Moje świętopietrze

<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Moje świętopietrze
Pochodzenie Pijane dziecko we mgle
Wydawca Instytut Wydawniczy „Biblioteka Polska”
Data wyd. 1928
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



MOJE ŚWIĘTOPIETRZE.

Niezmiernie interesujące były dla mnie dni, które nastąpiły po feljetonie Więcej ciepła. Feljeton ten uważam w mojej karjerze mędrca za pierwszorzędne posunięcie. Dotąd byłem cichym obserwatorem życia; w świetle reflektorów teatralnych, na welinowych kartach Zwyczajów towarzyskich, w urywkach rozmów na platformie tramwaju, wszędzie starałem się pochwycić rytm współczesności, zdać sobie sprawę z epoki w której żyjemy. Ale raz po raz badacz dochodzi do punktu, w którym obserwacja nie wystarcza, w którym odczuwa się potrzebę doświadczenia. Tak naprzykład, mówi się wiele o stosunku społeczeństwa do literatury; ale mówi się raczej w próżni. Bo jak zbadać, jak obliczyć ten stosunek? Pokupność książki jest rzeczą złudną. Może być broszura, którą interesują się wszyscy, a której się rozchodzi paręset egzemplarzy. Odwrotnie może być książka, której rozejdzie się kilkadziesiąt tysięcy, a którą właściwie nie interesuje się nikt. I nagle olśniła mnie myśl: wywołać eksperyment, dzięki któremu wprost w kalorjach możnaby oznaczyć ciepło stosunku społeczeństwa do pisarzy. Napisałem feljetonik, i czekałem. Zmieniłem się w sfigmograf, mający notować tętno czułości publicznej. Niedługo przyszło mi czekać. Pierwszego dnia, służąca pytała się czy to moje imieniny; następnych dni myślała, że świat zwarjował. Kwiaty, paczki, listy...
Ale ograniczę się do naukowego zarejestrowania objawów reakcji społecznej:
A) Dary:
1. Śliczny budzik, „dla punktualnego przestrzegania godzin tak drogiej konwersacji“, przesłany Przez Marylę N., „córkę przedst. firmy Junghaus, największej fabryki zegarów na świecie“.
2. Własnoręcznie przyrządzone owoce kandyzowane od „Kijowianki“.
3. Flaszkę koniaku Boulestin, przesłał Jan Lechoń z nadmienieniem, iż pragnie „paru chwil rozmowy po cenie przystępnej“.
4. Flaszkę szampana[1] Mum, Marjan Stajnsberg (false Hösick) z prośbą o trzyminutowa rozmowę.
5. Kwiaty — Aleksander Alfred Konar.
6. Wagon węgla śląskiego, przesłany przez uroczą i miłą panią Tolę G. z Katowic. Fotografja jej będzie wystawiona w jednej z księgarń warszawskich.
7. Kwiaty — pachnący anonim z mottem z Delmeta i pytaniem: Czy to skromne Envoi de fleurs przyniesie więcej ciepła?“
8. Drukarnia i litografja Jan Cotty (pp. Sternholz i Bogusławski) — egzemplarz swego wspaniałego wydawnictwa Unja Horodelska, nagrodzonego dyplomem honorowym na Międz. Wystawie Sztuki w Paryżu.
9. Kwiaty od p. Romany H. która pisze:
Drogi Boyu! Powiedziałeś Więcej ciepła — posyłam ci przeto te kwiatki, choć nie jesteś chory. Zasłużyłeś na nie, gdybyś nawet przez całe życie nie napisał nic więcej prócz listu do Izy Moszczeńskiej i powyższego feljetonu. Żądasz sto złotych za godzinę rozmowy? Dałabym ci je chętnie, lecz co dalej? mogłabym się zakochać w tobie i pragnąć takich godzin więcej, a wielu setek niestety nie posiadam...
Wkońcu jedna uwaga. Rozmowa z tobą, drogi Boyu, nie opłacona 100 złotemi miałaby... o te 100 złotych większy dla mnie urok...
Bidulka! Ale czytajmy dalej:
10. Kosz gruszek od Ziemianki, która żałuje że ciężkie czasy nie pozwalają jej ofiarować folwarku.
B) Listy:
...czy nie za tanio ocenia pan swoją godzinę (pisze p. J. N., nauczycielka). Wszak mistrz od tańca za parę fiknięć w czasie godziny bierze 100 zł, a przecież pan przez taką godzinę musiałby dużo mówić i to nie byle jak! Więc, zanim pan nie podrożeje, gotowa jestem uciułać te 100 zł, i zaprosić pana na taką godzinę, tylko pod warunkiem że Pan będzie do mnie przemawiał tak czule, jak do p. Izy Moszczeńskiej...
Pani A. M. pisze:
Ależ ma pan zupełną słuszność pisząc artykuł „Więcej ciepła“ o potrzebie serdeczniejszego stosunku między pisarzami, a społeczeństwem. Jednakże zdaje mi się, że potrzebny jest tu dodatek ważny: gusty poetów czy prozaików. Niechby każdy z nich podał listę rzeczy odpowiadających jego potrzebom i upodobaniom. Prezent, który wyraża tylko dobre chęci dającego, jest prezentem zmarnowanym. Przy sposobności serdeczne dzięki za małe — rozmiarami — arcydzieło: „List otwarty do pani Izy“...
„Wdzięczna czytelniczka, która nie wie co pan lubi“.
(Droga Pani, zaraz pani opowiem moje potrzeby. Trzeba mi — i bardzo trzeba — zbiorowego wydania Stendhala, którego nie mogę sobie zafundować. Jest to wydanie księgarni Honoré Champion, wypuszczone niegdyś na zasadzie subskrypcji, i duszone obecnie przez wydawcę „na pasek“: 25 dotychczasowych tomów można u niego dostać okazyjnie (jakoby po zmarłych abonentach) za skromnych 5.500 — pięć tysięcy pięćset! — franków francuskich. Zapłaciwszy tę kwotę, otrzymuje się dotychczas sowę tomy i prawa subskrybenta do nabywania dalszych. A bez tego wydania niepodobna dziś pracować nad Stendhalem. Oto przykład kłopotów literata! Ale osełkę masła też wezmę. Chodzi o serce).
List od p. Ireny S., która namawia mnie, abym wygłaszał odczyty i pyta:
...czyby to nie było skutecznym środkiem zapobiegawczym na „uremję talentu“ i czy nie przyniosłoby Panu więcej, niż „rozmawianie na kompletach po 100 złotych za godzinę?“ Bo tych parę słów o „balzakizowaniu się“ pana Bouteron to było — tak mało!
Niech mi pan wierzy, że to bardzo przykro dla kobiety młodej, zrobionej na ładną i troszkę popsutej przez powodzenie, pisać list do mężczyzny ze świadomością, że list ten będzie napewno wrzucony do kosza! Więcej ciepła, panie Boyu!
Kochana Irenka! Wczoraj były jej imieniny. Przykro mi, że nie wiedziałem, gdzie przesłać tej nieznajomej słowa miłych życzeń. Niech je przyjmie na tej drodze.
Były i wizyty. Pierwszą wizytą był młody człowiek, który wtargnął do mnie o godzinie jedenastej rano, w chwili gdy rodziłem w mękach recenzję z Przedmieścia, i oświadczył mi, iż, pod wpływem mego feljetonu, przynosi mi swój utwór — nieduży, cztery stronice — i prosi o wskazanie, gdzie mógłby dostać za niego pieniądze, zaraz.
Młoda uczenica szkoły dziennikarskiej napisała list z żalami, że „między starszem a młodszem pokoleniem pisarzy istnieje chiński mur nie do przebicia“. Udzieliłem jej rozmowy z uwolnieniem od taksy.
To jest rezultat pierwszych dni. Notuję go z drobiazgową ścisłością, gdyż to jest pierwszy tego rodzaju a bezcenny dokument. Sądzę, że oznaczenie wrażliwości społecznej na piękno jest rzeczą conajmniej równie doniosłą, co oznaczenie procentu cukru u jakiegoś tam djabetyka.
Eksperyment mój był żywo komentowany. Oświetlono go fachowo z różnych stron. Ogólnie podnoszono brak poczucia humoru i niedostatek inwencji u naszego kupiectwa. W Ameryce (powiadał mi ktoś znający dobrze obie półkule), musiałby pan osobny hangar wybudować. Samych automobilów rozmaitej marki nadesłanoby kilkanaście. Dostałby pan łódź podwodną, stado bawołów, pług motorowy, etc. Wyzyskanoby pana jako pierwszorzędny środek reklamy.
(Nie piszę tego, jak czytelnicy się domyślą, poto aby się przymawiać o łódź podwodną lub stado bawołów, ale dlatego że wszystko mi się tu wydaje ważne i godne zanotowania).
Pozostaje mi wkońcu najserdeczniej podziękować wszystkim, którzy bądź darem, bądź pismem, bądź żywym głosem przez telefon użyczyli mi pomocy w moim eksperymencie.
Ale prawda, zapomniałem o jednej wizycie, bardzo miłej. Pani Ela (o nazwisko nie pytałem) z Zegrza. Przyniosła mi kwiaty, nie czekając (mówi) aż będę chory. Wręczyła śliczne róże i chciała natychmiast odejść: na sto złotych (mówi) za godzinę rozmowy jej nie stać. Zatrzymuję ją wspaniałomyślnym gestem. Przyznam się, że, póki jeszcze mogę zarobić czem innem, wolę rozmawiać za kwiaty niż za pieniądze. Gwarzymy o tem, o owem, wkońcu pani Ela, spojrzawszy ukradkiem na mój nowy budzik, zaczyna się żegnać. Pytam się, czy jej nie zgorszył mój feljeton.
— Proszę pana, odpowiada z uśmiechem, mój ojciec był w przyjaźni z Bolesławem Prusem. Otóż raz, jako dziecko, słyszałam jak Prus mówił do mego ojca: „Marzeniem mojem jest spotkać kobietę, któraby mi dała obiad, pół rubla i puściła się ze mną“. Wówczas — dodaje pani Ela — nie wiedziałam, co to znaczy... ale utkwiło mi to w pamięci.
Tę uratowaną od zapomnienia złotą myśl mego kochanego Prusa uważam za najcenniejszą zdobycz „świętopietrza“.








  1. Później otrzymałem, wraz z miłym listem, dwie flaszki tegoż od firmy Iroy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.