale Solscy ludzie poczciwi i aż do zbytku uczynni, oni cię podźwignąć mogą. Głupi stary Manusiewicz, ich adwokat i przyjaciel, poradził im sprzedaż folwarków Porzeczańskich, nieumiejąc wymyślić innego środka na oczyszczenie z długów... Ty byś powinien zaproponować im wzięcie majątku w administrację i wyprowadzenie ich z interesów. Z twoim rozumem, powierzchownością i talentami łatwoby ci przyszło wyrobić się z tego, mógłbyś gdybyś tylko chciał podobać się Anusi, która choć nie odebrała świetnego wychowania, dałaby ci się wykształcić. Cały klucz Porzeczański mógłbyś po niej wziąść w posagu, bo Michała lada czem kontentowaćby można, on majątku nie potrzebuje i użyć go nie potrafi. Ot według mnie najpraktyczniejszy sposób dźwignienia się... Solskich weźmiesz w garść abyś tylko chciał, nie oprą ci się.
Tymlo ruszył ramionami z pogardliwym uśmiechem.
— Ale cóż to to jest? rzekł zimno... klucz Porzeczański! czy warto na tem pracować i zakopać się na wsi, i świat sobie zamknąć dla takiej subretki jak Anusia? Ja mam nadzieję coś większego i lepszego przecie się dobić. Potem miałoby to minę, żem się wparł w majątek krewnych, a ja niczyjej łaski nie potrzebuję.
— Patrzaj tylko, odparł Dembor, żebyś później istotnie do łaski ich nie był zmuszony się odezwać. Za wysoko zdaje mi się patrzysz i zbytecznie zwlekasz, ale rób jak ci się zdaje... masz wolę swoją.
— Cóż bo za projekt! uśmiechnął się Tymlo, ci Solscy, takie to szlagi!! a Porzecze może być i dobre, ale pracować żeby się dobić w końcu tego ożenienia i lada folwarczku... nie zdaje mi się aby to było dla mnie...
Tymlo uśmiechnął się pogardliwie. Ojciec umilkł i na tem się rozeszli.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.