Jak się emancypantka w zwykłą pannę zamieniła

<<< Dane tekstu >>>
Autor Or-Ot
Tytuł Jak się emancypantka w zwykłą pannę zamieniła
Pochodzenie Monologi i deklamacye II
(z raptularza Zagłoby)
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1902
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Jak się emancypantka
w zwykłą pannę zamieniła.



Sama nie wiem co się ze mną w ciągu kilku dni zrobiło: wyjść nie mogę z podziwienia... Zaraz powiem jak to było! Jestem inna, całkiem inna, jakby nowo narodzona... niewiem! śmiać się mam, czy płakać? smutna być, czy zachwycona?
Kiedy miałam lat czternaście, raz mi rzekła moja ciocia: (ciocia latek ma z pięćdzisiąt, a na imię zwie się Klocia). — „Moja Cesiu! — rzekła do mnie — czas ci poznać ród tyranów, co nam rolę sług przeznacza, a zaś sobie rolę panów. Ród to męski, niegodziwy, co nas gnębi od lat tylu, co jest gorszy od kajmanów — mieszkających w rzece Nilu. Oni wszystko zagarnęli w swe drapieżne dłonie chciwe: w ich niewoli my, kobiety, wciąż się dręczym ledwo żywe. Każą prać nam i gotować, krzątać się w kółku rodzinnem, dzieci karmić i hodować, że nie powiem o czemś innem. Dosyć tego! basta, Cesiu! my im teraz pokażemy: oni wezmą nasze miejsce, — a my miejsca ich weźmiemy!!“
Zadziwiły mnie te słowa, boć są rzeczy na tym świecie, którym z mężczyzn ani jeden nie podoła nigdy przecie. Matkę każdy z nas mieć musi, my — matkami być umiemy... więc cóż będzie, gdy się teraz tej godności wyrzekniemy?...
Na to ciocia mi powiada: — „Jeszcze, Cesiu z ciebie dziecko! Wiesz? iść za mąż, to się zgubić! To w pułapkę wpaść zdradziecką. Jakby ognia strzeż się mężczyzn, trwaj w panieństwie aż do zgonu! a doczekasz się od świata — wiecznotrwałej sławy plonu.“
Pilnie cioci wysłuchałam. Od tej chwili zawsze razem nad księgami, gazetami siedziałyśmy codzień głazem. Obchodziły mnie kongresy, mądrych kobiet polemiki, a na braci i kuzynów wyrabiałam straszne krzyki! Bujne włosy strzygłam krótko, bo w czytaniu przeszkadzały, papierosy też paliłam — chociaż mdłości mi sprawiały. Do rozpuku wciąż się śmiałam nad małżeńskiem każdem stadłem... Ciocia zwała mnie „swą chlubą“ — wszyscy inni... czupiradłem...
Tak minęły cztery lata. Na ganeczku kiedyś siedzę, aż tu pędzi jakiś jeździec, niedaleko tak o miedzę. Wprost do dworu galopuje, siwek parska pełen buty, młody jeździec z śliczną twarzą, siedzi na nim jak przykuty. Potem konia spiął ostrogą — smyrg! i skoczył przez sztachety!
— Cesiu! — woła, — to ja! Stasio! Tyś to, Cesiu? czy też nie ty? Cóż tak stoisz, jak laleczka, zamiast witać kuzyneczka! Sześć już lat cię nie widziałem!... No! nachylże mi usteczka!“
I nie myśląc ani chwilki (chociaż chciałam się ratować), złapał urwis mnie za szyję, nuż całować i całować!
Wycałował moje skronie, usta, oczy, buzię całą, a w źrenicach jego czarnych coś jak płomień migotało... Sama nie wiem co to było, lecz mi żywiej krew zagrała, twarz rumieniec oczerwienił, skrzydeł dusza ma dostała. W kącie książki i gazety leżą sobie nietykane, a Staś ze mną codzień rano spaceruje za altanę.

Ciocia ręce załamuje... mówi ciągle, że się gubię! Nie mam czasu myśleć o tem, bo wciąż marzę... o swym ślubie...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Artur Oppman.