Drogą czwartaków od Ostrowca na Litwę/Rozdział ósmy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Drogą czwartaków od Ostrowca na Litwę
Wydawca Centralne Biuro Wydawnictw N.K.N
Data wydania 1916
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ ÓSMY.

Dyspozycya na dzień 29/7. brzmiała:
»Czwarta armia rozpocznie dalszą ofenzywę. Silne oddziały I. brygady w ścisłej łączności z 60. brygadą przekroczą zagłębienie Radawczyk-Babin o świcie 29/7. — Jako rezerwa, pułk 4. — Wszystkie oddziały Leg. Pol. stać będą w pogotowiu, aby przejść w danej chwili natychmiast do ataku, względnie, — gdyby nieprzyjaciel natarł — powstrzymać go.«
Zaczem jeszcze z wieczora na 29. nakazano w pułku ostre pogotowie. Wydano dyspozycyę komendantom batalionów i komendantom oddziałów karabinów maszynowych.
O 3. godzinie w nocy — alarm. Słyszymy: atak na obu skrzydłach. Posunięto bataliony. Pułk jednak nie wszedł w działanie.
Przez cały dzień 29. stały oddziały pułku w po: gotowiu. Wieczorem zanieciły się na skłonie północno-wschodnim łuny dalekie pożarów. Olbrzymia łuna z wyjawem — zdało się — płomieni wykwitła w stronie Lublina. Mówią: to Lublin się pali... Gniew nas ogarnia bezsilny. Miasto pragnione... Nie zdążymy.
30. sierpnia wczas rano zarządzono wymarsz.
Już dnia poprzedniego dane były dyspozycye odnośne, to też pułk zwinął się szybko. Godzina nie uszła, jak wszystko spakowane — porządkiem unormowanym pułk wyruszył.
Mija nas sznur konnicy Beliny. Gdzieś spieszą. Słyszymy, że por. Ostoja ze swym oddziałem przejechał. Czyżby już do Lublina? Nie wskazują na to dyspozycye, wydane batalionowym, iżby marsz odbywał się w bojowem pogotowiu.
Wkraczamy do wsi, gdzie stała brygada pierwsza. Widać odcinki rowów wzdłuż rzeczki i rzadkie doły okopań tyralierskich. Łączki, moczary, z których dźwiga się połogie zbocze pól.
W połowie wsi bataliony otrzymują rozkaz rozwinięcia się w kolumny rezerwowe, co gdy wykonały z precyzyą, nadchodzi zmiana: maszerować dalej, na Radawczyk.
Ruszamy więc pod górę, mijamy wozy trenowe brygady — u czoła wzniesienia napotykamy znakomicie urządzone pozycye rosyjskie. Dalej za przechyleniem cmentarz, z napoły porozbijanymi nagrobkami. Stała tu widać baterya nieprzyjacielska, i nasza artylerya ostrzeliwała to miejsce. — Słyszymy, że patrole wyłapują po lasach (na prawo) Moskali.
W drodze otrzymuje Komenda pułku odpis rozkazu (do brygady I):
»Nieprzyjaciel na całym froncie 4. armii w odwrocie. Komenda armii nakazuje bezwzględny pościg aż do linii potoku Ciemięga. Brygada I. starać się ma dojść jednym ciągiem do linii Dąbrowice-Płonszowice. Czwarty pułk podejdzie do Uniszowic. Komenda Legionów do folwarku Motycz.«
Dążymy dalej, mijając rzadkie osady. W Teresinie zarządzono krótki spoczynek obiadowy. Komenda pułku staje przy jakiejś chacie koło sadu. Dostajemy garnek mleka kwaśnego, chleb razowy, masło. Migiem się to minęło. — Kuchnie pułkowe nadciągnęły, wydają kompaniom obiad.
Odwiedza Komendę pulku Ekscel. Durski, w przejeździe do Motycza.
Z południa ruszamy dalej wskazaną drogą na Motycz. Bataliony maszerują w pewnych odstępach za nami. Dobijamy do toru kolejowego. Komenda pulku wysyła meldunek: »Godzina 3. po poł. 4. pułk przekracza linię kolejową Iwangród-Lublin.« Mijamy tor, na prawo zostaje stacya Konopnica, i wyjeżdżamy na szosę, idącą z zachodu do Lublina.
Jakżeż nam przykro, że będąc tak blizko upragnionego miasta, musimy — podług wskazanego kierunku pościgu — wyminąć je i, dziesięć wiorst jeno oddaleni, przejść dalej na północ.
Widzimy już ze wzniesienia wizyę białych i różowych wież, niby zjawę podkrakowskich Bielan.
— Lublin...
Mijamy, jadąc szosą, drogę do Motycza — aż zatrzymujemy się u wylotu drogi bocznej, obsadzonej drzewami, wiodącej do Uniszowic. Tam naznaczone na dzisiejszą noc kwaterę pułku.
Nadjeżdża wlaśnie paru jeźdzców od strony Lublina. Porucznik Kleeberg, zastępca szefa sztabu Komendy Legionów.
— To od Lublinianek — mówi, podając róże pułkownikowi. Opowiada z zachwytem o mieście, o powitaniu entuzyastycznem, jakie spotkało pierwszych wjeżdżających do miasta: Ułanów Ostoi i ułanów Beliny.
— Kto chce jechać do Lublina? — rzecze pułkownik. — Ja niestety nie mogę. Orkan? Bobrowski?
— Rozkaz.
Nie ociągając się, ruszamy z kopyta. Z nami por. Rawnikar. Pędzimy bez wytchnienia, aż konie pot oblał.
Zwalniamy. Wyłania się miasto w blaskach zórz zachodu. Różowe wieże i mury nad złotem polem zbóż...

~~~~~~~~~~~~~~

Nie będę opisywał szczegółowo przyjęcia, jakiego w Lublinie doznaliśmy.
Na zawsze w pamięci serc zostaną te chwile tym z legionistów, którzy mieli szczęście stanąć w Lublinie nie w pierwszy dzień po wyjściu Moskali.
Czuło się po martwocie ziem Zawiśla, po oziębłej rezerwie Piotrkowa, że się do Polski wjechało.
Ulice rojne, tętniące ruchem oswobodzenia, twarze radosne, okrzyki witające — życzliwość oczu spotykanych — gościnność otwarta serc — entuzyazm wolności. Młodzież, z piwnic wywarta na ulicę — inż w szeregach ochotniczych, w szarych mundurach strzeleckich... Wszystko to w obliczu walki, przy blizkim huku dział.
Wchodzimy do składu aptecznego. Subiekt prosi nas do pokoju obok. Zastajemy tam grono osób: kilku księży uciekinierów z okolicy, kilku miejscowych obywateli.
— Prosimy! prosimy!
— My was tu już, panowie, od rana czekamy.
Porywano nas w ramiona.. Wiwaty, »zdrowia« tokajem — przemowy gęste.
— Dzięki Bogu i wam, miasto ocalało. Ledwie pocztę zdołali podpalić.
Doktorowi zaofiarowano na odchodnem kilkanaście flaszek koniaku i starego tokaja dla chorych.
Jesteśmy w składzie wedlin. Po poczynionych dla pułku zakupnach gœpodarz zwraca się do nas, że »żona prosi, byśmy im tę łaskę uczynili i wstąpili na góre na herbatę.« Herbata owa, to wspaniałe przyjęcie. Cała rodzina, panny sklepowe, ksiądz z siostrą z okolicy tu schroniony. A najciekawsze nas dwa dziewczątka, jeżeli pamiętam dobrze: Stefka i Janka. Opatrują nas ze wszystkich stron.
— Ona chce o coś prosić — mówi Janka.
— Żeby mi pan dał tego orzełka, co pan ma na czapce — mówi odważnie Stefka.
— Ależ Stefciu! — woła matka.
— Ja chcę orzełka.
— One, proszę pana, ze strychu przez okienko na zmianę od świtu wyglądały, kiedy Legioniści wejdą.
— Mam już orzełka! mam!
Wieczór spotykamy kolegów 2 pułku. Pułkownik uwolnił po kilku z batalionu oficerów na wieczór do Lublina.
Całą piersią chłoną entuzyazm miasta, nim przed świtaniem wrócą.


Oddział karabinów maszynowych por. Klisiewicza.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.