I Sfinks przemówi.../„Życie we dwoje“, — komedja H. Boccage

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł „Życie we dwoje“, — komedja H. Boccage
Pochodzenie I Sfinks przemówi...
Wydawca Instytut literacki „Lektor“
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia Dziennika Polskiego we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa — Poznań — Kraków — Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
„Życie we dwoje“, — komedja H. Boccage.

Tak — zapewne, gdyby nie było „Rozwiedźmy się[1]“ i gdyby ów pomysł dobrowolnego rozstania się małżonków nie był już wyzyskany przed kilkunastu laty — sobotnia premjera miałaby pewne szanse powodzenia.
Cóż jednak na to począć, skoro „Rozwiedźmy się“ istnieje, jest umiane na pamięć przez wszystkich niemal widzów i starszych i młodszych. Autor „Życia we dwoje“ postąpił tak bez ceremonji z autorem „Rozwiedźmy się“, że nie tylko zaczerpnął od niego pomysł, ale pobrał całe sytuacje, ba... nawet frazesy. Przytoczyć można naprzykład tyrady Cyprjanny do Prunelesa’a w akcie pierwszym w „Rozwiedźmy się“ o wyhulaniu się męża i odpoczywaniu w małżeństwie. Temi samemi słowy mówi Łucja do Kamila w akcie pierwszym, a słowo „inwalid“ pada i tu i tam jak największa obelga. Dalej w akcie drugim scena z kodeksem, później sceny zazdrości, słowa: „nigdy cię tak nie kochałam, jak teraz“ itd. Poco więc „Życie we dwoje“ — gdy jest „Rozwiedźmy się?“
I czy nie lepiej zrobiłaby dyrekcja teatru, wznawiając „Rozwiedźmy się“, zamiast męczyć publiczność i artystów tą bezwartościową kopją, która tylko drażni ciągłem przedrzeźnianiem oryginału.
Jeśli szło o popis dla państwa Solskich — oboje byliby równie dobrze grali Cyprjannę i Prunelles’a, jak Łucję i Kamila, a przynajmniej role byłyby się im zostały w repertuarze. „Życie we dwoje“ bowiem długo żyć nie będzie, ani tu u nas, ani nie żyło zbyt długo w Paryżu, jakkolwiek autor postarał się naszpikować i wybarwić modnem obecnie wprowadzeniem rozmaitych „rastaknerek“, czyli cudzoziemskich awanturnic, poszukujących mężów w salonach paryskich. Jedna scena rosyjskiej hrabiny (dzięki niezrównanej grze pani Otrębowej) bawi — lecz to za mało na trzy akty.
Sytuacja żony, pragnącej ożenić swego męża, przeciąga się i traci wskutek tego na dowcipie — autor czując to, nadrabia dwuznacznymi konceptami, które znudzonego widza na chwilę przyjemnie gorszą, ale pustki w robocie scenicznej zapełnić nie zdołają. Widz patrząc na scenę, odczuwa wrażenie tej ciągłej pustki i zaczyna się nudzić nie żartem. Napróżno artyści wysilają się, aby grą swoją wypełnić luki i rwanie się akcji, widz raz już popadłszy w Saharę myśli, nie może się z niej wydobyć. Nudzi się, a to chyba najgorsze ze wszystkiego w sztuce, która ma pretensję do wesołości i humoru.

Poco więc właściwie ten jeszcze wieczór zmarnowany na czczej i nikomu nie przynoszącej ani przyjemności, ani pożytku sztuce? Doprawdy — ktoby chciał wnosić o rozwoju obecnym francuskiej literatury dramatycznej ze sztuk, wystawianych na scenie lwowskiej, nędzneby o nim miał wyobrażenie. Dwie sztuki Brieux i kilka fars, wybranych pomiędzy bezmyślnymi bulwarowymi sukcesami. Czy nic już niema ciekawego, nic nowego? Czy teatr Autoine’a, czy Vaudeville, czy Gymnase, czy Komedja francuska nie gra żadnych nowości? Dlaczego Lwów sięga tylko do repertuaru Variétés albo Palais royal? — Przez co się to dzieje? — Zgadnąć jednak łatwo. Oto, teatr lwowski nie ma żadnych bezpośrednich stosunków z teatrami paryskimi. Gra się to, co jest przetłumaczone w Wiedniu i gra się w tłumaczeniach z niemieckiego, a nie z oryginałów francuskich. Jedynie tylko, jeśli sztuka pojawiła się w druku — wtedy następuje przekład z francuskiego i to jeszcze wątpliwe. Niemcy mają inny gust, niż my. Ich nie zajmuje ewolucja literatury scenicznej w tym kierunku, w którym my biegniemy myślą. Znam masę niezmiernie ciekawych, wspaniałych sztuk Ancey’a, Beaubourg’a, Curel’a, Lavedan’a, Anatola France’a, Favre’a, Donnai’a, Darzeusa, Maurycego Vaucaire’a, o których Lwów nic nie wie i niestety wiedzieć nie będzie.
Sztuki te, grane na scenach literackich u Antoine’a, w Vaudevillu, w Odeonie, w Komedji francuskiej, w teatrze Sary — świadczą o rozwoju literatury francuskiej trochę chlubniej, niż Koralie i spółki, Ładne polowania, Les maris de Leontine i Życie we dwoje.
Dlaczego teatr lwowski ma być ślepo związany z agenturą wiedeńską i brać wybiórki, przefiltrowane przez mózg i kulturę estetyczną agentów niemieckich, skoro scena lwowska ma prawo, aby każdy wieczór w teatrze był zużytkowany w celu wykształcenia publiczności i obznajomienia jej z nowością, mającą jakąś wartość literacką i artystyczną. Prawda iż autorzy francuscy nie chcą być baranami, z których każdy wełnę strzyże, jak autorowie polscy. Tam Société des auteurs dramatiques broni gorąco praw autora. Ale chodzi o to, aby śledzić pilnie za ruchem repertuaru paryskiego i gdy sezon jest w pełnym rozwoju, zawrzeć bezpośrednio stosunki z autorami, a płacąc honoraria do kasy Towarzystwa (bardzo zresztą umiarkowane, bo często 200 franków wystarcza) dać scenie lwowskiej sukces istotny, sukces na gorąco — i jeśli już ma być sztuka tłumaczona, z oryginału niech będzie, niech artyści czas swój i pracę oddadzą na usługi dzieła, wybranego z całą starannością i znajomością przedmiotu. Skoro ma być 52 premjer na rok i te 52 premjer mają zawierać wszystko, co daje literatura wszechświatowa i oryginalna, a w dodatku mają być grane jeszcze klasyczne dzieła, bez których repertuar dobrej sceny istnieć nie może, to niech już wybór sztuk będzie dokonywany z wielką przezornością i rozwagą.
Publiczność zresztą jest najlepszym sędzią.
Na „Życiu we dwoje“ teatr nie był tak pełny, jak na „Otchłani“ lub na innej premierze, mającej już ustaloną opinię... Cóż począć! Lwów także czyta, kształci się, śledzi rozwój obcych scen i nie ufa nazwisku pana Boccage. Zdaje się, iż Dyrekcja sama powinna zrozumieć swój interes i inny wprowadzić system w dobieraniu sztuk dla lwowskiej sceny.
Ten system via Wiedeń nic dobrego i wartościowego nie przynosi. Publiczność lwowska czego innego pragnie.

Państwo Solscy w przeciągu roku swej bytności na scenie tutejszej pozyskali bardzo dużą sympatię u publiczności lwowskiej. Ona — szczupłe, kształtne zjawisko, przypominające Hennerowskie obrazy — wniosła na scenę dużą elegancję, ruchy piękne, pozy miłe dla oka i grę rozumną, delikatną. On — wykazał wielki talent, rozwinięty już zupełnie, dojrzały, oparty na ogromnej dozie fantastycznej prawie pomysłowości. Solski zmienia się jak kameleon i nigdy nie jest jednym i tym samym. Z trudnością go poznaje publiczność, gdy wchodzi na scenę i to jest dla niego największą pochwałą. Przeistoczyć się bowiem, ukryć siebie nietylko fizycznie, ale niejako moralnie, nie narzucić się w chwili zjawienia się, mówiąc: „patrzcie! to ja!“ — to jest zadanie już skończonego artysty. Dziś Solski już nie gra, ale stwarza swe role, dźwigając na swych barkach cały sukces sztuki. Solski nic nie robi na scenie wypadkowo. Jego role są opracowane tak drobiazgowo, jakby przez szkło powiększające, a dziwnie przytem jasno i zrozumiale. Co jest jeszcze pięknym szczegółem w grze Solskiego, to jest to, że Solski nie gra kawałkami, ale gra całością roli, ani na chwilę nie negliżując jakiegoś matowego momentu dla bardziej efektownej chwili. Tak pani Solska, jak i pan Solski dali nam już tyle wartościowych kreacyj, że sobotnie ich role były dla nich igraszką, w której uwydatniły się ich zalety, swoboda ogromna i obycie się ze sceną. W grze pani Solskiej podnieść należy dystynkcję, umiejętność obracania się w salonie, tak, iż wierzy się, że sobotnia Łucja ma prawo znajdować się w tak pięknym pałacu. Przytem pani Solska nadała owej Łucji bardzo serdeczny i kobiecy podkład, a wyglądała nadzwyczaj powabnie. Pani Otrębowa w roli rosyjskiej hrabiny była niezrównana. Przepysznie ucharakteryzowana, grająca nadzwyczaj umiarkowanie — intonacją głosu wywołała wyborne efekta.
Panna Miłowska, jako Berta, mówiła bardzo poprawnie, powinna jednak starać się panować nad ruchami i uszlachetnić je. Panna Arkawin, jak zawsze, była zupełnie correcte, pani Rotter usiłowała mieć hiszpański temperament i fryzurę, p. Feldman wybornie pochwycił ton fałszywego poczciwca, a p. Kwiatkiewicz miał dużo powagi i szczęśliwie wybrnął z trudnej roli sentymentalnego (w farsie!) adwokata.
A teraz mała apostrofa do pań, choćby się o to trochę pogniewać miały. Scena wyglądała wspaniale. Umeblowana z gustem i szykiem, wymagała... toalet! Tak jest — niestety... toalet! Nie chodzi tu o przepychy, liońskie materje i koronki, ale chodzi tu... o trochę gustu i szyku, choćby taniego, ale szyku... Tymczasem, oprócz pierwszej sukni domowej pani Solskiej, bardzo ładnej w pomyśle i linji i oprócz zgrabnych sukienek panny Miłowskiej, panie ubrane były w bluzki, lawn­‑tennise, płótna i tak siadły do wieczornego obiadu. Raz jeszcze powtarzam, iż wiem, że artystkom polskim trudno jest zdobyć się na przepychy, ale wełna dobrze skrojona, muślin piękny w barwie jest bardzo tani, a sztuka na tem zyskuje, i niema tak rażącego dyssonansu pomiędzy urządzeniem sceny i strojami pań, po niej chodzących. Skoro mówimy o ubraniach, czy nie mogłaby reżyseria uwolnić nas od widoku tych subretek z operetek, ubranych do kostek, z fartuszkami jak dla lalek, z nagiemi rękami, i wydekoltowanych, jak na bal? Sługa w domu francuskim jest ubrana zawsze czarno, długo, w czepeczku białym i w dużym fartuchu białym. Skoro dom jest bardzo zamożny, suknia jest szara, fartuch czarny i czepek biały. Subretki dekoltowane wyproszonoby z domu, a fartuszki jak dla lalek odesłanoby do... opery komicznej.





  1. Przypis własny Wikiźródeł Mowa o sztuce Victoriena Sardou, której prapremiera odbyła się w 1881 roku.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.