Otwórz menu główne

Niespokojni (Lipski, 1998)/Posłowie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Bereś
Tytuł Posłowie
Pochodzenie Niespokojni
Wydawca Oficyna Druków Niskonakładowych Bronisław Sałuda
Data wydania 1998
Miejsce wyd. Olsztyn
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


POSŁOWIE

Jeżeli dzieło debiutanckie ukazuje się po śmierci pisarza, zwiastuje to zwykle jakąś niezwykłość losu ludzkiego, drogi artystycznej, wyborów twórczych lub filozoficznych przekonań. Na ogół z tego rodzaju sytuacją spotykamy się, gdy potomni, dążąc do kompletności pisarskiego dzieła, wydobywają z zapomnianych szuflad ukryte przed światem manuskrypty, rekonstruując — czasem za zgodą, a czasem wbrew woli artysty — jego literacki wizerunek. Niekiedy dzięki tego typu decyzjom historia literatury odzyskuje arcydzieła, częściej jednak w nasze ręce trafiają w ten sposób dokumenty niedojrzałości, artystycznego zagubienia, udręk twórczych lub nie spełnionych poszukiwań. I paradoksalnie podobne posthuma więcej nam mówią niejednokrotnie o artystach, niż ich dzieła włączone już w obieg literacki, opatrzone autorskim imprimatur, obecne na kartach podręczników i leksykonów. W tych odtrąconych bowiem, zapomnianych utworach częstokroć zapisana jest tajemnica procesu rodzenia się artysty, złożonego mechanizmu formowania się jego talentu i indywidualności twórczej, mozolnego kształtowania się systemu filozoficznych i literackich poglądów. Nikt nie wyskakuje jak Atena z głowy Zeusa. Każdy kiedyś musiał się uczyć, dojrzewać, mylić się i błądzić. Nie ma nic bardziej ludzkiego niż ten proces budowania się osobowości, wynurzania się człowieczego ja z niebytu i ciemności.
Otrzymując utwór wybitnego pisarza, zrodzony w zamierzchłej przeszłości, ukryty na wiele dziesiątków lat przed światem, trudno nie zastanawiać się nad motywami jego decyzji, rozważając, czy kierowała nim uzasadniona surowość względem samego siebie, wynikająca z głęboko świadomej, typowej dla wielkich artystów, chęci konstruowania określonego obrazu własnego dzieła, potrzeba osłonięcia woalem tajemnicy zbyt pochopnie odkrytych w latach młodości wstydliwych obszarów własnego życia lub wrażliwości, czy po prostu naturalne pragnienie ukrycia niedostatków raczkującego jeszcze, szukającego — drogą prób i błędów — swego prawdziwego kształtu talentu? Odpowiedzi na takie pytania nigdy nie są łatwe ani jednoznaczne. Szczególnie wtedy, gdy mamy do czynienia z osobowościami skomplikowanym, których los twórczy odbiega od wszystkich znanych standardów literackich.
„Niespokojni” powstali 50 lat temu, w czasie trudnej drogi wygnańczej pisarza po wydostaniu się z sowieckiego piekła, na kolejnych postojach w Teheranie, Bejrucie i Tel Awiwie, znaczonych głodem i ciężkimi chorobami, przykuwającymi go na długie tygodnie do szpitalnego łoża boleści, które z czasem stało się jego posępnym przeznaczeniem.[1] Pierwszy etap prac nad książką został zamknięty w grudniu 1948 roku, a zatem przed opublikowaniem „Dnia i nocy“ (1955) oraz głośnego „Piotrusia“ (1960). Niektóre fragmenty utworu wydrukowane zostały przez pisarza w 1952 roku w londyńskich „Wiadomościach”,[2] jednak nigdy nie zdecydował się na jego wydanie w postaci integralnej. Jak twierdzi Łucja Gliksman, która aż do ostatnich dni pisarza roztoczyła nad nim wzruszającą i pełną oddania opiekę, Lipski nie był w pełni zadowolony z pierwszego kształtu „Niespokojnych” i wielokrotnie, w miarę swych ograniczonych możliwości, powracał do pracy nad ich ostateczną redakcją, jednak jak to często bywa u artystów, kierujących się nakazem perfekcjonizmu, mimo licznych namów nigdy nie zgodził się na przekazanie książki wydawcy, uważając, że nie nadał jej jeszcze tej postaci, która w pełni satysfakcjonowałaby jego wymagania. W efekcie stała się ona dożywotnią zakładniczką wątpliwości pisarza. Jej wydawnicze wskrzeszenie musiało być okupione najokrutniejszym z możliwych kontraktów, jakie twórca zawiera ze swym posłannictwem — wygaśnięciem jego życiowych funkcji. W ten sposób dopiero odejście tego niezwykłego prozaika pozwala nam na zapoznanie się z tajemniczym manuskryptem, a zatem i nowe spojrzenie na całość jego dzieła. Dopiero teraz możemy prześledzić prawdziwą drogę artystycznego rozwoju Lipskiego, scalając w jeden powieściowy fresk rozsypaną dotąd na genialne okruchy mozaikę wyobraźni.
Mówiąc „dzieło”, na ogół mamy na myśli coś ogromnego, monumentalnego, tymczasem twórczość Lipskiego ogranicza się w istocie do trzech niewielkich rozmiarem tomów („Niespokojni”, „Dzień i noc”, „Piotruś”) oraz kilku miniaturowych opowiadań, rozsianych po emigracyjnych i podziemnych czasopismach.[3] Dorobek to zatem możliwy do zmieszczenia w jednym, zapewne nie liczącym sobie więcej niż 300 stron tomie. Tymczasem w tym unikalnym w skali polskiej prozy przejawie écriture minimale drzemie ładunek o wyjątkowej sile artystycznego wyrazu. Pisarz zaskakuje bowiem absolutnie nowatorskim — zważywszy na lata powstawania tych utworów — ujęciem mechanizmów funkcjonowania obozów oraz sowieckiego systemu przemocy, odwagą penetracji ciemnych stref duszy ludzkiej, krańcowością wniosków wyciąganych z obserwacji człowieczej istotny stojącej w obliczu sytuacji ekstremalnych, stawianiem pytań o sens przepojonego złem świata, wreszcie śmiałością i odrębnością form artystycznego wyrazu przepełniającego go bólu istnienia. Proza ta jest rodzajem ekstraktu, jaki zrodzić może wyłącznie zstąpienie na dno doświadczenia ludzkiego. Spoglądając na nią dziś, jako na zamkniętą już na zawsze całość, mamy prawo położyć to niewielkie rozmiarem, lecz wielkie duchowym formatem dzieło obok najpoważniejszych pozycji polskiej, a może nawet i światowej literatury. Brak dla niego jakichkolwiek odpowiedników. Próbując określić specyficzną atmosferę, potencjał drapieżnej ekspresji i artystyczną „gęstość” tej prozy, przywoływano nazwiska Samuela Becketta, Franza Kafki, Tadeusza Borowskiego, André Gide’a, Georges’a Bataille’a, Philipa Rotha, Malcolma Lowry’ego, Charlesa Bukowskiego, Williama Burroughsa i Marka Hłaski, sygnalizując jednocześnie, że wymyka się ona wszelkim tego typu asocjacyjnym zabiegom. Bo rzeczywiście, cóż mogło wynikać z podobnych przybliżeń? Co mogły one rozświetlić, wytłumaczyć, wyjaśnić? Bez wątpienia jednak określały ciężar gatunkowy tej twórczości. Wyrażały poczucie zbliżania się do najczystszej trucizny bytu, spoglądania na bolesny zapis procesu załamywania się spoin człowieczego świata.
Maria Danilewicz-Zielińska, analizując w „Szkicach o literaturze emigracyjnej” podstawowe modele pisarstwa, zrodzonego na obczyźnie, wyodrębniła charakterystyczny dla polskiej diaspory fenomen „pisarzy-meteorów”, którzy błysnęli na firmamencie literatury jednym lub dwoma utworami, dającymi im trwale miejsce w historycznoliterackich annałach, po czym zamilkli na zawsze, zapadając się w siebie, niczym umierająca w kollapsie gwiazda. Fenomen pisarstwa Leo Lipskiego na pozór w pełni mieści się w takiej formule, potwierdzając w oczywisty sposób tragiczną diagnozę emigracyjnych losów, równocześnie jednak wpisana w to dzieło ekspresja losu ludzkiego — przykra, drastyczna i wstrząsająca — obejmuje całość znacznie szerszą: jest nią rozpoznanie świata jako obszaru działania sił zła oraz widzenie człowieczej egzystencji jako formy rozpaczliwego szamotania się ułomnej drobiny w kosmosie wszechobejmującego cierpienia i samotności.
Dopiero zdając sobie sprawę z tej krańcowości wizji pisarza można powrócić do postawionych wcześniej pytań: w jakim stopniu „Niespokojni” mieszczą się w obrębie tej pesymistycznej diagnozy? Czy debiutancka powieść Lipskiego została wtrącona w obszar pisarskiego niebytu jako dzieło warsztatowo niedojrzałe, czy może po prostu nakreślony w niej obraz przedwojennej rzeczywistości i form młodzieńczej egzystencji nie był już możliwy do reintegracji z tym koszmarem, który osaczył go z zewnątrz, a zarazem włamał się w jego biologię i psychikę? Czy może zadecydowały o tym jeszcze inne względy?
Nie ulega wątpliwości, że ta dziwna, poszarpana narracyjnie powieść o dojrzewaniu, którą przez wiele lat przyszło nam uważać — za zgodą autora — za zbiór opowiadań, nie może być postawiona obok „Dnia i nocy” oraz „Piotrusia”, gdyż pisarzowi nie udało się nadać jej tak czystego jak w tamtych utworach szlifu językowego, ani wyrugować z niej młodzieńczych naiwności, ciążenia młodopolskiego dekadentyzmu oraz podlanej erotyzmem podkulturowości. Odnajdujemy w niej jednak znamiona tej samej zachłanności poznawczej, która każe penetrować odmienne stany świadomości, interesować się dziwnością potrzeb ludzkich, wychwytywać czynniki popychające człowieka ku zachowaniom nietypowym lub nawet ekstremalnym. Środowisko utalentowanej artystycznie młodzieży, które zostało sportretowane w tej książce, przynoszącej echa wspomnień z okresu nauki w gimnazjum oraz studiów w Krakowie, a szczególnie postacie Ewy, Ali, Janka, Joanny, Adama, Pawła, Poli, Filipa oraz wyposażonego w cechy autorskie Emila, charakteryzuje niewiarygodna wręcz żarłoczność umysłowa, potrzeba doznawania silnych pobudzeń artystycznych, przeradzających się niejednokrotnie w rodzaj ekstazy. Bez względu na to, czy jest to muzyka, literatura, czy filozofia, każde z nich oddaje się swej pasji z namiętnością równą uniesieniom miłosnym, każącym przekraczać każde tabu bez oglądania się na koszty własne i normy społeczne. Ci nieopierzeni gimnazjaliści niezmordowanie dyskutują o Owidiuszu, Villonie, Verlainie, Rimbaudzie, Flaubercie, Błoku, Prouście, Mannie, Kafce, Huxley’u, Montherlancie, Gidzie, Célinie i Witkiewiczu; do upadłego spierają się o poglądy Sokratesa, Platona, Tomasza z Akwinu, św. Teresy, Voltaire’a, Rousseau, Nietzsche’go, Heisenberga, Russella, Heideggera, Jaspersa, Husserla, Eddingtona i Einsteina; z profesjonalną kompetencją oceniają koncerty Kempfa, Fishera, Hoffmana i Rachmaninowa; wirtuozersko grają Beethovena, Bacha, Strawińskiego, Debussy’ego, Levisa; z aktorską dramaturgią deklamują Goethego lub Szekspira. Ich głód poznania wszystkiego do końca jest tak wielki, że każde z nich na swój sposób podejmuje próby zgłębiania własnej biologiczności, wyzwalając ciemnego demona żądzy, który popycha ich ku perwersyjnemu erotyzmowi, seksualnemu rozpasaniu, prostytucji lub czystym zboczeniom, w nadziei doświadczenia nieznanych im jeszcze wrażeń. Rodzaj uruchomionych tu wyobrażeń erotycznych i ich obyczajowa graniczność, charakterystyczna skądinąd dla całej prozy Lipskiego, wyraźnie rozpycha przywołaną tu konwencję powieści inicjacyjnej, kierując utwór ku tym pokusom immoralizmu, które płyną z twórczości Tomasza Manna, André Gide’a i Louisa-Ferdinanda Céline’a. Intensywny niepokój wewnętrzny oraz gwałtowna potrzeba przekroczenia zaklętego koła umysłowej i fizjologicznej niedojrzałości, każe tym ledwie wyrosłym z lęków dziecinnego pokoju bohaterom odrzucić kategorię dobra, zła, przyzwoitości, wstydu i uczuciowej „poprawności“, prowadząc ich w otchłań nieoznaczoności, gdzie pękają wyobrażenia o tym, czym naprawdę jest człowiek i reguły społecznego życia. Szukając prawdy o sobie, zadają sobie ból, depczą kanony płci, łamią usankcjonowane uczuciem zobowiązania wierności. W tym łaknieniu samopoznania, zdarcia z siebie — wraz z odzieżą — pętającego ich systemu ograniczeń ukrywa się pragnienie ujrzenia samych siebie bez żadnych kulturowych zawoalowań, poza normą, konwencją i obyczajowym prawem. Jak każda jednak ryzykowna przygoda, prowadzi ona nie tylko ku pogłębieniu wiedzy o sobie, lecz również ku samozagładzie. Nie umiejąc okiełznać rozhuśtanej in extremis ciekawości, tracąc świadomość granicy pomiędzy własnym pragnieniem a przypisaniem do fizykalnych praw świata, Ewa tonie w morskich odmętach.
Owładnięci przemożną pasją poznania wszystkiego, aż do samego dna rzeczy, bohaterowie czują się jednak niewolnikami silniejszych od nich mocy, które nie pozwalają im się zatrzymać w połowie drogi, określając ich wybory, każąc szukać w sobie przyszłego przeznaczenia. Otrzymawszy dar talentu lub intelektualnego głodu, doświadczają w takim samym stopniu ich błogosławieństwa, jak i okrucieństwa. Z poczuciem przedziwnej autodeterminacji kroczą tam, gdzie prowadzi ich tajemny, wewnętrzny nakaz, nawet wtedy, gdy rodzi to ich niepokój lub instynktowny lęk. Ten świat gwałtownej młodości przedziwnie daleki jest od wyobrażeń sielskich anielskich. Pełen napięć, nieoczekiwanych udręk, intensywnego poczucia wlewającej się zewsząd brzydoty, a przede wszystkim dojmującej samotności, doświadczonej w rodzinnym domu, w związkach z rówieśnikami, nawet w miłosnym zespoleniu z ukochaną istotą, jawi się jako uniwersum wrogie, nieprzyjazne. Nie dając żadnego azylu, spycha przedwcześnie w dojrzałość, kusząc mirażem tworzenia jako jedynej formy obrony wewnętrznego ładu przed rozchwianiem otaczającej rzeczywistości.
Tę groźną, zagadkową chaotyczność i niepoznawalność świata oraz niejednoznaczność jego norm dobitnie podkreśla fragmentaryczna konstrukcja utworu, składającego się z fabularnych okruchów, urywków listów, kart pamiętników, zapisów wspomnień i brulionowych strzępów utworów (nowela o Jano, powieść o Sokratesie), przeskakującego kapryśnie z wątku w wątek, zawieszonego narracyjnie pomiędzy świadomością autora, narratora (Ja Leo) oraz kilku bohaterów (Emil, Ewa, Joanna). Ten ryzykowny zabieg kompozycyjny, w oczywisty sposób intensyfikujący stan — sygnalizowanego tytułem — niepokoju, przepalającego dusze młodych artystów, stwarzający formalny ekwiwalent ich wewnętrznej szamotaniny, duchowej gorączki, prowadzi jednak utwór ku formule artystycznie granicznej, trudnej zapewne do jednoznacznego zaakceptowania. Wyprzedzając charakterystyczny dla polskiej prozy proces hybrydyzacji i fragmentaryzacji powieści, który dokonał się w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, „Niespokojni” stawiają pytanie o kres praw do kwestionowania utrwalonych praw powieściowych, o granice pomiędzy artystycznym eksperymentem a narracyjnym zbłąkaniem.
Przedzierając się spazmatycznie, wraz z autorem, pomiędzy wynurzeniami zmieniających się co chwilę bohaterów, pomiędzy ich przeskakującymi jak w kalejdoskopie apokryfami oraz wielowarstwowymi planami pociętej jak nożem akcji, uprzytomniamy sobie w pewnym momencie, głównie dzięki obecności prologu „Św. Paweł”, że oto grzebiemy wraz z nim w strzępach przeszłości, dotykając szczątków umarłego świata. Siedzę na dnie śmietnika — skarży się udręczony narrator. Bo rzeczywiście z tego żydowskiego świata nie ocalało nic: ani przedmioty, ani domy, ani ulice, ani ludzie. Pozostał on jeden, Leo — lalka z roztrzaskaną głową, rozbitek z wielkiej katastrofy, zawieszony już na zawsze pomiędzy istnieniem a niebytem. świadomy, że tylko w jego pamięci przetrwało to bujne, wspinające się z taką żarłocznością ku pełni życie najbliższych. Myśląc o tym, co się stało, nie umie uwolnić się od poczucia świętości, a zarazem obrzydzenia i trwogi. Spośród tych, którzy użyczyli swych cech bohaterom jego powieści nie uratował się bowiem prawie nikt. Trudno o bardziej przerażającą i budzącą instynktowny wstręt świadomość. Ostatecznie jest to spojrzenie w głąb gnijącego, egzekucyjnego rowu. Jem przeszłość — pisze Lipski — jak gdybym jadł własny kał, przeżuwam ją ciągle, na nowo i znów od początku. To jak łykanie śliny, gdy chce się pić.
Oto dramat strażnika zabitego świata, jedynego depozytariusza minionego istnienia uzdolnionej, wygłodniałej życia młodzieży, wykreślonej z list żywych jednym smagnięciem bicza historii. Nie ma nic bliższego niż świat młodości i dzieciństwa. Wszyscy wracamy do niego aż do końca swoich dni. Ale dla tych, którzy ocaleli z Holokaustu nie ma bardziej odległego archipelagu. Nie ma już fotografii, listów, pamiątek. Jest tylko rozwiewająca się z czasem pamięć. To czuwanie nad grobami. Wydrążonymi w pamięci, wykopanymi w powietrzu sztychami krematoryjnych kominów. Czuwanie w udręce przeświadczenia, że to wszystko na nic, bo jeśli świat może powołać do życia tak wielkie ludzkie piękno, tak silny głód życia i tak jasne, budzące się do życia talenty tylko po to, by następnego dnia strącić je w ogień i doły straceń, to nic już nie ma sensu. I jeśli ocalał z pogromu ten jeden, to już nigdy nie będzie spał spokojnie, nawiedzany przez głosy i obrazy dobiegające z przeszłości. Skazany na to, by je słyszeć i widzieć do końca, by je utrwalić i przenieść przez czas. Nie można tego wypluć — pisze Lipski. — (...) Chodzę po pokoju i udaję, że nie wiem, o co chodzi. Ale gdy widzę papier dostaję mdłości i słyszę, że jest we mnie cicho jak w trupiarni... (...) Zwierzę, któremu utkwiła strzała w grzbiecie tarza się, biega, ryczy, krew zalewa mu oczy; strzała tkwi. Nie ma ludzi i nikt nie wyciągnie strzały.
Nikt nie zwolni artysty od obowiązku czuwania nad prochami. Od powinności, która go przerasta, budząc jego bunt i przerażenie. Ale jak św. Paweł, którego „List do Rzymian” leży przed nim — zapewne nieprzypadkowo — na stole, otrzymał znak, którego nie sposób zlekceważyć. Pozostaje mu tylko podporządkować się odwiecznemu prawu, nawet wtedy, gdy nie widzi w nim logiki, a świat jawi mu się jako krwawy absurd. Zostałem zabity — pisze Lipski — aby stworzyć ze zdań i słów życie, które wyrośnie na nawozie ze nie i z tych co zginęli (...) Czekam, aż obrazy podniosą się przede mną, jak przed zaklinaczem węże, obrazy owszonych i żywych, wciskających usta w wargi trupów, obejmujących je udami, aż zmieszają się w wielkim składzie potu, łajna, strachu i otępienia i odsłonią to, co było przedtem (...).
Skąd jednak posiąść wiedzę jak złączyć te obrazy. by cienie ożyły naprawdę? Czy można tchnąć w papier istnienie, które byłoby choćby echem tego, które zostało przekreślone rękami morderców? Oto pytania, które każdemu artyście mogłyby wytrącić pióro z ręki. Wszak nie ma pewności, jaki rysunek ukochanych twarzy, jaki zapis niedawnego szamotania się „niespokojnych” przyjaciół na okrutnej ziemi zyskałby ich przyzwolenie. Milczenie umarłych jest najwyższym wymogiem prawdy. Tymczasem nikt nie zna artystycznych kanonów, które mogłyby być pomocne w zmierzeniu się z ich pięknem i niezwykłością, z tragedią i grozą ich losu. I nie ma też miary czasu, wystarczającego na zamknięcie tak bolesnego rachunku z przeszłością. Swój kadisz za piękną Idę, brata Stanisława i wszystkich przyjaciół młodości Lipski odmawiał na pożółkłych kartach swej pierwszej powieści przez pół wieku, otwierając je być może każdego dnia pozbawionymi czucia, sparaliżowanymi bezwładem palcami. Tę żałobną modlitwę, która stała się jego pisarską udręką, przerwała dopiero śmierć, łącząc go z tymi, których prochy rozwiał straszliwy wiatr Holokaustu.

Stanisław Bereś


Przypisy

  1. W Teheranie Lipski przeszedł tyfus z komponentą encephalitu, który znacznie podkopał mu zdrowie, po przybyciu zaś do Tel Awiwu doznał prawostronnego paraliżu, który wraz z upływem czasu unieruchomił go zupełnie, ograniczając jego możliwości pisarskie i zdając go całkowicie na opiekę przyjaciół.
  2. „Mały Emil”, „Wiadomości” 1952, nr 25; „Święty Paweł”, „Wiadomości” 1952, nr 36; „Trzech ojców“, „Wiadomości” 1952, nr 41: „Król Olch”, „Wiadomości“ l952, nr 44, „Ewa i księżyce”, „Wiadomości” 1952. nr 46.
  3. „Pradawna opowieść”, „Kultura” 1959, nr 3; „Miasteczko”, „Kultura” 1964, nr 6; „Sarni braciszek”, „Zapis” nr 20; „Ludzie z Maisons-Laffitte”, „Kontury” (Tel Awiw) 1993, z. IV; „Spotkania i wspomnienia”, „Kontury” 1994, z. V; „Paryż jeszcze”, „Kontury” 1995, z. VI; „Grätchen am Spinnrade”, „Kontury” 1996, z. VII; „Śmierć matki”, „Kontury” 1997, z. VIII.


 
Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.