Czarne Indje/Rozdział XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Czarne Indje
Wydawca Księgarnia Juljana Guranowskiego
Data wyd. 1895
Druk Towarzystwo Komandytowe
St. J. Zaleski et Comp
Miejsce wyd. Warszawa
Tytuł orygin. Les Indes noires
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ROZDZIAŁ XIV.



Zawieszony na nitce.


R

Rodzina Fordów, urzeczywistniwszy wszystkie marzenia, czuła się szczęśliwą. Jeden tylko Henryk zwykle z natury poważny, nawet trochę ponury, coraz więcej zamykał się w sobie, jak mówiła stara Magdalena. Nawet Jakób Ryan, z całą swoją wesołością, nie mógł go rozchmurzyć.
Pewnej niedzieli — było to w czerwcu — obaj przyjaciele przechadzali się po brzegach jeziora Malcolm. Coal-city świętowało. Na górze czas był burzliwy. Gwałtowne deszcze rozbijały ziemię, która parowała. Trudno oddychać było w tej parnej atmosferze hrabstwa. Przeciwnie, w Coal-city spokój panował zupełny, temperatura łagodna, ani deszczu, ani wiatru. Nic tam nie wskazywało walki żywiołów na zewnątrz. To też wiele osób przybyło ze Stirling i okolicy, ażeby odetchnąć świeżem powietrzem w głębi kopalni.
Lampy elektryczne rzucały blaski, jakichby niezawodnie zazdrościło słońce brytańskie, chmurniejsze, niżby nawet wypadało na dzień świąteczny.
Jakób Ryan robił uwagi nad przybyłymi, ale jego towarzysz zaledwie na nich zwracał uwagę.
— Patrz, patrz Henryku! — wołał Jakób — a to ciekawi nas oglądać! Dalejże przyjacielu! rozpędź smutne myśli i staraj się być uprzejmym gospodarzem! Dałbyś do myślenia wszystkim tym ludziom, tam z góry, że zazdrościsz ich losu.
— Jakóbie! — odrzekł Henryk — nie zajmuj się mną! Tyś wesół za nas obu, niech ci to wystarczy!
— Na starego Nicka! — krzyknął Jakób — czy wiesz, że ta twoja czarna melancholia i mnie się zaczyna udzielać! Oczy mi ciemnieją, wargi zaciskają, śmiech pozostaje w gardle. Powiedz że mi raz, co tobie, Henryku!?
— Wiesz dobrze Jakóbie, co mi jest.
— Ciągle ta myśl?
— Nieustannie!
— Ależ mój kochany! — rzekł Jakób, wzruszając ramionami — gdybyś tak, jak ja złożył wszystko na rachunek chochlików kopalni, miałbyś umysł spokojniejszy!
— Wiesz dobrze o tem Jakóbie, że chochliki istnieją tylko w twojej wyobraźni, i że od chwili rozpoczęcia robót w nowej Aberfoyle, nie widziano już ani jednego.
— Niech i tak będzie! Ale jeżeli chochliki się nie pokazują, to zdaje mi się, że i te istoty, którym ty istnienia nie odmawiasz, również gdzieś znikły.
— Odnajdę je, Jakóbie!
— Ej Henryku! Henryku! genjusze nowej Aberfoyle nie tak łatwo ująć się dadzą!
— Odnajdę jednakże tych twoich genjuszów — powtórzył Henryk, głosem stanowczym i energicznym.
— Pragniesz ich ukarać?...
— Ukarać i nagrodzić, Jakóbie. Nie zapominajmy, że gdy jedna ręka nas więziła w tej galerji, druga nas wybawiła! Ja o tem pamiętam zawsze.
— Ależ Henryku! Zkądżeż pewność, że te dwie ręce do jednej nie należą osoby.
— Zkądże tobie taka myśl przyszła do głowy?
— Bo... jak wiesz... Henryku! Te istoty, zamieszkujące otchłanie... nie są w niczem do nas podobne!
— Przeciwnie, Jakóbie, są do nas podobne!
— O, stanowczo temu zaprzeczam... Zresztą, czyż nie możesz przypuścić, że się tutaj jakiś warjat dostał?
— Warjat! — odrzekł Henryk — Warjat, któryby tak logicznie myślał. Warjat, ten złoczyńca, który, od chwili zerwania drabin szybu Yarow, nie przestał nas prześladować!
— Przecież teraz nic złego nie robi Henryku. Od trzech lat żaden czyn tego rodzaju nie został ponowiony ani przeciw tobie, ani przeciw twoim.
— Mniejsza z tem Jakóbie — odrzekł Henryk. Mam przeczucie, że ta istota złośliwa ktokolwiek ona jest, nie wyrzekła się swoich zamiarów. Nie mógłbym sam określić dlaczego ci to mówię. To też Jakóbie, w interesie nowej eksploatacji, chciałbym wiedzieć, kto ona jest i zkąd pochodzi.
— W interesie nowej eksploatacji? — zapytał zdziwiony Jakób.
— Tak jest. Nie wiem, czy się mylę, ale w tej całej sprawie widzę interes przeciwny naszemu. Myślałem często nad tem, i zdaje mi się, że mam słuszność. Przypomnij sobie tylko cały szereg faktów niewytłomaczonych, które się wiecznie ze sobą łączą. Ten list anonimowy, sprzeczny z listem mego ojca, dowodzi najpierw, że jakiś człowiek wiedział o naszych zamiarach i że chciał przeszkodzić ich spełnieniu. Pan Starr przybywa do nas do sztolni Dochart. Zaledwiem go do niej wprowadził, aż tu olbrzymi kamień zostaje rzucony na nas i wszelka komunikacja z górą zostaje przeciętą przez zerwanie drabin w szybie Yarow. Rozpoczynamy poszukiwania, które nam miały wskazać istnienie pokładów nowych, zostają one uniemożliwione przez zatkanie wszelkich szpar w warstwach łupkowych. Pomimo to, stwierdzamy fakt, odnajdujemy żyłę. Powracamy. Silny podmuch powietrza wyrywa nam lampkę, która się tłucze. Ciemności zalegają w około nas. Bez względu na to, dochodzimy do końca ciemnej galerji... Ale nie lnamy któredy wyjść. Otwór jest zatkany. Zostajemy uwięzieni. No i cóż Jakóbie, czyż nie widzisz w tem wszystkiem ręki zbrodniczej. Tak jest! istota niepochwytna dotąd, ale nie nadprzyrodzona, jak ty twierdzisz, ukrytą była w kopalni. Nie wiem, jaki w tem miała interes, ale chciała nam bronić dostępu. Była tam!.. Przeczucie mi powiada, że jest jeszcze, i kto wie, czy nie gotuje nam straszniejszego pocisku. A zatem Jakóbie, chociażbym miał życiem przypłacić, odkryję ją!...
Henryk wypowiedział to wszystko z takiem przekonaniem, że zachwiał wątpliwości swego towarzysza. Jakób uwierzył, że Henryk miał słuszność przynajmniej co do przeszłości. Czy fakty te nadzwyczajne miały przyczynę naturalną czy nadnaturalną, nie mniej pewną było rzeczą, że istniały.
Dzielny chłopiec nie mógł się wyrzec swoich poglądów co do tej sprawy. Ale pojmując, że Henryk nie uwierzy nigdy w istnienie jakiegoś tajemniczego geniusza, zwrócił się do wypadku, który zdawał się niezgodnym z uczuciem złośliwości, skierowanej przeciw rodzinie Fordów.
— Dobrze więc Henryku — rzekł — jeżeli ci muszę przyznać słuszność, co do pewnych punktów, czyż ci nie przychodzi na myśl, że jakaś dobroczynna wróżka, przynosząc wam chleb i wodę, mogła was wybawić od...
— Ależ Jakóbie — przerwał Henryk — ta dobroduszna wróżka musi istnieć tak samo, jak i wyżej wspomniany złoczyńca i obojga ich szukać będę w najgłębszych otchłaniach kopalni.
— Czy masz jakiekolwiek wskazówki w tym względzie?
— Być może — odrzekł Henryk.
Posłuchaj mnie Jakóbie. W stronie zachodniej kopalni nowej-Aberfoyle, pod tem sklepieniem, które podtrzymuje jezioro Lomond, znajduje się studnia, czy szyb naturalny, który wchodzi prostopadle aż do samego wnętrza pokładów. Tydzień temu chciałem zbadać tę głębię. W chwili, gdym sondę zapuszczał i schylony stałem nad otworem szybu, uczułem powiew poruszonego wewnątrz powietrza, jakby od silnych uderzeń skrzydeł.
— Zapewne jakiś ptak się dostał do niższych galerji kopalni, zauważył Jakób.
— To jeszcze nie wszystko Jakóbie — mówił dalej Henryk. — Dziś rano znowu powróciłem do tego szybu, i nadsłuchując dobrze, zdawało mi się, że słyszę jęki...
— Jęki! — krzyknął Jakób. — Mylisz się zapewne Henryku! Był to przewiew wiatru.., albo też może jaki chochlik...
— Jutro Jakóbie — rzekł Henryk —będę wiedział czego się trzymać.
— Jutro? — zapytał Jakób, patrząc trwożnie na swego towarzysza.
— Tak jest, jutro zejdę do tej otchłani.
— Henryku! Ty kusisz Boga samego!
— Nie, Jakóbie, wezwę Jego pomocy i zejdę. Jutro pójdziemy obaj do tego szybu i weźmiemy jeszcze kilku towarzyszy. Długi sznur, do którego mnie przywiążecie, pozwoli wam spuszczać mnie i wyciągać na znak umówiony. Czy mogę liczyć na ciebie, Jakóbie?
— Henryku — odrzekł Jakób — uczynię wszystko, o co mnie prosisz, a jednak powtarzam ci, źle czynisz, narażając się.
— Lepsze to, niż ciągłe wyrzuty, że się nic nie zrobiło — rzekł Henryk tonem stanowczym. — A zatem jutro zrana, o szóstej i milczenie! Bądź zdrów, Jakóbie!
I nie chcąc przedłużać rozmowy, w której Jakób byłby usiłował go przekonać, Henryk szybko opuścił przyjaciela i powrócił na folwark.
Trzeba jednak przyznać, że obawy Jakóba nie były przesadzone. Jeżeli jaki osobisty nieprzyjaciel znajdował się w tym szybie, gdzie młody górnik miał się spuszczać, Henryk bez wątpienia się narażał. A jednak zkąd pewność lub prawdopodobieństwo nawet, żeby tak było.
— A zresztą — powtarzał Jakób — dlaczego się silić nad wytłomaczeniem szeregu faktów, które się tak łatwo tłomaczą przez wmięszanie się geniuszów kopalni?
Pomimo to, nazajutrz Jakób i trzech górników jego brygady przybyli wraz z Henrykiem do tajemniczego, a podejrzanego szybu.
Henryk nic nie mówił o swoim projekcie ani do Jamesa Starr, ani do starego nadsztygara. Ze swej strony Jakób był tyle dyskretnym, że również nic nie mówił. Inni górnicy, widząc gotującą się wyprawę, przypuszczali, że chodzi o zwyczajne zbadanie pokładu w danym kierunku.
Henryk miał przy sobie sznur długi na dwieście stóp. Sznur ten nie był gruby ale wypróbowanej trwałości. Ponieważ miano go spuszczać i wyciągać, przeto chodziło tylko o to, by go sznur mógł unieść. Na dany znak miano go wyciągnąć natychmiast z podziemia.
Szyb był dosyć szeroki, miał bowiem dwanaście stóp średnicy przy otworze. Założono grubą belkę przez sam środek otworu, w rodzaju kładki w taki sposób, żeby sznur, ześlizgując się po jednym z boków belki, utrzymywał się przy osi szybu. Było to niezbędnem, bo inaczej przy spuszczaniu Henryk mógłby zostać potłuczonym o ściany boczne.
Henryk był gotów.
— Czy trwasz w zamiarze zbadania tej przepaści — zapytał go Jakób.
— Naturalnie! — odrzekł Henryk.
Przywiązano mu sznur w koło bioder, następnie pod pachami w ten sam sposób, żeby ciało się utrzymywało w linji prostopadłej.
Ręce obie miał wolne. U pasa umocował sobie lampkę bezpieczeństwa, u boku długi i szeroki nóż szkocki obosieczny, umieszczony w pochwie skórzanej.
Henryk wszedł na belkę, przez środek której zarzucono linkę.
Usiadł na niej, i spuszczając nogi, ześlizgnął się zwolna, podtrzymywany silnie przez towarzyszy. Blask lampki oświecał z kolei wszystkie ściany szybu, i Henryk mógł je badać starannie.
Ściany te złożone były z łupka i węgla. Tak były gładkie, że niepodobna było utrzymać się na ich powierzchni.
Henryk obliczył, że się spuszcza z szybkością umiarkowaną — na sekundę, jedną stopę. Mógł więc dostatecznie się rozglądać i być w pogotowiu na wszelki przypadek.
Przez dwie minuty, spuszczenie odbywało się bez wypadku. Nie było żadnej galerji bocznej po ścianach szybu, który się zwężał stopniowo w formie lejka. Henryk zaczął odczuwać świeższe powietrze od spodu, z czego wnosił, że dolna część szybu musiała się łączyć z jakiem przejściem do niższego piętra kopalni.
Sznur spuszczał się ciągle. Coraz wieksza ciemność. Cisza panowała również. Jeżeli jaka istota żyjąca schroniła się w tej tajemniczej i głębokiej przepaści, nie była teraz na miejscu, gdyż żadne poruszenie nie zdradzało jej obecności.
Henryk, w miarę spuszczania, stawał się bardziej ostrożnym, wyciągnął nóż z pochwy i trzymał go w prawej ręce.
Na głębokości stu osiemdziesięciu stóp, uczuł grunt pod nogami, a sznur otaczający go, przestał się rozwijać.
Henryk odetchnął na chwilę. Jedna obawa, którą żywił, okazała się płonną, a bał się mianowicie, by sznura nad nim nie przecięto. Co prawda nie zauważył żadnej szpary ani otworu w ścianach, któreby chronić mogły jakąkolwiek istotę.
Dolny otwór szybu był bardzo wązki.
Henryk, odpiąwszy lampkę od pasa, oglądał grunt pod nogami. Nie omylił się w przypuszczeniach.
Wąskie przejście zapuszczało się do dolnego piętra pokładu. Trzeba było się schylić, żeby weń wejść i pełzać na rękach. Henryk chciał się dowiedzieć w którą stronę rozciągała się ta galerja i czy dochodziła do jakiej przepaści.
Położył się na ziemi i zaczął pełzać. Ale w tejże samej chwili napotkał jakąś zaporę.
Dotknąwszy się, uczuł pod ręką ciało leżące na ziemi.
Cofnął się w pierwszej chwili, ale zaraz wrócił.
Zmysły go nie myliły. Było to w istocie ciało. Uniósł je na ręce i przekonał się, że chociaż zlodowaciałe u kończyn, ciało to martwem nie było, ani ostygłem zupełnie.
Przyciągnął je do siebie na dno szybu, podniósł nań światło lampki i zawołał nagle:
— Ależ to dziecko!...
Dziecko, znalezione na dnie tej przepaści, oddychało jeszcze, ale oddech jego tak był słabym, że Henryk mógł się obawiać, by nie ustał za chwilę. Trzeba było, nie tracąc czasu, zanieść dziecko do otworu szybu, a ztamtąd na folwark, gdzie Magdalena by je wzięła w opiekę.
Henryk, zapominając o wszystkiem innem, przymocował napowrót sznur do pasa, przywiązał lampkę, uniósł dziecko lewą ręką a prawą dał znak, by linę do góry wciągano.

Sznur się wyprężył natychmiast i rozpoczęło się wznoszenie do góry.
Był to ptak olbrzymi... (str. 177).
Henryk spoglądał w koło siebie z podwójną uwagę. Już teraz nie o niego samego chodziło.

W pierwszej chwili wszystko poszło dobrze, żaden wypadek nie przerywał wznoszenia, gdy nagle Henryk uczuł silny powiew pod sobą w szybie.
Spojrzał w dół i ujrzał w ciemnościach masę, która wznosząc się, otarła się o niego.
Był to ptak olbrzymi, którego gatunku rozpoznać nie mógł i który wzlatywał, bijąc silnie skrzydłami.
Potwór skrzydlaty zatrzymał się na chwilę, i z góry napadł na Henryka z dziką zaciętością. Henryk miał tylko prawą rękę wolną i nią się zastawiał od silnych uderzeń olbrzymiego dzioba i skrzydeł.
Bronił się zatem, zakrywając o ile mógł dziecko.
Ale ptak nie na dziecko się rzucał, tylko na niego.
Henryk, kręcąc się wraz z sznurem w koło, nie mógł go trafić nożem od razu.
Walka się przedłużała. Henryk krzyknął z całych sił, spodziewając się, że towarzysze usłyszą jego wołanie.
Tak się też stało i sznur prędzej zaczął się unosić.
Pozostawało jeszcze około osiemdziesiąt stóp do przebycia.
Ptak rzucił się wtedy na Henryka ze zdwojoną siłą. Henryk zdołał go zranić w skrzydło; ptak wrzasnął straszliwie i znikł w głębi szybu.
Ale Henryk, wywijając obosiecznym nożem, żeby ranić ptaka, nadciął niebacznie jedną stronę liny.
Rozpacz go ogarnęła i krzyknął przeraźliwie.
Silniejsze trzeszczenie sznura oznajmiło, że pękał coraz bardziej pod ciężarem dwóch ciał zawieszonych.
Henryk puścił swój nóż i siłą nadludzką zdołał uchwycić linę po nad miejscem przeciętem w chwili, gdy pękła ostatecznie. Ale chociaż dłoń miał silną jak stal, uczuł, że sznur mu się wyślizguje z palców.
Mógłby był pochwycić go drugą rękę, puszczając dziecko, które trzymał.... ale o tem nie pomyślał nawet.
Jakób Ryan i jego towarzysze, przerażeni wołaniem Henryka, ciągnęli z całych sił.
Henryk myślał, że już nie zdoła utrzymać liny do otworu szybu. Krew mu nadbiegła do twarzy; przymknął oczy, myśląc, że niebawem runie w przepaść....
Ale w tejże chwili, gdy już puszczał linę, silne dłonie chwyciły go za ramiona i uniosły wraz z dzieckiem na powierzchnię gruntu.
Wtedy dopiero nastąpiła reakcja i Henryk padł bez zmysłów na ręce swych towarzyszy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.