<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Szramek
Tytuł Ks. Konstanty Damroth
Podtytuł (Czesław Lubiński)
Wieszcz śląski
Życiorys w 25 rocznicę zgonu jego
Wydawca Tow. Oświaty na Śląsku im. św. Jacka
Data wyd. 1920
Druk Karol Miarka
Miejsce wyd. Opole
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II.

W tem zawakowała posada dyrektora seminarjum w Kościerzynie w Prusach Zachodnich (Berent i. Westpr.). Między innymi zgłosił się i ks. Damroth. Naczelny prezes zaprosił wszystkich kandydatów do siebie, ażeby uczynić odpowiedni wybór. W toku rozmowy powiedział, że dyrektor w Kościerzynie powinien koniecznie i polski język znać dobrze, gdyż tam okolica polska a wielka część uczniów z polskich rodziców pochodzi. Na te słowa różni kandydaci ze swej polszczyzny chwalić się zaczęli; ks. Damroth zaś zauwazył: „Jeżeli tak, to ja kandydaturę moją wycofuję. Umiem wprawdzie trochę po polsku, ale sądzę, że moja polszczyzna tu nie wystarczy“. — Była to albo skromność, albo przebiegłaść. W każdym razie pan prezes zaraz się tak doń odezwał: „O Herr Damroth, Sie sind, wie ich zu meiner grössten Befriedigung schon gemerkt habe, ein äusserst tüchtiger Mann; es wird wohl auch im Polnischer gehen“. I — ks. Damroth dostał dyrektorat.
Trzynaście lat pracował nasz rodak w Prusach Zachodnich, daleko od chaty rodzinnej, a jednak między swoimi, bo polski lud tu i tam. „Z narodowością swoją nie występował ks. Damroth ostentacyjnie, lecz nigdy się jej nie zaparł; a gdy chodziło o to, stwierdzał swoje przekonanie śmiało; np. na wybory zawsze się stawił i głosował wobec landrata i urzędników na polskich i katolickich kandydatów“[1]. Tchórzów przy wyborach wyśmiewa takim ironicznym wierszem:

Zdrajca sprawy narodowej,
Kto na wroga kreskę da!
Lecz co jeden głos stanowi?
A tam stoi landrat — sza...

Urzędowo naturalnie tylko po niemiecku mógł rozmawiać; ale skoro oficjalna rozmowa była skończona, z polskimi uczniami zwykle mawiał po polsku. Zapoczynało się to w ten sposób, że na niemieckie jakie, zapytanie seminarzysty ks. Damroth odpowiedział po polsku, albo też sam o coś po polsku zapytał. Polskie słówko od niego uchodziło za szczególny dowód przychylności. Pewien nauczyciel pozasłużbowy z Prus Zachodnich opisał nam następującą scenę:

„Gdy już byłem kilka lat nauczycielem, odebrałem od ks. Damrotha Iist, że tego a tego dnia będzie z polecenia prowincjonalnego kolegjum szkolnego wizytować moją szkołę. Mieszkałem blisko szosy, którą kursowała zwykła poczta między Kościerzyną a Gdańskiem. Godziny, której poczta w oznaczonym dniu nadeszła, stawiłem się na miejscu, gdzie ks. dyrektor miał wysiąść. Przywitałem go po polsku — on podziękował po niemiecku i rozmawiał zemną po drodze i podczas całego aktu rewizyjnego tylko in der Amtssprache. Gdy nareszcie dzieci opuściły szkołę i ja jeszcze o coś po niemiecku zapytałem, odebrałem nagle polską odpowiedź i aż do pożegnania rozmawialiśmy już tylko po polsku“.

Wykład ks. Damrotha był mocno porywający; udzielał zwykle religji i pedagogiki. Był ulubionym nauczycielem i dobrym wychowawcą. Najbardziej kochał uczniów, którzy się odznaczali pobożnością. Sam w tym względzie dawał najlepszy przykład. „Ks. Damroth był aniołem w postaci ludzkiej“, pisze jeden z wychowanków jego; drugi zaś zapewnia: „Mam go zawsze w pamięci; brałem i biorę go sobie za wzór“. Gniewu, niecierpliwości u niego nie zauważono. Zasłużył, jak i uczeń na naganę, to ks. Damroth zwykle powiadał: „Nie mam wyrazów na to, abym cię za ten zły postępek mógł wyszkalować“. Na te słowa powstał kiedyś seminarzysta pierwszej klasy i rzekł: „Herr Direktor, ich habe einen grösseren Vorrat von Schimpfworten und kann Ihnen einige abgeben“. Była to podła bezczelność ze strony młodzieńca, ale i w tedy ks. Damroth opanował słuszne swe oburzenie. Podniósł się z krzesła, przeszedł się prędko po klasie i — wybiegł na korytarz. Tam chwycił za dzwonek i tak gwałtownie nim szarpnął, że dzwonek pęknął. Z tą chwilą i gniew ks. dyrektora się rozprysł. Wrócił do klasy uśmiechnięty, i spokojnie, łagodnie nauczał dalej. Ów bezczelnik zaś siedział zawstydzony, na głowie czując węgle żarzące.
Dla ubogich ks. Damroth był zawsze miłosierny. Kierował się zasadą, że

Złota jałmużna, ciepłą ręką dana,
Srebrna w konaniu, po śmierci drzewiana.

Doniesiono nam o kilku wypadkach, że zdolnych chłopców poczciwych lecz niezamożnych rodziców własnym kosztem wykierował na nauczycieli. Interesował się też bardzo Towarzystwem Pomocy Naukowej dla Górnego Śląska i sam w tej sprawie do gazet pisywał.

∗                ∗

Gdy zaraz na początku walki kulturnej rząd pruski starał się szkołę upaństwowić i wyjąć z pod wpływu kościoła, ks. Damroth napisał szereg znakomitych podręczników do użytku szkolnego i domowego, aby rodzicom, księżom i nauczycielom dobrej woli ułatwić szkolną i pozaszkolną naukę religji. Najprzód wydał „Opis Ziemi świętej“ (Gdańsk, w komisie F. A. Webera, 1873). Nieomal równocześnie ukazały się „Obrazki Misyjne z wszystkich krajów i wieków“ (w Poznaniu, 1873 r.) — Po trzech latach wydał „Dzieje Starego i Nowego Testamentu dla szkół katolickich“, dla katechetów zaś, nauczycieli i rodziców chrześcijańskich „Prosty Wykład Dziejów Starego i Nowego Testamentu“ (Pelplin, czcionkami i w komisie Stanisława Romana, 1876).
Na pierwszej stronicy postawił tu napomnienie Mojżesza: „Będą słowa Pana w sercu twojem, i będziesz je powiadał synom twoim i będziesz w nich rozmyślał, siedząc w domu twoim i idąc w drodze, śpiąc i wstając“ (5. Mojż, VI, 6 — 7). W przedmowie cel książki tłumaczył tak:
„Pomny na zasadę: non scholae, sed vitae discimus — nauka nie dla szkoły, ale dla życia, co szczególnie przy układaniu książek szkolnych, to znaczy podręczników, zbyt rzadko zastosowanie najduje, a co przecie jedyną zaletę i trwałą wartość zwłaszcza nauki w religji stanowi; dalej zaś w doświadczeniu, że nauczyciel, byle posiadał potrzebne wykształcenie i dobrą wolę, będzie sobie umiał poradzić, skoro posiada potrzebny materiał ku objaśnieniu rzeczy: przeto odstąpiłem nieco od pierwotnego planu, unikając umyślnie nadania tej książce formy ściśle naukowej, aby takim sposobem stała się tem przystępniejszą i zdatniejszą dla ogółu. ...Natomiast starałem się tem więcej uwzględnić wielorakie okoliczności, mianowicie stosunki nowoczesne, czas i położenie, w jakich się obecnie znajdujemy, które więcej niż kiedykolwiek przypominają kapłanom ich zadanie jako katechetów, to jest nauczycieli religji młodzieży chrześcijańskiej, wcale różne od zadania kaznodziejskiego, — które także rodzicom przypominają ich obowiązek, zaniedbany dziś prawie powszechnie, aby nie spuszczając się na szkołę, sami uczyli w domu dziatki swoje zasad wiary objawionej, i to już nietylko dorywczo i ogólnikowo, lecz stale wedle pewnego porządku, jak to Bóg już w Starym Zakonie przykazał rodzicom przez słowa Mojżesza, położone jako godło najpierwszej stronicy tej książki“.
Wymienione podręczniki ks. Damrotha i dzisiaj jeszcze są cenne, pożyteczne i godne ponownego wydania. — Wreszcie napisał dla uczniów swoich w języku niemieckim „Katechetik oder Methodik des Religionsunterrichtes in der katholischen Volksschule“ (Danzig, Verlag u. Druck v. H. F. Boenig 1881). O tem dziełku pisma niemieckie bardzo pochlebną dały recenzję i sympatycznie je przyjęły. Taksam o „Przegląd Kościelny“ (1883, nr. 35) nazwał je podręcznikiem bardzo cennym. Książka prędko się wyczerpała i wyszła 1883 w drugiem a 1891 w trzeciem wydaniu.

∗                ∗

Ks. Damroth ubierał się starannie ale prosto. Zwykle nosił modrą czapkę z Bazaru Poznańskiego; sztywnego czarnego kapelusza używał tylko wtedy, gdy jacy wyżsi urzędnicy rządowi w seminarjum się zjawili. W cylindrze nigdy go nie widywano. Prawie każdodziennie odbywał — najczęściej bez towarzystwa — długie przechadzki poza miastem. Gospodarstwo prowadziła mu nadzwyczaj wysoka, dość już podstarzała niewiasta; mówiono, że to jego siostra. W domu palił czasem cygaro, osadzone zwykle w długiej fajce w miejscu główki. We wolnych chwilach grywał też na fortepjanie, przyśpiewując sobie po polsku.
Twarz była nadzwyczaj sympatyczna. „Widziałem go tylko raz czy dwa razy, pisze ks. Zieliński z Bysławka, ale dziś jeszcze przyjemne wrażenie, jakie widok jego osoby na mnie wywarł, pozostawił mi jasny obraz jego w pamięci. Wesołe oblicze jego odpowiadała zupełnie serdecznej mowie, jaką swych współbraci i rodaków witał, a blask jego żywych oczu nawet przez okulary się przedzierał“.
Ks. Konstanty, chociaż żył samotnie jak klasztornik, lubił żarty. Dowodem tego humorystyczne wiersze „Flisaka opis Wrocławia“, „Wizyta doktorska“, „Mądry Maciek“. Świadczy o tem też następująca anegdota: Pewnego razu seminarzyści bawili się na placu przy strzelnicy kościerskiej; śpiewali i muzykowali. Trochę opodal siedzieli nauczyciele a między niemi ks. Karnkowski, kapelan przy klasztorze sióstr Wincentek, które wówczas jeszcze w Kościerzynie mieszkały. Ten patrzał na coś przez lornjetę. W tem ks. Damroth zakrył mu swą modrą czapką poznaniówką lornjetę i pytał, czy dobrze widzi, boć Kaszubi podobno gołemi oczami nietylko przez czapkę, ale nawet przez trzy calową deskę do skonale wszystko widzą.
Poza pracą zawodową ks. Damroth badał dzieje Prus królewskich, które podczas wakacyj objeżdżał i obchodził w dłuż i w szerz. Wrażenia z tych podróży utrwalił we wierszach jak „Oliwa“, „Kartuzy“ lub „Baltica“. Znalazł pomiędzy Kaszubami — tak się zowią tamtejsi Polacy — wiele dodatnich cech narodowych, „kwitnące, w całej swej sile czysto polskie cnoty i obyczaje“, ale też dużo zabobonu i przewrotności. Wszędzie pouczał, wspierał, pomagał; rozsyłał książki i pisma, ostrzegał przed znachorami i zażegnywaczami chorób, wysyłał pocztą lekarstwa, lub też Kaszubi o kilka mil przychodzili do niego po medycynę, którą na własny koszt kazał im w aptece zrobić.

Życzeniem jego było, poruszyć i ożywić te martwe masy, obudzić w nich większą żądzę oświaty i większe poczucie narodowe,
„Bo w tej mierze, żal się Boże, to Kaszubi dotychczas rudis indigestaque moles! Nie sprzeciwia się temu twierdzeniu bynajmniej okoliczność, że w powiatach pomorskich przechodzą na wyborach deputowani Polacy; owszem, wypadki, iż od czasu do czasu zwycięża Niemiec, są dowodem, że nasza większość nie oświecona i nie ożywiona własnym duchem, nie daje rękojmi pewnego powodzenia i że się na nią spuścić nie można: — spojrzyj na nasz Górny Śląsk, a zobaczysz jeszcze jaśniej potwierdzenie mego zdania“[2].

Aby zaradzić złemu i zmienić je na lepsze, ks. Damroth powiada, „iż brak tylko inicjatora, przewodnika, z energją, samowiedzą i odwagą, a zapewne poszłoby lepiej nad spodziewanie. Już to, chcąc się nauczyć pływać, trzeba się rzucić w wodę, — a choćby się z takiego trybuna nie wyrobił może O’Connel (wymawiaj O’Konel[3]) na całą Polskę lub prowincję, wyrobił by się przynajmniej na jeden powiat“.

Po śmierci ks. Damrotha pisał jeden z kościerskich przyjaciół jego w „Kurjerze Gdańskim“:
„Chodząc z nim często przechadzką po przecudnych lasach kościerskich, poznałem jak gorąco kochał ziemię ojczystą. Każde tętno życia narodowego odbijało się głośnem echem w jego szlachetnem sercu. Kaszubski lud i kraj przedewszystkiem kochał. Przypominam sobie jak dziś; wyjechaliśmy pewnego razu na góry szembarskie. Przed oczyma naszem i prześliczny rozwijał się krajobraz. W około niezliczone stoki pagórków lasem okrytych, pomiędzy nimi świecące jeziora i wioski szare, a na końcu widnokręgu raj kaszubskiej Szwajcarji, niezrównane Kartuzy“.
„Jaki to przecudny kraj“, rzecze ks. Damroth, „szkoda, że tak mało znany, a przecież wedle mnie najpiękniejszy zakątek całej Polski. Ale lud biedny, tak samo opuszczony, jak nasz lud śląski, bo nie ma przewodników — mężów mu brak. Ale będzie lepiej i z Kaszubami i z Ślązakami. Lud sam się ocknie, a już się budzi“.

Pewnego roku puścił się ks. Damroth podczas wakacyj w towarzystwie ks. Włoszczyńskiego do Królestwa, aby zwiedzić Warszawę; Paszporty mieli jako „nauczyciele“.

„Lecz kapłaństwo nieboszczyka, pisze ks. Włoszczyński, tak się ujawniało, że na stacji granicznej przy rewizji kuferków urzędnicy, którym mongolizm wyraźnie, z oczu wyglądał, z widocznem onieśmieleniem minęli kuferek jego. Kiedyśmy jechali koleją do Częstochowy z światłym i tamtejszym i gospodarzami, zapytano się nieboszczyka, czem jest. Na odpowiedź, że jest nauczycielem, ze śmieszną miną zauważył jeden z tamtych: „Czy u was nauczyciele wszyscy chodzą bez wąsów?“ W Częstochowie doznał nadzwyczaj łaskawego przyjęcia...“

Po trzynastoletnim pobycie w Prusach ks. Damroth poprosił swych przełożonych o przesiedlenie na Górny Śląsk. Życzenie to uwzględniono. „Czas już, abym wrócił do braci i dla nich pracował, bo oni tego najwięcej potrzebują. Chciałbym też między nimi umrzeć“. Tak, mówił do przyjaciół w Kościerzynie, którzy go żegnali serdecznie i czule jak brata. Przed odejściem ks. dyrektor wystawił własnym kosztem nad bramą seminarjum wysoki metalowy krzyż i żegnając się z uczniam i tak mówił: „Gdy mnie tu nie będzie, to każdy, co przed tym krucyfiksem Boga pochwali, i o mnie wspomni, a gdy mnie już na ziemi nie będzie, to proszę was, nie zapominajcie o mej duszy“.
Ks. Damroth był zawsze wielkim wielbicielem krzyża i zostawił piękny wiersz „Spojrzyj na krzyż“.

Czy ci rumieńcem zdrowie z twarzy tryska,
Swoboda siły osiada na czole;
Czy ci cierpienia z piersi jęk wyciska
Albo wnętrzności trawią nieme bóle:
Spojrzyj na krzyż!
............
Gdy dusza w Bogu, winą nie skalana,
Jak dziecko na łonie matki odpoczywa;
Czy wyrzutami sumienia szarpana,
Hardo jak Kain do Boga się odzywa:
Spojrzyj na krzyż!
Gdy wreszcie staniesz, gdzie się wszystkie drogi
W lewo i w prawo rozchodzą na wieki;
Na sąd cię pozwie głos błogi lub srogi,
Wtenczas nim zamkniesz na zawsze powieki;
Spojrzyj na krzyż!

Dzisiaj nad wejściem do seminarjum kościerskiego krzyża już niema: usunęli go następcy ks. Damrotha, pomiędzy którymi było kilku niedowiarków.






  1. „Światło“ 1895, str. 123.
  2. Szkice, str. 22 n.
  3. Daniel O’Connel (1775 — 1847), tak zwany oswobodziciel Irlandji, należy do najznakomitszych ludzi zeszłego stulecia. Był adwokatem w Dublinie i mówcą potężnym. Od roku 1810 niezaprzeczenie przewodził całemu narodowi irlandzkiemu. Walczył aż do śmierci o dwa wielkie ideały: 1) o równouprawnienie katolików, 2) o zerwanie unji prawodawczej z Wielką Brytanją. — W tym celu zorganizował Irlandczyków we wielkiem stowarzyszeniu katolickiem (catholic association). Przewędrował cały kraj i ognistemi przemówieniami zapalał tłumy, zawsze atoli trzymając się w granicach prawa. W roku 1829 osięgnął wreszcie równouprawnienie dla katolików, zato się rozwiązania unji z Brytanją nie doczekał. Umarł 1847 roku w podróży do Rzymu. Ostatnie życzenie jego było takie: „Ciało moje do Irlandji — serce do Rzymu — dusza do nieba!“ Życiorys tego sławnego męża i dzielnego organizatora ks. Damroth pod nazwiskiem Czesława Lubińskiego przedstawił Kaszubom w „Gazecie Toruńskiej“.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Emil Szramek.