Historja o bladej dziewczynce z pod Ostrej-Bramy/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historja o bladej dziewczynce z pod Ostrej-Bramy
Wydawca Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I.

Byłeś kiedy wieczorem u Ostrej-bramy?... może nigdy; może tylko przechodziłeś przypadkiem, prędko, na nic nie uważając, świszcząc piosnkę wesołą, otulając się od chłodu, powracając z wieczoru za miastem. Wątpię bardzo, żeby ciekawość lub nabożeństwo przyprowadziły cię tam późną nocą, wątpię żebyś doznał tego, czego doznaje człowiek nie ze wszystkiem zepsuty w tem świętem miejscu. Pozwól więc opisać Ostrę-bramę wieczorną. Widziałeś ją w dzień, może w chwili nabożeństwa, kiedy ulice założą barykadą i tłum ciśnie się przed obraz Matki Bożej, gdy na odgłos dzwonka głowy się strojne i niestrojne uchylają, gdy przy blasku słońca wśród wrzawy dziennej skupia u nóg swoich małą liczbę nabożnych wmięszaną w tłum obojętnych; ale inna, inna jest Ostra-brama wieczorem.
Gasną światła latarni, ustaje turkot powozów, ciemnieją po jednemu okna kamienic, doróżki nawet powoli oddalają się i nikną, następuje cisza, w której najlżejszy szelest staje się znaczącym, wybitnym, że tak powiem charakterystycznym. Wśród dnia wrzawy, hałasy, stuki, głosy, szmery mieszają się i zlewają w jeden dźwięk nierozwikłany, pospolity, nie znaczący; w nocy każdy głos osobno nabiera znaczenia, zwraca uwagę, każe myśleć o sobie. Mało jest przesuwających się postaci, każda też postać wabi oczy, zastanawia.
Ulica Ostro-bramska jedna z pierwszych usypia i pustą się staje... natenczas widzisz w niej tylko, między niebem a ziemią zawieszone światełko przed obrazem Bogarodzicy, drobne, słabe, lecz nie gasnące nigdy. Zbliżasz się, pusto i cicho, jakaś atmosfera spokoju cię owiewa, zda ci się że płaszcz Matki Bożej zsunął się aż na ciebie i osłonił cię, otulił. W górze za szklannemi drzwiami błyskają odbite od ozdób obrazu iskierki, które wedle kaprysu fantazji składają się na dziwne konstelacje. Jeśli z innego świata idziesz, postój chwilę i poczekaj, aż cię przejmie wiara, aż uczujesz potrzebę modlitwy. Naówczas z rozgrzanem sercem, wśród tej ciszy, ciemnoty, przed jedynem tem światełkiem, dusza twoja wyrwie się z objęcia ciała i poleci do Boga! O! nigdy wśród wrzawy tak się człowiek nie modli.
Cóż jeśli traf szczęśliwy da ci tam towarzysza, jakże potężnie naówczas uczujesz żeś mu bliźnim, bratem, choćby on był w łachmanach; jakże silnie zrozumiesz, gdy twój i jego krzyk boleści wyrwą się z piersi razem, żeście obydwa z jednej gliny ludzie! Jakże boleśnie przeszyje cię i ubodzie usłyszana przechodzącego zimnego człowieka piosenka pusta, podobna szatańskiemu szyderstwu!
Taką jest Ostra-brama w nocy, takie wzbudza uczucia... nie w każdym może, ale przynajmniej w niezewszystkiem jeszcze popsutych ludziach.
Jednego wieczora jesiennego, kiedy już ulice puste były zupełnie, gdy światła pogasły i to jedno tylko, które nabożeństwo u obrazu Matki Bożej zapala, gorzało, szedł ktoś świszcząc piosenkę wesołą z za Ostrej-bramy w miasto. Dochodził do samych wrót, które ciemne i straszne otwierały się przed nim, gdy wśród najweselszych myśli, przyszło mu do głowy podanie o owych Szwedach, którzy za nieuszanowanie obrazu Matki Bożej, skarani śmiercią na temże miejscu zostali. Młody człowiek świstać przestał mimo woli, wszedł dość bojaźliwie w przejście ciemne i westchnął. Owionęła go owa atmosfera Ostrej-bramy wieczorna, niosąca w piersi uczucia religijne. Minął szybko wrota i wyszedł w ulicę. Tu zdjął kapelusz z głowy i znowu pod wpływem miejscowym, zastanowił się szepcząc modlitwę, której początek był próżnemi słowy, a koniec zajaśniał dopiero uczuciem. Już miał odchodzić, gdy usłyszawszy blisko siebie szelest jakiś i westchnienie, zastanowił się zadziwiony, jeśli nie przelękły... Spojrzał.
W galerji, na kamiennej posadzce klęczała postać, oświecona bladem światłem lampy od obrazu; długi cień czarny wlókł się za nią, niknąc w ciemnościach. Nie widać było twarzy, nie poznać wieku, nie odgadnąć postawy, uczuł jednak bardziej niż zobaczył młody przechodzień, że to była kobieta. Któżby był tak obojętny, aby w tej godzinie, ujrzawszy kobietę modlącą się na klęczkach, nie zapragnął poznać, jaka boleść ją tu przywiodła. Młody człowiek cicho się przesunął, i stanął za nią. Zdało się że nic nie widziała, a przynajmniej na nic nie uważała, bo nie postrzegł poruszenia żadnego. Wśliznąwszy się w galerją naprzeciw światła, które ją oświecało, dokładniej mógł rozpoznać tajemniczą kobietę. Ujrzał zgrabną postać, każącą się domyślać młodości, drobne kształty, maleńką główkę gładko uczesaną i niczem nie pokrytą, ręce załamane i ściśnione. Im bardziej się w to zjawienie wpatrywał, tem więcej dla niego nabierało zajęcia. Uczuł że po za tą modlitwą musiało być życie ciekawe, zarody cierpień, wiele boleści i pojął że po tej modlitwie następowała przyszłość niemniej zagadkowa i tajemnicza. Przeszłość i przyszłość tej kobiety zajęły go i zapaliły, dałby był wiele, żeby to życie wiedzieć, które w tej chwili wykwitało w smutnej modlitwie. Pomyślał, że dziewczynka skończy kiedyś przecie, odejdzie i czekał. Ona klęczała z załamanemi rękoma, tylko po chwilce opadła, skurczyła się, opuściła ręce, obwinęła chustką, sparła o mur i zdawała się już dumać nie modlić.
Wśród dumania wyrywały jej się niezrozumiałe pół słowa, zrozumialsze westchnienia; nareszcie głowa co raz na piersi się pochylać zaczęła, jak gdyby pod ciężarem jakim i dziewczynka widocznie usnęła.
Młody człowiek ujrzał to ze zdumieniem, sądził że przypadkiem chyba, ze znużenia w takiem miejscu zadrzemać mogła i umyślnie stuknieniem o kamienie ją przebudził. Obejrzała się, westchnęła, podniosła oczy na obraz i usnęła znowu.
— Miałażby tu noc przepędzić w ulicy? — pomyślał, — to niepodobna prawie! Cóżby to znaczyło?
— Poczekajmy! — I znowu czekał pochwycony za serce tą postacią tajemniczą.
Czekał długo, czekał niecierpliwie, nic się nie mogąc doczekać, gdyż dziewczynka w pół siedząc, w pół klęcząc spała. Zegar u św. Kazimierza bił pierwszą z północy.
— Pójdę do domu, — rzekł w sobie Edward, — to chyba żebraczka.
Już miał odchodzić, kiedy spiącej kilka słów z ust się wyrwały; zatrzymał się, spiąca mówiła przez sen.
— Matko Boża, Matko Boża!... Zlituj się nad sierotą!
Potem znowu.
— Widzisz żem niewinna!... Umrzeć... umrzeć... z głodu!
I jeszcze po chwili.
— Nikt nie przyjął! Matko Boża... biedna Julka!
Te słowa z głębi duszy wschodzące, jak echo myśli, które tylko co jeszcze na jawie głowę biednej dziewczyny opasywały; przejęły głęboko Edwarda. On nigdy nie płakał, bo łzy się wstydził, jak niemęzkiej rzeczy, teraz przecie uczuł łzę na powiece i drżenie serca. Sięgnął do kieszeni, wyjął co miał i po cichu położył pieniądze na kolanach dziewczynki... Przeżegnał się i po cichu oddalił.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.