<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Kazan
Wydawca „Polska Zbrojna“
Data wyd. 1926
Druk Drukarnia „Polski Zbrojnej“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Poraj
Tytuł orygin. Kazan
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


TRAGEDJA NA SŁONECZNEJ SKALE

Przez cały dzień Kazan nie opuszczał krokiem Sun Rock’u. Nowe dlań dotychczas uczucie ojcostwa silniejszem było od wołania z chaty.
O zmroku Szara Wilczyca podniosła się z legowiska i wraz z Kazanem ruszyła na przechadzkę po jodłowym zagaju. Wilczyca, warcząc lekko od czasu do czasu, gryzła leciutko Kazana po kudłatym karku. Kazan zaś, wiedziony dawnyn wilczym instynktem, lizał pieszczotliwie swą towarzyszkę po pysku, aż z ukotentowania poczęła głośno, urywanie dychać, jakby się śmiała.
Wnet jednak posłyszała jękliwe, niedołężne skomlenie. Opuściła śpiesznie Kazana i pędem puściła się ku kryjówce, skąd wołało ją jedno z jej małych.
Kazan pojął odrazu, że teraz Szara Wilczyca nie powinna opuszczać szczytu Sun Rock’u, on zaś musi sam chodzić na polowanie, chcąc dostarczyć żywności swej towarzyszce i szczeniętom. Skoro też wzeszedł księżyc, ruszył na poszukiwanie zwierzyny i przed świtaniem powrócił do legowiska, niosąc w paszczy wielkiego białego królika. Szara Wilczyca zjadła go, głośno mlaszcząc z zadowolenia. Kazan wiedział już, że co noc winien teraz czynić to samo.
Następnych dni nie zaglądał już do ludzkiej chaty, choć słyszał, że Janina i jej mąż nawoływali go niejednokrotnie. Dopiero na czwarty dzień pojawił się tam niespodziewanie ku niezmiernej uciesze Janiny i maleństwa, które gaworząc doń po swojemu, poczęło go z uciechy kopać różowemi nożynami, tarmosząc za zwikłane, zczochrane kudły.
— Przypuszczam, — rzekł mąż Janiny, — że nie będziemy potrzebowali żałować nigdy, jeśli go z sobą zabierzemy; że się dzikie instynkty nigdy w nim nie odezwą. A przecieżem ciekaw, czy się przyzwyczaisz do tamecznych warunków, ty stary czarcie! Nie będziesz tam miał lasów i borów, w jakich przebywałeś dotychczas.
— I mnie żal będzie również moich lasów — ozwała się Janina. — Ja też spędziłam tu z ojcem wiele, wiele lat... I dlatego to pewno tak bardzo polubiłam mego poczciwego starego Kazana. Prócz ciebie i mej malutkiej najbardziej go chyba lubię na całym świecie.
Co do Kazana, to ten czuł teraz tembardziej, że w chacie gotują się jakieś nowe, nieznane wydarzenia. Podłoga zasłana była pakunkami i tobołami.
Trwało to tydzień. Kazan tak był owemi przygotowaniami podniecony, że mąż Janiny nie mógł się pewnego wieczora wstrzymać od zwrócenia uwagi:
— Przypuszczam, że on naprawdę wie, o co chodzi. Zrozumiał, że się przygotowujemy do wyjazdu. Ale kiedy my wreszcie wyjedziemy? Rzeka już wczoraj wylała; narazie o podróży łodzią nie może być mowy. Jeśli powódź potrwa, będziemy musieli poczekać tu jeszcze conajmniej około tygodnia.
Minęło jeszcze kilka dni, aż wreszcie nastąpiła pełnia i szczyt Sun Rock’u przez całą noc kąpał się w powodzi srebrnego, księżycowego światła. Szara Wilczyca skorzystała z tego, by wyprowadzić swoich troje małych przed jaskinię.
Szczenięta podobniejsze raczej do trzech włochatych kul pilśniowych, zataczały się co krok, przewracały, tuliły się chwilami do matki, równie niezgrabne jak ludzkie maleństwo z chaty. Kazan przyglądał się im z uwagą. Nasłuchiwał ich nieudolnego, niemowlęcego skomlenia i jękliwych skowytów; przypatrywał się im, jak łaziły niezgrabnie na uginających się pod ich ciężarem czterech łapkach, podobnie jak poprzednio wpatrywał się w dziecko, usiłujące chodzić na dwóch nóżkach. Widowisko to sprawiało mu rozkosz nieopisaną.
Gdy jednak księżyc wzbił się już na strop nieba i gdy noc stała się równie niemal jasna jak dzień, przestał wreszcie Kazan podziwiać swe potomstwo i zbiegłszy w dolinę, popędził na łowy.
Natknął się przedewszystkiem na wielkiego białego królika, który mu się wyrwał z pod nóg. Uganiał się za nim coś około pół mili, lecz nie był w stanie go schwytać. Wreszcie zrozumiał, że należało raczej poniechać pościgu. Mógł był bowiem pokusić się o znużenie w pogoni renifera albo karibu, pędzących w ucieczce wprost przed siebie i pozostawiających za sobą mocne wyciski racic. Ale nie tak to łatwo ścigać drobną zwierzynę, kryjącą się niespodziewanie w niedostępne haszcze i zarośla; lis raczej niźli wilk może się o to pokusić.
Włóczył się więc po lesie, myszkując zcicha, bacząc, by mu gałązka nie zatrzeszczała pod stopą, aż wpadł znienacka na innego białego królika. Skok jeden i drugi, odmierzone mistrzowsko, i już trzymał w paszczy wyborną wieczerzę dla swej Szarej Wilczycy.
Wracał z polowania spokojnie, lekkim truchtem, od czasu do czasu przystając i rzucając na ziemię śnieżystego królika, który mógł ważyć coś około siedmiu funtów; ciężki był, aż mu się od niesienia męczyły szczęki.
U podnóża Sun Rock’u, gdzie się rozpoczynała wąska, kręta ścieżka wiodąca na szczyt, przystanął nagle, jakby go kto w łeb wyrznął obuchem. Na ścieżce porzucił woń, świeżą jeszcze, czyichś cudzych kroków.
W jednej chwili prasnął królikiem o ziemię. Z każdego włosa długich, zwichrzonych kudłów posypały mu się niby skry elektryczne. Woń, jaka go zaleciała, nie była ani wonią królika, ani kuny, ani jeżoźwierza. Na ścieżce wycisnęły się ślady łap o ostrych pazurach, któremi napastnik drapał się chwilami na głazy.
W tejże chwili doleciały go straszliwe, zmieszane wycia i piski, aż puścił się całym pędem pod górę, ujadając, ile mocy w piersi.
Nieco poniżej szczytu skały, na wąskim tarasie, wznoszącym się ponad przepaścią, ujrzał w poświacie księżycowej Szarą Wilczycę, zmagającą się w śmiertelnych zapasach z olbrzymim szarym rysiem. Wilczyca rzuciła się właśnie na napastnika z głośnym rozpaczliwym skowytem.
Kazan przez chwilę wpatrywał się, jakby przygwożdżony do ziemi, poczem rzucił się w wir walki. Był to cichy, szybki jak myśl, skok wilka, skombinowany z uczoną stategją psa husky.
Inny zwierz padłby odrazu za pierwszem natarciem. Ale ryś jest najzwinniejszem, najbystrzejszem stworzeniem Wildu. Niedarmo Czerwonoskorzy zwą go „Chyżym“. Kazan porwać go chciał za gardziel, gdzieby mu przegryzł swemi potężnemi, calowemi kłami żyłę podgardlaną. Ryś jednak w ciągu nieskończenie drobnego ułamka sekundy zdążył się cofnąć i Kazan pochwycił jeno strzęp jedwabistej, miękiej sierci podgardla.
Przeciwnik, który tymczasem poniechał Szarej Wilczycy, był równie groźny co wilk lub pies husky, ale w odmienny sposób. Kazan walczył już raz ze schwytanym w potrzask rysiem i z walki tej wyniósł pewne doświadczenie.
Wiedział też, że nie należy kusić się o przewrócenie rysia na grzbiet, jak się to czyni z innym przeciwnikiem. Wielkie bowiem koty Wildu umieją walczyć pazurami w sposób jeszcze groźniejszy niżeli kłami. Pazury te, ostrzejsze od brzytew, rozprułyby brzuch i wypuściłyby flaki napastnikowi.
Szara Wilczyca, ciężko ranna, wyła już i skowytała rozpaczliwie. Znów więc porwał się na przeciwnika, chcąc go pochwycić za gardziel. Ale ryś znowu zdołał się o włos uchylić od grożącej mu śmierci. Kazan przecież pochwycił go zębami i już nie puszczał.
Obaj przeciwnicy zwarli się teraz w zajadłym uścisku. Ryś drapał Kazana ostremi pazurami po bokach, nie mogąc szczęściem zadać mu śmiertelnego ciosu. Walczący tak się zapamiętali w tych śmiertelnych zapasach, że nie zdając sobie sprawy ze szczupłości miejsca, potoczyli się aż na krawędź występu skalnego i nagle runęli w przepaść.
Padli z wysokości pięćdziesięciu do sześćdziesięciu stóp, jakby jedna zbita puszysta kula. Tak się jednak rozżarli w walce, że Kazan nie rozluźnił ani na chwilę zaciśniętych kłów, a ryś orał mu wciąż pazurami boki.
Zwalili się wreszcie ciężko na ziemię i dopiero upadek ich rozdzielił; pies potoczył się o kilkanaście stóp dalej od rysia.
Porwał się wszakże niezwłocznie i znów skoczył ku napastnikowi, gotów do walki. Ryś wszakże leżał nieruchomy, spłaszczony, zalany krwią, tryskającą mu z gardzieli. Widząc to Kazan podchodził z ostrożna, mając się na baczności, węsząc, czy nie grozi mu chytry podstęp ze strony wroga. Zrozumiał wreszcie, że odniósł był zwycięstwo, że wielki kot nie żył już naprawdę. Powlókł się więc obolały do Szarej Wilczycy.
Zastał ją w norze nad szczątkami małych, które ryś poszarpał na strzępy. Siedziała nad niemi, skomląc i skowycząc żałośnie. Chcąc ją pocieszyć, Kazan począł ją lizać po łbie i po okrwawionych barkach. Przez całą noc jednak skowytała wciąż rozpaczliwie.
Dopiero jednak gdy się rozwidniło dojrzał Kazan, jak straszliwe były skutki tej walki z rysiem. Szara Wilczyca oślepła. Jej bystre, jarzące się ślepia zamknęły się odtąd dla światła i to nie na dzień ani na dwa, lecz raz na zawsze. Nieprzebite ciemności, jakich najjaśniejszy blask słońca nie zdoła przeniknąć, spowinęły jej oczy grubym całunem.
I ów wrodzony instynkt, wyjaśniający zawsze zwierzętom, czegoby nie zdołały wyrozumieć, powiedział Kazanowi, że odtąd towarzyszka jego stała się bardziej bezbronna, bardziej niedołężna, niż nieszczęsne maleństwa, jakie jeszcze przed kilku godzinami szukały u jej boku obrony.
Próżno też Janina nawoływała go przez cały dzień. Gdy na Sun Rock dolatywało jej wołanie, Szara Wilczyca tuliła się jeno zestrachana tembardziej do boku swego towarzysza. Kazan kładł uszy po sobie i jeszcze czulej ją lizał.
Około popołudnia Kazan zapuścił się w dolinę i po krótkiej włóczędze po lesie przyniósł Szarej Wilczycy białego królika. Ta jednak obwąchała go, trąciła parokrotnie pyskiem i odsunęła go od siebie. Nie chciała jeść.
Zrozpaczonemu Kazanowi przeszło przez myśl, że towarzyszkę jego trapi bliskie sąsiedztwo pomordowanych szczeniąt. Począł ją więc trącać pyskiem i skowycząc łagodnie, zachęcał, by zeszła wraz z nim z tragicznej skały. Istotnie poszła za nim i ślizgając się co krok, zeszła aż na dół. Następnie wspierając się wciąż pyskiem o jego bok, ruszyła za nim w las pomiędzy jodły.
Przed pierwszą jakąś wyrwą, którą należało przeskoczyć, zatrzymała się jednak i Kazan raz jeszcze się przekonał, jak była niedołężna. Próżno zachęcał ją, by się odważyła skoczyć z nim razem. Skomlała wciąż i ze dwadzieście razy kładła się na ziemi, nie mogąc zdecydować się na przesadzenie przeszkody. Ośmieliwszy się wreszcie, skoczyła twardo, niezdarnie, ciężko padłszy po skoku na ziemię obok Kazana. Odtąd też bliżej jeszcze tuliła się do swego towarzysza, czując, że jeśli chce być bezpieczną, nie może go na krok opuszczać, wspierając się wciąż pyskiem o jego barki.
Przebiegli tak oboje około pół mili. Szara Wilczyca, ucząc się teraz na nowo chodzić mimo ślepotą, potykała się i padała co chwilę. Gdy o zmroku, poderwał się w pobliżu śnieżysty królik, Kazan puścił się za nim, ale przebiegłszy kilkanaście kroków, obejrzał się instynktownie, czy Szara Wilczyca biegnie za nim. Stała bez ruchu, zaparłszy się mocno na łapach. Poniechał więc królika i wrócił ku niej.
Razem spędzili noc w jakimś zagaju i nazajutrz dopiero Kazan, pozostawiwszy tam Szarą Wilczycę, ruszył do ludzkiego osiedla.
Janina i jej mąż spostrzegli wnet ledwie zasklepiające się rany na łopatce psa i na żebrach.
— Musiał się niezawodnie bić z niedźwiedziem lub z rysiem, — rzekł mężczyzna. — Wilk nie poraniłby go w ten sposób.
Janina opatrzyła mu rany swemi delikatnemu dłońmi. Gawędząc wciąż, przemyła mu je ciepłą wodą, posmarowała jakąś kojącą maścią, aż Kazan doznał uczucia błogości. W ciągu pół godziny wypoczywał potem na skraju sukni swej pani, która umyślnie usiadła przy nim. Następnie przypatrywał się przeciągając się rozkosznie, jak porządkowała izbę, układała tajemnicze pakunki i przyrządzała posiłek.
Dzień mu minął w ten sposób zdala od zapomnianych lasów i dopiero ze wschodem księżyca przypomniał sobie, że trzeba wracać do Szarej Wilczycy. Gdyby Janina wiedziała, że to nieszczęsne stworzenie, dla którego Kazan stał się odtąd słońcem, gwiazdami i księżycem, życiem całem i karmicielem jedynym, leżało opuszczone w zagaju, — pośpieszyłaby była niewątpliwie z pomocą Szarej Wilczycy. Ale nie wiedziała przecież o niczem.
Minął w ten sposób tydzień, w ciągu którego Kazan po dawnemu spędzał część doby to w chacie ludzkiej, to znów w odludnych zagajach. Poczem pewnego popołudnia mężczyzna nałożył mu na kark obrożę z mocnym rzemieniem i przywiązał go do żelaznego kółka, wpuszczonego w jedno z bierwion w ścianie chaty.
Przetrzymano go tak przez resztę dnia i przez noc. Nazajutrz Janina i jej mąż wstali o świcie.
Mężczyzna wziął dziecko na ręce i poszedł przodem. Janina szła za nim, trzymając na smyczy Kazana. Drzwi do chaty zamknięto przedtem na zasuwy i na zamki a okna pozabijano deskami i mocnemi kratami z żerdzi. Wreszcie wszyscy zeszli ku rzece, gdzie u brzegu czekała już duża, wyładowana pakunkami piroga. W przeddzień jakiś inny człowiek przybył do chaty i zabrał z sobą sanki i psy uprzężne.
Janina wsiadła do pirogi pierwsza wraz z dzieckiem i Kazanem, któremu kazała się położyć u nóg. Usadowiła się przy sterze, maż chwycił za wiosło i wnet łódź odbiła od brzegu, płynąc żywo w dół rzeki.
Kobieta, trzymając wciąż w ręku rzemień od obroży Kazana, odwróciła się ku chacie niknącej już za drzewami i żegnała ją ruchem dłoni. Na twarzy odmalowało się jej wzruszenie. W oczach stanęły jej łzy.
— Żegnaj, żegnaj! — zawołała.
— Żal ci? — zapytał mąż. — Może ci to sprawia przykrość, że wyjeżdżamy?
— Nie, nie! — odrzekła żywo. — Ale lubiłam te śliczne lasy i tę dziką przyrodę. Spędziłam tu prawie całe życie z ojcem, którego zwłoki tu zostały. Żadne, mem zdaniem, miasto nie może się równać z tem pustkowiem.
Stłumiła w krtani łkanie i zaczęła się wpatrywać W dziecko...
Już od kilku minut piroga, pochwycona przez nurt rzeczny, żywo płynęła z prądem.
W tem miejscu właśnie od jednego z brzegów ciągnęła się ku środkowi koryta rozległa łacha piasczysta, tworząc coś naksztalt płaskiego łysego półwyspu.
Mąż Janiny rzucił oczyma i głosem wskazał żonie jakiś punkt szary na żółtym piasku. Janina rozpoznała w nim Szarą Wilozycę, zwracającą ku Kazanowi zagasłe ślepia. Brak oczu zastąpił jej węch, dzięki któremu odgadła, że Kazan wraz z obojgiem ludzi oddalał się od niej coraz bardziej... coraz bardziej...
Kazan porwał się, zaparł łapami w dno łodzi i patrzał.
A Szara Wilczyca, jakby odgadując z plusku wioseł, że piroga coraz się oddala, podeszła teraz aż do brzegu. Siadła na zadzie i podniósłszy pysk ku słońcu, które dla niej już przestało świecić, zawyła, tęsknie, rozpaczliwie nawołując Kazana.
Smycz wymknęła się Janinie z ręki. Piroga nagle dała susa, zachybotała się na fali; szara, kudłata masa prysnęła poprzez powietrze. Kazan znikł.
W tejże chwili mężczyzna chwycił za strzelbę i wymierzył do płynącego Kazana.
— A, łajdak! — krzyknął. — Tak się to z nami żegna! Już ja go nauczę...
Ale Janina równie szybko podbiła mu broń. Zbladła, jak płótno.
— Nie strzelaj! — zawołała. — Niech do niej wraca. Daj mu pokój, daj mu pokój! Powinien tu z nią pozostać!
Kazan, dopłynąwszy do brzegu, otrząsnął się z wody i głośno prychał. Po raz ostatni popatrzał za pirogą, która po kilku minutach znikła poza zakrętem.
Szara Wilczyca zwyciężyła!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Stanisław Koźmiński.