<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Lange
Tytuł Miranda
Wydawca Przegląd Wieczorny
Data wyd. 1924
Druk Drukarnia "Rotacyjna"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.

Tegoż dnia po południu odbyć się miał obrzęd ślubny Wiśwamitry i Kesini. Udaliśmy się na plac główny miasta, którego gmachy zwiedziłem stopniowo.
Był jeden centralny, jak mówiłem, świątynia Słońca — i dokoła niego trzy gmachy: Miłości, Mądrości i Potęgi.
Każdy z tych gmachów był świątynią, a zarazem stanowił, jakbyśmy w Europie powiedzieli, ministerjum.
Ponieważ tutaj życie, metafizyka i boskość — zawsze się łączą ze sobą w jedno — zatem każdy niemal przedstawiciel magistratury jest jednocześnie kapłanem.
Powiedziałbym, że ustrój tutejszy, będąc czemś w rodzaju socjalizmu, jest zarazem sofokracją, t. j. panowaniem mędrców, a nawet teokracją, t. j. panowaniem stanu kapłańskiego, co jest zrozumiałe, gdyż zarówno tutejsza religja, jako też filozofja wypływa z braminizmu, który jest organizacją teokratyczną.
Dokoła owych trzech ministerjów, stanowiąc drugie koło, którego centrum było w świątyni Słońca, stało sześć gmachów mniej uroczystej konstrukcji, a które wyglądałyby na fabryki lub jakieś przetwórnie, gdyby nie to, że nie miały kominów i przybudówek, jakie zwykle bywają u nas w osadach fabrycznych.
Były to istotnie fabryki: w jednej z nich wyrabiano owe pigułki odżywcze, które stanowiły główny pokarm ludności,; w drugiej przygotowywano cegły do budowania domów; w trzeciej — tkaniny na odzież itd.; w czwartej — broń, owe miseri cordiale, o których wspominałem.
Takie fabryki były rozsypane po całym kraju — i wszystkie były połączone z tajemniczą maszyną, która się mieściła w podziemiach świątyni Słońca.
Podobne maszyny mniejszych rozmiarów znajdowały się w całej republice, co dwadzieścia jeden kilometrów — i za pomocą fal hertzowskich łączyły się ze sobą, jakbyśmy powiedzieli, bez drutu.
Niestety, Słońcogrodzianie bardzo zazdrośnie ukrywają tajemnicę tej maszyny, która ma być nadzwyczaj prosto zbudowana — i jest, że tak powiem, maszyną maszyn, ponieważ wszystkie inne maszyny zastępuje.
Wszędzie, gdzie taka maszyna się znajduje, jest ona okryta całym szeregiem tajemniczych zasłon i tylko otwór jej, przypominający zakończenie dużego lejka, wystaje na zewnątrz.
Nie wszyscy mieszkańcy Republiki Słonecznej znają budowę tej maszyny; osobni technicy, których się wybiera z pośród młodzieży jeszcze przed wulkanizacją i których odpowiednio się wychowuje — mają później nadzór nad maszyną.
Składają oni przysięgę tajemnicy, a ponieważ władza tutejsza w wysokim stopniu stosuje psychoskopję, o ile by więc kto krzywoprzysiągł, natychmiast bywa zdemaskowany.
Mówię o tem nieco dłużej, gdyż chcę wam wytłumaczyć, dla czego, pomimo wielką życzliwość, z jaką mnie tu przyjęto — nie mogłem się dowiedzieć, jak jest zbudowana ta maszyna i nie mogłem jej zobaczyć.
Wszyscy życzliwi nowożeńcom zgromadzili się w świątyni Miłości. Był tam oprócz Wiśwamitry i Kesini, Wasiszta z żoną i Damajanti z mężem oraz liczne grono osób, jeszcze mi nieznanych. Było tam również inne grupy, które widać ten sam obrządek zamierzały odprawić.
Świątynia Miłości ma wielką hallę środkową z głównym ołtarzem oraz cztery halle poboczne. W głównym ołtarzu stoi posąg boga miłości, który nie przypomina bynajmniej Kupidyna greckiego: jest to raczej Kriszna, w którym się łączy świat zmysłowy i nadzmysłowy; z jednej strony tkwi on w najpierwotniejszym świecie materji; z drogiej — w najwyższym świecie idei.
Była to postać niewielka, siedząca na delfinie, który wyobraża morze i ruch, morze i płodność, morze i nieskończoność — i w ten sposób jednoczy w sobie ducha i materję, bóstwo i człowieka, miłość ziemską i nadziemską.
Zbyt kocham rzeźbę grecką, abym mógł się zachwycać posągami tutejszemi, które są w stylu dawnych bogów indyjskich.
Również i Kriszna miał pewne cechy, które mi się niestety nie podobały. Wogóle sztuka Słońcogrodzian jest dla Europejczyków mało dostępna, choć metoda pracy ich artystów jest wysoce oryginalna, o czem jeszcze powiem.
Im bardziej przyglądałem się Damajanti, tem więcej uderzało mnie jej podobieństwo z Lenorą — i chwilami sądziłem, czy to nie jest ta sama istota, która już to krąży tu po wyspie, jako żywa wcielona postać, już to znowu trwa jako widmo, związano gdzieś daleko z jakąś nieokreśloną Mirandą.
Damajanti była dziwnie zamyślona i widocznie coś ją absorbowało. Do mnie zwróciła się z pełnym życzliwości ukłonem i znów jakieś drżenie przeszło całą moją istotę i zacząłem marzyć, jakby to było pięknie, gdyby taka nadludzka istota...
Figura Kriszny naraz zapromieniała wszystkiemi kolorami tęczy; z wyżyny spadł deszcz kwiatów, rozlewając dokoła zapach cudowny, a z galerji nad ołtarzem dał się słyszeć dźwięk melodyjnej muzyki: o ile mogłem sądzić były to jakby arfy i lutnie, połączone z dźwiękiem organu.
Śród tych wielobarwnych promieni, tych kwiatów i tej muzyki ukazał się przedstawiciel władzy, sługa boga Miłości.
Wezwał on kandydatów ślubnych przed oblicze Kriszny; cztery pary wystąpiły ze swych orszaków i do ołtarza się zbliżyły.
Sługa boży miał do nich krótką przemowę: podniósł ich wieloletnie współżycie, oparte na wiernej miłości; zaznaczył, że nie często zdarzają się tak dostojne związki — i w nagrodę połączył ich ręce, czem uwieńczył ich jedność, wzywając Krisznę, aby więcej było wzorów podobnych.
Uroczystość była bardzo piękna i wzniosła — i oznaczała się czemś, co u nas przy ślubach bywa bardzo rzadkie: prawdą. Miałeś wrażenie, że w tym obrzędzie ani kropli fałszu niema.
Wszyscy obecni — zaczęli śpiewać hymn z towarzyszeniem muzyki, która grać nie przestawała. Tak się odbyły zaślubiny Wiswamitry z Kesinią oraz innych par, które były w świątyni.
Byłem swoją drogą ciekaw, co to jest owo ministerjum i jakie są jego kompetencje. Nie mały był istotnie zakres jego pracy, gdyż wyrazem miłość obejmowali oni znacznie szersze pojęcie, niż to u nas bywa.
Przedewszystkiem co się tyczy miłości bliźniego, która jest u nas naczelnem, a nigdy nie wykonywanem, przykazaniem religji, to w Surjawastu jest ona zjawiskiem tak normalnem i nieustającem, że właściwie o niej się nie mówi: miłość ta rozumie się sama przez się i przez jakiś instynkt przyrodzony ludzi tutejszych — sama przez się uprawia się spokojnie, bez nacisku, bez wyrozumowanego obowiązku, bez narzucania się bliźniej duszy i bez ostentacji.
Zasadniczą sprawą jest tu troska o stworzenie potomstwa — i przytem chodzi o to, aby rasa była zarówno fizycznie jak duchowo pierwszorzędna.
O ile bowiem Słońcogrodzianie mają ciało subtelniejsze, jakby na wyższej płaszczyźnie ustawione, o tyle znów mają zmysły doskonalsze, gdyż wszystkie odznaczają się zdolnością telepatyczną.
To znaczy, że oko ich widzi na odległość dowolną; również ucho ich słyszy na odległość it.d.
Z tego powodu widzą, co się dzieje nawet na innych wyspach; mogą rozmawiać swobodnie z ludźmi żyjącemi i w innych stronach.
Nerwy ich, o ile trafią na istotę pokrewnego ducha, grają unisono z nerwami tej istoty.
Owóż na tem opiera się to, co Sakuntala nazwała „osobną statystyką“.
Ministerjum Miłości prowadzi dokładną psychometrykę temperamentów, usposobień, falowań nerwowych uczuciowości it.d. różnych jednostek w całym kraju — i dobiera je tak, że tworzy szczęśliwe stadła. Rzadko trafiają się omyłki, o ile zaś się trafią, to w sposób nie drażniący bywają wyrównane.
Kiedy się rodzą dzieci, w pierwszym roku życia znajdują się pod opieką matki. Ona je sama karmi, gdyż mamki są tu nieznane.
Później ministerjum zajmuje się ich wychowaniem aż do siódmego roku życia w szkołach t. zw. macierzyńskich, gdy szkoła średnia znajduje się pod zawiadywaniem ministerjum Mądrości.
Szkoła wyższa natomiast, do której wchodzą jednostki odcieleśnione — jest pod zarządem Potęgi.
Również do zarządu Miłości należy wszystko, co jest związane z życiem rodziny: społeczność, jak ojciec czuwa nad przeżywieniem ludności. Fabrykacja owych skondensowanych dragées, któremi się tu karmią, jest pod jego kierunkiem. Do niego należy to co się wiąże z higieną, medycyną, farmacją.
Również rolnictwo, hodowla bydła, hodowla kwiatów należy do tego ministerjum, jak z drugiej strony te dziedziny pracy ludzkiej, które są pod władzą wyobraźni: a więc poezja, sztuki plastyczne, muzyka. Wychowanie płynie rytmem muzycznym.
Goście weselni udali się do domów, gdzie odprawiono ucztę, ale Wasiszta i kilku innych ludzi stosunkowo młodych, a będących w służbie Potęgi, zmuszeni byli pożegnać nowo zaślubionych, gdyż obowiązek wzywał ich gdzieindziej.
Choć obecność Damajanti bardzo mnie nęciła, i ja również pragnąłem iść z nimi. Ale oni mieli polecieć powietrzem, gdy ja...
Owóż Wasiszta, znając to moje życzenie, sprowadził mój wózek; sam w nim zasiadł wraz ze mną — ster nakręcił i powiedział: galop najwyższy!
Jak wiemy wózki te robiono nie z pierwotnej i bezwładnej materji nirwidjalnej, ale z tegoż elementu mocno przesyconego energją ruchową (t. zw. Nerwidjum).
Dlatego wszelkie narzędzia, które się poruszają, nie są pozbawione pewnego rodzaju świadomości: rzekłbyś słyszą, widzą.
Toteż samochód nasz, usłyszawszy rozkaz mego towarzysza — puścił się po ulicach Słońcogrodu tak zawrotnym pędem, że nic a nic nie widziałem: wszystko mi zlewało w dwoistą biało-popielatą ścianę, a potem była równina bez granic. W niecałe dziesięć minut znaleźliśmy się za miastem, dokąd z różnych stron spływały powietrzem gromady młodych ludzi, żołnierzy.
Spuszczali się na obszerną równinę, która stanowiła mówiąc językiem Europy, „pole Marsowe“. I ci, którzy asystowali uroczystości zaślubin, krewni i przyjaciele Wasiszty — przybyli tu prawie jednocześnie z nami.
Miały się odbyć ćwiczenia wojskowe, poprzedzające wojnę. Ćwiczenia były urządzone na sposób manewrów. Żołnierzy było tysiąc; podzieleni byli na dwie armje po pięćset osób.
Większość przybyła w specjalnym stroju, który ukrywał się pod chlamydą.
Wasiszta chlamydę zostawił w wózku, gdzie i mnie kazał siedzieć (gdyż oczywiście na pole Marsowe nie zostałem wpuszczony).
Teraz był jakby w trykocie, w którym poruszył jakąś śrubkę czy coś podobnego — i w tej chwili miał na sobie rzekłbyś stalowy, ale nader giętki, pancerz, kolczugę, która go od stóp do głów okrywała.
Tak samo w kolczugi był przybrany cały tysiąc żołnierzy.
Jedna część wyobrażająca nieprzyjaciół, była nadto przepasana czerwoną szarfą.
Niektórzy mieli na stalowej kolczudze — złote znaki, które widocznie oznaczały rangę. Wasiszta nosił na szyi złoty kołnierzyk, który w naszej nomenklaturze odpowiadał randze pułkownika.
Na obszernem „polu Marsowem“ z dwu krańców stanęły oba wojska.
Wojsko „nasze“ było zbrojne wyłącznie w misericordie. Nieprzyjaciel zaś miał normalne karabiny i armaty europejskie.
W oddaleniu jednej trzeciej części pola Marsowego w armji nieprzyjacielskiej zbudowany był rodzaj muru z granitu, wyobrażający fortecę; również w oddaleniu jednej trzeciej części pola po naszej stronie stała ściana z tego nieokreślonego materjału, z którego tu budowano domy, owe susznie po wsiach, it.d..; ściana była nie grubsza nad palec, wysoka na 60 metrów.
Armaty nieprzyjacielskie stały na murze tak, że mierzyły wprost w naszą ścianę.
W danej chwili zabrzmiał odgłos trąb z obu stron: było to hasło bitwy. Huknęły armaty nieprzyjacielskie; wróg zaczął strzelać w naszą ścianę: ale ściana ani drgnęła; jedne z kul płaszczyły się w jej powierzchni, rozpalały ją na chwilę, w punkcie uderzonym, do czerwoności, poczem w nią wsiąkały, niknąc bez śladu.
Inne o jeden milimetr od ściany zatrzymywały się w biegu i padały na ziemię, gdzie się na popiół rozpadały.
Na szczycie ściany, wewnątrz była galeryjka, na której stali nasi żołnierze. Każdy z nich brał do ręki swój mieczyk i pokręciwszy jakąś śrubkę, powiększał go do rozmiarów wielkiego garłacza.
W ciszy zupełnej z tych garłaczów zaczęły wylatywać półdostrzegalne grube iskry barwy złotej, raczej płomienie, które jakby świadomie, leciały wprost na kamienny mur forteczny nieprzyjaciela.
Kamień ulegał przedziurawieniu, chwilowo syczał, jakby się w nim coś gotowało, poczem robił się czerwony, jakby się palił wewnętrznie bez płomienia; potem bielał przepalony do szczętu i rozpadał się na popiół.
Niecałe pół godziny trwało to burzenie fortecy: armaty na murze ustawione ulegały tym samym wpływom rozkładu, co granit. I one również w proch się rozsypały. Nieprzyjaciel został odsłonięty.
Wówczas nasi żołnierze ulecieli w powietrze. Zresztą jedna tylko setka się uniosła w górę; inni pozostali w fortecy.
Spłynęli na ziemię w pewnej niewielkiej odległości od nieprzyjaciela (który fikcyjnie nie umiał latać po powietrzu) — i ruszyli przeciw niemu, doprowadziwszy mieczyki do dawnej normy.
Nieprzyjaciel zaczął strzelać ze swych karabinów, ale każda kula o jeden milimetr od naszego żołnierza zatrzymywała się w biegu i upadała mu u nóg na ziemię.
Nasi natomiast podnosili mieczyki swe i wyrzucali z nich (bezgłośne) iskry złote, które jakby świadomie uderzały w nieprzyjaciół.
Każdy uderzony padał na ziemię, co miało znaczyć, że jest trafiony, ranny, zabity i t. d. I niewątpliwie byłoby tak, gdyby nie ów stalowy pancerz nirwidjalny, który go uchronił od niebezpieczeństwa.
Misericordia jest bezsilna wobec człowieka, zbrojnego na sposób Surjawastu.
Manewry te były małym obrazem bitwy z tą różnicą, że czy to Kalibany, czy Telury, nie mieli naszego kostjumu i dlatego wt razie uderzenia misericordią — ginęli natychmiastowo, przyczem każda iskra przelatując od człowieka do człowieka — unicestwiła ich naraz całe setki.
Pięciuset Słońcogrodzian było dość, aby unieszkodliwić sto razy większą armję.
Uderzenia Słońcogrodzian były trojakiej siły i każdy mógł je miarkować podług trzech linji na mieczu: uderzenie słabe ubezwładnia wroga kontuzją dwutygodniową, która mija bez śladu; uderzenie średnie wali na ziemię i wprowadza w sen trzymiesięczny, z którego uśpiony budzi się, ale jeszcze przez pewien czas krąży po świecie odurzony i półprzytomny; uderzenie mocne zabija, spala i w proch rozsypuje w ciągu czterech minut.
Najczęściej używają Solarowie uderzenia, średniego, gdyż zupełnie im wystarcza odebrać wrogowi moc czynienia złego, zachowując życie: sen trzymiesięczny półmiljonowej armji gwarantuje, że wojna nie prędko się powtórzy.
Niema tu rannych ani zabitych: są tylko uśpieni.
Trzeba zaznaczyć, że Telury w razie bitwy, choć wiedzą co im grozi, trwają na stanowisku do ostatka; Kalibany przeciwnie bardzo łatwo tył podają i w ten sposób unikają klęski, choć ich wartość bojowa staje się równa zeru.
Nadto nigdy w prawdziwej bitwie Solary nie walczą na polu, lecz rzucają swe iskry z powietrza.
Tym sposobem również mogą niszczyć flotę nieprzyjacielską, choć sami wcale floty nie mają.
Telury mają też aeroplany, zakupione w Europie, ale nasi łatwo dają sobie z nimi radę.
Nazajutrz miała się rozpocząć wojna. Jaka była przyczyna wojny? — na to pytanie odpowiedziano mi w ten sposób:
— Najważniejszą przyczynę stanowi grupa Słońcogrodzian, niezadowolonych z naszego trybu życia.
— Alboż są tacy?
— Bezwarunkowo. Jest to opozycja, która powstała skutkiem propagandy niejakiego Czarwaki. Ten, działając śród młodzieży, a także i ich matek, sprawił, że corocznie pewna część zarówno chłopców jak dziewcząt, nie chce się poddać operacji odcieleśnienia i pragnie pozostać w stanie pierwotnym. Z drugiej strony różne elementy grzeszne i występne pod wpływem przewagi sił ciemnych przezwyciężają w sobie astral — i powracają do stanu cielesnego albo, jak my to zowiemy, do stanu upiorów. Owóż zarówno jedni jak drudzy są wysyłani do pewnej miejscowości, zwanej Kalana — i tu mają wyznaczony pobyt. Staraliśmy się im urządzić życie w stosunku do ich potrzeb, ale ci zamiast pracować na miejscu — wolą zajmować się łupieztwem i rozbojem, co u nas jest niemożliwe, a ponieważ miejscowość ta leży blisko granicy Telurji, przeto Kalanowie uprawiają zbójectwo w ziemi Telurów. Z tego też powodu Telurowie znów napadają na nasz kraj i robią nam niesłychane przykrości. Postanowiliśmy więc naprzód ukarać Telurów, a potem zaraz po wojnie przenieść naszych Upiorników do środka kraju.
— Dużo też ich jest?
— Koło dziesięciu tysięcy. Wiele matek w chwili ostatniej zakłada protest łez przeciw odcieleśnieniu dziecka i uchodzi do Kalany.
— Czemuż nie ukarzecie w jakiś sposób Czarwaki?
— Ma on swobodę słowa — i nie możemy zakazać mu, by myślał i mówił, jak uważa. Chcemy dokładnie poznać jego ideje oraz metody, aby go zwalczyć należycie.
— A kiedy zaczynacie wyprawę wojenną?
— Jutro nad ranem.
— Czy nie mógłbym z wami pojechać?
— Niepodobieństwo. Do granicy jest sto siedemdziesiąt siedem kilometrów — my tam będziemy za dwadzieścia minut; ty zaś mógłbyś tam być dopiero za sześć godzin. Jeżeli jednak chcesz — to możesz pojechać, choć zobaczysz nie wiele.
— Owszem, jak najchętniej. Proszę mi tylko powiedzieć, dlaczego zarazem Kalibany z wami walczą?
— Kalibany znajdują się w przymierzu z Telurami — i obowiązani są w każdej wojnie im dopomagać. Podobnież i Telury Kalibanom. Ale nasza armja wystarczy na dwa fronty.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Lange.