Epilogus albo zakończenie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Or-Ot
Tytuł Epilogus albo zakończenie
Podtytuł do XIĄG Jegomość Pana HENRYKA SIENKIEWICZA
Pochodzenie Monologi i deklamacye II
(z raptularza Zagłoby)
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1902
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Epilogus albo zakończenie

do XIĄG Jegomość Pana HENRYKA SIENKIEWICZA,
w którem o dziejach i czynach Jego Miłości Wielmożnego
Onufera Zagłoby snadno doczytać się można.[1]



CZĘŚĆ I.



Wyjechałem tedy z domu, (to zaś gada Pan Iacobus Skrzetuski, wnuk sławnego onego Jana, co to ze Zbaraża wycieczkę uczynił, jakoś o tem w „Ogniem i mieczem“ czytał); wyjechałem die septimi Iulii, czule i nie bez płaczu pożegnawszy najmilejszą Hanulkę i dziateczki lube, ile że to na onę tam Ukrainę z pod Siedlec kęs drogi nie mały i o przygodę, ba! o śmierć nawet łacno w tych zgoła hajdamackich czasiech.
Lato roku Pańskiego 1733 było całe grzeczne: upały nie nękały mnie srodze, zwłaszcza, że jako peritus w peregrynacyach miałem na nie w skarbniczku remedium przednie: trojniak wystały tę mający własność cudną wielce, iż rozgrzewa zimą, latem zasie chłodzi skutecznie, albowiem zażywszy go z garniec, nie więcej, czyni się homini tak właśnie, jakoby po samą czuprynę w zimnej wodzie zanurzon był. A ztąd widać jak Pan Bóg miłosierny przednio świat urządził i o szlachcie polskiej, trunek jej ów dając smakowny, pamiętać raczył, za co niech Mu będzie cześć i chwała wiekuista!
Długo już trwało ono wędrowanie moje, zjachałem się setnie i nie bez przygód, na granicy bowiem Podola kupka grassantów w lesie mnie o świtaniu napadła, ale należyty wstręt im uczyniwszy i ze trzech łotrzyków ad patres wyprawiwszy, wydobyłem się z owej opressyi szczęśliwie. Pod Kamieńcem zdarzył mi się casus paskudny: koło od skarbniczka pękło, a prawa dyszlowa kobyła srokata zakulawiała haniebnie. W takiej okazjej nic mi nie zostawiało jedno o drogę chłopa rozpytawszy, walić per pedes do najbliższego dworu i o sukkurs brata szlachcica prosić. Idę. Na pagórku dworzec biały, modrzewiowy, ale częstokołem i fossą obwiedzion. Przed gankiem lipa ogromna, a pod lipą starzec struktury zacnej, z wielką brodą siwą siedział pod bok się ułapiwszy i trunek jakowyś z wielkiego farfurowego dzbana smaczno popijając.
— Czołem! mospanie, — rzeknę ja.
— A czołem, czołem — przystojnie odpowie Jegomość, i bliżej zaprasza.
Podchodzę, patrzę: ki dyabeł! na czele dziura by talar, na jednem oku skałka, brzuch by kufa, krótko gadając, żywy konterfekt sławnego pana Onufera Zagłoby, którego imago w bawialnej komnacie dworka mojego na ścienie wisi i o którym mi nieboszczyk dziadulko (świeć Panie jego duszy!) tyle spraw dziwnych i do pojęcia trudnych rozpowiadał.
— Jacobus Skrzetuski jestem, wnuk Jana — powiadam — i służby moje pokorne waszmości oddawam.
Ryknie na to ów staruch jako żubr z puszczy Białowieskiej, albo jeszcze głośniej, i nuż mnie brać w uściski, nuż cmokać w gębę, nuż dusić, a przypatrować się, a płakać...
Wysapał się nareszcie, otarł ślozy chustą w kraty czerwone z niebieskiemi i łyknąwszy wprost z dzbana, powiada:
— Zagłoba sum!
Obstupui! Zagłoba? Jaki Zagłoba? Chyba że nie Onufer przecie?
— Otóż Onufer! mości panie, — rzeknie owten, — ten sam, który twoją babkę nieboszczkę w tylu okazjach salwował, ten sam sławny na świat i koronę Polską Onufer Zagłoba stoi przed waścią!
Tu ułapił się pan Zagłoba pod bok i począł z pychą wielką prychać, a sapać, i okiem zdrowem mrugać ustawnie.
— Na miły Bóg! — rzekę ja zdumiony — a ile też lat liczysz sobie teraz waszmość dobrodziej?
— Liczyć to liczę sobie stopięćdziesiąty, ale nie wydawaj mnie waćpan przed moją żoną z sekretu: jej, ile że to niewiasty młodych miłują: jedno do stuczterdziestu pięciu się przyznawam.
— To waszmość żonaty? — spytam ja ze zdumieniem niemałem.
— A jakbyś Waść wiedział! — rzeknie Zagłoba — i oto z trzecią już niewiastą w łożnicy małżeńskiej legam. Dwie pierwsze zacne były — ani słowa! ale przy tej — obaczysz ją waćpan — odmłodniałem na podziw. Powiadam waszeci: tak mnie nieraz krew pali, jakobyś żelazem przypiekał!... Rada też ze mnie moja Magdusia, choć po nocach zgoła spać jej niedawam.
— To może i konsolacją Pan Bóg pobłogosławił Waszmość Pana?
— Co rok to prorok! mości dobrodzieju, co rok to prorok! Z pierwszej żony nieboszczki było 10-cioro, z drugiey 5-cioro, a z tej zasie 9-te na bałykach się pląta, a 10-te w drodze, mospanie!...
— Przez Bóg żywy! opowiedz-że mi Waszmość Pan przygody swoje i to wszystko coć się od śmierci pana Michałowej zdarzyło.
— Opowiem! a jakże! komu jak komu, ale wnukowi pana Janowemu nie miałbym powiedzieć, ino wprzód posilimy się dokumentnie, i miodku przedniego pociągniem ze dzbana, gorzałki też za ba i bardzo nie mając. Poznasz przy tem Wasze magnifikę moją i dziateczkom przypatrować się będziesz. Wiadomo Waści, że Chan nieboszczyk — srodze był do mnie podobny, bom to w niewoli bawiąc u Tatarstwa, srogie figle w haremie dworskim płatał, gładka też była bestja!... Ale co te smyki moje, to jedno malować! Przyznasz Waść, że nie dziwota, boć i mnie też na gładkości nie zbywa, co waszmość pan dobre oczy mając, łacno, pojrzawszy, sprawdzić możesz Oj! miało się łaski u niewiastek, miało! a i dziś jeszcze nie jedna podwika chrapki do mnie jako świerzopa młoda rozdyma i nogami fyrka. Zazdrosna też jest moja białogłowa i dworskich dziewek jako przed ludojadem jakowym pilnuje. Zacnież to, powiedzże mi mój Mości?

Tak gadając, szedł ze mną Pan Zagłoba i owo weszliśmy do dworu.



CZĘŚĆ II.



Na ganku ujrzałem na podziw gładką niewiastkę, tak w trzydziestu leciech mniej-więcej. Gębę miała jakoby właśnie róża czerwona, a w plecykach zasie strzelista, a w biodrzech rozłożysta, aż mnie ciągoty brać poczęły na on widok ekstraordynaryjny. Ba! ale imć pan Zagłoba obaczywszy cudny ów kwiatuszek pokraśniał z radości i kłaniaiąc się z szastaniem i szurganiem nogami z wielką rewerencyą, rzekł:
— Wdzięczna i sercem umiłowana Magdusiu moja, żono i pani najmilejsza, oto jest pan Jacobus Skrzetuski, wnuk owego sławnego Jana, któregom to jak ci wiadomo fechtów i sztuki rycerskiej uczył, a z opressyi mnogich ratował; tuszę, że go życzliwie przyjmiesz i ciało Jego podróżą długą utrudzone — trunkiem przednim pokrzepisz.
Na tę przemowę słodka Magdusia podała mi toczoną rączkę, ja zaś zgiąwszy się w pałąk, jako właśnie naciągnięty dłonią rycerską łuk tatarski, — ucałowałem delicye one, o komplimentach należnych tak urodnej osobie nie przepominając.
Weszliśmy do izby jadalnej, ogromnej, o 6 oknach wielkich; całą prawie jedną ścianę zajmował komin olbrzymi z przypieckiem, na ktorym, jakom się później dowiedział, imć pan Onufer wychyliwszy gąsior małmazyi; rad legał. Pod innemi ściany stały kredensy i szafy gdańskie kunsztownej roboty, ile że to Niemcy do wszelakich sztuczek zmyślne są bestje, a w kredensach i szafach onych lśniły puhary srebrne i pozłociste, kielichy weneckie z kryształu, kubki i dzbanki norymberskie i aszpurskie: sprzęt zacny i kosztowny wielce; na ścianach zaś z niemałem wzruszeniem serca mego rozeznałem konterfekty nieboszczyków panów Wołodyjowskiego, Kmicica, Podbipięty, Charłampa i dziada mojego, który umarł jako pułkownik chorągwi hussarskiej krolewskiey i kasztelan liwski.
Widząc pan Zagłoba z jakiem ukontentowaniem i ciekawością przyglądam się zacnym malowidłom onym, rzekł do mnie:
— Kazałem ci ja swego czasu włoszkowi pewnemu wyimaginować konterfekty przyjaciół i kompanionów moich, aż tu pewnego dnia niecnota jakowyś przysyła mi puzdro z dopiskiem, że to jest właśnie suplementus do kollekcyi mojej; otwieram, patrzę i o mało mnie krew nie zalała ze srogiey passyi, bo zważ waćpan, że w puzdrze był jako żywy pędzlem wydany... Bohun! Taka mnie kolera wzięła, gdym onego zbója obaczył, że szablę chwyciwszy, pociąłem go na strzępy. Później zasie, wzburzone humory musiałem vino hungarico uspakajać, wiadomo waści bowiem, iż jako oliwa właśnie wylana na rozkiełzane flucta one ucisza, tak wino stare wszelką nawalność in corpore humano klaruje i do stateczności przywodzi.
Tak gadając, zasiedliśmy przy długim i szerokim stole, który się przez całą komnatę ciągnął i wonczas to z bocznych podwoi poczęła się sypać dziatwa Zagłobowa, a było tego chłopów i dziewek sztuk, jak obszył, dwadzieścia i cztery...
Każde z konsolacyi obłapiwszy za nogi ojcowe siadło skromnie i cicho wedle stoła, a pan Zagłoba dwoje najmłodszych posadziwszy na kolanach swoich, tak przemówił do mnie:
— Kiedy oto Onuferka tego i Baśkę na ręce biorę, albo zaś gdy z niemi figle czynię, to mi zaraz przychodzą na myśl ociec i stryjec waszeci. Namęczyli-ż mnie oni do syta, każąc Bohuna udawać i Yaremkę porywać, niby to babkę waszmości kniaziównę Halszkę; potem zasie pojrzawszy po dwu tuzinach potomstwa, kontynuował pan Zagłoba.
— Dwa starostwa powinienem był dostać! Żebym tak zdrów był! mniejszych królewszczyznami nagradzają. Ośmnastu-m Zagłobów spłodził i sześć Zagłobianek! Panis bene merentium należy mi się, chocia, mówię to waści, takim pracy chciwy, że nawet otrzymawszy powinną nagrodę — roboty w winnicy Pańskiej bym się nie wyrzekł. Niemasz sprawiedliwości w tej Rzeczypospolitej, tedy i jurność męzka i zgoda małżeńska na psy schodzi! jeden Zagłoba honor Polonorum ratuje! Obiecuję to waści, że prędzej nie spocznę, póki trzeciego tuzina nie ujrzę. Nagrodzą — nie nagrodzą: pal ich kat! Zagłoba zrobi swoje!
Na to wnieśli właśnie wazę polewki tak wielką jako kadź najogromniejsza; imć pan Zagłoba wydobył gąsior z kredensu i przepijając do mnie, mówił:
— To jest śliwowica węgierska przednia, możesz ją waćpan śmiało wypić duszkiem, a drugim i trzecim kielichem popłukać; mam ci ja tu starkę co dwieście lat liczy, ale tę dam waści pod koniec obiadu, ile, że ją trzeba po kropelce cmoktać. Raz, skarał mnie Pan Bóg surowie, gdym starkę oną po chamsku przed jedzeniem wychlał, jako śmierdziuchę pospolitą, tak mi bowiem do łba wlazła i oczy zamroczyła, że nietylkom z zydla spadłszy capitem rozbił haniebnie, ale do Magdusi mojej zgoła trafić nie mogłem i do panny z fraucymeru, niektórej Kasi, zalazłem. Ta, że gładka i przylepna była, do przytomności mnie przywiodła, ale pomyśl waćpan jaki galimatyas ztąd wyniknął, gdy ją po sześciu miesiącach dla zmiany w figurze wydalić z dworu trzeba było. Taki to bywa skutek, gdy kto trunków przez łaskę Pana Jezusową danych źle i nikczemnie używa, z czego bierz waćpan naukę i gdy pijesz wiedz, jak masz pić, byś nie zgrzeszył!
To wyrzekłszy golnął imć pan Zagłoba półkwartowy kielich godnego trunku i zaczęliśmy pożywać dary Boże.
Tedy, jako się rzekło, nasamprzód była polewka piwna, suto śmietaną zaprawna i serem okraszona. Tej miskę zacną wysiorpawszy, do sztuki mięsa się zabrałem, winem węgierskiem popijając. Potem, zasie, wnieśli gęś na czarno, a zaś gęś takową w ten sposób się czyni, że upiekłszy ją sosem się podlewa z krwie uczynionym i słomą spaloną sos owy się do gęstości doprawia. W niedostatku słomy zdarza się nieraz, że kuchta wiecheć stary z buta wyjmie i tem doprawi; tuszę jednak, że u Wielmożnego Onufera Zagłoby takowych smakołyków nie próbowałem. Po gęsi onej — pieczeń z wołu podali, hussarską zwaną; tę się faszeruje cebulą, a zaś słoninką szpikuje. Delicye to są sułtańskiej gęby godne!

Tedy, spożywszy wszystko, wyszliśmy do ogrodu, gdzie imć pan Zagłoba kazał wynieść stoliczek i dwa fotele, nie przepominając o starce owej przyobiecanej solennie.
Nalawszy tedy starki (która na podziw przednia była, smak, zapach i kolor cudny bardzo mając), począł pan Zagłoba cmoktać ją rozważnie, by zaś w grzech nie popaść i tak mi rozpowiadał.



CZĘŚĆ III.



Gdy tedy nieboszczyk pan Michał Wołodyjowski bohaterską śmiercią w Kamieńcu cessit, jako to jegomość panu z Xiąg Wielmożnego Pana Henryka Sienkiewicza, klejnotu zacnego „Oszyk“, wiadomo, casus ów fatalis ściął mnie na razie z nóg tak, żem jako dziad wyglądał, na nowicyuszki nawet gładkie, (ile żem w klasztorze mieszkał) nie zerkając; żal okrutny tarmosił serce moje, a zwłaszcza, gdym patrzył na boleść onego hajduczka najmilejszego, która zgoła się zapamiętała w żałości swojej, jeść ani — o zgrozo! — pić nic nie chcąc, aby rychlej mizernego żywota dokonać. Co ja widząc, począłem po fortele do głowy sięgać, w ktore mam rozum wielce okwity, tak, że mnie w całej tej Rzeczypospolitej naszej Ulissesem polskim nazywano. Pomyślawszy tedy małowiele, zaraz po zacnym pogrzebie pana Michałowym, którą to uroczystość Jaśnie Wielmożny marszałek wielki koronny Jan Sobieski uświetnił, zgoliłem brodę, uczerniłem wąsy i przyodziawszy się wspaniale, a z gustem, jąłem — no! zgadnij waćpan! — jąłem palić koperczaki do gładkiej onej wdówki. Wiesz to waćpan, żem zawsze miał do niewiastek szczęście, a z przyrodzenia gładkość i gorącą krew mając, mnostwom figli napłatał. Znał mnie Rex nieboszczyk Ioannes Casimirus, bom mu był rywalem, gdy o panią Radziejowską zabiegał i nawet boczył się na mnie, ile że mnie nad niego przekładała; ale respekt dla majestatu mając, co rychlej ustąpiłem.
Zabrawszy się tedy do Baśki, do której zdawna inklinacyę miałem, jąłem dyszkursem trefnym ją zabawiać, kwiateczki znosić, a wzdychać, jako miechy kowalskie, a ślepiami przewracać, jako właśnie kochankowie czynią, a rytmy pisać cudne, bom to z młodu poezyą się bawił i pana Morsztyna z jego sonetami w kozi-m róg zapędził.
I co waćpan powiesz: z początku hajduczek boczył się na mnie i zaloty moje bluźnierstwem przeciwko panu Michałowi nazywał, ale, po dwóch-trzech dniach, jużci jej zaczęły oczki weseleć, a gębusia śmiać się, ba! a po tygodniu usiedzieć obok mnie nie mogła, z wrodzonej gorącości, żeśmy to oboje jako dwie żagwie właśnie byli. Jaki z połączenia żagwi onych ogień powstał, wyimaginuy sobie waćpan, bo mnie wrodzona modestya mówić nie pozwala.

Tak tedy pojąłem za żonę cudną Basieńkę i patrzaj waszmość! czego nie doczekał tak sławny rycerz, jak pan Wołodyjowski — ja dokazałem: po dwóch miesiącach Baśka jako armata chodziła! a o nieboszczyku nie było już mowy. Takie to one są te niewiastki!...






  1. Często traf dziwnie ludziom sprzyja. Szperając w starym dworku szlacheckim, należącym niegdyś do rodziny Skrzetuskich, znaleźliśmy stary, pożółkły manuskrypt, niezbyt czytelnem nakreślony pismem. Rękopis ten zabraliśmy ze sobą — i cóż się okazało? Był to, szczęśliwem zdarzeniem, raptularzyk owego sławnego pana Zagłoby, o którym tyle ciekawych naczytaliśmy się historyj. Rzecz prosta, że przewertowawszy go od deski do deski, nie mogliśmy uczynić nic lepszego, jak reptularzyk ów dać w ręce czytającej publiczności.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Artur Oppman.