I Sfinks przemówi.../„Wiedenki“, — Hermana Bahra

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł „Wiedenki“, — Hermana Bahra
Pochodzenie I Sfinks przemówi...
Wydawca Instytut literacki „Lektor“
Wydanie pośmiertne
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia Dziennika Polskiego we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa — Poznań — Kraków — Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
„Wiedenki“, — Hermana Bahra.

Dlaczego zmieniono tytuł? Skąd ta bezbrzeżna fantazja tłumacza? Bahr chciał opisać Wiedenki — chciał dać obraz, jak wyglądają w domowem życiu kobiety wiedeńskie z przeciętnej mieszczańskiej rodziny.
Taka była jego intencja. Widz, idąc do teatru z tem przekonaniem, że ma zobaczyć Wiedenki — inaczej zapatruje się na całą sztukę. Wszak to ein Milieustück, jak pisze o produktach scenicznych Bahra Max Burckhard. Śledzi się więc to milieu, to środowisko, w którem wykwitają takie cenne okazy sentymentalnych i płaskich gęsi, które nawet nie są lalkami — bo brak im prawdziwego szyku i jakiego takiego polotu.
Ale tłumacz, w przystępie pychy tworzenia, zmienił tytuł, i nadał sztuce Bahra nazwę „One“. Jakie one? Czy panny na wydaniu? czy rozgrymaszone mężatki? czy stado owiec w kapeluszach z lornetkami przy nosie, radzące o... salonie? „One“ — to zbyt ogólne, to niby nazwa kobiet — a nie wyspecjalizowanie, skąd owe kwiaty pochodzą i w jakiej cieplarni kwitną. I ten brak najzupełniej niweczy myśl zasadniczą sztuki. Choć, Bogiem a prawdą, wielkiej tam znowu krzywdy tłumacz nie wyrządził ani autorowi, ani widzom.
Największą krzywdę wyrządziła dyrekcja, iż wystawiła ten produkt austrjackiego stylu, gwałtem wtłoczonego w wiedeńską formę przez „pana z Linzu“. Bahr jest świetnym stylistą, ale co pisać można o człowieku, który jest najimpulsywniejszym autorem pod słońcem? Co się dziś o nim napisze — jutro już do niego najzupełniej nie pasuje. Dziś możemy tylko pisać o „Wiedenkach“ — samego Bahra zostawiając na boku. Ten Bahr, który jutro coś z pod swego pióra w świat rzuci, będzie może innym Bahrem, niż ten, który wczoraj przez usta Romana ciskał bardzo płaskie i banalne tyrady. Może powie coś o wiele ciekawszego, bo to, co nam wczoraj na scenie powiedział, to było bardzo szare, bardzo nudne i bardzo nieciekawe. Od czasu do czasu jakiś koncept rozjaśnił tę szarość, wśród nudnej sceny nagle zamajaczyło coś ładnego, coś odmiennego. I to gaśnie.
Sam Bahr pisze: „Najpiękniejsze myśli nie pomogą, gdy ich nie potrafi udzielić się tak, aby działały“. — I cała sztuka dowodzi, że może on ma piękne i zacne zamiary, ale „nie potrafi ich udzielić tak“, aby widz nie czuł się literalnie zdenerwowany i zirytowany tem niedołęstwem, tą niemocą wydobycia jakiegoś faktu, któryby przemówił w imię idei, nurtującej w sztuce, a stare sposoby prawienia kazań przez rezonera, pozostawił w spokoju. Barwne i dość wiernie schwycone szczegóły domowego życia (choć ciągle w kółko powtarzające się) bawią przez chwilę — lecz ta pustka dalsza topi je niejako w sobie. Widz ciągle czeka, że coś przecież się stanie, że to być nie może, aby Bahr bawił się w taki „amatorski teatr“ i aby te Wienerstück’i miały być tego rodzaju. Czytałam o Bahrze następujące zdanie: „Er wird ein sehr schätzenzswerter, sehr verdienstlicher Theaterlieferant sein“. Gdybyż to był wyrób Theaterlieferanta! Ale nie — to nawet nie Sardou, którego Bahr jako ideał swój ceni — to moralne kazanie, scenizowane z przywieszką czegoś pochwyconego z „Nory”, czegoś ze „Świata nudów“ (scena doktora z paniami w akcie drugim). Mamy tu i „Poskromienie złośnicy“, tylko zapomocą szynki i kufla piwa — mamy tu wszystko, tylko nie mamy „sztuki“, nie mamy sceny, nie mamy teatru, nie mamy niczego, coby naszą myśl zająć mogło. I przez cały czas prześladuje nas jeszcze jedna myśl, że „komu dużo dano, od tego dużo wymagać można“, a Bahr rzeczywiście jest tym, któremu dużo „dano“. Tak błyszczący umysł, tak, zdaje się, jasny, pewny i mimo swej impulsywności, mający dużo głębi, powinien umieć coś dać ze siebie, choćby coś z tych wchłoniętych przez siebie prądów — tymczasem to, co się widzi, jest wielkiem zerem, czczem, bladem, fatalnem. Ostrzej i surowiej sądzi się Bahra, niż innego autora i większą ma się do niego urazę.
Twórca „austrjackiej sztuki“, a właściwie odkrywca „duszy wiedeńskiej“, nie potrafi zaprodukować tej duszy na scenie. Prawda, że „Wiedenki“ są najsłabszą sztuką Bahra, ale publiczność lwowska o tem nie wie. Zresztą — od Bahra wymaga się, aby jego najsłabsza sztuka była jeszcze... dobra.

Na pierwszy plan wybił się pan Solski w roli Maksa Bilitzera, mimo, że była to rola bezwarunkowo drugorzędna. I znów doskonały ten artysta dał nam nową sylwetę, bardzo żyjącą i pełną szczerze przyjemnego komizmu.
Występująca w roli Marji świeżo zaangażowana pani Gabrjela Morska, przedstawia się jako typ artystki inteligentnej, trochę zimnej, ale panującej nad techniką sceniczną z taką maestrją, że pod tym względem nie ma równej sobie na scenach polskich. Pani Morska jest świadoma wybornie swych środków i oblicza je i zastosowuje do nich swą grę. Nigdy nie popełni niczego takiego, w czemby ją zawiodły jej siły. Stąd nadzwyczajna równość w jej grze, niezwykła sumienność, czystość i dokładność w robocie, która w komedji działa niezmiernie przyjemnie na widza, a w dramacie zastępuje nerwowe porywy innych artystów. Pani Morska zawsze grą swoją zainteresuje, przykuje uwagę widza. Przykuje, ale nie poraża, rozrzewni, ale nie zdenerwuje. Jest to solidna natura artystyczna, która każdą rolę jej powierzoną, otacza jakby jakąś opieką, czuwa nad nią i bez wahania i osłabienia doprowadza do końca. Przytem pani Morska ma ten sam rodzaj talentu, co pan Solski. Może grywać wszystko i z każdej roli wywiązać się w sposób jej zaszczyt przynoszący. I tak z roli Marji wydobyła wszystko, co tylko wydobyć się dało. Pojęła ją rozumnie, przeprowadziła energicznie i odtworzyła całą postać niezmiernie plastycznie a bez jaskrawości. Publiczność przyjęła p. Morską oklaskami i po popisowej scenie aktu trzeciego wynagrodziła również hucznem brawem.
Bardzo szczęśliwą kreację dała nam wczoraj panna Jankowska jako Risa. Swobodna, miła, ładna, szczerze pusta i dziecinna wypełniała scenę ruchem i figlami. Panna Jankowska robi bardzo duże postępy. Powinna tylko wypracować śmiech, gdyż na tym punkcie technika jej gry szwankuje. Pani Bednarzewska, jak zawsze, miała do odtworzenia wdzięk kobiecy. Obdarzona szczęśliwemi warunkami, wywiązuje się z tego zadania zawsze doskonale. Chodzi tylko o większą dbałość o ruchy, które są chwilami nieestetyczne i jest ich nadto. Mając tak ładną sylwetkę, jak ma pani Bednarzewska, szkoda jest łamać linje i zaniedbywać malarską stronę roli. Pani Węgrzynowa w roli panny Peter zasługuje na jak najgorętsze pochwały. Była wyborna i spędzała sen z oczu widzów. P. Romanowi dostała się rola Ulricha. On to miał reprezentować zdrowy rozum w tym szpitaliku obłąkanych. Reprezentował go z mazurska, co w Wiedniu dziwiło trochę, ale reprezentował go z przekonaniem i chwilami szczerością swoją pozwalał zapominać, iż gra najniestosowniejszą dla siebie rolę. P. Węgrzyn z całą powagą, precyzją i pracowitością odegrał oryginalnie pomyślaną figurę agenta­‑lokaja, a p. Nowacki zasypał nas masą gestów w roli Frycka. Osobna wzmianka należy się panu Wysockiemu za jego ładne i pełne poezji odtworzenie roli Stöhra.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.