Kroniki lwowskie/71

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 111. z d. 9. maja r. 1869
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wydania 1874
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
71.
Polityka ze stanowiska majstra nie jest w gruncie gorszą od polityki delegacyjnej. — Czerwoność naszego Wydziału krajowego i konserwatyzm demokracji narodowej. — Dziennik Literacki w sprawie teatru.

Miło mi podać do wiadomości poważnych pi?m krakowskich, że olbrzymi proces Neczyporowicza, jakkolwiek ciekawy, nie absorbuje do tego stopnia uwagi we Lwowie, jak swojego czasu proces Korytowskiego w Krakowie. Myli się tedy mocno szanowny sprawozdawca sądowy Kraju, jeżeli twierdzi, że „obecnie we Lwowie o niczem więcej nie mówią, tylko o procesie Neczyperowicza“. Owszem, mówią jeszcze o wielu innych rzeczach, a między innemi o losie rezolucji sejmowej w Wiedniu, a nawet o procesie pp. delegatów z Gazetą. Nie wspominam ja zresztą o tem, ażeby zrobić reklamę Gazecie — i staję tylko w obronie Lwowa, bo zdaje mi się, że nic nie rzuca gorszego światła na jakiekolwiek społeczeństwo, jak fakt tego rodzaju, że w ważnej dla spraw publicznych chwili, wszyscy zajmują się — to jakimś procesem, to aktorką, to welocipedem albo balonem. Dziękujemy ci panie Boże, że nie jesteśmy jak owi celnicy; i że mimo pięknej pogody, szparagów, sałaty i innych nowalij, mimo procesu Neczyperowicza i podwyższenia cen piwa, znajdujemy jeszcze trochę czasu do pomyślenia o ważniejszych rzeczach!
Ze wszystkich większych miast polskich, nieznajdujących się pod zaborem moskiewskim, Lwów bez wątpienia najmocniej zajmuje się polityką. Torysy w Krakowie twierdzą wprawdzie, iż polityka nasza najgorzej wychodzi na tem, że wszyscy we Lwowie nią się zajmują. W istocie, nie da się zaprzeczyć, że potrzebnem było poniekąd ostrzeżenie Chochlika: „Panie majster, polityka, to nie smoła — ani klajster!“ ale i Chochlik miał słuszność, i p. majster także. Jeżeli się bowiem przypatrzymy ostatnim naszym działaniom politycznym, nieprowadzonym bynajmniej przez pp. majstrów różnych cechów lwowskich, to niepodobna nam zaprzeczyć, że jakikolwiek ład w naszych sprawach publicznych dałby się zaprowadzić jeszcze tylko za pomocą — pocięgla.
Pominąwszy niektóre teoretyczne różnice, pod względem zręczności, energii i szybkości działania, Towarzystwo narodowo-demokratyczne lwowskie stoi zupełnie na równi z szanowną delegacją polską w Wiedniu. Delegacja ma tylko tę jedną wymówkę, że czekała na uchwały Towarzystwa narodowo demokratycznego, i dla tego nie mogła przedsięwziąć nie stanowczego w sprawie rezolucji. A ponieważ demokraci teraz dopiero polecili swemu Wydziałowi, by się rozpatrzył i zaproponował, co krajowi nadal uczynić wypadnie, więc delegacja prawdopodobnie zechce tłumaczyć się tem, że inicjatywę w robieniu opozycji chciała zostawić tym, którzy mają przecież wyraźną „koncesję“ i przywilej w tym celu.
Niebezpieczna to zresztą rzecz, naruszać przywilej demokracji narodowej na „opozycję“. Oto Wydział krajowy ośmielił się wziąć inicjatywę nieco żwawszą w sprawie teatru polskiego, i zażądał od księcia kuratora bardzo kategorycznie rozpisania konkursu na rok przyszły. Demokracja narodowa, która ma jakąś słabość dla wszystkich książąt, oburzyła się mocno na tę niegrzeczność Wydziału, i wystrofoowała go porządnie za to w swoim urzędowym organie. Jak słychać, ks. marszałek, p. Kraiński, p. Pietruski i wszyscy inni członkowie Wydziału czują teraz, że trochę przeholowali w tej sprawie, że poszli za daleko i w duchu zbyt skrajnym. Wypadałoby im oczywiście, ażeby choć o włos byli mniej gorący ni niż snajskrajniejsza opozycja — a tu tymczasem pokazało się, że ich temperament przynajmniej o jakich 30° Reaum. stoi wyżej od temperamentu demokratycznego. Uważają oni otwarcie wolnej konkurencji za rzecz pożądaną, podczas gdy sam pan Tadeusz Romanowicz pisze się z całego serca na patrjarchalne rządy kuratorskie. Ale snąć korespondent lwowski Dzień. Pozn. miał słuszność, kiedy twierdził, że u nas nastąpił przewrót taki, jak gdyby np. ziemia wywróciła koziołka i kraje podbiegunowe stały się równikewemi, a równikowe na kształt Grenlandji. Oto nawet spokojny, czasem nadto spokojny Dziennik Literacki obruszył się i wystąpił w obronie czerwonego Wydziału krajowego przeciw reakcyjnemu Organowi demokratycznemu. Przytaczamy tu cały odnośny ustęp z Dziennika Literackiego, jako wyczerpujący i wyjaśniający rzecz całą, a oraz jako głos, najmniej podejrzany o jakiekolwiek uprzedzenie w tej mierze. Dziennik Literacki pisze:
Dziennik Lwowski zamieścił w nr. 99. artykuł pod tyt.: „Wydział krajowy a fundacja hr. Skarbka“, w którym gromi Wydział krajowy za jego interwencję w sprawie dyrekcji teatru lwowskiego, i odmawiając najwyższej autonomicznej instytucji kraju wszelkiego prawa mieszania się w tę sprawę, staje w obronie kuratora. Nie do nas należy dochodzić, w jaki sposób zgadzać się może z opozycjną, demokratyczną tendencją stawanie w obronie absolutnych, osobistych uroszczeń jednostki przeciw instytucji autonomicznej — wyjmujemy tylko z Dz. Lw. jeden ustęp, nad którym trochę zastanowić się mamy prawo z czysto krytycznego i literackiego stanowiska.
„„Przypuśćmy — pisze Dz. Lw. — że istotnie scena nasza nie odpowiada wymogom, cóż więc w takim wypadku uczynić należy? Oto.... wezwać kuratorję do zbadania stanu rzeczy i przyczyn przez znawców... postarać się o złożenie komisji rzeczoznawców....““ Dz. Lw. każę tedy Wydziałowi składać podobną komisję. Jakkolwiek nie możemy pojąć, co za cel ma podobna komisja znawców wobec głosu opinii, która sprawę całą już dawna rozstrzygnęła — zgodzilibyśmy się jednak wreszcie i na to, ale kogoż proponuje Dz. Lw. do tej komisji?....
„„Mężowie — pisze Dz. Lw. — jak Małecki, Pol, Korzeniowski, Godebski, L. Borkowski, hr. Fredro i t. d. sumiennie i niezawodnie wydaliby orzeczenie, które za podstawę dalszych czynności służyćby mogło““...
„Czy wie Dz. Lw., czego potrzeba, aby figurować w podobnej komisji z istotnym pożytkiem? Oto trzeba koniecznie, aby ci znawcy, nietylko byli znawcami teatru i sztuki dramatycznej w ogóle, ale aby specjalnie byli znawcami teatru lwowskiego, tj. aby dzisiejsze kierownictwo znali doskonale.
„Do osądzenia jakiegoś dzieła, wystarcza samo ogólne znawstwo, bo książkę komisja przeczytać może łatwo, ale teatr lwowski nie jest książką, z którąby za lada godzin kilka można się obznajomić dokładnie. Aby ocenić jego stan, a mianowicie aby wydać sąd o kompetencji lub nieudolności dyrekcji, trzeba oprócz najznakomitszego nawet znawstwa mieć inne specjalne warunki, tj. trzeba było być przez sześć lat bardzo częstym, jeśli nie stałym gościem w teatrze, trzeba było ustawicznie śledzić jego kierunek estetyczny, kontrolować każdy krok dyrekcyi. Inaczej na nic się nie zdało najwyższe nawet znawstwo. Inaczej gdyby nawet wskrzesić z grobu Lessinga, Goethego — albo z naszych dramaturgów i kierowników scenicznych Bogusławskiego, Osińskiego, Kamińskiego, Meciszewskiego, gdyby zwołać wszystkie znakomitości żyjące — to komisja, z nich złożona, na nic się nie przyda.
„Czyż może tak się ma odbyć cała parada, że dyrekcja da reprezentację popisową, że jednem przedstawieniem składać będzie egzamen, a sędziowie zasiędą w loży księcia kuratora, i po zapadnięciu kurtyny orzekną, czy dyrekcja dobra czy nie?...
„Albo też może Dziennik Lwowski podziela nasze zdanie co do koniecznych warunków takiej komisji i tak rozumie swój wniosek: że p. Miłaszewski dostać ma teatr na dalszych lat sześć, a komisja znawców ma przez ten czas chodzić pilnie do teatru i po skończonych sześciu latach zawyrokować, czy dyrekcja dobrą jest czy nieudolną.... Byłoby to bardzo dowcipnie — a nawet p. Miłaszewski nicby niemiał przeciw temu...
„Ale żart na bok — przypatrzmy się bliżej proponowanej przez Dz. Lw. liście arystarchów. Złożona ona bardzo dowcipnie.
Wincenty Pol. Nie zajmował się nigdy teatrem, z wyjątkiem krótkiego czasu, w którym przypadała reprezentacja jego Powodzi. Od lat kilku nie mieszka we Lwowie, od lat trzech miał niestety wzrok tak nadwątlony, że o teatrze myśleć nie mógł, od dwóch lat dotknęła go klęska zupełnego prawie ociemnienia.
„J. (I). Kraszewski. Nigdy nie mieszkał we Lwowie, w teatrze lwowskim był raz, jedyny raz tylko...
Korzeniowski (Apollo Nałęcz) przybył przed rokiem dopiero z Syberji, gdzie przecież nie w głowie było mu robić studja nad teatrem lwowskim. Mieszkał we Lwowie kilka miesięcy, z powodu nadwątlonego zdrowia rzadko do teatru mógł uczęszczać. Obecnie mieszka w Krakowie.
Leszek Borkowski. Znawca niezawodnie prawdziwy, niestety zna tylko teatr lwowski z lat 1846 — 1848, kiedy o nim pisywał; od tego czasu, a mianowicie w ostatnich latach nigdy do teatru nie uczęszczał, już z tej prostej przyczyny, że mieszka na wsi.
„Otóż mamy już większość proponowanej przez Dziennik Lwowski komisji. Jesteśmy prawie pewni, że każdy z czterech powyższych pisarzy z uśmiechem odrzuciłby wezwanie do udziału w tej komisji.
„Ale zanadto przywiązujemy wagi do całego tego projektu. Niema on żadnej doniosłości, tak jakby jej niemiało i jego wykonanie. Nie chcemy bawić się w podejrzywania, ale ten plan komisji, podsuwany przez samych tylko stronników kuratorji i dyrekcji, wygląda na wybieg, na środeczek do poplątania całej sprawy i do sprowadzenia jej z drogi, jedynie właściwej i słusznej. Pod taką drogą rozumiemy zaś rozpisanie konkursu i nadanie dyrekcyi temu, kto z ubiegających się najodpowiedniejszym się wyda“.
Oto, co pisze Dziennik Literacki w tej sprawie. Z pism zamiejscowych, żadne nie stanęło oczywiście w obronie kuratorji przeciw Wydziałowi krajowemu — jednemu tylko Dziennikowi Lwowskiemu zaszczyt ten się należy.

(Gazeta Narodowa, Nr. 111. z dnia 9. maja 1869.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.