Otwórz menu główne
>>> Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Lat temu dziewięćset
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BIBLJOTECZKA MŁODZIEŻY SZKOLNEJ 11.




C. NIEWIADOMSKA



LAT TEMU DZIEWIĘĆSET
Gebethner i Wolff - logo.jpg




WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1908

KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.





Dziewięćset lat! Czy zdajemy sobie sprawę, jaki to wielki, długi okres czasu? Ile pokoleń ludzkich w tym przeciągu przyszło na świat, dążyło do rozlicznych celów, ginęło, umierało? Zjawiały się nowe i przechodziły także, jak chwilowi goście. W księgach historji zapisano setki wielkich wypadków i drobnych wydarzeń, klęski okropne i świetne tryumfy, wielkie odkrycia na ziemi i niebie. Zmieniały się narody, państwa, pokolenia, ale ludzkość dążyła wciąż naprzód, ku światłu i prawdzie, mimo błędów, burz, wojen, które piękną ziemię zmieniały w pola krwawe, kośćmi bielejące. Ludzkość dążyła naprzód, bo nikt nie powstrzyma pragnień ducha, wznoszącego się ku doskonałości, która jest jego źródłem.
Dziewięć wieków! A każdy nowe niósł wypadki i nowe zmiany: jeden światło wiary rozlewał na pogańskie, barbarzyńskie ludy; ten powoływał je do walki krwawej o grób Chrystusa; — ów otwierał nowe zdroje prawd wielkich; tamten światy nowe odkrywał starym ludom Europy; — ten niósł niewolę, a tamten swobodę; ten błędy, ten pokutę, tamten drogi nowe, — każdy dar jakiś zostawił ludzkości i wspomnień kartę.
Cofnijmy się myślą przed te lat setki, przed te wieków IX. Wznieśmy się z jaką chmurką wędrującą wysoko ponad ziemię, tak wysoko, aby jednem spojrzeniem objąć Europę. Czy ją poznamy? Co widzimy na niej? Jakie państwa i kraje, ludy, okolice? Czy te, co dzisiaj?
Ziemia taka sama, te same rzeki, góry i wybrzeża, też łąki, kwiaty, lasy, tylko więcej, więcej zajmują miejsca. Czernieją niekiedy na mil dziesiątki i setki, bez końca, olbrzymie, chłodne, stare, nieprzebyte puszcze! Wschód Europy osłoniły cały płaszczem swym grubym; — tylko nad rzekami ludzkie mrowiska skupiły się drobne, wstęgą wód połączone; — tylko tu i owdzie grody[1] strzelają wgórę wieżycami, nad Dnieprem, Wisłą.
Dalej na zachodzie państwo Niemieckie rozsiadło się mocno pośrodku lądu i chciwie wyciąga ramiona na wsze strony świata, aby dosięgnąć morza granicami, aby ogarnąć wszystko i pochłonąć. A dalej Francja w rozterkach, bezsilna, i państwo Rzymskie w ruinach, Italja łupem sąsiadów, w Konstantynopolu słabość i trwoga i walki daremne z barbarzyńskimi ludami północy; zgiełk, wrzawa, chciwość i intrygi, walki bez końca.
A u nas nad Wisłą?
Tutaj płaszcz lasów jeszcze nie podarty, ciemny, fałdzisty, ale nad rzekami już grody mocne, warowne zameczki i chat niemało i pola rozległe, zbożem złociste. A w grodach krzyż świeci i w słońcu błyszczy. Chrześcijańskie to ziemie już od pół wieku blizko. Nad Gopłem jeziorem rozsiadł się gród książęcy, obszerny, warowny, w murach drewnianych, chędogi i jasny. Zasobno tu, wygodnie i bezpiecznie także, pod władzą księcia chrobrego, co zasiadł na stolicy po ojcu roztropnym.
Niedawno rządzi, piąty rok dopiero, ale już skupił w swojej silnej dłoni wszystkie dzielnice i dzierży je mocno, a orlem okiem spogląda dokoła, i myślą waży wielkie przedsięwzięcia: tu morza sięga, tam do Wisły źródeł, na wschód i zachód. A w ręku miecz trzyma. Myślą i mieczem gdzie razem uderzy, nikt nie odeprze ciosu.
Dziś jednak dłoń spokojnie wypoczywa, na rękojeści wsparta, i twarz monarchy jasna i pogodna. Gościa ma w domu. Gość to znamienity, biskup z krainy czeskiej, Adalbertus. Kraj swój opuścił, ścigany przez wrogów; chce służyć Panu w ciszy i spokoju. Służyć Mu całem sercem, wszystkiemi siłami.
Na dworze Bolesława czas dłuższy już bawi, — naucza, opowiada prawdy świętej wiary, cnotą, przykładem, gorącemi słowy podnosi serca, wszczepia Boże przykazania. Z księciem też długie prowadzi rozmowy: Bolesław w Gnieźnie zatrzymać go pragnął u boku swego, przyjaźnią go darzył i zaufaniem, ale mąż pobożny innej zasługi pragnie, innej pracy: skarb mu przez Boga dany, światło prawdy — chce szerzyć dalej. Czyż to nie powinność chrześcijańskiego kapłana? Czy nie głos Boży takie zadanie życia mu wskazuje? Resztę dni swoich chce poświęcić ludom, na które nie padł jeszcze promień łaski, chce nieść zbawienie pomiędzy pogany. Znać Pan sam go powołał na te trudy, i ducha mu rozpala coraz gorętszem pragnieniem i serce dręczy tęsknotą do czynu. Pójdzie za wolą Pana.
A gdzież piękniejsza praca i pilniejsza? Tysiące ludzi umiera codziennie bez imienia Chrystusa, bez krzyża zbawienia, nie słysząc słowa, które już lat tysiąc blizko, jak Chrystus kazał roznieść na świat cały. A rozkaz Jego dotąd niespełniony! Więc spieszyć trzeba.
Król słuchał, myśl ważył, opierać się nie śmiał woli biskupa. Skoro Bóg sam woła...
I myślą śmiałą szedł za apostołem w krainy sąsiednie. Gdy prawdy wiary jedną usuną granicę wśród bratnich ludów, kto wie, czy nie łatwiej inne zapory usunąć się dadzą, by w silną całość złączyć cząstki słabe... Boża w tem wola.
Więc też nie sprzeciwiał się chęcią ni słowem świętemu gościowi, pomoc mu przyrzekł. Gdy stopnieją lody, słońce zaświeci jaśniejsze, cieplejsze, zbrojnych mu doda rycerzy i sługi, łodzie wygodne i cała wyprawa popłynie z rzeką na północ, ku morzu, do Prusów ziemi. Tam biskup nauczać będzie słowem miłości, a zastęp rycerzy powagi doda i siły tym słowom.
Daremnie kapłan przekonywał księcia, że słowo Boże moc ma wszechpotężną, większą od miecza, — Bolesław nie wątpił, ale ma takie w duszy przekonanie, że zbrojna pomoc nie wadzi nikomu. Może to Boskie natchnienie.
Tymczasem stopniały śniegi i spłynęły lody, słońce jasne spojrzało z wysokiego nieba, i król zasępił pogodne oblicze, gdyż biskup Wojciech zwlekać już nie chciał z podróżą.
Więc stań się wola Boża.
Wody Bałtyku od Wisły do Niemna omywały kraj Prusów, — zielony łąkami bujnych pastwisk, w niebo patrzący oczami tysiąca jezior, wilgotny, bagnisty, od morza piasku opasany wstęgą, dalej tonący w cieniu borów czarnych, schronieniu zwierza i ludzi.
Lud prosty, ubogi, żył tu nielicznie, skórami odziany i lnem, w chacie nizkiej, zakopanej w ziemi, bez okien, pełnej dymu, — żywność mu dawały stada nieliczne, ryb wielka obfitość, leśne owoce. Czcił słońce i światłość, ogień dobroczynny, święte gaje i drzewa, łąki kwieciste na wiosnę, czyste i chłodne wody świętych jezior, i piorun groźny, i burzy potęgę. Czcił bóstwa swoje przez miłość lub trwogę.
Zresztą wytrwały był na srogość zimy, cieszący się jak dziecko do życia i słońca, gościnny dla przyjaciół, okrutny dla wroga.
Dzień był kwietniowy, poranek.
Na błękitnem niebie słońce mrugało złotemi rzęsami, zalewając świat blaskiem, — lasy, łąki i wody kąpały się w złocistych i ciepłych promieniach, żywiczne pąki zwolna rozchylały cienkie osłony i młode listki zmięte prostowały się, rosły, nabierały barwy, — tu i owdzie już biała czeremcha zdążyła okryć się wonnem kwieciem; — trawy lśniły rosą, kwiaty otwierały do słońca kielichy i piły światło i ciepło.
To wiosna, — któż jej nie czuje i któż się nie cieszy?
Wody wielkiej rzeki dumnie płynęły wśród brzegów zielonych, igrając lekką falą, mieniąc się od światła. Od pól, od lasów, od ziemi wilgotnej płynął ożywczy, świeży zapach wiosny. Piękny był ranek.
Nagle pośród ciszy pieśń popłynęła poważna i silna.

Bogurodzico, Dziewico, Bogiem sławiona Maryjo!

Na rzece w oddali ukazały się łodzie. Płynęły powoli w blaskach poranku po fali przejrzystej, a pieśń jak zwiastun płynęła przed niemi. Sześć ich było, — na każdej po kilka postaci mężów silnych i zbrojnych, tylko na najmniejszej z krzyżem u steru, jaśniejącym w słońcu, trzech było ludzi odmiennie odzianych, bez żelaza u boku, bez tarczy, zbroi i topora. Jeden z nich, starzec, z odsłoniętą głową stał pośród łodzi, za nim dwóch młodszych pospołu, ręce złożywszy, oczy wznieśli w niebo i głosem pełnym wiary i natchnienia w błękit pieśń słali. Na łodziach sąsiednich brzmiał chór poważny: Bogurodzico!
Śpiew umilkł nakoniec, łodzie przez chwilę płynęły w milczeniu, skupiły się, jak gdyby dla porozumienia, nagle zwróciły wprost słońca, na prawo do zielonego wybrzeża, w tem miejscu ocienionego brzozą i olszyną. W oddali na północy już granica morza rysowała się jasno. Widocznie podróżni tam nie dążyli.
Za chwilę znaleźli rodzaj wygodnej przystani, — wysiedli. Łodzie sznurami związano u brzegu, przewoźnicy rozpalać zaczęli ognisko. Starzec opodal stał, z okiem na wschód obróconem; zbrojni mężowie stanęli dokoła z poszanowaniem i wielką powagą. Starzec coś mówił, oni słuchali w milczeniu, głowy schyliwszy. Jeden z nich nakoniec wystąpił naprzód.
— Jako chcecie, ojcze czcigodny — przemówił — ale zważcie, iż nasza rzecz jest posłuszeństwo księciu naszemu. Bolesław rozkazał, byśmy szli z tobą w kraj pogan, jakoż się wrócić mamy przeciw jego woli?
— Jego wolę spełniacie, pełniąc me rozkazy — odparł łagodnie biskup. — Otoście spełnili zadanie swoje: byliście mi strażą na ziemi własnej. Monarcha wasz pragnął uczcić mnie w państwie swojem, — stało mu się zadość. Lecz dalej władza jego już nie sięga. Na obcą ziemię zbrojno wstąpić nie chcę, idę z orężem miłości. Miecz — mieczem się odpiera, słowo — serce przyjmie.
Milczała jednak rycerska drużyna.
— Gniewu się kniazia boim — odezwał się któryś. — On rozkazał.
— Mnie dał nad wami władzę, ja wam rozkazuję wrócić. Posilimy się społem, potem odniesiecie mu pozdrowienie i słowa podzięki za chęć życzliwą i to, com powiedział. Niech mu Pan błogosławi w jego zamysłach i pracy, jak ja mu błogosławię.




Zmierzchało się. Przez łąki od zachodu słońca trzech podążało ludzi, nad granicą lasów, het, ku wschodowi. Szli wolno, śpiewając. Szaty ich proste były i zniszczone, znać służyły czas dłuższy, — w ręku kij podróżny i krzyż na piersiach duży, złocisty, świecący.

Znano ich po tym krzyżu. Po kniejach, osadach wieści chodziły dziwne o wysłańcu potężnego Boga, co przybył z stron dalekich nauczać o Jego potędze. Szeptano o nim cicho, z ciekawością, trwogą i grozą. Starcy zwłaszcza chmurnie poglądali na młodzież, co zawsze ciekawa, nowości żądna. Każdy rad posłuchać, co obcy człowiek mówi, popatrzeć na czary, na krzyż złocisty, — a obcy przybysze rozum mu zabierają, moc, wolę i bogów.
W leśnej osadzie z dziwem powitano gości. »To oni, oni!...« Przyjęto ich mlekiem, rybą wędzoną. Krzyż przykuwał oczy: godło ich mocy. Słowa biskupa w Prusów języku płynęły tak słodko, jak szmer strumyka po zielonej łące. A pod ich czarem młodzież słucha, słucha, dusza wybiega z ciała gdzieś daleko, het, het, za światy.
Starców oblicze i groźne i trwożne: To bogów obraza! Kto przed ich pomstą osłoni człowieka?
Źli to są ludzie i złe sieją ziarno: klęski i kary.
Gościnność jednakże tarczą im była. Kiedy błysnęły gwiazdy na błękicie, miejsce wskazano im na wypoczynek bezpieczne i spokojne, sianem potrząśnięte, i skórę ciepłą do przykrycia dano.
Lecz przy ognisku starzy późno w noc radzili, szeptali długo. Niezwykli to goście, niedawno przyszli: bogów wyzywają, zgubę im wróżą. Cóż poczniem bez bogów? Czyż pierwszy piorun nas samych nie spali? Biada nam, biada!
Ktoś stanął w obronie: ciekawość, jaka ich Boga potęga? Musi być mocny, skoro chce walczyć z innymi. Można mu także gaj jaki poświęcić, niechaj w opiekę weźmie Pruską ziemię.
Starcy spojrzeli na mówcę złowrogo i chmurniejszemi były ich oblicza, w oku gniew gorzał, milczący, lecz straszny.
Wyrok stanowczy padł na cudzoziemców: zarazę niosą, usunąć ich trzeba. Serca młodzieży płoche, łatwowierne, starszych zadaniem strzedz je od zepsucia i bogów bronić. Do nich to należy. Widzieli sami własnemi oczyma potęgę słowa ich, potęgę krzyża, nie czas się bronić, kiedy wrogiej sile ulegnie ziemia cała.
Wcześnie zbudzili się nazajutrz zrana podróżni, — słońce zastało starca na modlitwie i ozłociło koroną z promieni włos jego biały. Wówczas na kamień, obok leżący pod drzewem, biskup oliwy nalał, krzyż zatknął wysoko i zaczął świętą odprawiać ofiarę.
Chór ptasząt pieśnią wtórował tym modłom, lasy szeptały cicho wielkie słowa, co po raz pierwszy w tem miejscu zabrzmiały, kielichy kwiatów, niby kadzielnice wonne, słały swe tchnienie, kłaniały się trawy, ku ziemi chyląc łzami obciążone liście, a słońce zgóry wielką patrzało źrenicą na ołtarz Pański, niby wyspę jasną wśród fal pogaństwa.
Z daleka pochmurnie patrzeli na to starcy. Sami tutaj zostali, by czuwać nad obcymi, młodzież i kobiety usunięto w głąb puszczy przed czarami ludzi nieznanych, co klęski i zgubę nieśli, do walki wyzywając bogów. Jeśli potężni są mocą nadziemską, tem gorzej dla nich, — ustąpić stąd muszą coprędzej lub — śmierć im. Starzy bogowie pomogą.
Biskup tymczasem skończył swą ofiarę i zbliżał się z przyjaznem pozdrowieniem. Chmurne oblicza nie były mu straszne, wszakże szedł w imię Pana. On rozproszy chmury, gdy łaską dotknie te dusze zbłąkane. Widział już takie cuda na tej ziemi.
Więc mówić zaczął, jako Pan jest dobry, co słońcu świecić każe i ziemię okrywa szatą zieloną ku radości oka i pożytkowi ludzi. Jak w dobroci swojej życie rozlewa wszędzie, o drobnej pamięta ptaszynie, o zwierzu w kniei, a ludziom zgotował tam, na błękitach, mieszkanie szczęśliwe, błogosławieństwa pełne i radości. I za to żąda tylko, aby Go poznano, aby Go sercem ukochano całem i uwielbiono w nim Stwórcę i Ojca jedynego w niebiesiech.
A starzy bogowie?
Więc im tłumaczył znowu o upadku ludzi, i gniewie Bożym, o błędach pogaństwa, litości Pana i Odkupicielu, co krew swą przelał za wszystkich na ziemi. I niema innych bogów oprócz Niego, błędy są tylko i sprawy szatańskie, które porzucić należy coprędzej. Wodą z nich obmyć i duszę i ciało i w Panu zacząć życie, podług Jego prawa. Krzyż zatknąć, aby świadczył, że tu w sercach ludzi jeden Bóg mieszka; ognie pogasić szatańskie, wyrąbać gaje przeklęte i drzewa, pokruszyć ślady grzechu.
Starzec w natchnieniu mówił, w oczach jego płonęły blaski, rękę wyciągnął ku niebu, a krzyż w niej błyszczał złoty.
Surowe jednak oblicza słuchaczy odwróciły się od godła zbawienia, patrzały w ziemię. Jeden przemówił nakoniec.
— Nie chcemy krzywdy tobie czynić, gościu. Gość święty jest, choć niesiesz nam bogów niełaskę i gniew ich spadnie na nas, jeśli cię słuchać będziemy. Może i twój Bóg mocny, ale naszych wielu, jeden im nie podoła. I po co nam szukać obcego? Ojcowie ojców naszych z tymi żyli, pod ich opieką, — my innych nie chcemy. Odejdź w pokoju i nie wracaj, bo śmierć cię czeka.
— Śmierć jest w ręku Boga.
— W naszem jest ręku. Nie chcemy twych czarów, ani twojej nauki. Odejdź, boś nam gościem, lecz biada tobie, jeżeli powrócisz.
Daremnie święty biskup przekonywał, rozbroić pragnął zawziętość słuchaczy, skruszyć ich serca. Daremnie. Posiłek gościom dano, a potem straż mocną, która ich odwieść miała aż do rzeki, granicy Pruskiej ziemi.
I szli znów trzej kapłani pospołu z pogany w stronę zachodu, aż do brzegów Wisły. Droga długa była, toż święty biskup skorzystać z niej pragnął i głosił słowo Boże, niby siewca — ziarno, co pada na opokę. Milczeli Prusowie, twarde były ich twarze, ponure spojrzenia.
Po dniach niewielu na brzegu stanęli. Tu drogę wskazano przybyszom, raz jeszcze powtarzając groźbę śmierci.
— My od was nic nie chcemy, — zostawcie w pokoju nasze chaty i bogi. Bronić ich będziemy. Ma twój Bóg dosyć ziemi, zostaw naszą — naszym. Puszczamy ciebie wolno, bo nie chcemy zwady, gościem nam byłeś, teraz wrogiem tylko powrócić możesz. Dla wroga śmierć mamy.
Odeszli Prusowie, chrześcijańscy kapłani zostali na wybrzeżu. Po wieczornej modlitwie spoczęli bez trwogi pod skrzydłem Pana.
Dzień powitali pieśnią na cześć Marji i znowu długo trwali na modlitwie. Co począć teraz? Czyż wrócić do Gniezna? To zdradzić Pana, — zwątpić o Jego opiece. Nie. On dał przykład. Sam umarł na krzyżu, setki, tysiące wiernych krew oddało za prawdy słowo. Krew — to zdrowe ziarno, w ziemię rzucona — piękny plon wydaje. »Nie słowem tylko, krwią świadczyć będziecie«. Jeśli takiego świadectwa potrzeba, zabierz je, Panie. Wszak żaden apostoł jeszcze przed groźbą śmierci się nie cofnął. — Bądź wola Twoja, Panie.
Pół dnia upłynęło na tych rozmysłach, modlitwie, szukaniu posiłku. Skromne zapasy, jakie mieli z sobą, należało oszczędzać, gdzie o żywność łatwiej. Kto wie, co czeka ich jeszcze. Świeża ryba, placka żytniego kawałek głód ich zaspokoiły. Południe minęło, gdy znów ruszyli w drogę.
Roztropność jednakże nakazywała ścieżki wczorajszej unikać, zwrócili się więc bardziej na południe i pod osłoną lasu śmiało i spokojnie wstępowali w głąb kraju. Ludzie nie wszędzie jednacy, inni ochotniej przyjmą słowo Boże, wszak znaleźli już takich i na Pruskiej ziemi.
Las piękny był na wiosnę, pełen gwaru ptactwa, szumu strumieni, szeptu młodych listków, świateł i woni. Wesoła zieloność krasiła drzewa, kładła się po ziemi, igrała z lekkim powiewem, co bujał złote promienie słoneczne, rzucając je czasem prosto w oczy przechodniom, kołysząc po trawie i mchu wysokim.
Pomiędzy drzewami wiła się ledwo dostrzegalna ścieżka. Mało kto chodził nią widać, a jednak ludzka to ręka na bok usunęła kłody zwalone i cierniste krzewy, które naokół tamowały drogę. Chadzano tędy znać, może ku Wiśle.
Mrok już zapadał, kiedy wyszli z lasu na wielką łąkę, borem otoczoną. Byli bardzo znużeni, a nigdzie ni śladu chaty, ogniska. Szli jednakże dalej po miękkiej murawie, która łąkę pokrywała. Piękna to była ustroń, cicha i kwiecista, głosu Bożego pełna. Pośrodku polany dąb rósł olbrzymi, stary, już zielony i szumiący poważnie. Obok głaz szeroki, jakby z nieba rzucony ołtarz.
— Tu spoczniemy — rzekł biskup do znużonych towarzyszy. Noc zapadła, siły nasze wyczerpane, a miejsce to jest Boże, — i ołtarz gotowy do jutrzejszej ofiary. Pod Twoją obronę.
Wkrótce spali snem smacznym. Lecz dnia następnego zbudził ich groźny okrzyk: gdy oczy otwarli, ujrzeli wkoło dzikie, gniewne twarze, pałające spojrzenia, wzniesione maczugi i topory kamienne. Przy głazie szerokim stał starzec w wieńcu zielonym na głowie, z białą i długą brodą. Słońce z wysoka patrzało spokojnie.
— Śmierć! — powtarzały gniewne, groźne głosy. — Bogowie znieważeni, gaj święty i łąka zdeptane obcą stopą. Krew tylko zuchwałych przebłagać może bogów.
— Na kamieniu ofiarnym — przemówił znów kapłan.
— Na ofiarnym kamieniu — powtórzyły głosy.
Tymczasem biskup i dwaj jego towarzysze stali spokojnie. Biskup podniósł rękę i uczynił znak krzyża, lecz w tej samej chwili okropny krzyk wściekłości i trwogi podniósł się z wszystkich piersi; jedni pierzchali w największym popłochu, inni rzucili się na swe ofiary. Kamienny topór spadł na głowę starca, inny pierś mu otworzył; padli jednocześnie obaj młodsi kapłani, krew bryznęła falą w oblicza morderców.
Cofnęli się, trwogą przejęci, w zdumieniu patrząc na trzy martwe ciała u stóp świętego dębu, przy wielkim kamieniu ofiarnym.
— Oto moc jego Boga — rzekł kapłan pogański — oto moc jego czarów! Z bogami walczyć przyszedł, poznał ich potęgę. Krew ta przebłaga bogi obrażone.
Lecz twarze pogan dziwnie były blade, z trwogą patrzeli na krew, która zbryzgała ich szaty, ręce, oblicza.
— Czary, czary — szepnął ktoś w tłumie — rękę na nas podniósł i krew bryznęła z niej, a za krwią spadnie zemsta obcego, potężnego boga.
— Bogowie osłaniać nas będą.
Poganie jednak cofali się z trwogą od ciał zabitych, — nadaremnie kapłan wzywał, by święte pole oczyszczono, aby Zniczowi oddać na pożarcie szczątki poległych wrogów. Nikt się nie ważył. I on sam nakoniec cofnął się blady. — Któż zna wszystkich bogów? A jeśli Tamten za krwawą ofiarę ześle tu hufce, krzyżami znaczone, co krew pić będą pruską długie wieki?




23 kwietnia 997 roku zamordowany został święty biskup Wojciech przez Prusaków na poświęconej czci ich bogów łące. Ciało jego odkupił król Bolesław Chrobry i złożył w Gnieźnie z czcią wielką i żalem, a kościół w męczenniku uznał świętego patrona i czcić nakazał.




Przypisy

  1. Gród — miejsce obronne, zwykle na wzgórzu, otoczone wałem lub murem, wodą i t. p.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.