Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom I/3

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


3.
Stracony trop.

Kontrabandzista tylko co znikł w swéj kryjówce, gdy usłyszał trzask gałęzi i szelest lekkiego biegu. Ogromny lis z rudo-płowym włosem, czarnemi nogami i uszami, wypadł spiesznie na ugór; woda strumieniami z boków mu spływała, gdyż przebył staw, aby tym sposobem odwieść z tropu ścigających go psów; wybieg ten powiódł mu się pomyślnie, bo psiarnia, przed chwilą jeszcze blizka tego miejsca, teraz znowu się oddalała, jak świadczyło coraz bardziéj stłumione naszczekiwanie.
— Lis pozbawiony tchu sapał: suchy, czerwony język wisiał mu z otwartéj paszczy; zielonkowate oczy iskrzyły się, a obwisłe uszy, wlokący się ogon, dyszące boki, świadczyły o szybkości biegu i wyczerpaniu sił; zatrzymał się przez chwilę, wietrzył, wyciągając czarną paszczękę to w tę, to w owę stronę; potém przez jakiś czas, z równą uwagą jak i trwogą, zwrócił słuchy ku stronie zachodniéj... ale nic nie słyszał.
Że kryjówka kontrabandzisty leżała o kilka kroków od lisa i pod wiatrem, nie mógł on przeto zwietrzyć swojego sąsiada. Ustało téż i szczekanie psów, które teraz zdaleka się błąkały. Prześladowany zwierz zyskawszy tym sposobem nieco na czasie, zamierzył nieco odpocząć; wyciągnął łapy, i z paszczą na pół otwartą rozciągnął się przytuliwszy głowę do ziemi; a gdyby nie to że ciągle konwulsyjnie strzygł uszami, gotów pochwycić niemi najmniejszy szmer, można było uważać go za zupełnie nieżywego.
Ale wnet porwał się znowu no wszystkie cztéry nogi, jakby sprężyną poruszony, wstrzymał dech którego szeleszczące uderzenia przeszkadzały delikatności słuchu, i uszy długo nadstawiał.
Polowanie w kapryśnym przelocie, w niespodzianych i szybkich zwrotach, znowu zbliżało się w tę stronę i tym razem szczekaniu psów towarzyszył dźwięk myśliwskich trąbek.
W tak niebezpiecznéj chwili, strudzony lis przeczuwając blizki swój koniec, z ostatniém wysileniem, próbował jeszcze nowego wybiegu, aby tym sposobem raz jeszcze psy zbłąkać, aby im umknąć. W rozmaitych kierunkach przebiegł ugór, podwajając ślady swego tropu i krzyżując je w nierozwikłaną siatkę, tak, aby psy żadną miarą rozpoznać ich nie mogły; potém zebrawszy wszystkie siły, jednym ogromnym susem przeskoczył z ugoru w krzaki, wpadł pomiędzy skały prawie na same drzwi jaskini kamieniami i cierniami pokryte; ztamtąd, zaledwie mchu i skał dotykając, za drugim potężnym rzutem bo najmniéj sześć stóp rozległym, dosięgał największéj gęstwiny, gdzie susami na jakie tylko stężałe z utrudzenia i zanurzenia w zimnéj wodzie członki zdobyć się mogły uciekać zaczął.
Tym dziwnym instynktem jaki wszystkim zwierzętom jest właściwy, gdy idzie o ocalenie życia, lis starał się przez te potężne skoki przerwać na przestrzeni trzydziestu do czterdziestu kroków wszelki trop ostréj, przenikliwéj woni, jaką stopy jego pozostawiały na ziemi i istotnie zniszczył mocną woń która drażniąc delikatne powonienie psów zaprowadza je w ślad ściganego zwierza.
Skoro tylko lis zniknął, kontrabandzista szybko opuścił kryjówkę, pospieszył na ugór, i schylony ku ziemi, przejrzał go badawczém okiem; rozpoznał świeże ślady lisich stóp: gdzie tylko znalazł wszędzie je nogami pozacierał, by tym sposobem zniweczyć nie tylko trop, lecz też i woń po przejściu zwierza pozostałą. Tak więc przychodził w pomoc wybiegowi i ucieczce lisa, a raczéj usiłował psiarnią i spieszących za nią myśliwych oddalić od miejsca tak blizkiego swojéj jaskini.
Szczekania goniącéj psiarni, odgłosy myśliwskich rogów znowu wyraźniéj brzmiały, połączone kiedy niekiedy z wołaniem i hasłem obławy, z trzech różnych stron dla pojmania zbiegłego Bumboch’a nadchodzącéj.
Kontrabandzista coraz bardziéj niepokojony grożącém mu niebezpieczeństwem, wybiegł w krzaki przez które lis dostał się był na ugór, i naturalnie znalazł tam znowu ślady tego zwierzęcia. Równie je więc jak poprzednio nogami zadeptał przynajmniéj na dwieście kroków, aż do obalonego ogromnego drzewa, pod którém lis skrył się zapewne.
Przekonany, że tak wielka przerwa gorącego i mocno woniejącego tropu lisa, który, jak powiedzieliśmy, jedynie psiarnią kierował, łowy teraz zniweczyć i myśliwców od jego jaskini oddalić musi, kontrabandzista pospieszył w najgłębszą gęstwinę lasu.
Béte-puante z początku nie zawiódł się w domysłach.
Już dawno znikł, a psiarnia odzywała się jeszcze pełnemi gardły; ale te naszczekiwania, ta głośna, rozlegająca się wrzawa nagle ucichła, jakby skutkiem czaru: psy straciły trop, to jest, przeskoczywszy przez ogromne drzewo, po którego drugiéj stronie kontrabandzista podeptał ziemię i tém samém zniszczył ślad i woń zwierza, nie znalazły żadnéj wskazówki i raptem ucichły, bo psy wtedy tylko szczekając gonią, gdy po świeżym tropie zwierza postępują.
Niespokojne, zmieszane tak nagłą utratą tropu, tyle swą silną wonią na ich węch działającego, psy tu i owdzie jak błędne biegały przytykając nosy do ziemi i nadaremnie jakiegokolwiek śladu szukając;... bo, jak wiadomo, w odległości prawie dwustu kroków od jaskini kontrabandzisty trop zgubiły.
Stary myśliwiec, o tym wypadku uwiadomiony przez nagłe ucięcie psów, pospieszył ku nim aby je kierować własném doświadczeniem, ale postrzegłszy obalone drzewo, które go od psów oddzielało, zatrzymał się nagle, bo gałęźmi najeżony pień chcącemu przesadzić go stawiał prawdziwie niebezpieczną przeszkodę. Ojciec Latrace, mimo swéj odwagi i mimo siły konia, za nadto doświadczonym był myśliwcem, iżby dla próżnego junactwa miał wystawić siebie lub wierzchowca na szwank śmiertelny; a gdy postrzegł że po obu bokach leżącego drzewa nieprzebyta gęstwina drogę zamyka, okrążyć je postanowił, aby psy swoje na ślad odprowadzić.
Nagle, dwie kobiéty w amazonkach, jadące przez las w niejakiém od siebie oddaleniu, stanęły naprzeciw obalonego drzewa, przed którém stary myśliwiec cofnął się roztropnie,... prawie natychmiast przybyli ku nim dwaj jeźdźcy, którzy na widok tak straszliwéj przeszkody jednocześnie przerażonym głosem zawołali:
— Pani... racz wstrzymać swego konia!...
— Pani,... miéj się na baczności!
Mimo tych przestróg i próśb, pierwéj przybyła dama, bądź że nie mogła już wstrzymać rozhukanego wierzchowca, bądź téż że lubiła igrać z niebezpieczeństwem, silnie uderzyła rumaka szpicrózgą, i z równą odwagą jak i wdziękiem zaporę przesadziła. Gdy gwałtowność skoku i wiatru powiew uniosły nieco długą suknię odważnéj niewiasty, okazała się piękna, niby utoczona nóżka w białéj jedwabnéj pończoszce, czarnym półbóciku z małą srebrną ostrogą, końcem paluszków wdzięcznie oparta na strzemieniu.
Obaj myśliwcy tak szaloną śmiałością, do najwyższego stopnia zdziwieni, nie mogli stłumić w sobie okrzyku przerażenia i pochyliwszy się ku drugiéj damie, która zdawała się być skłonną do naśladowania przykładu swéj towarzyszki, zawołali:
— Pani, na imię Nieba, racz się pani wstrzymać!...
— Chciałabym złączyć się z matką, łagodnie odpowiedziała młoda dziewica wskazując na drugą damę.
Ta zaś zatrzymawszy konia po drugiéj stronie zapory, zwróciła ku widzom téj sceny uśmiechające się i dumne z pokonanego niebezpieczeństwa oblicze; ale na widok córki, zamierzającéj pójść za jéj przykładem, okropnie zbladła i zawołała:
— Rafaelo! proszę cię.
Już było za późno; dziewica równie odważna jak matka, przesadziła przez drzewo, z pełną powabu wstydliwością, szpicrózgą którą trzymała w lewém ręku, przyciskając długie fałdy swej amazonki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.