Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXI.

Błysnęła niedziela, i szwedzi raz piérwszy po przybyciu pod Częstochowę, uczuli potrzebę modlitwy; Miller sam ich poprowadził i rozkazał wcześnie posłusznemu predykantowi żeby im starał się wybić z głowy dziwny postrach, dziwnie upartą myśl czarów; przeciw którym szli niechętni a ręce im opadały. Całe wojsko niemal zatoczyło się pod szopy i namioty, w których naprędce nakryto stoły i postawiono krzyże. Kilku katolików spoglądali zdala na to osobliwsze nabożeństwo, w którem niebyło namaszczema naszych uroczystych obrzędów: raczéj tęsknota za wiarą niż sama objawiała się wiara. Pobożność lutrów zimna była jak nauka, która ją natchnęła; mówił predykant rozumnie, pięknie, moralnie, ale to był człowiek mówiący do ludzi głosem chłodnym rozumu, nie kapłan, natchniony posłannik Boży, otoczony tajemnicą i świętością.
Tu wszystko tłumaczono, wszystko mieć chciano jasném, dowiedzioném, obrachowaném, pewném; a do téj tak niby oczyszczonéj duchownéj strawy, przyłożywszy usta, czułeś, że cię nakarmić niemogła, bo była czczą i pustą, bo człowieka nasycić chciała ludzkiem, gdy on boskiego pragnie.
W Częstochowie brzmiały dzwony, śpiewy i organy, lud padał na twarz ze starą pieśnią rzewną, prostą a wielką, przed tajemnicą ołtarza. — Tu wszystko osłaniała tajemnica, i słowo kapłana wiodło przez nią wprost na jasne stropy niebios, do Boga. Tu inaczéj biły serca, wzdychały piersi, modliły się usta; tu cud otaczał, Chrystus umierał, krew jego lała się na świat i potęga dobrowolnego męczeństwa łamała ziemskie i piekielne mocy.
Jeszcze się było, Święty Boże! nieskończyło i nieodśpiewano — Przed oczy Twoje Panie, a już z zachodu, jak niemiec wyprorokował, kupili się szwedzi. Pan Zamojski widział sokolim wzrokiem między niemi, Wejharda i Wachlera, jak wskazywali na mury, jak kierowali działa, i uśmiechnął się do pana Czarnieckiego.
— A co — rzekł radośnie pan Piotr, który szklankę grzanego piwa kończył, a co mieczniku dobrodzieju, niedobrześmy zrobili, że mur podwoili przez noc, ot jak się szołdry krzątają... psubraty...
Crimen atro carbone rotundum, odparł poważnie miecznik, to widocznie była zdrada, inchoata, sed feliciter, przez nas za łaską Bożą unikniona. Oczéwiście wiedzieli co się u nas dzieje, ale in opera bellico, cała rzecz na tém; by zapobiedz.
— I zapobiegliśmy.
Insuper a se ipso occiditur! sami tu zęby potracą i głowy, a nie dadzą rady.
— Ognia! dawajcie ognia, a raźnie! — wołał pan Czarniecki.
— Nie wywołujmy wilka z lasu!
— Ze strzelbą na ramieniu, kpię ja z wilka. W tém i działa potężnie się odzywać poczęły, ale naprędce zrobione baterje, ustawienie ich liche, kierowanie niedbałe, nie wiele w początku zastraszały. Strzelali i co chwila przerywali ogień, kierując kartauny na nowo. Ogromne ich kule to się w mur pakowały, niewiele mu szkodząc, to po dziedzińcach rozbijały bruki, to gdzie krokiew nadłamywały z wielkim trzaskiem, a małą stratą.
Miller kazał sobie rozbić namiocik, patrzał i gotował się dowodzić do szturmu, ale do południa i dobrze po południu, mur ani się nadszczerbił, ledwie go gdzieniegdzie skrobnęli. Zestawili działa inaczéj — toż samo, puszkarze poglądali po sobie, oczyma mówiąc:
— A co? szatana taki mają!
Wejhard lata i krzyczy, wodzi Wachlera, grozi, płaci, mur jak stał tak słoi. Po kilku godzinach różnych próbek postrzegł już Miller, że się na nic nie przydadzą, że jeśli nie weźmie strachem, nie weźmie i siłą. Umyślnie posłuchał Wejharda aby mu miał czém dokuczać i posłał zaraz po niego; miał minę gniewną razem i szvderską.
— A co hrabio! wyłom?
— Robiemy go.
— Jak myślicie, wiele też miesięcy robić go będziemy?
Na to pytanie Wejhard z niecierpliwością odparł:
— To rzecz puszkarzy nie moja.
— Czary, nie czary, łagodząc się, ciągnął daléj Miller, powiem ci Hrabio, to cóś dziwnego; mamy szpiegów, mamy zdrajców, zmowy, wiemy z któréj strony mury słabsze, a jak się weźmiemy do rzeczy, ani ukąsić. No, cóż daléj poczniemy?
— Panie generale, to do mnie nie należy.
— Przepraszam hrabio, tyś mnie tu sprowadził pod ten kurnik zaklęty, na tę lisią jamę, tyś mi zaręczył, że dość huknąć, by się poddali — No, cóż daléj?
Wejhard kręcił się jak w ukropie.
— Nie moja wina, że żołnierza bies opętał czarami jakiemiś, ręki się podnieść boją... to z polskiego obozu nanoszą im tych strachów... Wszyscy aż do starszyzny potracili głowy, cóż z niemi począć?
— Czy to i mnie przymawiasz?
— Niech Bóg uchowa, szybko poprawił się Wejhard, ale mnie to boli, że pokutuję bez winy.
— A ktoż tedy winien? ja? spytał Miller.
— Któż-by to mógł pomyśleć nawet?
— Życie zjadłem w boju, dobywałem dosyć fortec, wiele widziałem dobywanych, nic podobnego mi się nie trafiło... Bez wody, bez rzeki, bez jeziora, bez nadzwyczajnych skał i ścian, prosty okop z przymurkiem jak na żarty! Jest się czego wstydzić! A z kim doczynienia? z mnichami, kroćset djabłów panie hrabio, wolałbym tu nie przychodzić!
— Juściż odejść tak z kwitkiem nie możemy.
— A! i to pytanie! — dodał stary wódz, z tego co dotąd widzę, nie o wielebym się zakładał.
— Jakto! zakrzyczał Wejhard — dozwoliłbyś generale uzuchwalić się im, dać przykład całéj Polsce — Na Boga! to by było zgubne!
— A mogęż stać tu pod Częstochową?
— Ale tu kilku dni dosyć.
— Cóżeśmy uchybili, że tyle czasu stojemy darmo?
— Bez parlamentacij, bez próbek, wprost każcie zasypywać fossę, sprowadzić tarany, drabiny i do szturmu! Walić mury, tłuc, strzelać i na mur siłą!
— Tęgi z hrabiego projekcista! ale pomów z żołnierzem, któremu głodno w brzuchu, zimno w pięty, a strach za plecami, czy tego dokona. Ognia nawet w nocy rozpalić niemożna, żeby się rozgrzać... a w dodatku (uśmiechnął się niby) czary!
— Ale cóż te czary generale, to bzdurstwo, to dzieciństwo!
— Wybij że je z głowy gawiedzi — rzekł Mil1er — a po chwili:
— Któż wie, cóś to tam i prawdy w tém być może? Są rzeczy niepojęte, sam to widzę.
Wejhard się uśmiechnął — Miller naperzył.
— Waćpan widzę w nic nie wierzysz.
— We wszystko, prócz czarów.
— Do zobaczenia! i pożegnał go skinieniem, a sam siadł pod namiotem, zdala patrząc na kościoł, na mury, na swoich, smutnie zamyślony.
— Dwóchset ludzi! mnichów garść — mówił w sobie — i ten gołębnik! co u licha! miałżebym moje laury położyć na tém śmiecisku? To oszaleć można! to cóś niepojętego! ten mi mówi że w nic nie wierzy. Darmoby wszystkich szał ten nie opętał... jest cóś — jest... siła niewidzialna... Działa, ludzie, wojska, sztuka, doświadczenie, wszystko na nic. Śmiech ludziom odejść z niczém. Nie ścierpię tego! Całą siłą! całą siłą! Ha! jak dziś, jak wczoraj! i cała siła na darmo!
Rzucił rękę ku murom.
— Wściec się potrzeba! żeby szczerba, żeby dziura... jak z żelaza! To kłamca ten niemiec... od Wschodu byłbym przynajmniéj kościół zniszczył i obalił, niechby runął tylko bok jeden, poddaliby się. Wejhard ma rozum pałacowy nie wojenny, to dworski liżyłapa, zwiódł mnie i zwodzi — On wszystkiego przyczyną.
Z gniewem, ze złością patrzał jeszcze Miller na swoich, którzy szli nie idąc, wracali, strzelali bezskutecznie i zdawali pędzeni na gwałt, zbliżać do twierdzy. Tysiące drobnych przeszkod nieustannie przerywały szturmy przedsiębrane: tam łoże armatnie się zepsuło, obsunęła kartauna, ówdzie wóz z prochem zagrzęzł, kula klasztorna zabiła puszkarza, dano rozkaz niezrozumiale i spełniono niezręcznie, słowem wszystko szło nic potém; a żołnierz na wszystko jedném opowiadał słowem: czary! czary!
Ciury szwedzkie, Finlandczycy i inni tak już byli znużeni tym bojem bezkorzystnym, a w ciągu nocy niepokojem i chłodem, że Miller im nazajutrz dać musiał wypoczynek. Śnieg już chwilami poczynał ziemię pokrywać, mróz chwytał, robota każda stawała coraz cięższą, generał odstąpić niechciał; w nocy jeszcze stężała ziemia na ćwierć łokcia. Żołnierze głośno sarkali i przeklinali.
Złożono znowu radę wojenną; każdy z półkowników zdanie swoje objawił, jeden Wejhard nic mówić nie chciał. Xiąże Hesski radził natychmiast ustąpić, Sadowski chciał późniéj świeże wojsko przysłać, jeśliby koniecznie szło o posiadanie Częstochowéj, a samym przed zimą uciekać; inni wymyślali różne środki zdobycia, niemogące się zastosować; Miller wysłuchał wszystkiego w milczeniu.
— Uchodzić! — rzekł — nie, to być nie może, przyszliśmy, trzeba swoje zrobić. Spędzić ludzi sypać szańce nowe, fossy ziemią zarzucać, nieczekać wyłomu, probować strachu...
— Ziemi zamarzłéj nie ukąsić — rzekł któś.
— My jéj nie będziemy kopać, na to ludzi ze wsi zbierzemy, niech sobie robią co chcą. —
Wszyscy zamilkli widząc upor Millera; on już dawał rozkazy, Wejhard tylko cicho szepnął.
— Istotnie rozporządzenie generała doskonałe.
— Obejdę się bez pochwał, — odparł szwed ponuro.
Czech usunął się kwaśny.
W Częstochowie przez mieszczan, choć przepłoszonych trochę przypadkiem Brzuchańskiego, choć wylękłych przez kwarcianych do kościoła chodzących, dowiedziano się zaraz o zamiarach Millera. Kordecki nie tracąc serca, wytrzymawszy tyle, spodziewał się i reszcie podołać; wezwał także swoich wiernych a stałych i radził.
Wszyscy jednomyślnie nad środkami tylko odparcia szturmu, namyślali się.
Pan Zamojski, który od początku oblężenia wziął z biblioteczki klasztornéj Karlińskiego[1] i nosił go pod pachą, począł sypać sposobami obrony najwymyślniejszemi, jak z rękawa.
Czarniecki słuchał i wzdychał, bo mu tego zazdrościł, a czytać nie bardzo lubił.
— Wszystko to dobrze, — rzekł po chwili — ale tak na mój rozum, co tylko kole, bije, siecze, odpycha, pali, smali, piecze, a co pod ręką, wszystko na nich dobre, użyjemy co się nawinie. Dziś nam dali fryszt, korzystajmy z niego, przysposabiajmy się.
— A Bogu dziękujmy.
— To swoją drogą zawsze, — rzekł Czarniecki.
Zamojski trochę był markotny że długie jego czytanie w łeb wzięło kilką słowami pana Czarnieckiego, a że, kochając się wyścigali zawsze i emulowali z sobą, jął znowu liczyć sposoby odpychania.
Czarniecki wąsa kręcił, wzdychał, słuchał: aż mu i dokuczyło.
— Więc tu panowie sobie radźcie, swadźcie, — rzekł — a ja pobiegnę na mur, i każę tymczasem znosić co się trafi.
Przeor nic nie powiedział; postrzegł Zamojski także, że tu więcéj czynu i ręki niż słów potrzeba, rzucił xiążeczkę i zawołał:
— Macie słuszność panie Pietrze, do roboty!
— Ot tak kochany mieczniku! — radośnie wykrzyknął Czarniecki — na mur, sposobmy co jest, potém sobie przy kominku spokojnym czasem przeczytamy xiążkę, co téż ona pisze, a teraz... a! zachcieliście, nie święci garnki lepią.
Ze zwołanym ludem stanęli zaraz do roboty.
Co było gdzie pozostałego rumowiska, kamienia, dylów, kutych drągów, zębatych kruków, żelastwa, bron, drzewa różnego, wszystko poczęto ściągać, aby na wypadek zbliżenia się do foss nieprzyjaciela, powitać go uczciwie. W dziedzińcu ustawiono kotły do grzania wody i smoły, mającej się zlać na oblegających.
Żołnierz trochę odpoczął, a kobiéty i czeladź posługiwała; rozdzielono te nowe środki oporu tak, żeby je mieć wszędzie pod ręką; najwięcéj tam gdzie nadkruszenie murów i płytkość fossy spodziewać się napadu dozwalała.
Cały dzień Boży na tém upłynął.
Nad wieczór przyszła ze swéj kryjówki Konstancja do klasztoru i przyniosła wiadomość o przygotowaniach szwedow, spędzeniu ludzi z Rędzin, Dzbowa i ze Mstowa, którzy z płaczem i jękiem, opierając się jak mogli, szli pod płazami żołdaków kopać szańce i ziemię nosić bryłami. Żebraczka wlókła z sobą podarek zwykły, fartuch kul pełen; a rozdzieliwszy je pomiędzy załogę, posunęła się zwykłym trybem naprzód pod basztę Krzysztoporskiego, u któréj go nieznalazła, bo chory jeszcze leżał, potém powitać puste okienko, z którego na nią patrzała Hanna, nareście ku mieszkaniu Płazinéj.
W mieszkaniu szlachcianki, znalazła ją za stolikiem nad kufelkiem w towarzystwie drugiéj jakiejś kobiéty; szeptały cóś z sobą tajemniczo na ucho. Zobaczywszy starą, Płazina ofuknęła ją, zamknęła drzwi i odpędziła precz. Konstancja niezrażona poszła zaraz w drugi dziedziniec na który wychodziło okienko z górnéj izdebki, i stanęła tu tak, żeby z niego widzianą być mogła. Długo kręciła się, chodziła, ale nic nie widziała coby ją na ślad jaki naprowadzić mogło. W okienku na górze tylko, maleńkie odchuchane kółko, wśród zamrożonéj szyby, mówiło że tam któś siedział.
Smutna powlokła się nazad pod basztę i zdziwiona ujrzała na niéj Krzysztoporskiego, który wywlokł się nie mogąc znieść zamknięcia, ale blady był i złamany, a oczy mu się iskrzyły jak slepie wilcze po nocy.
Ona zobaczywszy go, siadła na wschodkach.
— E! dobry wieczór panie Mikołaju!
— Zmilczał stary choć wzdrygnął.
— A co Hanna? myślicie że już śladu nie mamy, że nie wiemy gdzie ona?
Zastanowił się Krzysztoporski.
— Idź precz stara, idź... nie męcz mnie do ostatka, dość wzięłaś życia.
— Upamiętajże się, a nie dość ty nabrałeś zdrowia i żywota ludziom? Hannę odzyskamy, a ty na starość wstyd i hańbę nosić będziesz.
— Krzysztoporski przywlokł się bliżéj wschodków.
— Pójdziesz ty precz? — spytał ze złością.
— Precz! wszakżem to ukochana twoja — rozśmiała się stara — ulubiona Kostusia... spójrzyj i poznaj, to ja... któréj rozplatałeś i splatałeś kosy, całowałeś usta i oczy... o! to ja!
— Nie... nie — rozśmiał się gorączkowo starzec — nie, pamiętam tamtą.... Gdybyś nią była, jeszczebyś bałamuciła do ostatniego ciura szwedzkiego i zawracała głowy głupcom, coby ci wierzyli.
— A ktoż mnie piérwszy zalotności nauczył?
Przerwała się rozmowa.
— Idź sobie! daj mi pokój! — wołał pan Mikołaj.
— Jak ty drugim, tak ja tobie — żona twoja zostanę z tobą. —
Rozjadł się Krzysztoporski.
— Idź opętana do djabła!
— Nie bluźń i nie warcz, panie Mikołaju, jeśli ja to i ty, oboje razem, oboje... oddaj Hannę... oddaj Hannę, ty wiesz żem uparta, nie odejdę.
— Jam jéj nie widział, ja nie wiem!
— Kłamiesz! ty i Płazina wiecie o tém.
— Na te słowa chory i drżący ślachcic siły odzyskał i za muszkiet pochwycił, widocznie przestraszony; ale Konstancja nie czekając strzału uciekła i wprost pobiegła do przeora:
— Ojcze! dobrodzieju! — zawołała całując jego szkaplerz... — każcie szukać Hanny, wnuczki Lassotowéj u Płazinéj, a prędko... bo jéj gotowi co zadać!.





Przypisy

  1. Jest to niewielka xiążeczka wielkiéj wartości, dla dziejów wojny, języka i obyczajów, za mało dotąd znajoma. Nosi tytuł: Spraw y postępków rycerskich, y przewagi, opisanie krótkie, z naukami w téj zacnéj zabawie potrzebnemi. Lwów 1599 4to. Przypisana Hieronymowi Sieniawskiemu przez Stanisł. Karlińskiego Medyka i Alchimisty, ale i żołnierza dobrego. Są to niektóre szczegóły jego awanturniczego żywota... Język przecudny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.