Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XX.

W obozie, dzień to był samych dziwów dla Millera, który co chwila utwierdzał się w przekonaniu, że jakaś siła, co ją zwał czarami, wspomagała zakonników. Ludzie jego choć się z tém głośno nie odzywali, wszyscy wierzyli w owe czary Częstochowskie: polacy im ciągle mówili o sile świętości, a w naszą świętość nie wierząc, sprawę Bożą przypisywali mocy nieczystéj. Od dawniéj oblegających, przeszła już ta myśl odbierająca im odwagę, do nowéj piechoty i puszkarzy nowych. Gruntowali się w niéj nieustannie, szwankami jakie ponosili: mimo wysileń, mimo potęgi swojéj, było cóś uderzająco niepojętego w szczęśliwym oporze małéj twierdzy, ledwie słabo obsadzonéj, takiemu wojsku, wodzom i działom.
Kolubryny i kartauny ogromnemi kulami bijąc w ściany klasztoru i mury obwodowe, nie wiele przez dzień zrządziły im uszczerbku, a Miller musiał już rachować, na ile dni podobnego ognia prochy mu wystarczą. Posłano po nie znowu aż do Krakowa: oprócz strat w ludziach, w starszyznie, śmieléj wdzierającéj się pod mury dla zachęcenia, strat, które były bardzo znaczne, poniesiono szkodę wielką przez wysadzenie wozu z prochem, który był dla nich tak drogi.
Rada wojenna zebrana w namiocie Millera, smutną miała postać; siedzieli pułkownicy chmurni, znużeni, zawstydzeni, generał ledwie się odzywał; Wejhard wsunął się, stanął w kącie na uboczu, nie bardzo życząc sobie podbudzać gniew dowódzcy. Rada i robota zarówno szły upornie. Co daléj? szturmować? ale czy na długo prochów wystarczy?
Z szyderskim uśmiechem na ustach, który źle pokrywał wewnętrzny niepokój, Miller siedział gryząc wąsa, ruszając się niekiedy żywo, jakby cóś przemyślał i mówił do siebie; to się przechadzał, to na ławę upadał. Xiąże Hesski flegmatyk, poglądał na niego rzucając z kubka kośćmi o stół dla zabawy; bo nikomu gra nie była w głowie.
— No, panowie, — odezwał się Miller, — a co będzie daléj?
— Albo nie zaczynać, — rzekł Hesski, — albo począwszy, kończyć potrzeba; ale jak?
— Kończyć! kończyć! dobrze to mówić! i jać-bym rad! żołnierz się nuży chłodem, głodem, zimą, a ci mnisi utrapieńcy.
— Wyznajcie, — przerwał Heski, — że się dzielnie bronią, aż miło patrzeć.
— Matacze! zuchwalcy! — wołał generał, — ale to darmo!
— Panie generale, — odezwał się Sadowski, — za cóś potrzeba liczyć fanatyzm ich i załogi, człowiek się nim podwaja; z takiemi ludźmi walczyć nam chłodnym i rozważnym, prawie niepodobna.
— Ba! — rzekł Miller, — jeszcze i to dodaj (przerwał sobie śmiechem szyderskim niby), że tu są czary widoczne; nasi żołnierze mocno w to uwierzyli.
— Czary! — rozśmiał się Sadowski, to tylko imie inne, rzecz taż sama..
— Ale cóż powiecie, że nieustannie prawią, o pokazujących się w powietrzu postaciach, o jakichś zjawiskach. Na co tu długo szukać czarów, wszystkie nasze klęski, niemi się chyba dadzą tłumaczyć, kilka tysięcy walecznego wojska, zwyciężców, walczą z dwumaset włóczęgów i zbieraniny, walczą tyle tygodni — i darmo!
— A na Boga! — zawołał z kąta Wejhard, — tegoby jeszcze nie stawało, żebyśmy i my sobie temi obozowemi plotkami głowy nabijali. Cóż to za dziwy? pan generał był ci zanadto powolnym, zbyt wspaniałomyślnym i miałeś mało dział... wlekło się traktowanie, potém słabe napady... ale dzielniéj uderzywszy.....
— A dzień dzisiejszy ?
— Ogień był źle skierowany.
— Znajdzie się przyczyna.
— Panie generale, wzięto ich z północy i południa, a tu właśnie przeciwnie — od wschodu należało się wysilić; trzeba było wszystkie działa na jednę ścianę użyć, i burzyć nie budowle, po których nam nic, ale jedne kortynę, wszystkiemi kartaunami.
— Dobra rada, hrabio, szkoda że późna!
— W sam czas, Wachler zbieg klasztorny.....
— Szpieg pański, — dodał Miller przerywając.
— Jak go chcecie zwijcie, — zaręcza, że zachodnia ściana nie wytrzyma i dnia pod ciągłym ogniem. Tu się obrócić; do tego mamy w klasztorze puszkarza u dział ich przekupionego; traktujemy tajemnie z załogą... Wodzowie się nie poddadzą, ale motłoch nastraszywszy i nadzieją łupu ująwszy...
Miller niecierpliwiąc się, ramionami zżymał.
— Waćpan jesteś papista, — odparł, — a mówisz o ujęciu ludu katolickiego, nadzieją łupu tego co za świętość uważają!
— No! to ująć ich nadzieją nagrody innéj — ocalenia życia...
— Z motłochem się wiązać brudna sprawa! zdobędę i bez tego pomocnika, któregobym się wstydził. Takie spiski zawsze i sromotne i zawodne, pan to wiesz najlepiéj.
Wejhard się zmarszczył.
— Przecież, — rzekł, — z łaski mojego Wachlera wiemy o zachodniéj ścianie.
— Zgoda na tę ścianę zachodnią, ale kto wie, może i na nią próżno dzień straciemy, a co gorzéj prochu dosyć; — od zachodu jednak ani kościołowi nie zagrozim, ani...
— Panie generale, tu o kortynę chodzi, nie o kościół.
— Zgoda więc jeszcze raz, z zachodu! Każ hrabio wcześnie działa przewieść, dylowanie porobić, szańce sypać noc całą. Żeby się nasz lud nie zamęczał, bo mu i tak dosyć, spędzie koniecznie z wiosek, z Rądzin, ze Mstowa, ze Dzbowa, zkąd chcecie i gotować baterję... Jutro po nabożeństwie uderzym.
Że to tego nabożeństwa u lutrów niebywało dotąd w niedzielę, mocno mu się zdziwił Sadowski, który miał religijnego ducha; on, xiąże Hesski katolik i Wejhard spójrzeli na Millera.
— Albo to myślicie że i my wiary i nabożeństwa niemamy, zawołał Miller czytając zdziwienie w ich oczach — predykant jest, w szopie zgromadzim lud, potrzeba żeby im wybił z głowy te czary, o których tak w obozie głośno. Na duchu upadli. Fanatyzm na fanatyzm, i my też swoich zagrzejemy na papistów. Ale wara potém gdy do szturmu przyjdzie! Dadzą się we znaki!
W obozie radzili, w klasztorze noc cała zeszła na przygotowywaniu się w cichości.
Światełka tylko drobne robocie przyświecają: cisza — ledwie roskaz jaki donośniejszym nieco ozwie się głosem, i słychać łoskot upadających kamieni, sypiącéj się ziemi; wrą w kotłach wody, a kto żyw cegłę nosi i muruje koło ściany, żeby wierzchy jéj wzmocnić. Mularze i nie mularze noszą cegłę, obrywy wczorajszych ruin, rozbierają wewnątrz przymurki i szkarpy stare, a dodają obwodowym ścianom. Nie brak tu ochotnika, bo i ślachta z czeladzią cegłę nosi, nosi wodę, wapno rozrabia, i kobiety się kręcą posługując. Kordecki usiadł na kupie kamieni, różaniec w ręku i głośno się modli, niekiedy ustanie, weźmie jaki ciężar, przyniesie go ukradkiem niepostrzeżony, położy i znowu usiędzie, niby dziecię które unika oka starszych, zabronioną chwytając zabawkę. Inni xięża noszą otwarcie kamień i wodę; w tém uderzyła godzina północnego choru i wszyscy odeszli, i słychać z kościoła szmer czuwających na modlitwie. Wśród nocy i ciemności, jak ten odgłos ma w sobie cós uroczystego: niby szum lasu co z niebem rozmawia, niby wielkie morze co od wieków gra pieśń smętną a tajemniczą. Starcy się modlą — świat zasypia; oni jedni kołaczą do nieba westchnieniem za spiących w grzechu, za znużonych żywotem, za obojętnych dla Boga. Słabe światło kilku żółtych świéc oblewa twarze pokryte tęsknotą, zapałem, smutkiem, rozjaśnione weselem, przyobleczone skruchą.
Dziś jeszcze dodaje temu obrazowi straszliwéj uroczystości śmierć, która ich otacza.
Na dole, pod niemi, w kościele, stoją trzy ubogie trumienki białe, poległych, trzema czarnemi całunami pokryte.
To już zwyciężcy... tamci wojują jeszcze! Na dole wśród cieniów, widać blade twarze żołnierzy, świecące wśród ciasnych ram ostatniego ich przytułku; obok na całunie, trupie głowy i kości; w górze w białych płaszczach modlą się bracia śmierci za żywych i umarłych: za nich, za siebie, za wszystkich. Amen! rozległo się i szmer odchodzących słychać w gmachu osamotnionym; umarli pozostali sami na straży, a przy nich jeden tylko żywy, jeden mnich zakapturzony powoli odmawia poważne wyrazy, łańcuchem tęsknoty, łączące dwa światy.

Dominus custodit te, Dominus protectio tua, super manum dextram tuam. Per diem sol non uret te, neque luna per noctem. Dominus custodit te ab omni malo, custodit animam tuam Dominus...

»(Pan strzeże ciebie, pan opieka twoją, nad prawicą twą — Za dnia słońce nie będzie ci dopiekać, ni xiężyc przyświecać nocą — Pan strzeże cię od wszelkiego złego, pan duszy twéj strzeże...”

Nad pracującemi jeszcze powstał ranek mglisty, powolnie z osłon wilgotnych rozwijając świat senny, smutny, szary, jesienny. Na murach stali jeszcze ludzie, ale już dzieło nocy było szczęśliwie dokonane. Przeor co piérwszy kamień położył z krzyżem świętym, ostatnią téż cegłę przeżegnał.
— Na chwałę twoją panie, na upokorzenie nieprzyjaciół wiary świętéj.
— Amen, odkrywając głowy, odezwali się wszyscy. I szedł wzdłuż ściany, kropiąc mury wodą święconą, a modląc się.
Cóż-by to powiedzieli ludzie, którzy wierzą tylko w potęgę kul i w siłę pięści? spójrzawszy na wiarę, z jaką kroplę wody rzucał na głazy, pewien że je pokrzepi rosą niebieską, że je spoi i uświęci. Coby to rzekli rachmistrze i matematycy i ludzie oręża, widząc z jakiem uspokojeniem bezpieczeństwa, stanął lud za tą tarczą słów i rosy?
A przecież, choć niepojęte, choć nieodgadnione, i słowa miały siłę i woda ta moc miała; — moc modlitwy co Boga z niebios sprowadza potężniejszego nad wszystkich. A śmiech szyderski, a zdumione niedowiarka oko, nieodjęły temu dziełu Pana, pobłogosławionemu z niebios, mocy niebieskiéj.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.