Nędznicy/Część czwarta/Księga piętnasta/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Victor Hugo
Tytuł Nędznicy
Wydawca Księgarnia S. Bukowieckiego
Data wyd. 1900
Druk W. Dunin
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Misérables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.
Zbytek gorliwości Gavrocha.

Tymczasem zdarzyła się Gavrochowi przygoda.
Sumiennie ukamienowawszy latarnię ulicy Chaume, Gavroche wszedł na ulicę Vicilles-Haudretes i widząc, że nie ma ani żywej duszy, uznał, że zdarza się dobra sposobność zaśpiewania jednej ze swoich piosneczek.
Śpiewanie nie przeszkadzało mu iść, owszem przyspieszało jego kroki. Rzucił więc na uśpione lub przerażone domy te zwrotki anarchiczne:

Ptaszek o tem duma w borze,
Że Atala poszła tam
Z cudzoziemcem sam na sam,
Gdzie dziewczęta chodzą hoże,
Tak, tam!

Mój Piotrusiu bajesz brednie,
Bo spełniwszy kielich wprzód,
Liza mnie wołała w chłód,
Gdzie dziewczęta spieszą we dnie,
W cień, w chłód!

Och pieszczotki te namiętne,
Jad ich mnie pozbawia sił,
Orfila by się nim spił.
Gdzie dziewczęta biegną chętne,
Jam był!

Lubię miłość z jej urokiem,
Usta Andzi, Józi wzrok;
Liza mi przyświeca w zmrok.
Gdzie dziewczęta bawią zmrokiem.
Tak, w zmrok!

Widząc fałdy u mantylki
Zuzi, Mani, którejbądź,
Radbym w piekło za nią brnąć,
Gdzie dziewczęta gubią szpilki,
Tam brnąć!

O miłości! gdy wśród cienia
Stroisz Lolę wieńcem z róż,
Radbym za nią dążyć tuż,
Gdzie dziewczęta ślą westchnienia
Wśród róż!

Och! Joasiu z boską twarzą,
Raz uciekło serce me,
Wszakże wpadło w ręce twe?
Gdzie dziewczęta lube marzą,
Tak, w twe!

Kiedy skończą się kadryle
Wracam z Stellą, a gwiazd rój
Mówi o niej: „to skarb twój.“
Gdzie dziewczęta pędzą chwile,
Ach! mój!

Śpiewając, Gavroche nie szczędził pantominy. Ruchy są komentarzem melodji. Twarz jego, niewyczerpany repertuar masek, robiła dziwaczniejsze grymasy, niż dziurawe płótno na wielkim wietrze. Na nieszczęście był sam w nocy i nikt go nie widział. Bywają takie bogactwa stracone.
Nagle zatrzymał się i rzekł:
— Przerwijmy romans.
Jego kocia źrenica spostrzegła w zagłębieniu bramy wózek z drążkami i śpiącego na nim owerniaka.
Drążki wózka opierały się o bruk, a głowa owerniaka o przód wózka. Ciało jego zginało się w kabłąk, a nogi dotykały ziemi.
Gavroche, mający pewne doświadczenie w rzeczach tego świata, poznał pijaka. Był to najemnik uliczny, który pił i spał za dużo.
— Ot — pomyślał Gavroche — do czego służą noce letnie. Owerniak zasypia na wózku. Wózek zabierzem.
W głowie jego błysnęła myśl:
— Wózek ten doskonale się przyda.
Owerniak chrapał.
Gavroche ostrożnie pociągnął wóz z tyłu, a owerniaka z przodu, to jest za nogi i po chwili owerniak niewzruszony leżał jak kloc na ziemi.
Wózek był wolny.
Gavroche przywykły do spotykania się z niespodziankami, miał zawsze wszystko przy sobie. Poszukał w kieszeniach, dobył świstek papieru i kawałek czerwonego ołówka, który ściągnął jakiemuś cieśli i napisał:

„Otrzymałem twój wózek“

I podpisał:Gavroche
To uczyniwszy, włożył papier do kieszeni aksamitnej kamizelki owerniaka, ciągle chrapiącego, chwycił drążki w obie garście i pobiegł w kierunku Targów, popychając przed sobą wózek z tryumfalnym łoskotem.
Było to trochę niebezpieczne. Przy drukarni królewskiej był odwach. Gavroche o tem nie pomyślał. Wartę odbywali gwardziści narodowi i podmiejscy. Oddział zaczynał się niepokoić i kilku gwardzistów, śpiących na obozowych łóżkach, podnieśli głowy. Dwie latarnie stłuczone jedna po drugiej, piosnka śpiewana na całe gardło, było to za wiele na spokojne ulice, które mają ochotę spać od zachodu słońca i wcześnie gasić świece. Od godziny ulicznik robił w tej spokojnej ulicy harmider, jak komar w butelce. Sierżant z przedmieścia słuchał i czekał. Był to człek roztropny.
Wściekły turkot wózka dopełnił miary oczekiwania i sierżant zdecydował się zrobić rekonesans.
— Jest ich tu cała gromada — rzekł — idźmy ostrożnie.
Oczywiście hydra anarchii rozpasała się w dzielnicy.
I sierżant odważył się oddalić na palcach od warty.
Nagle Gavroche, popychając wózek, w chwili gdy miał skręcić z ulicy Vieilles Haudrettes, spotkał się oko w oko z mundurem, kaszkietem, kitą i karabinem.
Zatrzymał się raz drugi.
— Ba — rzekł — to on. Dzień dobry, porządku publiczny.
Zdziwienie Gavrocha było krótkie i prędko znikało.
— Gdzie idziesz włóczęgo — krzyknął sierżant.
— Obywatelu — rzekł Gavroche — jeszczem cię nie nazwał mieszczaninem. Dlaczego mię znieważasz?
— Gdzie idziesz, hultaju?
— Mój panie — odparł Gavroche — możeś wczoraj był dowcipny, ale dziś cię zdegradowano.
— Pytam cię, gdzie idziesz, łotrze?
Gavroche odpowiedział:
— Pięknie pan gadasz Dalibóg, rozum niej nad lata. Powinienbyś każdy swój włosek sprzedać po sto franków sztukę. Miałbyś pan pięćset franków.
— Gdzie idziesz? gdzie idziesz? gdzie idziesz zbóju?
Gavroche odparł spokojnie:
— A pfe! jakie brzydkie słowa. Na drugi raz mój panie, jak mamka dawać ci będzie piersi, niech wprzód lepiej obetrze ci gębę.
Sierżant złożył broń do ataku.
— Powiesz mi nakoniec gdzie idziesz, nędzniku!
— Mój jenerale — odrzekł Gavroche — idę po doktora dla mej małżonki w połogu.
— Do broni! — krzyknął sierżant.
Znaleźć ocalenie w tem co cię zgubiło, jest arcydziełem tęgich ludzi. Gavroche jednym rzutem oka objął całe położenie. Wózek go skompromitował, wózek powinien go obronić.
W chwili, gdy sierżant miał rzucić się na Gavrocha, wózek jak pocisk z całych sił pchnięty potoczył się wściekle i sierżant, ugodzony w brzuch, powalił się w rynsztok na wznak, a jego karabin wystrzelił w powietrze.
Na krzyk sierżanta żołnierze warty wybiegli na ulicę, wystrzał karabinowy spowodował ogólne strzały na los, poczem nabito karabiny i znowu strzelano.
Ta pukanina w ślepą babkę trwała dobry kwadrans i zabiła niejedną szybę w oknie.
Tymczasem Gavroche wziąwszy nogi za pas uciekał w kierunku zkąd przybył i zatrzymawszy się na piątej czy szóstej ulicy od miejsca przygody, usiadł zadyszany na barjerze przy rogu Dzieci Czerwonych.
Nadstawił ucha.
Odetchnąwszy chwilę, obrócił się w stronę skąd dochodziła go zawzięta strzelanina, lewą rękę podniósł do wysokości nosa, trzykrotnie nią machnął, a prawą ręką uderzył się w tył głowy: u uliczników paryskich jest to gest ironji, oczywiście skuteczny, bo już przetrwał pół wieku.
Gorzka uwaga zachmurzyła tę wesołość.
— Tak, tak — rzekł — pękam ze śmiechu, wykrzywiam się, nie posiadam z radości, a zgubiłem drogę i trzeba będzie okrążać.
I poleciał jak strzała.
Tak biegnąc, przypomniał sobie piosnkę i rzekł:
— Ale, gdzieśmy te stanęli?
I szybko zagłębiając się w ulice, śpiewał dalej w ciemnościach.
Przygoda Gavrocha przechowała się w podaniach dzielnicy Temple, jako jedno z najstraszniejszych wspomnień starych mieszczan dzielnicy Marais i w ich pamięci nosi tytuł: Napaść nocna na wartę drukarni królewskiej.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: anonimowy.