Dekabryści/Część trzecia/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Wydawca Krakowska Spółka Wydawnicza
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Golicyn przychodził do zdrowia tak szybko, że się wszyscy zdumiewali i przypisywali ten pomyślny stan artystycznym talentom lekarza, on jednak sam wiedział dobrze, że nie doktor leczy go, a Maryńka. Patrząc na nią, poił się niejako ożywczą wodą i wierzył mocno, że gdyby nawet umierał, onaby go z martwych wskrzesiła. Pięć dni po pierwszem ocknięciu się z maligny, wstawał już z łóżka i chodził trochę po pokoju.
Dnia pewnego stróż babuni, Ananiasz Wasilicz, doniósł Fomie Fomiczowi, że człowiek jakiś pyta się o księcia, a nie chce powiedzieć swego nazwiska.
— A na co wygląda?
— Bóg jego wie — odparł stróż — chłop nie chłop, pan nie pan, dziwnie jakoś ubrany.
— Pewnie szpieg — pomyślał Fomicz i rzekł do stróża:
— Przegnaj go na cztery wiatry.
— Jużem go gnał, ale on iść nie chce. Koniecznie powiada, dla ważnego interesu samego księcia muszę się z nim zobaczyc.
Foma Fomicz sam zeszedł do sieni i zobaczył młodego człowieka, wysokiego, bladego, chudego, z czarną, klinowatą bródką, ubranego w kożuch niepokryty, osmolony kaszkiet i ciepłe »walonki«. Wyglądał na subjekta sklepowego lub agenta-dostawcę.
— Książę chory jest i nie może się z tobą widzieć — rzekł nieufnie staruszek, który też odgadnąć nie mógł, czy ma do czynienia z panem czy z chłopem. — A ty sam kto taki?
— Koniecznie muszę się widzieć, koniecznie — powtórzył młody człowiek, nie wymieniając swego nazwiska.
— No! idź z Bogiem, bracie — rozsierdził się Foma Fomicz i próbował się go pozbyć, lecz tamten iść nie chciał.
— To proszę, oddajcie księciu tę karteczkę, a ja poczekam. Nie jestem wcale tym, za kogo mnie macie, a całkiem przeciwnie — rzekł, uśmiechając się tak, że mu Foma Fomicz uwierzył i wziął kartkę by ją zanieść Golicynowi.
Na kartce nabazgrane było niewyraźnie po francusku: »Koniecznie muszę widzieć was, Golicyn, przyjmijcie mnie, bo i tak nie odejdę«. Podpisu nie było, a pismo było nieznajome, mimo to Golicyn zgodził się przyjąć go.
Skoro tylko wszedł do pokoju, Golicyn poznał go odrazu po blado-niebieskich, wypukłych oczach i rzucił się ku niemu z okrzykiem:
— Küchla!
— Poznałeś mnie!
— Zrzuć tylko brodę, odepnij brodę, całkiem na żydka wyglądasz.
— Nie mogę zdjąć, bo przyklejona.
Skoro Foma Fomicz uspokojony wyszedł, Golicyn posadził przy sobie gościa.
— No! teraz mów.
Küchelbeker zaczął opowiadać, że wszyscy prawie spiskowcy aresztowani, a kogo nie wzięto, ten sam się zgłasza. Naznaczona jest naczelna komisya śledcza, lecz cesarz sam kieruje sprawą. Nie będą więźniów oszczędzać. Jedni ulegną karze śmierci, drudzy pójdą na zesłanie, lub zgniją po turmach.
— Żyją wszyscy? — spytał Golicyn.
— Tak, wszyscy; nikt nawet nie jest ranny.
— Cud! stali przecie pod takim ogniem.
»Może to nie napróżno — pomyślał — może los zachował nas na trud większy od śmierci«.
— No! a co słychać z południową armią i kaukaskim korpusem?
— Wszystko stracone, niema już na co liczyć. No! a teraz rzecz najważniejsza, czy chcecie ze mną uciekać?
— Z wami? A! w samej rzeczy, wspaniała będzie ucieczka. Wyście właśnie do takich rzeczy. Wszakże was, Küchelbeker, pierwszy lepszy szyldwach zatrzyma.
— Nie śmiejcie się, Golicyn, rzecz jest całkiem poważna i dobrze obmyślana, są pieniądze i ludzie pewni. Znam aktora Pustoszkina z Aleksandrowskiego teatru, w wodewilach grywa. Brodę wam dostanie z rekwizytów teatralnych nie gorszą od mojej i kożuch i chłopską odzież. Byle się dostać za rogatki, a potem z transportem zboża na Archangielsk. Dopóki lody nie puszczą ukrywać się będziemy na wyspach u rotmanów, a potem na angielskim lub francuskim okręcie za morze. A można i do Warszawy. Żydki za parę setek przez granicę przeprowadzą. Do Paryża możemy pojechać, a potem do Wenecyi.
— Do Wenecyi? — zaśmiał się Golicyn — a wiesz ty Kühla, co mówiła o Wenecyi pewna rosyjska dama. Ładne miasto i klimat ładny, lecz cóż stąd, nie ma z kim złożyć partyjki preferansa. Tak i ty, Küchla, nie potrafisz żyć bez Rosyi.
— Potrafię! My i w Rosyi obcy; nie ojczyznę opłakujemy, a za ojczyzną tęsknimy, nosimy żałobę nie po tem, co umarło, lecz po tem, co się jeszcze nie narodziło. Nie wiem, jak ty czujesz, Golicyn? Lecz dla mnie Rosya dzisiejsza jest całkiem oplugawiona, okrwawiona. Czarne dni nastały i potrwają długo, jakie pięćdziesiąt, a może i sto lat! Umrzeć nam przyjdzie w głuchej pustyni, zdala od świętej ziemi Syonu, gdzie można żyć i śpiewać podniosłą pieśń.

Bo niewolnicy co wloką okowy
Podniosłych hymnów śpiewać nie zdołają.

— Więc jakże przyjacielu, czy chcesz?
— Nie Küchla, nie chcę; i zresztą jakże tu choremu człowiekowi włóczyć się po mrozie.
— No! jak uważasz, ale jeszcze się zastanów, pomyśl; ja jeszcze raz zajdę.
— Owszem zajdź, pomyślę jeszcze — odrzekł Golicyn, byle się go tylko pozbyć, a w duszy jego powstała zła myśl. »Niemiec i dlatego ucieka«, lecz stłumił ją natychmiast i pożegnał się z Küchlą, równie serdecznie, jak go był powitał.
Po odejściu gościa, Golicyn zamyślił się, nie o ucieczce, bo o tem nigdy nie myślał na seryo, lecz o tem, co będzie, skoro go zaaresztują. Nie zastanowił się jeszcze dotąd nigdy poważnie nad takim obrotem rzeczy, nie zaglądał w przyszłość i żył z dnia na dzień, jakby ukołysany w kolebce, jaką był dla niego ten żółty wesoły pokój. Zdawało mu się niby, że świat kończy się za wrotami starego ogrodu, oprószonego śniegiem i czepiał się sam niedorzecznej nadziei, że go nie znajdą. Stary dom, wierny druh, dobra kryjówka, jakbyś wpadł na dno morskie, nie znajdą, nie odszukają. Przyczai się tu, przeczeka, a potem odjedzie z Marynką, do Czeremuszek, lub jeszcze dalej na kraj świata, ożeni się z nią, poszle do dyabła politykę i będzie poprostu szczęśliwy.
Dopiero po wizycie Küchli, zrozumiał, że uwięziony będzie na pewno i pomyślał, co się stanie z Marynką. Przypomniała mu się rozmowa, jaką miał z Niną Lwowną. Czterdziestoletnia matka Marynki, wychowanka instytutu, kształcona pod wpływem sentymentalnych romansów pani de Susa, i Genlis, naiwną była w życiowych sprawach i niepraktyczną, jak dziecko. Dowiedziawszy się od Trudina o wykupie Czeremuszek i widząc zabiegi Golicyna o względy Marynki, ucieszyła się bardzo, nie rozumiała tylko dlaczego Golicyn nie pomówi z nią, matką, o swych uczuciach i uważała to za niewłaściwe. Lecz skoro dowiedziała się, że i on brał odział w buncie 14-go grudnia, zlękła się mocno. Długo kryła się z tem, milczała i czekała, czy on pierwszy nie zacznie, lecz w końcu nie wytrzymała i zaczepiła go sama.
Zaczęła zdaleka o swem samotnem wdowieństwie, o sieroctwie Marynki, o tem, że wierzy w uczciwość zasad Golicyna i czystość jego zamiarów, a ostatecznie sapytała go wprost:
— Jak myślicie książę? czy sprawa ta zakończy się dla was pomyślnie.
— Jaka sprawa? — spytał Golicyn, lubo odrazu zrozumiał o co chodzi, lecz było mu wstyd i straszno. »Skrzywdziłem córkę, myślał i matka wie o tem«.
— A! te straszne wypadki 14 grudnia — zaczęła Nina Lwowna — darujcie, że mówię tak prosto z mostu, ale widzicie, ja matka, a taki szlachetny człowiek, z uczuciem szlachetnem jak pan, zrozumiecie chyba łatwo serce matki. Mówcie więc szczerze Waleryanie Michajłowiczu, w waszych rękach nasz los.
— Pozwólcie Nino Lwowna — odparł Golicyn — że odpowiem wam równie szczerze, jakeście mnie spytali. Nie; sprawa moja nie skończy się pomyślnie, uwiężą mnie, będą sądzić i skażą albo na śmierć albo na więzienie i katorgę.
Ona zbladła tak, że zdawała się, że za chwilę omdleje.
— A co będzie z Marynką? — załamała ręce z płaczem. — Co robić? poradźcie książę, poratujcie.
W zapłakanej jej twarzy odbiło się podobieństwo z płaczącą Marynką.
Golicyn wziął jej rękę i pocałował a szacunkiem i miłością.
— Jam winien bardzo wobec was Nino Lwowna, lecz daję wam słowo, że zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, aby Marynka o mnie zapomniała i najlepiej będzie, jeśli wyjedziecie panie obie natychmiast do Czeremuszek.
Na tem skończyła się rozmowa, lecz teraz dopiero zrozumiał, że złożył przyrzeczenie, które wykonać jest nad siły jego. Łatwo powiedzieć »zrobię wszystko, aby o mnie zapomniała«. Im więcej myślał o tem, tem więcej czuł się winny. Nieświadomą dzieweczkę, dziecko prawie, wlecze oto ze sobą na mękę, której może sam przenieść nie zdoła, chwycił się jej jak tonący i ciągnie na dno, albo jak ten wędrowiec w pustyni, co uciekając od zwierza wpadł do studni i zawisł na sęku i rwie maliny z krzaka zwisającego nad studnią, zapominając o otchłani.
Siedział z myślami temi przy oknie w żółtym pokoju, gdzie mroczno było jeszcze pomimo południowej godziny. Zawieja oblepiła okna śniegiem, stare drzewa za oknem skrzypiały z jękiem targane wichurą, wicher hulał w kominie wyjąc żałośnie i smętnie; Golicynowi ciężko się zrobiło na duszy i bezgranicznie smutno. Przypomniał, jak uciekając z placu, stał pod ścianą w ognia wystrzałów w wązkiej uliczce jak zapragnął gorąco śmierci i przyłożył już pistolet do skroni, lecz odjął go, wspomniawszy Marynkę. Dlaczego to uczynił?
— O czem tak dumacie? — usłyszał głos Marynki i wzdrygnął się, bo nie zauważył jej gdy wchodziła do pokoju. Uśmiechnął się do niej jak zawsze gdy ją widział lecz nic nie odrzekł.
Na wieszadle przy drzwiach zawieszony był płaszcz jego, ten sam, który miał na placu, Marynka zdjęła go, usiadła przy stoliku z robotą i cerować zaczęła małe okrągłe dziurki powstałe od kul.
— Widocznie ten gość rozstroił was, któż to taki? — pytała, nie podnosząc oczu.
— Stary przyjaciel Wilhelm Küchelbeker.
— Także był a wami na placu?
— Był.
— O czemże mówiliście? Czy sekret?
— Radził uciekać.
— No! a wy?
— Ja nie chcę.
— Dlaczego?
— Ja bez Rosyi nie mogę i bez was.
— Dlaczego bezemnie, ja przecie z wami.
— A Nina Lwowna?
— Mama także a nami, a jeżeli nie, to możemy i bez mamy. Gdzie wy, tam i ja. Czy widzicie tę igiełkę z nitką, gdzie igła tam nitka.
On śledził w milczeniu ruchy cienkich paluszków wywlekających i przeciągających nitkę, która migała mu szybko przed oczyma, — ona spokojna i pogodna cerowała krągłe dziurki.
— Ja wciąż myślę o tem Marynko co będzie a tobą, gdy mnie wsadzą do więzienia.
— A może cię nie schwycą.
— Na pewno schwycą.
— To i cóż ze mną będzie, to samo co i z tobą — odpowiedziała spokojnie, jakby już dawno wszystko postanowiła.
Zamilkli oboje.
— Marynko! Czy drobisz o co cię poproszę? Przyrzeknij.
Spojrzała na niego.
— Poco? Wiesz bardzo dobrze, że zawsze robię to co chcesz.
— Wszystko.
— No! oczywiście! — odparła, z tym swoim miłym uśmiechem, który tak lubił.
Zatrzymał się chwilę zbierając siły.
— Wyjeżdżaj natychmiast do Czeremuszek — rzekł stanowczo.
Ona przestała szyć; podniosła oczy i spojrzała na niego, długo, uważanie jakby nie rosumiała o co chodzi i próbowała pojąć.
— A jakże wy bezemnie?
— Mnie tak lżej.
— Samemu lżej?
Milcząc, potwierdził głową.
Popatrzyła na niego jeszcze uważniej, jeszcze spokojniej i zaczęła:
— To nie prawda! Dlaczego mówicie nieprawdę?
— Owszem, to prawda.
— A no dobrze; ale i wy zróbcie teraz, o co was poproszę i powiedźcie, że nie kochacie mnie, to znaczy nie tak...
— Jakto nie tak?
— A oto tak. Jeśli ścisnąć kogo za rękę trochę za mocno, to boli, lecz gdy ranę urazisz, boli nieznośnie. Otóż ja tak kocham, a jeśli wy nie... powiedźcie tylko, to zaraz odjadę.
Spokojna stanowczość, biła z jej twarzy i głosu i Golicyn zrozumiał, że jeśli powie »nie tak«, ona naprawdę odjedzie i wszystkiemu będzie koniec. Milczała, czekając, a on nic nie mówił; wtedy witała, podeszła do niego, objęła głowę rękoma i pocałowała w czoło.
— Jakiś ty głupiutki! Boże mój! żeś mi to dał takiego głuptaska — uśmiechnęła się, a on tak samo, jak w czasie choroby pomyślał, że jest małem dzieckiem, a ona duża weźmie go na ręce i nieść go będzie, jak matka dziecko.
Marynka wróciła do swego stolika i zaczęła znów cerować.
— No! A teraz raczcie powiedzieć, coście takiego nabroili, bo ja muszę wszystko wiedzieć.
— O czem tu mówić Marynko! polityka przenudna materya!
— Myślisz, że nie na mój rozum. To nic, mów! Może jakoś pojmę.
»Mówić z osiemnastoletnią dziewczyną o polityce, czyste utrapienie« — pomyślał Golicyn, w przekonaniu, że ona nie zrozumie.
I w samej rzeczy dopóki mówił z tem uczuciem, ona nie zawsze pojmowała i zadawała niekiedy tak dziecinne pytania, że urywał w pół zdania, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
— Widzisz, jaka ja niemądra — śmiała się. — U nas na balu w powiecie kawaler pewien spytał panny, co ona czyta; odpowiedziała: czytałam różową książkę, a moja siostra niebieską. Otóż ja taka sama jestem.
Lecz skoro opowiadać zaczął o Zofii Naryszkin, nachmurzyła się, a oczy jej błyszczały tak, że pomyślał: »Rozpłaczę się«.
— Ale ty ją jeszcze kochasz, jakby była żywą.
— Tak, jak żywą.
— I mnie razem.
— Tak, razem.
— Portret jest?
— Jest.
— Pokaż!
Zdjął z szyi medalion a portretem Zofii Naryszkin. Ona długo wpatrywała się weń, milcząc, potem pocałowała miniaturę i rozpłakała się.
— Jaka ja zła! Jaka szkaradna dziewczyna — uśmiechała się przez łzy. — No, oczywiście, razem, razem obie kochać cię będziemy.
— A wiesz, Marynko! Tyś czytała przynajmniej różową książkę, a ja co? Wszyscy rozumni ludzie to najgorsi durnie! Uśmiechał się także przez łzy.
Teraz dopiero widział, że ona wszystko pojmuje, widzi na wskroś, wchodzi niejako sercem w serce. O tem, że zamierzał zabić ojca Zofii, cesarza Aleksandra, straszno było powiedzieć; chciał zataić, lecz nie mógł, przyznał się i do tego. Z początku nie wierzyła i dopytywała się, jakby nie rozumiejąc.
— Chciałeś zabić jej ojca? I ona wiedziała?
— Wiedziała.
— Nie! nie! dosyć! Nie trzeba mówić o tem. Nie mów, ja teraz nie zrozumiem, może potem.
Czasem wchodził ktoś do pokoju, przerywając im, lecz skoro tylko zostali sami ona nagliła go.
— No! mów! mów! co dalej.
Skoro ściemniło się i zapalono świecę, przeszli do błękitnego pokoju, tego samego, gdzie stały krosna i gdzie powiedział, że ją kocha, żegnając ją przed 14 grudnia.
Tu nikt im już nie praeszkadzał.
Marynka usiadła w tem samem miejscu, co wtedy przed krosnami, na których rozpięty był jeszcze nieskończony haft wyobrażający białą papugę na zielonem polu. Żółty czubek Potapa Potapicza wyszyty był zaledwie do pożowy. W kącie płonęła stłżmionem światłem olejna lampa w matowej kuli, a od okien kładły się na podłodze czworokątne smugi księżycowego światła.
Pod wieczór zawierucha ustała, poszarpane strzępy obłoków, ciemne, to jasne płynęły po niebie na kaztałt widmowych wizyi, kwiaty mrozu wykwitłe na szybach iskrzyły się w tem świetle błękitem szafiru.
Golicyn opowiadał długo Marynce o tajnym związku w południowej armii, o Sergiuszu Murawiewie i jego katechizmie, a ze sposobu w jaki go słuchała, widział, że pojmuje wybornie rzeczy zasadnicze.
»Królowie — czytał — przeklęci są od Boga jako ciemiężyciele narodów, dla oswobodzenia ojczyzny wszyscy powinni złączyć się i powstać przeciw tyraństwu, by ustanowić wiarę i wolność w Rosyi. Skruszeni w długiem poniżeniu naszem oddamy cześć; bo jeden będzie wtedy król na ziemi i w niebie Jezus Chrystus«.
— Przecież Chrystus jest tylko w niebie — zauważyła prostodusznie Marynka.
— I na ziemi także.
— Gdzieżby na ziemi? — zaprzeczyła jeszcze prostoduszniej, tu go nie widać.
— Właśnie dlatego nie widać, że tu zamiast Chrystusa, panuje zwierz, trzeba zwierza zabić.
— A! czyż wolno zabijać dla Chrystusa? — odrzekła.
Przed chwilą bał się, że ona nie zrozumie, a teraz zrobiło mu się straszno, bo zbyt dobrze rozumiała; osiemnastoletnia dzieweczka prawie dziecko jeszcze, przejrzała odrazu najgłębszą tajnię ducha jego, najsroższą ducha mękę.
Nagle wstała i zajrzała mu w oczy, kładąc mu ręce na ramionach.
— Walerianie Michajłowiczu, wierzycie wy w Chrystusa?
— Co ty Marynko?
— Wierzycie? czy tak?
— Wierzę w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jedynego i że zrodził się z Ojca przed wiekami — odparł z przejęciem Golicyn.
— No! Bogu dzięki — odetchnęła a ulgą przeżegnała się. — A to wszyscy mówią o was. »Buntowniki bezbożne«. Więc i ja pomyślałam głupia. Nie gniewajcie się za to na mnie. Papa bywało mówił: »Nie wszystkiemu wierz, co ludzie mówią, a własnym rozumem żyj«, a ja swego rozumu jeszcze nie mam i w tem bieda.
Zamyśliła się jakby coś sobie przypominając.
— Już wiem do czego to podobne — zawołała z radością — poczekajcie zaraz wam pokażę.
Pobiegła do swego pokoju i wróciła za chwilę, niosąc książeczkę w oprawie z czarnej skóry tłoczonej złotem. Był to jeden z tych sztambuchów, w którym powiatowe panie i panienki wpisywały sobie wierszyki sentymentalne:

Dziś każde serce zdradą dysze
Wierności się nikt nie użali
Złudne przysięgi Amor pisze
Strzałą na płynnej fali.

A dalej komplement:
Cazrne twoje o czy Marie noszą żałobę po tych, których jasnego światła zbawiły.
Odwróciła kilka stronnic i pokazała mu wyblakły już nieco ustęp, wypisany dużem okrągłem pismem staroświeckich nieco konturów.

Ukochanej córce Marynce. Niech ci poszle Bóg, wspólnika na drogę życia, ani bogatego, ani świetnego, lecz przyozdobionego szlachetnością serca podłóg następujących słów najszczytniejszego z pisarzy naszych Aleksandra Mikołajewicza Radiszczewa. Gdyby prawo, car lub jaka bądź inna ziemska władza, nakłaniała cię do kłamstwa lub naruszenia cnoty, trwaj w niej niezachwianie i nie bój się ani szyderstwa, ani męki, ani bólu, ani nawet śmierci samej. Zawziętość wrogów twoich skruszy się o wytrwałą trwałość twoją i żyć będziesz w pamięci dusz szlachetnych do końca wieków. Paweł Tatyczew.

— Pan Radiszczew był przyjacielem tatusia — pochwaliła się Marynka. — A oto jeszcze:

O pomnij Maryo przebłogie słowa
Nasienie niewiasty zetrze węża głowę.
Aleksandsr Łabzin.

— To był także przyjaciel tatosia — pochwaliła się znów.
— Tak więc oto czyjaś ty chrześniaczka, Łabzina i Radziszczewa — nśmiechnął się z radością Golicyn i zdało mu się, że od tej chwili złączeni są węzłem nowego powinowactwa.
— A ty co myślałeś? — zaśmiała się z tryumfem. — No, a teraz mów, opowiedz co dalej.
Skoro opowiedział, jak czternastego Mikołaj strzelać kazał do bezbronnego ludu, ona wyszeptała blednąc.
— Jeśli tak, to zabić zwierza — i nie spytała już czy wolno zabijać dla Chrystusa, a i on zrozumiał, że tym razem nie tylko pojęła, lecz i przyjęła za swoje, i nie opuści go w najgłębszej tajni ostatniej męki i nie odstąpi go przed ludzkim, ani nawet przed Boskim sądem.
Skoro skończył wreszcie, Marynka przysiadła przy nim na poręczy fotela i tak samo jak w czasie choroby, przysunęła twarz swą do jego twarzy. Siedzieli tak milcząc i patrzyli na postrzępione chmury obłoczne płynące po niebie. Księżyc krył się za nie to znów wyzierał, a w miarę tego kwiaty mrozu na oknie gasły to roziskrzały się błękitem szafirów.
— A pamiętasz Marynko jak mówiłaś, że ziemię kochać grzech, niebieskie tylko rzeczy miłować trzeba.
— Czy mówiłam? Nie! Nie pamiętam. Ach tak! poczekaj! to było wtedy gdyśmy jechali nocą dyliżansem. Dlaczegoś to tak zapamiętał.
— Bo widzisz, ojczyzna także ziemią, a czyi ojczyznę kochać grzech?
— Pocóż to? widocznie powiedziałam wtedy głupstwo.
— Nie! nie głupstwo, a tylko nie wszystko. Bo widzisz, wszystkiego o tem nikt z nas nie wie.
Mówił spokojnie, lecz Maryńka poczuła odrazu, że to dla niego najważniejsze. Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
— Nikt nie wie o czem? — spytała szeptem.
— O ziemi i niebie, jak ziemię i niebo razem kochać — odrzekł jej równie cicho.
— Razem! — powtórzyła w zamyśleniu!
— Tak jak ty mnie i Zofię razem kochasz.
Znowu umilkła, pogrążając się w głębszej jeszcze zadumie, a potem rzekła z takim wyrazem twarzy, jakiego nigdy jeszcze u niej nie widział.
— Dawno bardzo, pamiętam to, jak przez sen, bo byłam bardzo jeszcze maleńka, pływaliśmy łódką z tatusiem. Młyn u nas, w Czeremuszkach, pod samym prawie dworem, rzeka groblą zatamowana, woda cicha, gładka, jak lustro. Długośmy tak pływali, aż wieczór nadszedł, prawie że noc; a woda jeszcze cichsza, jeszcze gładsza, że zda się, wcale jej niema i po powietrzu pływamy. Na niebie duże, białe obłoki, widać przez nie gwiazdy, w dole to samo, także obłoki i gwiazdy. Niby dwa nieba, jedno w górze, drugie w dole, a my pośrodku. Straszno i pięknie. Tak pięknie... Ot, jak teraz my z tobą. Wiesz! to samo, to samo, powiedz, czy nie to?
— To, Marynko! to.
I oboje umilkli, bo słowa wyczerpały się, jak wąska kładka, rzucona nad przepaścią. Patrzyli na siebie bez słów, aż zjednoczył ich pocałunek.
Skoro on oprzytomniał, Marynka odeszła już od niego i stała przy oknie. Pytała go o coś, czego nie mógł zrozumieć, wreszcie pojął.
— A czy pamiętasz, jak wilją, czternastego, tyś mi powiedział, że idziesz na śmierć także i za mnie. Pytałam dlaczego także i za mnie, a tyś mi wtedy nie odpowiedział.
— Dlatego, że gdy za Rosyę, to i za ciebie, a czy ty zresztą sama wiesz, Marynko, kto ty?
— No kto?
On nic nie odrzekł, wpatrzony w nią. Cała biała na tle roziskrzonych na szybach szafirów, przeniknięta blaskiem miesięcznym, była mu razem bliska i daleka.
— No kto ja? — spytała znów i spuściła głowę pod jego wzrokiem, który zdawał się patrzeć nie na nią, a poprzez nią na jakąś drugą.
Coś przeszyło serce jego jak grotem, tak że osunął się na klęczki.
— Rodzona ty moja, rodzona! — powtarzał, jakby w tem jednem słowie mieściło się wszystko, co czuł dla niej i pochylił głowę do jej stóp i całował je. Jak na krańcach stykają się niebo i ziemia, tak one dwie razem ziemska i niebieska Marya i Zofia, a w nich jedna jedyna.
Czuł w tej chwili, że się już niczego nie zlęknie, kajdan, tortur, ni śmierci; wiedział, że ona odgrodzi go od wszystkiego, ściana niewzruszona, wieczysta orędowniczka, radość niewyczerpana. A choćby go i w piekło zesłali, to ona i tam zajdzie do niego w otchłań ciemności, a ciemność obróci się w światło i »nasienie niewiasty zetrze głowę węża«.


Siódmego stycznia, w pierwszym dniu dozwolonym, Golicyn wziął ślub z Marynką, a następnego dnia został aresztowany.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.