Kroniki lwowskie/4

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 21. z d. 26. stycznia r. 1868
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wydania 1874
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
4.
Historja tego, co się nie wydarzyło. — Reduta. — Obiad dyplomatyczny. — Prawdziwa demokracja. — Głos w sprawie emancypacji czamarek. — Kasyno mieszczańskie. — Kronika skandaliczna i teatr niemiecki.

Gdy przed dziewięcioma laty przeniesiono ztąd dr. Herbsta na uniwersytet pragski, nikt pono nie przewidywał, że ten małoznaczący wypadek może wpłynąć stanowczo na losy dwóch stolic: Lwowa i Pragi. Z politycznej części Gazety dowiedzieli się nasi czytelnicy, co się temi dniami wydarzyło w Pradze, [1] otóż zdaje mi się, że kronikarskim moim obowiązkiem jest rozważyć, co się nie wydarzyło we Lwowie, ale co według wszelkiego prawdopodobieństwa musiałoby się było wydarzyć, gdyby rzeczy poszły były innym torem. Przypuśćmy, że p. Herbst wykładał prawo karne na uniwersytecie lwowskim aż do końca roku 1867. W tem baron Beust koronuje to, co nazywają jego dziełem i pozbawia nas doktora Herbsta. Doktor zostaje Ekscelencją, jedzie do Wiednia dla złożenia przysięgi, potęguje tam w sobie uczucie jednolitości przedlitawskiej i wraca do Lwowa, by policzyć tu serca, przejęte temże samem uczuciem. Z początku, rzecz idzie nieco oporem, nakoniec atoli wrodzona lojalność galicyjska odnosi zwycięztwo. Dwudziestu czterech słuchaczy uniwersytetu przychodzi do przekonania, że Galicja leży po tej samej stronie Litawy, co Wiedeń. Das loyale Volk der Ruthenen łączy się z nimi, bo Moskale obiecują przyjść dopiero na wiosnę — powstaje tedy falanga, złożona z sześćdziesięciu głów, która przygotowuje panu ministrowi serenadę z pochodniami. Ludność tutejsza jest ciekawa, jak każda inna, zbiera się tedy na ulicy, by ujrzeć pierwsze zawiązki przyszłego narodu przedlitawskiego i powitać je zasłużonemi objawami podziwienia. Tymczasem Przedlitawcy nie pokazują się, ale natomiast od Małych koszar, od Ferdynandowskich koszar, od koszar Jabłonowskich i od „cytadeli“ pojawia się piechota, jazda i artylerja. Zdumiony naród gubi się w konjunkturach politycznych, co może być przyczyną tego pojawienia się siły zbrojnej, przeznaczonej do „spraw wspólnych“ na terytorjum wyłącznie przedlitawskiem? — Pewno Prusacy! woła ktoś z tłumu. Prusacy! Prusacy! okrzyk ten powtarza się wkoło, powstaje chaos i zamięszanie ogólne. Wojsko cofa się w porządku do koszar; autor pewnej broszury pędzi na kolej, okrzyk „Prusacy!“[2]brzmi mu w uszach — dolatuje do Sędziszowa i przewraca tam wszystko do góry nogami, szukając za niedobitkami „krakusów“, podczas gdy policja aresztuje tu we Lwowie kilkanaście osób, podejrzanych o rozszerzanie niepokojących wieści.
Pokazało się bowiem, że Prusaków nie ma w tych stronach. Neue fr. Presse donosi z autentycznego żródła, że p. Klihmajerowi wybito dwie szyby, ponieważ ma nazwisko niemieckie i wywodzi ztąd konieczność zaprowadzenia stanu oblężenia we Lwowie, jakoteż rozwiązania Rady szkolnej i Towarzystwa ogrodniczo-sadowniczego. Wtem zjawia się Jego Eksc. pan minister rolnictwa, dobywa z kieszeni najświeższy numer Czasu i odczytuje zeń korespondencję + ze Lwowa, z której wypływa jasno jak na dłoni, że w tej chwili kwestja przyrządzania zupy rumfordzkiej zajmuje wyłącznie wszystkie umysły nad Pełtwią, że papież rzymski jest widomą głową katolickiego kościoła i że człowiek bez łaski poświęcającej nic zasługującego na żywot wieczny uczynić nie może. Niemcy dają się udobruchać, i wszystkie dobrodziejstwa najnowszej konstytucji zostają nam ocalone.
Od wszystkich tych ciężkich prób ochroniły nas jednak łaskawe nieba, ale tem obficiej zesłały je na biednych Czechów, którzy nie mają nawet ministra rolnictwa w gabinecie przedlitawskim, by się wstawił za nimi. Jest to naród nielojalny i twardego karku. Panie! dziękujemy ci, że nie jesteśmy jako ów celnik!
My jesteśmy narodem dobrodusznym, potulnym, nie wybijamy szyb i nie straszymy Prusakami. Gdybyśmy się zgodzili między sobą, ta jak się zgadzamy z obcymi, bylibyśmy nawet tak jak Wiedeńczycy, ein gamüthliches Völkchen, mielibyśmy Schwendera, Sperla, mielibyśmy własną naszą Galmajerkę i bawilibyśmy się doskonale, nie wyjmując od tego redut i balów publicznych, na których panują tego roku tak radykalne nudy. Jak dwie poprzednie, tak i trzecia reduta nie celowała bynajmniej życiem i wesołością, choć natłok w sali był dość znaczny. Masek żeńskich było dużo, a znany purysta lwowski utrzymuje, że widział także kilka „domin“ (zapewne „dominów“). Snuły się one jak cienie po sali i gdyby nie znakomity apetyt, który się u nich dawał dostrzegać, możnaby je było posądzić, że są w istocie tylko cieniami, bo dar mowy zdawał się im być odjęty. Jedna tylko, na dowcipne zapytanie, czy woli orszadę, lub lody? odrzekła z naiwną prostotą: ich wajs niszt!
Kronikarz codzienny wyprzedził mię z opisem balu Towarzystwa wzajemnej pomocy młodzieży handlowej i wdarł się przy tej sposobności w moje atrybucje, pozwalając sobie zrobić kilka uwag nad arystokracją, i demokracją, które wcale nie należą do jego rubryki. Ja jemu przecież nigdy nie wyrządzam podobnej krzywdy i nie staram się go ubiedz z podaniem żadnej wiadomości. I teraz np. wiem, że odbył się tu we Lwowie niedawno obiad dyplomatyczny, na którym wszyscy zaproszeni pojawili się W białych krawatkach, na wyraźne awizo ze strony gospodarza domu. O szczegółach oczywiście przedwczesnem byłoby donosić, — na teraz dyskrecja pozwala mi wyjawić tylko tyle, że przy tej sposobności, jak przy każdej innej, nasi mężowie stanu dowiedli, iż mogą strawić wszystko, a przynajmniej bardzo wiele.
Wracając do balu mtodzieży handlowej, do arystokracji i do demokracji, muszę z ubolewaniem zrobić to spostrzeżenie, że szanowny mój kolega codzienny zdaje się być przejętym zgubną i niebezpieczną doktryną, która dąży do zniwelowania wszystkich stanów. Nie czuje on i nie widzi ogromnego przedziału, który rozłącza subjekta sklepowego od buchaltera, ani tej odchłani, która zionie między tym ostatnim a kupcem, posiadającym własny handel! Teorja to zgubna i prowadząca na bezdroża. Demokracja dobrą jest, ale wtenczas, gdy np. ktoś pracą, zasługami, popularnością wzniesie się nad ogół i budzi w nas zazdrość. Wówczas, na długą, żerdź demokratyczną można zatknąć szpilkę niechęci, potwarzy, paszkwilu i kłuć nią nielitościwie wywyższonego demokratę. Albo jeżeli np. taki demokrata poważy się sam i z rodziną swoją wejść w koła arystokratyczne, to mamy od tego dzienniki liberalne, humorystyczne i tp., by go wystrofowały należycie[3]. Jak Karol Wielki nie zostawił przy życiu nikogo w Saksonii, kto wzrostem przenosił rękojeść jego oręża, tak my nie znosimy, iżby nas kto przerastał o całą głowę, ale też nie zniżamy się do nikogo, ani chcemy go podwyższać do siebie. Oto mamy np. organ, tak ściśle demokratyczny, jak Dziennik Lwowski, który pewnie nie pofolguje żadnemu hrabiemu lub księciu, ani też nie uznaje w kraju żadnej powagi, wyższej nad siebie, a mimo to, tenże sam demokratyczny dziennik występuje przeciw przyjmowaniu służby folwarcznej do Towarzystwa wzajemnej pomocy oficjalistów prywatnych. Dziennik Lwowski tłumaczy, że karbowi, gumienni itd. nie posiadają odpowiedniego wykształcenia i dochodzi do tej konkluzji, że demokracja, która zaczynać się powinna od księcia, kończy się na pisarzu prowentowym. Co jest niżej, nie należy już ani do arystokracji, ani do demokracji i nie warto o tem i mówić. Jedna tu tylko zachodzi trudność: jak określić stopień wykształcenia, potrzebny do tego, by mieć prawo do udziału w Towarzystwie, zabezpieczającem materjalną pomoc na starość lub na wypadek choroby“! Czy między oficjalistami prywatnymi, ekonomami, leśniczymi i td. niema także ludzi mniej i więcej wykształconych? Czy nie może egzystować człowiek ubogi, pełniący funkcję karbowego, albo polowego, a równie wykształcony, jak większa część pisarzy i ekonomów? Dziennik Lwowski powinienby to jednak rozważyć i zdefiniować ściśle, z której klasy trywialnej, normalnej lub gimnazjalnej może człowiek wynieść prawo należenia do Towarzystwa wzajemnej pomocy oficjalistów prywatnych.
Otóż mamy — znowu wdałem się w polemikę dziennikarską, a i tak, już sarkają na mnie, że jestem zbyt skłonnym do dyskusji. Korespondent + napisze o tem do Czasu, ze dwie szpalty bogobojnym i jasnym stylem św. Tomasza z Akwinu, a Dziennik Poznański przedrukuje to i rozgłosi w całej Wielkopolsce. Korespondent + nie lubi polemiki, streszczonej w kilku wierszach — potop jego wymowy rozlewa się szerokim, wolnym prądem i podmula cierpliwość czytelnika. Aby uniknąć wszelkiej borby, wracam do spraw miejscowych, karnawałowych, do „domin“ i „bali.“
Kwestja toalety jest w czasie karnawału kwestją niemniej drażliwą, dla tańczącej ludzkości, jak kwestja iglicówek i chassepotów dla mocarstw, zbrojących się po uszy w celu utrzymania pokoju. Dla naszych pań i panien jest ona niestety głównym przedmiotem wszystkich rozmów, starań i zabiegów. Niedarmo to Klotylda w Rodzinie Benoitonów kanonizuje muślin, który kosztował tak mało pieniędzy i zachodu, a ubierał niemniej dobrze jak wszystkie te modne gałganki, które go dziś zastąpiły. Wszystko to atoli nic nie pomaga. — Sardou pisze satyry, fejletoniści i kronikarze perswadują, przedrwiwają, mężowie i ojcowie załamują ręce: a fryzura coraz to potworniejsza, suknie balowe coraz droższe, ozdoby i ozdóbki coraz więcej wyszukane. Potrzeba w pokorze ducha zgodzić się z tą kapryśną wolą losu i mody i czekać, póki nie dojdzie ad absurdum i nie ulegnie ciężarowi własnej śmieszności. Tymczasem, obok kwestji toalety damskiej, mamy dziś także małą kwestyjkę, która tyczy się naszej własnej, tj. męzkiej garderoby, a w szczególności, garderoby balowej. Mniejsza już o to, czy kamizelka biała, nizko na piersiach wycięta, ma być zapięta na jeden guzik, czy na dwa; mniejsza nawet i o to, czy nie należałoby przyswoić sobie postępowe pończochy i trzewiki ze sprzączkami, bez których we Francji nikt nie może być przypuszczonym do zabaw publicznych — i które stanowią w modzie zwrot od romantyzmu napowrót ku klasycyzmowi, za pośrednictwem epoki rococo. Kwestja, o którą tu chodzi, jest specjalnie lwowską i polega na tem: w co ma ubrać się młody człowiek, idący na bal, skoro nie chce wystawić się na śmieszność, porzucając strój narodowy i przebierając się we frak, z tem wszystkiem co do niego należy — a skoro z drugiej strony długi kontusz z wylotami i pas lity niezbyt jest wygodny w tańcu, a przytem kosztuje bardzo wiele pieniędzy? Zdaje nam się, że rozwiązanie tej kwestji, jest bardzo proste. Wszak i w dawnej Polsce, nim jeszcze zaprowadzono stroje zagraniczne, młodzież tańczyła i to z większą nawet ochotą, niż dsisiejsi młodzi nasi doktorowie i doktorandzi praw i t. d., ale nie uważano tego za rzecz niezbędną, by młody człowiek ubierał się w długie i poważne suknie, używane przez starszych. Były osobne, więcej kuse kroje dla młodszych, które dziś możnaby bardzo dobrze zastąpić czamarką. Windykujemy więc dla czamarki prawo obywatelstwa na balach publicznych i prywatnych, aby wyjść z alternatywy między frakiem, który jest trochę za kusy, a kontuszem, który jest za długi i niezbyt, szczęśliwie figuruje w walcu i kotylionie.
Już to i pod względem swobody w strojach nie ma nad poczciwe i wesołe wieczorki w kasynie mieszczańskiem. Mężowie i ojcowie nie potrzebują poświęcać całomiesięcznego swojego dochodu, by żony i córki mogły bawić się przez kilka godzin; kwestja fraków, czamarek i kontuszów jest tam nieznaną — każdy ubiera się przyzwoicie, ale tak, jak mu się podoba, a główny cel zabawy osiągnięty jest lepiej, niż na zabawach, które kosztują najwięcej pieniędzy. Zabawa taka może powtarzać się co tydzień i co tydzień te same osoby mogą w niej brać udział, podczas gdy kto nie jest bardzo bogatym, może prowadzić swą rodzinę ledwie na dwa lub trzy bale w ciągu jednych zapust. Kasyno mieszczańskie jest jedyną u nas instytucją towarzyską, w której wieje duch prawdziwie demokratyczny, Wszelka koteryjność jest tam wykluczoną — wszelkim różnicom zdań nie wolno tam występować inaczej, jak tylko w formie umiarkowanej dyskusji. To też miastu naszemu powinno wiele zależeć na wzroście i rozwoju tej instytucji. Dotychczas liczy ona pięciuset kilkudziesięciu członków.
Amatorom kroniki skandalicznej przybył trzeci numer dziennika der Osten, o którym wspomniałem przed dwoma tygodniami i którego lwowski fejletonista ma dar wyszukiwania lub fabrykowania ciekawych i nieciekawych wiadomostek w sferach artystycznych. Tym razem doniesienia jego obracają się okoły hipotezy, że dyrekcja teatru niemieckiego dostanie się p. Miłaszewskiemu, i że scena polska skorzysta na tem niezmiernie, bo w skutek nieuniknionego zbliżenia się artystek polskich z niemieckiemi, zniknie u pierwszych wstręt do pewnego rodzaju ról, które nie wymagają wprawdzie wielkich zdolności artystycznych, ale natomiast pozwalają wystawić na widok publiczny wszystkie wdzięki, dane szczodrą ręką przyrody, a zakryte fałdzistemi wymaganiami klimatu. Korespondent w der Osten wie już nawet, kto będzie grał „piekną Helenę“, i kogo to najmocniej ucieszy, — równie jak wie, ilu wielbicieli ma panna* — i panna**. Co do tych ostatnich wiadomości, mógłby je szanowny korespondent schować dla siebie — nie interesują one nikogo poza światem zakulisowym i w ogóle stosunki rodzinne nie są przedmiotem dla publicystyki. W sprawie teatru niemieckiego należy tu zanotować, że administracja fundacji skarbkowskiej nie wstrzymała się od rozpisania konkursu na dyrektora. W konkursie tym dodano jednakowoż warunek, że przyszły dyrektor po sześciomiesięcznej, naprzód zrobionej awizacji ustąpi za wynagrodzeniem, które ma być oznaczone w kontrakcie, a to na wypadek, gdyby rząd zwolnił fundację od obowiązku utrzymywania sceny niemieckiej, lub gdyby nie chciał uwolnić jej nadal od podatku domowego za gmach skarbkowski. Jest to dla Wydziału krajowego, dla delegacji naszej w Radzie państwa i dla naszych reprezentantów w delegacji dla spraw wspólnych doskonała sposobność uzyskania bodaj jednej koncesji dla naszego kraju. Nie dano nam kanclerza ani nawet ministra bez teki, ścieśniono atrybucje sejmu, poddano go juryzdykcji trybunału państwowego, nie usunięto języka niemieckiego z urzędów, ani nawet z wykładów w szkołach, czego dowodzi najlepiej szkoła realna we Lwowie — niechże przynajmniej w tak małej rzeczy, jak sprawa teatru niemieckiego, stanie się podług naszej woli. W Pradze teatr narodowy nie jest poddanym niemieckiemu, jak u nas, i w ogóle Czesi mają od sześciu lat wiele rzeczy, które nam są dopiero, obiecane — ale Czesi nie są narodem tak potulnym, jak my Galicjanie.

(Gazeta Narodowa Nr. 21. z d. 26. Stycznia r. 1868.)




Przypisy

  1. Dr. Herbst, wówczas minister sprawiedliwości, udał się do swojej rodzinnej Pragi, gdzie Niemcy na cześć jego urządzili bankiet i serenadę. Ludność czeska zakłóciła tę uroczystość gwałtowną bardzo demonstracją, przyszło do tłuczenia szyb, do ekscesów ogromnych i naturalnie, do aresztowań en masse.
  2. Sędziszów — miejsce pobytu hr. Starzeńskiego, regimentarza „Krakusów“ formowanych przeciw Prusakom w r. 1866.
  3. Dr. Ziemiałkowski z małżonką zaproszony był na recepcję do namiestnika — dziennikarstwo zaś pseudo-demokratyczne, poduszczone przez panów niechętnych temu, by demokrata pojawiał się na tych samych salonach co oni, w grubjański i obrzydliwy sposób ścigało pp. Z. z tego powodu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.