Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski/Zgoda buduje — niezgoda rujnuje

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1912
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Zgoda buduje — niezgoda rujnuje.

Gdzie się dwóch kłóci, tam trzeci korzysta — mówi przysłowie — tak było i z nami: przecież i najazd szwedzki póty był tylko groźny, póki wszyscy nie zwrócili się przeciwko niemu.
I teraz też niezgoda i wojna domowa zmusiła do posłuszeństwa obcemu, do uległości silniejszemu sąsiadowi.
Było to po powrocie Augusta II do kraju.
Za okazaną wierność odwdzięczył się ten monarcha w taki sposób, że sprowadził do Polski wojsko saskie i przy jego pomocy chciał znieść wolną elekcję, ogłosić następcą tronu swego syna i wzmocnić władzę królewską.
Bardzo dobre zamiary — ale złego użył sposobu.
Wojska saskie, rozłożone po wsiach i miasteczkach, dopuszczały się gwałtów i rabunku, uciemiężały ludność, napadały nawet na szlacheckie dwory i nieznośnym były dla wszystkich ciężarem.
Zażądano od króla, aby je coprędzej odesłał do Saksonji, ale on właśnie o tem ani myślał. Obiecywał na sejmie i nie dotrzymywał. Albo mu źle, że Polska żywi jego Sasów? Zresztą byli mu potrzebni.
Znudziło się Polakom wreszcie znosić to bezprawie i zagrozili królowi, że jeżeli nie spełni woli sejmu, przymuszą go do tego z bronią w ręku.
A było w Polsce prawo, że jeśli król wyraźnie działa na szkodę kraju, poddani mogą łączyć się przeciwko niemu w zbrojny związek, zwany konfederacją, i walczyć jak z nieprzyjacielem.
Tak zrobili i teraz. W miasteczku Tarnogrodzie (gub. lubelska) licznie zjechała się szlachta, napisali, czego żądają, podpisali się na tym akcie, obrali sobie wodzów i wypowiedzieli Augustowi wojnę.
Smutna to rzecz i trudna walczyć z własnym królem, ale mieli otuchę: więcej nas przecie, niż Sasów, a jeżeli daliśmy radę Szwedom za Jana Kazimierza, poradzimy i Sasom za Augusta.
I byliby zapewne poradzili, nawet w bardzo krótkim czasie, gdyby wszyscy stanęli przy konfederacji, gdyby połączyli się z nią i hetmani, a wraz z nimi i wojsko polskie.
Ale hetman Sieniawski pierwszy pomyślał sobie: teraz jestem bardzo potrzebny królowi, beze mnie nic nie zrobi, — jeżeli przy nim stanę, mogę spodziewać się hojnej nagrody.
August też rozdawał ziemię i pieniądze, byle zyskać sobie stronników, i tym sposobem rozdzieliła się jedność narodu, i zaczęła się wojna domowa i walka bratobójcza.
Już nietylko przeciw Sasom stawali konfederaci, lecz przeciw własnym braciom, przeciw rodakom swoim, którzy dla interesu, dla nagrody, lub obałamuceni przez mądrzejszych, szli na obronę króla, widząc w tem swój obowiązek.
Wojna domowa jest zawsze nieszczęściem, a każde jej zwycięstwo to zarazem klęska. Niszczono kraj własny, zabijano swoich, brat stawał przeciw bratu, syn przeciw ojcu broń podnosił.
Wszyscy czuli okropność takiej walki, a jednakże trwała dwa lata, bo konfederaci nie chcieli ustąpić sprawy słusznej, a król, widząc w narodzie rozdwojenie, liczył na to, że ich pokona i na swojem postawi.
Obie strony jednak pragnęły pokoju: niech król tylko usunie Sasów, a zapomnimy nawet krwi przelanej, byle nie walczyć z braćmi. Niech tylko usunie Sasów!
I król także nie czuł się pewnym zwycięstwa: nie mógł liczyć na swoich stronników Polaków, bo im coraz bardziej wstyd było przelewać bratnią krew; a jeśli go opuszczą, co się stanie? Znienawidzony przez wszystkich, czyż może się spodziewać, że jego syna obiorą następcą?
Obie strony chciały więc zgody, ale żadna z tem pierwsza nie wystąpi, bo przeciwnik myślałby, że prosi o pokój, że nie ma siły walczyć. Więc jakże się pogodzić?
Trzebaby kogoś, coby ich do tego skłonił, coby podjął się spór rozsądzić. Przecież gdzie jest niezgoda, zawsze bywa sędzia.
Kogóżby sędzią obrać? Rozumie się — silnego, żeby mógł zmusić do spełnienia wyroku, lecz zarazem takiego, któremu ufają ci i owi.
Takim sędzią postanowiono obrać cara Piotra Wielkiego.
August II mu ufa, bo to sprzymierzeniec. Dla niego przecież wplątał się w wojnę z Karolem XII i na czas jakiś utracił koronę. Pewnie Piotr Wielki sprawę na jego korzyść rozsądzi.
Lecz i konfederaci ufają Piotrowi, — wcale go nie uważają za przyjaciela Augusta. A siłę ma, by do posłuszeństwa go zmusić.
Piotr Wielki także pragnął być sędzią w tej sprawie, bo to zapewniało mu w Polsce znaczenie i posłuszeństwo: gdzie dwóch się kłóci, tam trzeci korzysta.
Zgodził się więc Piotr Wielki zostać sędzią pomiędzy królem a konfederacją, lecz postawił warunek: — jego poseł wyrok odczyta na sejmie, a sejm wysłucha i przyjmie w milczeniu.
Sejm będzie — niemy.
Różne mieliśmy sejmy: piękne i poważne, na których mądrzy mówcy wskazywali posłom drogę obowiązku, miłości ojczyzny i chwały.
Mieliśmy sejmy burzliwe i smutne, gdzie zrywano obrady, narażając kraj na nieszczęścia.
Ale nie było jeszcze dotąd sejmu, na którym nie zabrałby głosu żaden z posłów.
A właśnie taki będzie. Zjechali się, zasiedli ławy i słuchają. Poseł cara Piotra czyta im warunki zgody:
1)   Król ma usunąć z Polski wojska saskie.
Radość ogromna. Król się tego nie spodziewał!
2)   Polska może mieć tylko 18 tysięcy wojska, Litwa 6 tysięcy.
Tem lepiej — pomyśleli — mniej będziemy płacić podatków.
Tem lepiej — pomyślał August. — Kraj bezbronny, przy pomocy Piotra zrobię z nim, co zechcę.
3)   Polacy nie będą odtąd łączyć się w konfederację przeciw swemu królowi.
Hm, — pomyśleli — teraz trzeba słuchać, a potem — zobaczymy.
Doskonale! — pomyślał August — nie mają teraz prawa stawiać mi oporu zbrojno.
I rozjechali się zadowoleni. A kraj został rozbrojony jednem słowem mądrego i potężnego sąsiada, który umiał z naszej niezgody skorzystać.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.