Morituri/Część trzecia/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Morituri
Wydawca Wydawnictwo M. Arct
Data wyd. 1935
Druk Zakłady Wydawnicze M. Arct Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Następnych dni w życiu i porządku miejscowym nic się jeszcze nie zmieniło; generał nieznużony pisał listy, szambelan po większej części siedział w swoich pokojach, Robert był, jak zawsze, milczący i mało czynny, Stella tylko poruszała się żywiej i umysł jej pracował teraz więcej, niecierpliwiąc się na to wyczekiwanie.
Jesień, jakby na przekorę głębokiemu smutkowi, była piękna i ciepła, dnie i wieczory jej przypominały wiosnę... Brańsk na pożegnanie zdawał się przybierać jak najpiękniejszą szatę i stroić w złoto i purpurę. Ale ludzie chodzili osmuceni i przybici i, gdyby szambelan więcej a uważniej umyślił się im przypatrywać, dostrzegłby łatwo, że wszyscy nosili na sobie żałobę jakąś, która im siły odejmowała.
Gozdowski wyjechał był na zwiady, czy już nie poczynają czego wierzyciele — miał powrócić wprędce — gdy posłaniec tegoż dnia wieczorem pod niebytność jego nadbiegł z kartką od księdza Abłamskiego, oznajmiając, że ksiądz sufragan, po krótkiej słabości, tegoż dnia nad ranem Bogu ducha oddał. Ksiądz kapelan prosił Gozdowskiego, ażeby przygotował generała do tej smutnej wiadomości, ale kartka bez przygotowania pod niebytność plenipotenta dostała się wypadkiem generałowi, który na tę wiadomość, jak ciosem niespodzianym rażony, od przytomności prawie odszedł.
Na księdzu sufraganie pokładał on niemałe nadzieje, roił o sumach duchownych, o poparciu z jego strony pism, które na wszystkie wysyłał strony. Strata biskupa dla rodziny była niewynagrodzona. W ostatnim razie generał spodziewał się tam znaleźć przytułek, a serce zmarłego bezprzestannie dla nich wszystkich wylane było. W pierwszej chwili tylko mu się łzy toczyły.
— Nieszczęście jedno nigdy samo nie przychodzi, — mówił, łkając. — Jak powiedzieć szambelanowi, który był do niego tak przywiązany? a jak znowu taić to przed nim?
Posłaniec księdza Abłamskiego rozpuścił wiadomość o śmierci po całym dworze, choć mu tajemnica była zalecona... Ksiądz Serafin z Wincentowiczem już tę nową klęskę opłakiwali... Z listem w ręku powlókł się stary do księcia Roberta i, wszedłszy, nie mówiąc słowa, oddał mu go.
— Trzeba nam jechać, — rzekł — musimy i dla interesów, i dla serca być na miejscu... Biedny brat! Nawet nie czuł się widać tak źle, kiedy nikogo z nas nie wezwał... A śmierć przyszła tak nagle! Ledwie zasłabł i skończył.
Nie chciano jeszcze tego dnia nic mówić szambelanowi. Generał poszedł tylko w myśli przygotowania księcia Norberta. Znalazł go nad wszelkie spodziewanie w humorze wesołym, z rozpromienioną twarzą, ochoczym, jak nigdy.
— Mówią, — odezwał się, podając rękę generałowi — że jesień dla starych jest niebezpieczna. Fałsze to są, ja przynajmniej czuję się tego roku tak zdrów, silny i wesół, jak rzadko. Rychlejbym powiedział, że na was, co się więcej na powietrze narażacie, skutek ten wywiera... ja, co siedzę większą częścią w kącie, nic tego nie czuję. Ty, generale, Robert, nawet Stella posępni mi chodzicie, co wam takiego jest? Nie możecie znać dotąd wydychać tego hrabiego, a ja o nim dawno zapomniałem... Głupi był przez całe życie!
— Jeżeliście uważali zmianę w mej twarzy, — podchwycił książę Hugon, chwytając tę zręczność — to się wam przyznam, że jestem mocno niespokojny o zdrowie księdza sufragana. On, słyszę, od kilku dni chory...
— Chory? niceście mi nie mówili... hę? — spytał stary. — Ja sądzę, że to nasza rodowa choroba, co go zawsze męczyła... ale to przechodząca rzecz. Nie macie się o co lękać. Ja, dzięki Bogu, mam lat ośmdziesiąt... a krzepko się trzymam jeszcze... jemu dopiero sześćdziesiąty piąty. Cóż to za wiek? Młody jest, przytem życie regularne... Niepotrzebnie się tego lękacie.
— Dziś przysłał ksiądz Abłamski z zawiadomieniem, że się czuje bardzo źle; ja jutro myślę do niego jechać.
— A zapewne, jedźcie, — rzekł stary — to go rozerwie, lecz ja wam powiadam: hemoroidy, nic więcej.
Generał zamilkł i przeszedł się po pokoju.
— Nie pisze ksiądz Abłamski, co mu jest? — spytał szambelan.
— Powiada, że gorączka jakaś i że doktór o niego niespokojny.
— Gorączka? to gorzej, pewnie zaziębił się w czasie nabożeństwa, bo zwykł był czasem w tym wilgotnym kościele za długo przesiadywać. Jedźcie i radźcie mu ode mnie, niech się napije lipowego kwiatu dla transpiracji, a octem się każe wysmarować.
Znowu generał pochmurny zamilczał. Szambelan usiadł i, uśmiechając się, spoglądał na niego.
— Widzę, że już jesteś niespokojny; jak to wy zaraz lękacie się wszystkiego! W naszej rodzinie byliśmy niemal co do jednego długowieczni, choć prawda, że czasy też lepsze były i gryźć się nie było czem. Dziad nieboszczyk miał lat dziewięćdziesiąt i trzy, gdy umarł — i to z przypadku, ojciec nasz, jak wiesz, dożył do dziewięćdziesięciu, babka miała ośmdziesiąt i sześć...
— Tak, ale też dobrześ powiedział, czasy były inne...
— A, inne! — westchnął stary. — Uchowaj Boże czego na księdza sufragana... ponieślibyśmy w nim stratę wielką... Człowiek do rodziny przywiązany, prawy, dobry i niemal święty...
— A! prawda, — zawołał generał, ręce załamując — wiemy to wszyscy... nieoceniony człowiek...
— Bóg nam go nie odbierze... Jeśli pojedziecie, — rzekł stary — odwiedźcie i siostrę.
To powiedziawszy, odwrócił rozmowę szambelan, bo nie lubił długo mówić o rzeczach smutnych, i spytał o gości, których nie widział.
— Co to tam był za Garbowski z synem? Stella mi chłopca tego chwaliła.
— Coś to oryginalnego ta familja — odparł generał. — Ojciec bardzo prostakowaty, syn do rzeczy, ludzie być mają bogaci, ale Gozdowski, którego są krewnymi, krzywi się na nich.
— Pocóż tu oni przyjeżdżali?
— Jakieś interesy pieniężne, — odezwał się generał — nie wiem, o co im chodziło.
Szambelan popatrzył i zaczął o czemś innem. Wogóle jednak myśl miał ciągle swobodną i wesołą, parę nawet anegdot z dawnych czasów z właściwym sobie dowcipem opowiedział generałowi, który je już kilkakroć od niego słyszał i chodził chmurny, nierad temu, iż jego przygotowanie spełzło na niczem. Wcześniej niż zwykle pożegnał się z bratem.
— Ucałujże biskupa i ode mnie po stokroć, a powiedz mu, jak tylko się lepiej uczuje, niech na rekonwalescencję tu do nas przybywa, wygodniej mu będzie. Tam dom lichy i nieopatrzony, wilgotny i kuchnia nic do rzeczy.
Z tem wyszedł książę Hugon, a nazajutrz, zabrawszy Roberta z sobą, wyjechał smutny, czując się także na zdrowiu niedobrze. Przez całą drogę nie przemówili prawie do siebie.
W miasteczku znaleźli z powodu niespodzianej śmierci człowieka, który wszystkim wiele świadczył i był tu najważniejszą osobistością, zamieszanie wielkie. Duchowieństwa z bliższych parafij wiele się już było zjechało. Przygotowania do eksportacji i pogrzebu zajmowały księży i ludność, cisnącą się na sufraganję.
U drzwi przywitał ich ksiądz Abłamski ze łzami i na wikarję do mieszkania swojego poprosił. Do ostatniej chwili był on przy umierającym, który wolę swą jeszcze mu, całkiem będąc przytomny, spisać kazał.
— A! mości książę, — zanosząc się od płaczu, mówił kapelan — straciliśmy człowieka wielkiej i skromnej cnoty, a ja w nim ojca i dobrodzieja! Nikt nie zliczy, co on dobrego uczynił i jak wylany dla ludzi zapominał o sobie! Uwierzyłżeby kto, iż na takiem biskupstwie, przy znacznych dochodach i największej oszczędności życia, nie zostało po nim za co sprawić pogrzebu? Sam mi mówił na godzinę przed śmiercią, oddając swój woreczek, iż więcej po nim nic nie znajdziemy, abyśmy nadaremnie nie szukali.
— Na miłość Boga, byćże to może? — zawołał przerażony generał.
— Potwierdza to i testament, który państwo czytać będziecie. Jedynym funduszem pozostałym jest to, co miał u księcia szambelana, a długów zostawił dosyć.
Był to nowy cios dla Brańskich i generał przypomniał sobie łatwo, że różnemi czasy do dwóchkroć u niego pożyczyli. Długi więc księdza sufragana miały znowu zaciężyć na majątkach. Spytał zaraz o testament książę Hugon; był on otwarty, przed notarjuszem sporządzony, więc go też rychło dostać mogli. Rozmaite sumy, czasy różnemi dane familji, wynosiły przeszło dwakroć; z tych sto kilkadziesiąt długów należało opędzić rychło, dać na pogrzeb, a resztę ksiądz sufragan przekazywał Stelli i Robertowi, z małym legatem dla sług i księdza Abłamskiego.
Robert i generał nic z sobą nie mieli, wydatki były pilne, położenie przykre; wypadało posłać zaraz do szambelana i prosić go o pomoc, gdyż on jeden miał cokolwiek gotowego grosza. Ponieważ ani Robertowi, ani jemu w tej chwili odjeżdżać nie było podobna, generał siadł pisać list do brata i do Stelli, prosząc, ażeby ojca do smutnej wiadomości przygotowała, a pieniądze przez Wincentowicza natychmiast wyprawiła.
Resztę dnia spędzili, modląc się przy zwłokach i na smutnej rozmowie z księdzem Abłamskim, który ciągle zgon biskupa opłakiwał. Słudzy jego też, modląc się przy ciele, jęczeli i łzami się zalewali. Tysiące dobrych uczynków nieboszczyka teraz dopiero na jaw wychodziło, gdy każdy, co mu wprzód taić kazano, głośno rozpowiadał. Księciu Hugonowi ten widok, ten cios nowy, który familję i na sercu, i w jej bycie tak boleśnie raził, odjął resztę otuchy i odwagi do walki z losem. Siedział nieruchomy, bezmówny, dając sobą powodować drugim, a że Robert nie o wiele przytomniejszy był od niego, ksiądz Abłamski obu nimi rozrządzał i kierował; mimo żalu, mając jeszcze siłę, zajmował się pogrzebem i nimi.
Nie dostrzegał pogrążony w sobie książę Hugon, iż obrzęd ten, który dla imienia biskupa i dostojności rodziny powinien był, zwyczajem powszechnym, z wielką się odbywać okazałością, tylko dzięki księdzu Abłamskiemu i jego zabiegom jakkolwiek się dał urządzić. Wszystkiego doń brakło, a najpierwej pieniędzy. Kościół, co miał, dostarczył chętnie, lecz rzemieślnikom i kupcom płacić było potrzeba. Zapożyczono się u księdza Scholastyka i kilku kanoników, wysłano po niektóre rzeczy do Brańska.
Dawniej byłaby familja nic nie szczędziła, aby uczcić jednego z najznakomitszych swych członków, dziś — los własny zbyt ją obchodził, by o okazałości pomyśleć było można. Nie zastanawiano się już i nad tem, że na biedną Stellę włożono obowiązek ciężki oznajmienia ojcu o śmierci brata, którego kochał tak czule, że przez nią żądano, przeciwko wszelkiemu zwyczajowi, rodzaju pożyczki od niego.
Złożenie zwłok w grobach biskupich w kolegjacie odbyło się wszakże uroczyście dzięki księdzu Abłamskiemu i dopiero tego dnia Wincentowicz z listem nadjechał. Generał tak był uciśnięty potrzebą grosza i obawą oń, że nie spytawszy się nawet o szambelana, powitał łowczego zapytaniem:
— A masz pieniądze?
Listy i pieniądze przywiózł szczęściem Wincentowicz, od Stelli oblany łzami i od starego księcia Norberta ręką sekretarza, krótki, ale rzewny. W przypisku donosił, że żądane pieniądze przysyła. Generał, który się zawodu i wstydu obawiał, lżej odetchnął. Były to te same tysiąc czerwonych złotych, które Robertowi wprzód dano na klejnoty dla jego bohdanki.
Po ubogim księdzu sufraganie, wyjąwszy te długi, które Brańsk zapłacić był obowiązany, nie zostało nic — żadnego kosztownego sprzętu, żadnej prawie pamiątki. Ostatnie ofiary dla familji zmusiły go do zastawienia srebra trochy i drogocennych klejnotów. Kościelne przybory, infuły, pastorały, krzyże przekazał zakrystji kolegjaty. Przejrzenie izdebek, które zamieszkiwał, zdumiewające odkryło ubóstwo. Sukni nawet i bielizny mu brakło, a nikt o tem nie wiedział, nikt tego nie dostrzegł. Czego nie oddał rodzinie, zabrali jego ubodzy, bo tych także swą rodziną w Chrystusie nazywał.
Przy pogrzebie płacz i żal był wielki, cisnęły się tłumy ludu, a nawet różnowierców, bo biskup, ubogich wspierając, różnicy między ludźmi nie czynił, wszyscy dlań byli równi.
Zaledwie ostatnie pieśni kościelne przebrzmiały i trumna do sklepów spuszczoną została, generał i książę Robert pojechali nazad do Brańska, niepokojąc się już o szambelana.
Zastali go wprawdzie z książką od nabożeństwa w ręku, z oczyma zaczerwienionemi, ale daleko spokojniejszym, niż się spodziewali. Uściskał przybyłych rzewnie.
— Niema go więc, — rzekł cicho — ubyła jedna święta dusza, powołana do orszaku wybranych Pańskich... Nie płaczmy nad nim, szczęśliw jest, my biedni!
Tu zaczął rozpytywać go o zgon i chwile ostatnie, nareszcie o pogrzeb i wystawę, jaka księciu Brańskiemu do grobu towarzyszyć była powinna. Ogólnemi wyrazy Robert zaręczył, że się pogrzeb odbył, jak przystało, i że niczego nie pożałowano, aby go uczynić godnym imienia, jakie nosił zmarły.
— Przysłaliście po pieniądze, to pojmuję, — dodał książę Norbert — jego pozostałości i kasa musiały być opieczętowane. Tak chce prawo, boć sufragan pewnie znaczny po sobie majątek zostawić musiał w gotowiźnie. Inaczej nie może być, oszczędny był dla siebie, dochody musiały być bardzo wielkie, pieniądze być muszą. Testament zostawił zapewne?
Z tych złudzeń nie chciano wyprowadzać szambelana, ażeby go więcej jeszcze nie zmartwić. Generał ogólnikami go zbył, Robert milczał, popłakali się potem jeszcze i szambelan usiadł kończyć nabożeństwo swe za dusze zmarłe.
Z trzech ich on jeszcze był najspokojniejszy, najwięcej zrezygnowany. Smutek jego uroczysty, cichy już się z życiem godził i wszedł jako żywioł powszedni do niego. Szambelan naznaczył sobie modlitwy, jakie miał odmawiać, nabożeństwo, które powinien był kazać odprawić w kaplicy i kościele — popłakał i wracał do powszedniego trybu bez narzekań i oznak nadzwyczajnej boleści. Wiek przytępił w nim, a raczej opanował uczucie tak, aby resztek życia zatruć nie mogło.
Wypadek ten, napozór nie mogący wpłynąć na losy rodziny, przyczynił się wszakże do pogorszenia jej położenia. Testamentem swym biedny ksiądz sufragan zaklinał brata, ażeby ubogim, od których się był zapożyczył, aby przyjść w pomoc familji, jak najprędzej należności ich zapłacone być mogły. Czynił to, zaklinając ich i błagając, aby na sumieniu jego krzywda i łzy nie ciężyły, dodając, iż nie będzie mieć w grobie spoczynku, póki sumy te spłacone nie zostaną.
Chciano zataić rozporządzenie ostatnie przed szambelanem, lecz prawo wymagało zakomunikowania go. Ograniczyć to jednak umiano do odczytania przez plenipotenta Gozdowskiego. Generał zapowiedział mu razem, iż bodajby z największemi ofiarami te sto kilkadziesiąt tysięcy znaleźć trzeba i natychmiast wypłacić.
Plenipotent słuchał, jak odurzony — w kasie nie było ani dziesiątej części tego, a na dochodach już położone zostały sekwestry. O pożyczce myśleć nie było podobna. Cóż począć mieli? Narada skończyła się rozpaczliwem przekonaniem o niemocy i bankructwie; generał jednak powtarzał swoje, że pieniądze te, bądź co bądź, zapłacone być muszą.
— Skądże je mam wziąć, na miłego Boga? — zawołał Gozdowski. — Proszę mi wskazać środki. Przed kilku miesiącami mogliśmy pocichu sprzedać lub zastawić jaki folwark, dziś już i tego tknąć nie mamy prawa.
— No, to ruchomości jeszcze nie przyaresztowano, — przerwał generał — sprzedajmy, co się da tylko spieniężyć.
Spojrzał na Roberta; Robert, który się nigdy nie sprzeciwiał, powtórzył:
— Sprzedać.
— Cóż mamy do sprzedania? Srebra, obrazy, to, co jest do codziennego w domu użytku; w takim razie nieodzownie szambelanowi o tem powiedzieć potrzeba, bo ukryć niepodobna.
— Zobaczymy! — rzekł generał.
Po odejściu Gozdowskiego dodał:
— Poczciwy człowiek, ale do niczego, interesów robić nie umie.
— Kochany stryju, przyznam się, że ja tu także nie widzę środka — dodał Robert.
— Zapewne, powszednie środki są wyczerpane, ale zobaczymy, zobaczymy, szukać musimy nadzwyczajnych.
I wyszedł ze spuszczoną głową, jakgdyby ich na ziemi oczyma w nią wlepionemi szukał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.