Choroby wieku/XXXVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
XXXVIII.

Państwo Demborowie rozstali się, każdy z rodziny poszedł swoją drogą, o własnej sile, a z chwili rozpierzchnienia ich i nieładu jaki wywołała przegrana, skorzystał zręcznie Plama, nielitościwie ścigając zwyciężonych. Z majętności tak znacznej, ledwie za posagową sumę samej pani wydzielony folwarek jeden, i to najgorszy, pozostał dla nich wszystkich. Dembor nie łatwo potrafił ocalić dla siebie maleńką kolonję z domkiem i ogrodem, z małym ziemi kawałkiem i pojechał ukryć w tym kątku zgryzoty, które mu życie truły, obiecując wkrótce dobić nieszczęśliwego, nie mającego ani ochoty do dalszej pracy, ani przywiązania coby go podtrzymywało.
Odzyskawszy cokolwiek przytomności, zamknął się znowu sam w sobie Dembor, i nieszczęście tem tylko nań podziałało, że z milczącego wprzód, pełnego powagi tryumfatora, zrobiło nieszczęśliwego szydercę. Życie począł uważać jako farsę śmieszną i głupią, z której tylko drwić było warto, w nic dobrego na ziemi nie mogąc uwierzyć, ludzi miał ogólnie za nieudolnych komparsów, a los za ślepą loterję. Całe dnie chodził z założonemi w tył rękami, z głową spuszczoną, z usty ściśniętemi, niechcąc już wiedzieć o niczem, przyjmując przyjaciół i znajomych najboleśniejszemi drwinami i usadzając się na zrobienie im przykrości lub rozczarowania.
Gdyby nie to fatalne usposobienie i zniechęcenie prowadzące do jakiegoś kwietyzmu, byłby może potrafił więcej ocalić majątku i wybrnąć z tego kataklizmu ze znaczniejszą cząstką. Plama który się obawiał aby go zbyt z powodu tej sprawy nie czerniono, zdawał się skłonny do ustępstw, ale Dembor go odepchnął. Zraził tak i rozpędził wszystkich życzliwych sobie; zbyt małą rzeczą uważając te łachmany dawnej fortuny, nie chciał się schylać by z nich cokolwiek wyratować, poniewierając tymi co mu się nastręczali z pomocą, i odtrącając najprzychylniejsze ręce wyciągnione ku niemu z najlepszą chęcią i rzeczywistem współczuciem. Wszędzie upatrywał interes, wszystko tłumaczył egoizmem, i pustką się w końcu otoczył, gdyż nikt zbliżyć się już do niego nie śmiał.
I nikt nie podzielił z nim tego wygnania, zostawiono go w samotności bez Boga i modlitwy, na pastwę utrapieniu i przejadającej boleści.
W głuchej ciszy, starzec zawcześnie zgrzybiały, złamany, utracił nawet powagę która go za dni lepszych otaczała, i nie obudzał litości, bo sam nie miał jej dla nikogo.
Tymczasem w Warszawie pani Demborowa urządzała sobie, ożywszy na nowo, dom skromny, ale z wielką elegancją, prawie rada że ją ruina mężowska oswobodziła zupełnie i dozwoliła wyłącznie oddać się literaturze, rzucała się z zapałem na to burzliwe morze, śniąc o laurach i sławie. Przy swych dawnych stosunkach, wyrobionem już imieniu i niepospolitej zręczności w odegrywaniu komedji natchnienia, spodziewać się mogła nadać pewną powagę swoim wieczorom piątkowym, i cenakl otworzyć, któryby ją na wyżynach u steru gdzieś postawił, otaczając nową aureolą jeszcze piękne skronie.
Emilja patrzała na to roztargniona, obojętna, chłodna, jakby myśląc już o czem innem, i czekając tylko chwili, w której się wyrwać będzie mogła na swobodę. Ona najmniej może z całej rodziny uczuła boleść po stracie majątku, wierząc że potęgą wdzięku wyrobi sobie nowe i świetne położenie. Z najzimniejszą krwią rachowała z góry żeby się przedać jak najdrożej i umieścić najkorzystniej. Córka godna rodzica, praktycznością zabiła zawczasu w sobie serce, i nieszczęście przyczyniło się w niej tylko do jaśniejszego na świat poglądu, do zimniejszego zastanowienia!
— Muszę być i będę bogatą, powiedziała sobie — reszta dzieciństwo.
Tymlo z obojętnością największą, nie zmienił trybu życia, i zawsze rozglądał się powoli po świecie; związał się z anglomanami i arystokracją do której dziwnie przypadł swojem milczeniem, powagą, dowcipem, zimnym i krytycznym na świat poglądem. Najął sobie kawalerski apartament i nie troszcząc się bynajmniej o jutro, począł uregulowaną miejską próżniaczkę. Ludzie dobrego wychowania, umiejący znaleźć się w salonie, powierzchowności gładkiej, uchodzącego imienia, jeśli jeszcze mają za sobą, że podróżowali, nie nazbyt trącą skibą domową i mówią lepiej cudzym niż swoim językiem, a Europę znają dokładniej od własnego kątka, pewni zawsze być mogą, że znajdą chętne przyjęcie w gronie arystokratycznem, które żyć z kimś potrzebuje, rekrutując sobie komparsów, dobierając ich do swojej miary i tonu. Przewyborna manjera Tymla, jego pewność siebie, nauka, krytycyzm, anglomanja, wszystko to od razu mu zabezpieczało jak najlepsze w wyższem towarzystwie przyjęcie, a położenie jego smutne, o którem wiedziano dobrze, i znoszone stoicznie nieszczęście, czyniły go zajmującym; obiecując że się da poprowadzić i nazbyt nie podniesie głowy.
Gdy więc z jednej strony matka usiłowała literacki swój bazar otworzyć, aby w nim dowcipem i głębokością a wielostronnością swą targować pochwały i budować sławę której tak gorąco pragnęła, — syn zajmował stanowisko wśród arystokracji bardzo zaszczytne i znakomite, stając się wyrocznią salonów, rodzajem małego Brummel’a. Pycha i zarozumienie które w każdej innej sferze społecznej są zaporą i przeszkodą do dobicia się czegokolwiek, tu były narzędziem i nastrojeniem się potrzebnem do roli. Niemi on właśnie przypadał do tego kółka, które go przyjmowało, choć nie krył się z chęcią panowania — kłaniając mu się, kłaniano się niby umysłowej wyższości, a w istocie ideałowi stanu, człowiekowi który odważnie umiał za coś lepszego i z innej od pospolitego tłumu gliny ulepionego się stawić, dla tego że obcym był ogółowi, zarozumiałym, że w sobie wytrzebił najpiękniejszą cnotę chrześcjańskiej pokory.
Matka z synem widywali się rzadko i na krótko, żyjąc w dwóch sferach oddzielnych, które ledwie kilka indywiduów, metysów spajało. Tymlo choć się z tem nie odkrywał zbytecznie, macierzystą literaturę krajową miał za lichotę, całe to zaprzątnienie tyle sobą robiące hałasu, za to czem może w istocie było, to jest za komedyjkę próżności. Z wyższych tych stref w których on się obracał, mało ludzi bywało u pani Demborowej, kilku tylko słabszych i golszych co nie mogli ani konno się popisywać, ani świetnieć dowcipem, ani w inny się sposób odznaczyć, w literaturze i mecenasowaniu szukali sobie rozrywki i przyczepiali ją jak kwiatek do guzika. W świecie arystokratycznym który naturalny ma wstręt do pióra i kałamarza, ci panowie jakkolwiek bogaci i dobrze urodzeni, zawsze za coś śmiesznego uchodzili dla tej słabostki literackiej, z której się po cichu prześmiewano po kątach. Z drugiej strony uboga literacka gromadka patrzała na nich niedowierzając szczerości powołania i czuła, że poświęcenie szumne tej przybranej braci, było dla nich środkiem tylko, kolorytem, zabawką.
W kółku pani Demborowej, która zręcznie umiała przyswajać literaturze ojczystej niedopieczone myśli zdziecinniałych francuzików, piśmiennictwo grało najważniejszą rolę, a obok niego protegowano religję, zajmowano się uorganizowaniem zakładów dobroczynnych. Niestety! najlepsze chęci, najświętsze zamiary, stawały się zabawką, lub jak u tych panów przypiętym dla zwrócenia oczów kwiatkiem. Ci propagatorowie wiary i szczepiciele dobroczynności tak tchnęli dumą, tak mało myśleli o poprawie własnej, tak się nie starali o cnoty dla siebie, jak gdyby z pogańską dumą i czczem sercem godziło się przystępować do dzieła, które tylko w pokorze chrześcjańskiej, z poświęceniem i zaparciem serdecznem, dokonać można skutecznie. Nie poczynali reformy od siebie, woleli z innego końca zaczynać ją in anima vili.
Szczególnem jednak i wyłączniejszem pani Demborowej zajęciem była literatura i sztuka, rozumie się religijna i katolicka; do otwartego jej domu popłynął strumień ludzi głodnych nowości, radych jeśli tam co śmielszego się znajdzie, zresztą zwabionych wdziękami muzy i jej córki. Obie tak były piękne, a duma Emilji miała drażniąc siłę pociągającą! Z razu ufundowanie literackich wieczorów poszło bardzo łatwo, salon naszej pani Demborowej był wygodny, gospodyni uprzejma, zresztą nowość sama przyciągała, ale powodzenie pani Demborowej wnet obudziło zazdrość i wywołało nieprzyjaźń. Dopóki siedząc na wsi odzywała się zdaleka, Beata z Demborowa liczyła samych przyjaciół i wielbicieli, tu po chwilce rozpatrzenia, zaczęły się wyrabiać opozycje i znajdować niechętni. — Naprzeciw nich stawał wprawdzie gęsty hufiec przyjazny adoratorów muzy, którzyby się za nią dali porąbać scyzorykami i atramentem pooblewać, ale i w nim byli zdrajcy, byli obojętni, zwłaszcza gdy się przekonano, ze muza nikogo wyróżnić i bliżej siebie przypuścić nie chce, dzieląc promienistem wejrzeniem i uśmiechem jak grzankami i herbatą, ale niedozwalając uchwycić się za serce.
Walka rozpoczęła się od podjazdów ulicznych, od półsłówek, cichych drwinek i znaczących poruszeń ramionami, od małych ploteczek które usłużni roznosili z kondoleneją... wysypała później jak ospa w artykulikach złośliwych, w aluzjach i ostatecznie odciągnęła trochę słabszych adherentów od piątkowych wieczorów, które nazywać poczęto wieczorami od siedmiu boleści.
Ci co swojego zdania nie mając, chodzą i żebrzą lub wykradają je u drugich, zrazu wynosili pod niebiosa panią Demborowę, potem usłyszawszy inaczej, zamilkli trochę i zręcznie cieniując zmianę opinji przez obojętność i zwątpienie, powoli od otwartego antagonizmu, który zawsze jest bezpieczniejszy dla tych co nie myślą sami, od admiracji, bo go czemkolwiek popierać łatwo. Jakkolwiekbądź poczęto się nią zajmować, nieprzyjaciele krzycząc i hałasując podnieśli ją jeszcze, i sława którejby nie uzyskała nigdy nie obudziwszy opozycji, przyszła niespodzianie z wianuszkiem swoim do uszczęśliwionej odwiedzinami jej muzy.
Odtąd zaczęto ją nazywać nasza Demborowa! i Fajans portret jej na wielkim arkuszu wylitografował z facsimilem u spodu, lirą u góry, a dwoma aniołami po bokach. Trzeba przyznać, że do tego wizerunku tak wybornie usiąść umiała, i tak się poetycznie nastawić, iż za to samo warta była portretu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.