<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Litwa za Witolda
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wyd. 1850
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
1405.

Los nieszczęśliwéj Żmudzi, łez i litości był godzien, a rozpacz jego i siła, z jaką się bronił, wzbudzała uwielbienie. Bogi swoje, język, obyczaje, krwią tak wielu oblał ofiar, że nie wiem czy gdzie w miarę ludności ziemia jaka podobnie uciśniona, równém poświęceniem się pochlubić może. Nic nie zastraszało, nic zmusić do zrzeczenia się siebie nie mogło; ofiary były bez granic i końca. Położenie Witolda względem pobratymców ohydne; Polska i Litwa, krwią i łzami Żmudzi kupowały pokój; a kąt ten gdzie silniéj jeszcze niż gdzieindziéj litewskie biły tętna, bronił się z bohatérską rozpaczą Jaćwieży, do ostatka.
W końcu 1404 roku Zakon usposobił się już do wojny, a raczéj do najazdu i srogiéj pomsty w tym kraju. Ani wezwania Witolda, ani W. Mistrza piękne obietnice nie skłoniły do dobrowolnego poddania. Owszem Żmudź (Wapowski) wysłała posły do Witolda, zaklinając go, aby ją zawsze sobie wierną, pobratymczą Litwie, jednego z nią pochodzenia, nie oddawał w niewolę łakomemu wrogowi; przypominając, że we wszystkich wojnach walecznie mu dopomagała, że na przyszłość gotowa za niego życie i majętność położyć z ochotą.
Tak padłszy na twarz, błagali posłowie Żmudzcy Witolda; W. Xiąże sam zaledwie mógł się od łez wstrzymać, lecz uroczyście zawarta umowa, cofać mu się niedozwalała. — Odpowiedział im surowo, zalecając, aby się poddali.
Co więcéj, Witold sam stawał z mieczem, pędzić ich pod jarzmo niemieckie, pisze Stryjkowski. W Styczniu 1405 roku zebrał się liczny wojsk oddział pod Królewcem, pod wodzą marszałka Ulrycha von Jungingen z Komandorami, wyciągnął ku Niemnowi, przeszedł rzekę pod Ragnedą, i wpadł na Żmudź.
Na Żmudzi wrzało powstanie; kilku ukaranych śmiercią za przestępstwa przez Krzyżaków, wywołali pomstę tak gwałtowną, że lud natychmiast napadł Rycerzy po zamkach i podusił, postanawiając raczéj umrzéć niżeli się im poddać. Z jednéj strony na kraj wzburzony wpadł Marszałek, z drugiéj Witold zajmując Rosieńskie, Ejragolskie i Widukle, które poddać się i zakładników dać zostały zmuszone. Ale zaledwie wojsko odeszło, kraj cały nanowo powstał; ciężkie podbicie jego na niczém spełzło.
Pomoc daną przez Witolda przeciwko Żmudzi, odpłacił Zakon postępowaniem życzliwszém, odpychając powód do wojny, z którego mógł był korzystać. Kniaź Jerzy wygnany niedawno ze Smoleńska, przybył do W. Mistrza szukając w Prusiech i Inflantach opieki, żaląc się na Zakon, który z nim postąpił przeciwko umowie, i nie posiłkując go o utratę posiadłości przyprawił. Zbyli go Krzyżacy raz piérwszy odpowiedzią, że wszystkim tym wypadkom nie byli winni. Udał się do nich powtórnie, chcąc by mu W. Mistrz wyjednał u Witolda wydanie żony. Ale i na to odpowiedziano, że nieprzyjaciołom W. Xięcia, Zakon w niczém pomagać nie chce. Gdy w ostatku spytał X. Jerzy, czy przeciwko niemu Zakon posiłkować Witolda będzie? — dodano, że nieprzyjaciele W. Xięcia nie mogą być Zakonu przyjaciółmi. Witold już urażony pobytem X. Jerzego w Prusiech i traktowaniem o którém wiedział; listem o wszystkiém, co zaszło, zawiadomiony został.
Wkrótce jednak o mało nie zerwały się stosunki przyjazne z przyczyny Mistrza Inflantskiego. Witold wymagał od niego, aby poddanym W. Nowogrodu i Pskowa ogłoszono pokój zawarty między Zakonem a Litwą, z dodaniem, iż przeciw nieprzyjaciołom Witolda, Krzyżacy posiłkować go zobowiązali się. Na to Mistrz Inflantski odpowiedział: iż z Nowogrodziany i Pskowem Zakon oddawna zostaje w pokoju, którego łamać nie może, »niech więc W. Xiąże szuka swego dobra, a Zakon stać musi o swoje.” Taka odpowiedź oburzyć musiała W. Xięcia; W. Mistrz jednak potrafił go złagodzić. Posłani do Kowna Marszałek i Starsi Zakonu Pruskiego i Inflantskiego, załatwili spór, umawiając się o nową na Żmudź wyprawę. Mistrz wysłał był niedawno Żmudzina z zapytaniem, czy się myślą poddać, ale otrzymał stanowczo przeczącą odpowiedź. — Oznajmując Witoldowi o zamierzonéj wyprawie w Lipcu, proszono go o radę, jak daléj z tym krajem postępować.
Cała działalność W. Mistrza zwracała się teraz na Żmudź. Wybór i przygotowania znaczniejsze były od poprzedzających; gromadziły się siły potężne, przybyli goście, postarano się o zaciężnego żołniérza, zebrano posiłki z miast i prowincji, sciągniono lud z grodów; rozkazy niezmiernie szczegółowe dane Komandorom, oznaczały ilość ludzi, koni, żywności, statków, które użyć zamierzano.
W połowie Lipca zebrały się siły znaczne, ale niemi W. Mistrz dowodzić dla choroby nie mógł. Na czele stanął Marszałek przez Insterburg zmierzając do Dubissy, gdzie się miał połączyć z Witoldem i Polakami, przysłanemi tu także przez Króla. Witolda wojsko liczniejsze było jeszcze od Krzyżackiego, a zagrożona zalewem takim Żmudź, oporu stawić nie mogła. Siły połączone Zakonu, wraz z Witoldowemi i Polakami, nie mniéj nad 80 do 90,000 wynosić mogły. Cała część Żmudzi dotąd niezawojowana, poddała się bez oporu; zajęto się zaraz budową mocnéj warowni, przeznaczonéj do utrzymania w posłuszeństwie podbitych.
Tak dalece pośpieszano z budową, że w osiém dni, z pomocą samych Żmudzinów, wzniesiono na prędce dość silną twierdzę. Ludzie Witoldowi, zakonni i jeńcy, nosili kamień i drzewo, kopali fosy dniem i nocą. Gród ten nazwany Königsberg, osadzono załogą z sześćdziesięciu rycerzy najlepszych i około 400 ludzi Witoldowych, pod dowództwem Vice-Komandora i Rycerzy z Balgi i Christburga; opatrzono żywnością i bronią, i opuszczono wśród podbitéj, ale zawsze groźnéj, Żmudzi, jak wyspę na wzburzoném morzu.
W. Mistrz uradowany wyprawą, któréj powodzenie winien był po większéj części posiłkom Witolda, po powrocie wojsk pośpieszył umocnić jeszcze Königsberg trzechset ludźmi, kilkuset jazdy i dostarczeniem żywności na czas dłuższy. Że zaś w nowym Königsbergu miejsca nie było na składy, część zapasów złożono, za pozwoleniem Witolda, w Kownie.
Niewidzialne wszakże niebezpieczeństwo groziło zamkowi tak śmiało rzuconemu w kraj nigdy niepokonany, dopóki w ręku Zakonu zostawał. Żmudź po odejściu wojsk powstała znowu; lud zbrojąc się w co mógł, ogromnemi tłumami zebrał się na Königsberg, i obległ go szturmując rozpaczliwie, wspinając na mury, jakby milczących a groźnych dział nie widział. Załoga Krzyżacka silnym oporem ocaliła twierdzę: dopuściwszy oblegających aż wewnątrz foss, ogniem z dział, z kusz i łuków strzałami zasłała je trupem; pobrano niewolnika mnóstwo i tłumy uszły przelękłe.
W. Mistrz posłuszny radom Witolda, osadził mocniéj jeszcze Königsberg Withingami (około Ś. Michała), nowe posiłki i zapasy dosyłając do twierdzy; wzmocniono także sąsiednie Ragnedę i Memel. Skutkiem rad Witolda, który uczył Zakon nałożyć na Żmudź wędzidło, posłano, mimo ciągłéj obawy powstania, Rządzcę Michała Sternberga, z poleceniem uporządkowania i uspokojenia kraju, który dotąd na stopie wojennéj zostawał.
Utrzymanie się w zameczku Königsbergskim połączone było z tysiącem trudności; otoczony krajem niechętnym, zagrożony zdradą, która od Litwinów Witoldowych spodziéwaną być mogła, często ogłodzony, gdy się żywność opóźniła, pozbawiony potrzeb wojennych, których ilości obrachować niepodobna było na wypadek najścia, a sprowadzać je należało z daleka; znajdował się w najniebezpieczniejszym stanie, a załoga jego oka zmrużyć nie mogła.
Witold i W. Mistrz byli z sobą w największej, jak nigdy nie bywali, zgodzie i przyjaźni. Mistrz nawet zezwolił na posłanie do Nowogrodu i Pskowa z napomnieniem, aby się starano z Witoldem pojednać i w niczém mu nie przeciwić. Krzyżacy czynili co było można dla utrzymania przyjacielskich stosunków, wiedząc, że tylko w ten sposób mogą utrzymać się na Żmudzi. Na prośbę Witolda także W. Mistrz podjął się wyrobić u X. Stolpeńskiego zwrót synowicy W. Xięcia, Jadwidze, należnych zapisów po mężu jéj Barnimie.
Nawzajem nieustannie zasięgano rady Witolda, jak sobie ze Żmudzią postępować, jak utrzymać w Königsbergu, jak podbić resztę kraju? Witold namowami, obietnicami, starał się skłonić Żmudź do poddania i wysłania zakładników, czemu się dotąd opiérali mocno. Obiecano wprawdzie zakłady, ale gdy przyszło dać w ręce Krzyżaków, dzieci, braci, ojców, nikt nie miał siły na taką ofiarę. Napróżno już namawiał, prosił Witold; W. Mistrz w końcu roku musiał siłą i przemocą starać się o wzięcie zakładników, wzywając w pomoc Witolda. Zagrożeni wreszcie zalewem wojsk, w początku 1406 roku, wysłali pewną liczbę swoich, dając ich jako poręczycieli swéj wierności w ręce Zakonu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.