Juliusz Cezar (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt czwarty

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Juliusz Cezar
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom VII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. The Tragedy of Julius Cæsar
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


AKT CZWARTY.
SCENA I.
Rzym. Pokój w domu Antoniusza.
(Antoniusz, Oktawiusz, Lepidus siedzą przy stole).

Antoniusz.  A więc ci umrą; każdy ma swój znaczek.
Oktaw.  I brat twój także umrzeć musi z nimi.
Zgoda, Lepidzie?
Lepidus.  Zgoda.
Oktaw.  (do Antoniusza).Połóż znaczek.
Lepidus.  Lecz pod warunkiem, Marku Antoniuszu,
Że twój siostrzeniec Publiusz los z nim dzieli.
Antoniusz.  Więc niech go dzieli! patrz, daję mu kreskę.
Teraz, Lepidzie, idź bez straty czasu,
Przynieś testament z komnaty Cezara,
A zobaczymy, czy się nam nie uda
Z jego legatów część jakąś odtrącić.
Lepidus.  Czy was tu znajdę?
Oktaw.  Tu, lub w Kapitolu.

(Wychodzi Lepidus).

Antoniusz.  Największą tego człowieka zdolnością
Lepszym od siebie służyć do posyłek.
Czy się też godzi ziemię na trzy dzielić,
Aby się jedna dostała mu cząstka?
Oktaw.  Tak sam myślałeś, gdyś go wziął do rady,
Na proskrypcyjny kogo wciągnąć regestr.
Antoniusz.  Więcej dnim widział niż ty, Oktawiuszu;
A choć wkładamy na niego ten honor,
By nań część sprawy nienawistną zwalić,
Honor dlań będzie, czem złoto dla osła:
Będzie się pocił, stękał pod ciężarem,
Po naszej woli wiedziony lub gnany,
A gdy zaniesie skarb nasz, gdzie zechcemy,
Zdejmiem mu juki, odpędzim jak osła,
Ażeby wolny uszy swe otrząsnął,
I szczypał oset na publicznej drodze.
Oktaw.  Zrobisz, jak zechcesz; tylko nie zaprzeczysz,
Że dzielny z niego, doświadczony żołnierz.
Antoniusz.  Jak doświadczony i dzielny mój rumak,
Za to też siana nigdy mu nie braknie.
Jam go przyuczył do krwawego boju,
Zrobił posłusznym natchnieniom mej woli;
Skręca się, bieży lub staje, jak zechcę.
Pod pewnym względem podobny mu Lepid;
Trzeba go uczyć, trzeba nim kierować.
Umysł jałowy, dla którego strawą
Sztuki, nauki i naśladowania
Dawno zużyte przez bystrzejsze głowy:
Dla nas on tylko narzędziem być może.
Lecz słuchaj teraz nowin wielkiej wagi:
Brutus i Kassyusz już formują pułki;
Czas ruszyć w pole; szukajmy przyjaciół
I sprzymierzeńców, a natężmy siły;
Radźmy bez zwłoki, jak plany ich odkryć.
Niebezpieczeństwom jawnym jak zapobiedz.
Oktaw.  Radźmy, bo wrogów bije na nas psiarnia,
Jakby na zwierzę przykute do słupa.

Wiem, że niejeden, z uśmiechem na twarzy,
Tysiąc złych myśli w sercu dla nas chowa. (Wychodzą).

SCENA II.
Przed namiotem Brutusa, w obozie blizko Sardes.
(Przy odgłosie bębnów wchodzą: Brutus, Lucyliusz, Lucyusz, Żołnierze; Tytyniusz i Pindarus idą na ich spotkanie).

Brutus.  Stój!
Lucyliusz.  Stój! zdaj hasło!
Brutus  (do Lucyliusza).Czy Kassyusz przybywa?
Lucyliusz.  Będzie za chwilę, Pindar go wyprzedził
W imieniu swego pana cię pozdrowić.

(Pindar wręcza list Brutusowi).

Brutus.  List jest uprzejmy. Lecz pan twój, Pindarze,
Przez własną winę lub podwładnych błędy
Niemałą żądzę w sercu mojem zbudził,
Żeby się mogło odstać co się stało.
Lecz sam zapewne da mi tłómaczenie.
Pindar.  A jestem pewny, że pan mój szlachetny
Dziś się pokaże takim, jak był zawsze,
Mężem mądrości pełnym i honoru.
Brutus.  Nie wątpię o tem. — Słowo, Lucyliuszu.
Jak cię on przyjął? Opowiedz mi wszystko.
Lucyliusz.  Przyjął uprzejmie z niemałą względnością,
Lecz nie znalazłem starej jego cnoty:
Wolnej, poufnej, otwartej rozmowy.
Brutus.  Dałeś mi żywy obraz przyjaciela,
Z gorących uczuć zwolna stygnącego;
Bo kiedy miłość blednieje i słabnie,
Zwykle się słania zbytkiem ceremonii.
Szczerym uczuciom nie trzeba fortelu;
Lecz puste serce, jak koń w pierwszej chwili
Nazbyt gorący, wiele obiecuje,
A gdy ostroga boki mu zakrwawi,
Pochyla głowę i jak zwodny szkapa
Stanowczej próby nie może wytrzymać.
Czy armia jego przybywa z nim razem?

Lucyliusz.  Tej nocy w Sardes ma kwaterą stanąć,
Część jednak większa, prawie cała jazda,
Idzie z Kassyuszem. (Marsz za sceną).
Brutus.  Słuchajmy! Przybywa.
Idźmy spokojnie na jego spotkanie.

(Wchodzą: Kassyusz i Żołnierze).

Kassyusz.  Stój!
Brutus.  Stój! zdaj hasło!
Głos  (za sceną).Stój!
Głos  (za sceną).Stój!
Głos  (za sceną).Stój!
Kassyusz.  Ciężką mi, bracie, wyrządziłeś krzywdę.
Brutus.  Sądź mnie, Jowiszu! — Powiedz, czyli kiedy
Wrogom mym nawet krzywdę wyrządziłem?
I jabym brata mojego pokrzywdził?
Kassyusz.  Powagą formy owijasz niesłuszność,
Czując się winnym —
Brutus.  Uspokój się, bracie;
Powiedz urazy twoje; znam cię dobrze.
Odłóżmy spory, bo dwie nasze armie
Powinny tylko miłość naszą widzieć.
Rozkaż im odejść, a w moim namiocie
Wszystkie mi twoje wypowiesz urazy.
Kassyusz.  Rozkaż, Pindarze, moim pułkownikom
Stanąć obozem w pewnej odległości.
Brutus.  Podobny rozkaz ponieś, Lucyliuszu.
Niech nikt do mego nie wchodzi namiotu,
Póki się nasza na skończy narada.
Niech drzwi pilnują Lucyusz i Tytyniusz. (Wychodzą).

SCENA III.
W namiocie Brutusa.
(Wchodzą: Brutus i Kassyusz; w pewnej odległości od namiotu Lucyusz i Tytyniusz).

Kassyusz.  Wysłuchaj teraz, w czem mnie pokrzywdziłeś:
Lucyusza Pellę skazałeś na hańbę
Za to, że dał się Sardyanom przekupić,

Bez żadnych względów na mój list i prośby
Za moim dobrym, starym przyjacielem.
Brutus.  Sam się skrzywdziłeś, pisząc w takiej sprawie.
Kassyusz.  W czasach, jak nasze, nie dobrze jest, bracie,
Surowo karcić drobne przekroczenia.
Brutus.  O tobie także, daruj mi otwartość,
Mówią dość głośno, że długie masz ręce,
Że godnościami frymarczysz z hołotą
Bez czci i wiary.
Kassyusz.  Ja długie mam ręce?
Wiesz, gdy to mówisz, że imię twe Brutus,
Inaczej bowiem, przez boga! to słowo
Z ust mówiącego wyszłoby ostatnie.
Brutus.  Imię Kassyusza przedajność uzacnia,
I kaźń dlatego swe osłania czoło.
Kassyusz.  Kaźń!
Brutus.  Myśl o marcu, o marcowych Idach!
Za sprawiedliwość krew Cezara ciekła.
Gdzie nędznik, który ciało jego przeszył,
Nie myśląc, że jest świętych praw mścicielem?
Jakto, gdy naszą zgładziliśmy dłonią
Na wielkiej ziemi największego męża,
Za to, że siłą podpierał złodziejów,
Mamy przekupstwem palce nasze kalać,
Sprzedawać naszych godności obszary,
Za co? za garstkę błyszczącego błota?
Wolę psem zostać i na księżyc szczekać,
Niżeli zostać takim Rzymianinem!
Kassyusz.  Nie draźń mnie, błagam, bo nie zniosę dłużej!
Mówiąc tak do mnie, zbyt się zapominasz;
Jestem żołnierzem, a starszym od ciebie,
A więc zdolniejszym kłaść moje warunki.
Brutus.  Nie, nie, nie jesteś!
Kassyusz.  Jestem!
Brutus.  Nie, powtarzam!
Brutus.  Skończ, bo ja także mogę się zapomnieć!
Nie kuś mnie więcej przez wzgląd na swą całość.
Brutus.  Zbyt jesteś mały, aby mnie przestraszyć.

Kassyusz.  Byćże to może?
Brutus.  Słuchaj, co chcę mówić.
Mamże ustąpić twym dziecinnym gniewom?
Mam się ulęknąć spojrzeń szalonego?
Kassyusz.  O, Boże, Boże! wszystkoż to znieść muszę?
Brutus.  Wszystko i więcej. Wściekaj się od gniewu,
Aż twoje dumne w piersiach pęknie serce.
Dla niewolników porywczość twą schowaj,
I niechaj sługi twoje drżą przed tobą.
Jażbym miał zważać na twoje wybuchy?
Jak pies się czołgać przed twym złym humorem?
Sam musisz połknąć jad twojego gniewu,
Choćbyś miał pęknąć, bo odtąd, Kassyuszu,
Będziesz przedmiotem żartów mych i śmiechów,
Ilekroć żądło twe osie pokażesz.
Kassyusz.  Do tegoż przyszło!
Brutus.  Lepszy z ciebie żołnierz?
Pokaż to, sprawdź nam twoje samochwalstwo,
Pierwszy radośnie wielkość twą powitam,
Będę się uczył od lepszego wodza.
Kassyusz.  Brutusie, w każdem twem krzywdzisz mnie słowie.
Mówiłem: starszym żołnierzem, nie lepszym;
Czym mówił lepszym?
Brutus.  Mniejsza, jeśliś mówił.
Kassyusz.  Samby mnie Cezar traktować tak nie śmiał.
Brutus.  Lub tybyś raczej nie śmiał go tak kusić.
Kassyusz.  Co? jabym nie śmiał?
Brutus.  Nie.
Kassyusz.  Nie śmiał go kusić?
Brutus.  Za żadne skarby nie śmiałbyś, Kassyuszu.
Kassyusz.  Na miłość moją nie licz nazbyt wiele,
Bom gotów zrobić, czegobym żałował.
Brutus.  Jużeś to zrobił, coś winien żałować.
Dla mnie twe groźby nie mają postrachu,
Bo tak w uczciwość jestem uzbrojony,
Ze nie zwracają mej baczności więcej,
Jak wiatrów świsty. Kiedy cię prosiłem
O trochę złota, prośbę odrzuciłeś.

Nie umiem skarbów wyciskać gwałtami;
Wolałbym z serca mego bić monetę,
Krew kropelkami zamiast drachm wydawać,
Niż z dłoni pracą stwardniałej wieśniaka
Biedną chudobę okrutnie wydzierać.
Żądałem złota na płacę dla armii,
Ty odmówiłeś; czy to godne ciebie?
Czy na twą prośbę takbym odpowiedział?
W dniu, w którym Brutus sknerą takim będzie,
Przed przyjacielem podły zamknie liczman,
W dniu tym, Jowiszu, dłoni twej piorunem
Na proch go strzaskaj!
Kassyusz.  Ja nie odmówiłem.
Brutus.  Tak, odmówiłeś.
Kassyusz.  Nie, nie odmówiłem.
Jakiś ci głupiec odpowiedź mą przyniósł.
Bracie, głęboko serce mi rozdarłeś;
Przyjaźń przyjaciół wady każe znosić,
Brutus większemi niż są robi moje.
Brutus.  Żalę się na nie, gdym jest ich ofiarą.
Kassyusz.  Bo mnie nie kochasz.
Brutus.  Nie kocham wad twoich.
Kassyusz.  Przyjaciel, ślepy na nie być powinien.
Brutus.  Pochlebca tylko byłby na nie ślepy,
Choćby tak były ogromne jak Olimp.
Kassyusz.  Śpiesz się, Antoni, młody Oktawianie!
Pomścijcie wasze krzywdy na Kassyuszu,
Bo dla Kassyusza ciężarem jest życie,
Nienawidzony przez tych, których kocha,
Dziś przez własnego pokrzywdzony brata,
Który go karci, jakby niewolnika,
Każdy błąd jego na regestr zaciąga,
Aby go później w oczy mógł mu cisnąć.
Z żałości mógłbym i duszę wypłakać.
Oto mój sztylet, to pierś moja naga,
W niej serce droższe od skarbów Plutusa,
Jeśliś Rzymianin, wydrzyj je, Brutusie;
Jeślim ci nie dał złota, daję serce,

Utop w niem sztylet, jak niegdyś w Cezarze,
Bo wiem, że nawet gdyś go nienawidził
I wtedy jeszcze kochałeś go więcej,
Niż kiedykolwiek kochałeś Kassyusza.
Brutus.  Schowaj ten sztylet. Unoś się, jak zechcesz,
I rób, co zechcesz; zezwalam na wszystko,
Sromota nawet żartem tylko będzie.
Z jagnięciem jesteś wprzągnięty do jarzma;
Gniew w jego sercu jak w krzemieniu ogień,
Pod silnym ciosem wyrzuci iskierkę
I znów ostygnie.
Kassyusz.  Tegoż Kassyusz dożył,
Że został szyderstw Brutusa przedmiotem,
Gdy go zły humor albo smutek dręczy?
Brutus.  I ja, gdym mówił, w złym byłem humorze.
Kassyusz.  Więc się przyznajesz do winy? Daj rękę!
Brutus.  A z nią i serce.
Kassyusz.  Brutusie!
Brutus.  Co mówisz?
Kassyusz.  Czy nie masz w sercu twem dosyć miłości,
By mi przebaczyć chwilę zapomnienia,
Gdy mnie namiętna unosi gwałtowność,
Którą po matce dostałem w dziedzictwie?
Brutus.  Mam ją, Kassyuszu. Odtąd, ile razy
Wybuchniesz gniewem przeciw Brutusowi,
Brutus pomyśli, że twa zrzędzi matka,
I będzie słuchał wyrzutów spokojnie. (Wrzawa za sceną).
Poeta  (za sceną). Puść mnie! Zobaczyć naszych muszę wodzów.
Słyszę spór wiodą, nie byłoby dobrze
Samych zostawić.
Lucyusz  (za sceną).Nie możesz ich widzieć.
Poeta  (za sceną). Śmierć tylko jedna zatrzymać mnie zdoła.

(Wchodzi).

Kassyusz.  Co się to znaczy?
Poeta.  Wstydźcie się, wodzowie!
Jeden drugiego sercem kochać winien całem;
Bo jestem od was starszy i więcej widziałem.
Kassyusz.  Ha, ha! czy słyszysz, jak cynik rymuje?

Brutus.  Cóż to za śmiałość? Precz mi stąd, zuchwalcze!
Kassyusz.  Przebacz mu, proszę, to jego natura!
Brutus.  Przebaczam żarty, byle były w porę;
Lecz co ma wojna wspólnego z błaznami
Tego rodzaju?
Kassyusz.  Uciekaj, co prędzej!

(Wychodzi Poeta. — Wchodzą: Lucyliusz i Tytyniusz).

Brutus.  Ponieście rozkaz wszystkim pułkownikom,
Niechaj na nocleg rozbiją namioty.
Kassyusz.  Natychmiast potem wróćcie tu z Messalą.

(Wychodzą Lucyliusz i Tytyniusz).

Brutus.  Teraz, Lucyuszu, daj mi puhar wina.

(Wychodzi Lucyusz).

Kassyusz.  Nigdym nie myślał, by się twoje serce
Do tego stopnia gniewem mogło unieść.
Brutus.  Tyle boleści spadło na mnie razem!
Kassyusz.  Gdzie mądrość twoja, by złe przypadkowe
Tak bardzo mogło wziąć górę nad tobą?
Brutus.  Nikt lepiej znosić nie umie boleści:
Porcya umarła.
Kassyusz.  Kto? Porcya?
Brutus.  Umarła.
Kassyusz.  A tyś mnie jednak trupem nie położył,
Gdy w tak złą chwilę spór ten wywołałem!
Okrutna strata! Na jaką chorobę?
Brutus.  Ma nieobecność i bolesny widok
Nagłej potęgi srogich tryumwirów,
(Bo wieść ta przyszła z wieścią o jej zgonie)
Wszystko to razem Porcyę obłąkało,
A korzystając z sług nieobecności,
Żarzące węgle w rozpaczy połknęła.
Kassyusz.  I tak umarła?
Brutus.  Tak.
Kassyusz.  O, wielki Boże!

(Wchodzi Lucyusz z winem i pochodnią)

Brutus.  Nie mówmy o niej. Daj mi puhar wina:
Wszelką urazę w tym puharze topię. (Pije).
Kassyusz.  Z spragnionem sercem toast ten wychylę.

Po same brzegi puhar nalej winem,
Bo nigdy dosyć Brutusa miłości
Pić nie potrafię. (Pije. — Wchodzą: Tytyniusz i Messala).
Brutus.  Zbliż się, Tytyniuszu.
Witaj, Messalo! Tu, przy tej pochodni,
O naszej sprawie naradźmy się społem.
Kassyusz.  Porcyo, umarłaś!
Brutus.  Nie mów o niej, błagam! —
Messalo, dzisiaj odebrałem listy,
Że młody Oktaw i Marek Antoniusz
Z potężną armią przeciw nam ruszyli,
I wstępnym bojem idą na Filippi.
Messala.  I ja mam listy takiej samej treści.
Brutus.  Z jakim dodatkiem?
Messala.  Że tryumwirowie
Stu senatorów skazali na gardło.
Brutus.  To się w tem nasze nie zgadzają listy,
Bo w moich czytam, że siedemdziesięciu
Wskutek proskrypcyi legło senatorów,
Z nimi Cycero.
Kassyusz.  Cycero?
Messala.  Zabity,
Zabity wskutek tablic proskrypcyjnych.
A czy od żony nie masz żadnych listów?
Brutus.  Nie, nie mam żadnych.
Messala.  To rzecz niepojęta.
Brutus.  Dlaczego pytasz? Czy piszą ci o niej?
Messala.  Nie.
Brutus.  Powiedz prawdę, jeżeliś Rzymianin.
Messala.  Więc jak Rzymianin słuchaj całej sprawy:
Porcya umarła dziwną bardzo śmiercią.
Brutus.  Więc żegnaj, Porcyo! Wszyscy musim umrzeć;
A o jej śmierci tak myślałem często,
Że dziś spokojnie wieści o tem słucham.
Messala.  Tak wielkie serca wielkie znoszą straty.
Kassyusz.  I ja się tego z książek nauczyłem,
Lecz serce tego znieśćby tak nie mogło.
Brutus.  Teraz do rzeczy. Nie byłożby dobrze

Bez straty czasu ruszyć ku Filippi?
Kassyusz.  Jabym nie sądził.
Brutus.  Dla jakich powodów?
Kassyusz.  Niechaj nas raczej szuka nieprzyjaciel,
Śród długich marszów rujnuje zasoby,
Męczy żołnierza i sam się osłabia,
Gdy armia nasza, na spokojnych leżach,
Z całą dzielnością przyjmie osłabionych.
Brutus.  Dobre powody niech ustąpią lepszym.
Cały kraj, między nami a Filippi,
Ma dla nas tylko przyjaźń wymuszoną,
I tylko szemrząc spłaca kontrybucye.
Wróg nasz, przechodząc niechętne powiaty,
Znajdzie tam pomoc w ludziach i w pieniądzach,
I przyjdzie świeższy, silniejszy, zuchwalszy.
Lecz mu te wszystkie odbierzem korzyści,
Jeśli mu stawim czoło pod Filippi,
Niechętną ludność w tyle zostawimy.
Kassyusz.  Słuchaj mnie, bracie —
Brutus.  Pozwól, jeszcze słowo.
Nie zapominaj, że mamy już wszystko,
Co nam przyjazne mogły dać narody,
Legie w komplecie i dojrzałą sprawę;
Z dniem każdym rośnie wrogów naszych siła,
Gdy nas, u szczytu, dzień osłabia każdy.
Jest prąd we wszystkich ludzkich sprawach bystry,
Chwycony w porę, wiedzie do zwycięstwa,
Lecz gdy go chybisz, żywota żegluga
Nędznie się kończy na biedy mieliznach.
Na takim prądzie stoimy obecnie,
Płyńmy odważnie, dopóki nam służy,
Lub wszystkie nasze zmarnieją nadzieje.
Kassyusz.  Więc, w imię boże, gdy chcesz, idźmy naprzód,
Stawmy im czoło na polach Filippi.
Brutus.  Wśród długich rozmów noc zapadła ciemna.
Natura musi uledz konieczności,
Dajmy jej chwilę spoczynku w jałmużnie.
Czy nikt z was nie ma nic więcej powiedzieć?

Kassyusz.  Nie; więc dobranoc! a ze świtem naprzód!
Brutus.  Mój płaszcz, Lucyuszu. (Wychodzi Lucyusz).
Żegnam was, Messalo
I Tytyniuszu! Szlachetny Kassyuszu,
Bądź zdrów! dobranoc i dobry spoczynek!
Kassyusz.  Dobry mój bracie, źleśmy noc zaczęli.
O, mój Brutusie, niech nigdy raz drugi
Podobny rozbrat dusz nie dzieli naszych!
Brutus.  Wszystko jest dobrze.
Kassyusz.  Dobranoc, mój wodzu!
Brutus.  Dobranoc, bracie!
Tytyn.  i MessalaDobranoc, Brutusie!
Brutus.  Żegnam was wszystkich, wszystkim wam dobranoc!

(Wychodzą: Kassyusz, Tytyniusz i Messala. — Wchodzi Lucyusz z płaszczem).

Daj mi płaszcz, chłopcze. A gdzie twoja lutnia?
Lucyusz.  Tutaj w namiocie.
Brutus.  Mówisz na pół śpiący.
Biedne pacholę! czuwałeś zbyt długo.
Zawołaj Klaudya i kilku mych ludzi,
W moim namiocie niech śpią na wezgłowiach.
Lucyusz.  Warronie! Klaudyo! (Wchodzą Warro i Klaudyusz).
Warro.  Czy nas wołasz, panie?
Brutus.  Proszę was, noc tę śpijcie w mym namiocie,
Być bowiem może, że wkrótce was zbudzę
I w ważnej sprawie poślę do Kassyusza.
Warro.  Będziem gotowi czekać na rozkazy.
Brutus.  Nie, tego nie chcę i śpijcie w spokoju;
Może się jeszcze namyślę inaczej.
(Do Luc.). Patrz, oto książka, której tak szukałem,
Sam ją do mojej włożyłem kieszeni.

(Słudzy kładą się).

Lucyusz.  Byłem też pewny, że mi jej nie dałeś.
Brutus.  Przebacz mi, chłopcze, często pamięć tracę.
Czy możesz jeszcze ze snem walczyć chwilę,
Wydobyć z lutni dwa lub trzy akordy?
Lucyusz.  Jeśli chcesz, panie.
Brutus.  Chciałbym, jeśli możesz.

Zbyt cię kłopoczę, lecz wiem, żeś jest chętny.
Lucyusz.  To ma powinność.
Brutus.  Nie chciałbym jednakże,
Żeby powinność przechodziła możność:
Wiem, że krwi młodej trzeba wypoczynku.
Lucyusz.  Już spałem chwilę.
Brutus.  I jeszcze spać będziesz,
Nie mam zamiaru długo cię zatrzymać.
Jeśli żyć będę, znajdziesz we mnie, chłopcze,
Dobrego pana. (Muzyka i pieśń).
Jaka pieśń senna! O, śnie, rozbójniku,
Twą ołowianą trąciłeś maczugą
Chłopię, co pieśnią chciało cię powitać!
O, dobre moje pacholę, dobranoc!
Nie chcę cię dręczyć, nie myślę cię budzić.
Lecz się chylając, mógłbyś lutnię strzaskać,
Więc ją usunę; dobranoc, mój chłopcze! —
Zobaczmy teraz — czym nie zagiął karty,
Gdziem wczoraj stanął? A, tutaj, znalazłem.

(Siada. — Wchodzi Duch Cezara).

Jak blade światło! Ha, kto się tu zbliża?
To tylko słabych oczu mych złudzenie
Straszne to stawia przede mną widziadło.
Coraz się zbliża. Czy to rzeczywistość?
Czy to bóg jaki, czy anioł, czy szatan
Krew moją mrozi, włos na głowie jeży?
Ktoś jest? odpowiedz!
Duch.  Twój zły duch, Brutusie.
Brutus.  Po co przychodzisz?
Duch.  Aby ci powiedzieć,
Że się zobaczym znowu pod Filippi.
Brutus.  Więc cię zobaczę jeszcze?
Duch.  Pod Filippi (znika).
Brutus.  Więc dobrze, znów cię ujrzę pod Filippi.
Zaledwie zniknął, serce mi wróciło.
Zły duchu, chciałbym dłużej z tobą mówić. —
Chłopcze! Lucyuszu! Klaudyuszu! Warronie!
Zbudźcie się!

Lucyusz.  Lutnia była rozstrojona.
Brutus.  On jeszcze marzy, że ma lutnię w ręku.
Zbudź się, Lucyuszu!
Lucyusz.  Panie!
Brutus.  Czyś co marzył,
Żeś śpiąc tak wrzasnął?
Lucyusz.  Nie wiedziałem, panie,
Żem przez sen wołał.
Brutus.  A wołałeś przecie.
Czyś nic nie widział?
Lucyusz.  Nic, panie.
Brutus.  Śpij znowu.
Hola, Klaudyuszu! Obudźcie się wszyscy!
Warro.  Panie!
Klaudyusz.  Panie!
Brutus.  Co mają znaczyć krzyki wasze we śnie?
Warro  i Klaud. Czyśmy krzyczeli?
Brutus.  Czy nic nie widziałeś?
Warro.  Nic nie widziałem.
Klaudyusz.  Ani ja, mój panie.
Brutus.  Idź, Kassyuszowi zanieś pozdrowienie,
Powiedz, niech naprzód swe prowadzi pułki,
My pójdziem za nim.
Warro  i Klaud.Idźmy spełnić rozkaz.

(Wychodzą).




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.